105 EPILOG

4

Minęło już kilka dni od obozu i Nate zdążył się już przyzwyczaić do nowego życia. Wciąż brakowało mu kilku osób, ale Jonatan wystarczał mu w domu, a Daniel poza nim. Czasami nadal zdarzało mu się zadać jakieś dziwne pytanie, na które powinien znać odpowiedź, ale nikt już się tym nie przejmował. Na początku niektórzy mogli być zaniepokojeni, ale kiedy wreszcie Jonatan ponownie zabrał brata do szpitala, stwierdzono u niego częściową amnezję. To było bardzo wygodne, gdyż chłopak nie musiał już się zastanawiać nad każdym pytaniem, myśląc czy może je zadać czy nie. Po prostu pytał, a Jonatan zawsze mu odpowiadał z pełną cierpliwością.

Dziś nadszedł też dzień kiedy Nate postanowił wrócić do szkoły. Ostatnie dni spędził w domu twierdząc, że był chory. Jonatan wiedział, że to nieprawda, ale nie zmuszał go, tylko bez problemów przystał na jego prośby niepójścia do szkoły. Kiedy miał go przy sobie, mógł przynajmniej nadzorować czy nic się nie działo. Co prawda nie był chory, ale brat widział, że coś było nie tak, więc dał mu czas na dojście do siebie.

Tak jak za dawnych czasów, Daniel zjawił się w jego domu z samego rana, by razem mogli pójść do szkoły. Przyjaciel był trochę wcześniej, więc Nate nie zdążył jeszcze zjeść śniadania. Pomyślał, że skoro zawsze chodzą razem z jego domu, mogli by od dzisiaj jadać u niego. Wyciągnął z lodówki mleko, a z szafki płatki, ale z przyzwyczajenia ustawił trzy miseczki. Jedna była dla Jessici, ale dopiero gdy Nate otworzył drzwi przed Danielem, przypomniał sobie, że teraz przyjaciel przychodził sam. I już zawsze tak będzie.

Nie chciał znowu przypominać kumplowi o zmarłej siostrze, więc powiedział, że trzecią miseczkę wystawił dla Jonatana, chociaż on jeszcze spał i nie wiadomo czy Daniel w to uwierzył, bo patrzył na miskę z ogromnym smutkiem.

W szkole było… Normalnie. Nikt nie komentował jego kilkudniowej nieobecności, a koledzy traktowali go tak jak zawsze. Dopiero na przerwie po trzeciej lekcji Nate zobaczył Talę. Szedł właśnie z Danielem przez korytarz i zatrzymali się przy jego szafce. Chłopak oparł się o sąsiednie szafki i czekał aż przyjaciel wyciągnie książki. Spojrzał od niechcenia w prawo i wtedy zobaczył, że kilka metrów od niego stała Tala. Przyglądał jej się tak długo i natarczywie, że Daniel to zauważył.

- Ładna – przyznał.

- Wiem – mruknął Nate i klepnął przyjaciela w ramię. – Widzimy się w sali.

Chłopak ruszył w stronę dziewczyny, ale Daniel go zatrzymał.

- Co robisz?!

Musiał się chwilę zastanowić co odpowiedzieć. W dawnym życiu ta dziewczyna była dla niego kimś bardzo ważnym, ale to nie mogła być dobra odpowiedź. Nie w tym przypadku. Już raz próbował ją odzyskać, ale wtedy źle do tego podszedł. Wierzył, że ona będzie pamiętać, ale nie, wszyscy zapomnieli i ona też. Obiecał sobie wtopić się w ten nowy świat, a ona była jego częścią, ale tutaj go nie znała.

- Zaczynam nowe lepsze życie – odparł z uśmiechem.

Przyjaciel go nie zrozumiał, ale dłużej go nie zatrzymywał, gdy Nate odwrócił się i pewnym krokiem zbliżył się do dziewczyny.

- Cześć – powiedział opierając się o szafki.

Tala zerknęła na niego od niechcenia. Doskonale pamiętała jak kilka dni temu ten sam chłopak wpadł do jej domu i zaczął wykrzykiwać różne dziwne rzeczy. Nie miała ochoty z nim rozmawiać czy znów się z nim kłócić. Tutaj w szkole już nie miała przy sobie Dereka, który mógłby jej pomóc.

Otworzyła szafkę tuż przed twarzą Nate. Chłopak obszedł z drugiej strony i nie dał za wygraną.

- Przepraszam – powiedział. – Możemy pogadać?

Zatrzasnęła szafkę i trzymając książki przyciśnięte do piersi, ruszyła szybko korytarzem. Nate natychmiast ruszył za nią, dotrzymując jej kroku.

- Proszę – nalegał. – To dla mnie bardzo ważne.

- Znów zaczniesz kłamać o moim bracie i o nas? Znów masz zamiar zachowywać się jak szaleniec?

- Nie, przepraszam za tamto. Posłuchaj… – Złapał ją za ramię, więc zatrzymała się i spojrzała na niego, ale tak naprawdę miała ochotę iść dalej. – Byłem w szpitalu. Lekarze powiedzieli, że miałem amnezję… Wiem, że zachowywałem się dziwnie, ale po tym całym pożarze jeszcze przez kilka dni nie byłem sobą i… Źle zaczęliśmy naszą znajomość. Ja… Nie mam pojęcia dlaczego wydawało mi się, że cię znałem. Teraz już nic mi nie jest i chcę żebyś dała szansę takiemu mnie. Nie jestem szaleńcem.

Mierzyła go wzrokiem. By odnaleźć się w tym nowym życiu, musiał zacząć udawać i grać w ich grę, chociaż nadal miał głęboką nadzieję, że dziewczyna sobie wszystko przypomni i będą mogli być razem i nie będzie musiał zaczynać wszystkiego od nowa. Był pewny, że jeśli byli w sobie zakochani, to teraz też było to możliwe, ale będzie trwało znacznie dłużej.

- Proszę, zacznijmy od nowa – błagał. W końcu wyciągnął ku niej rękę. – Jestem Nathaniel Wolfrick i chcę cię poznać, Talo Viser. Czy dasz mi tą szansę?

Z lekkim wahaniem uścisnęła jego dłoń, ale kiedy szeroko się uśmiechnęła, żadne z nich nie miało już wątpliwości. To mógł być początek… Nowy początek pięknej przyjaźni. Nate sięgnął po książki, które trzymała, by pomóc jej je nieść, a potem razem ruszyli przez korytarz, rozmawiając ze sobą jak dawni znajomi.

Hannah, Lukas i Alex nigdy nie wrócili. Po raz kolejny stali się ofiarami rytuału, ale tym razem zniknęli na zawsze. Tego przecież chcieli. Tylko ich pierwsze życie było tym prawdziwym, a kiedy się odradzali, robili to w konkretnym celu. Ich zadaniem było uratować świat, przywrócić go, naprawić… Czy im się to udało? Na pewno nie tego chcieli, ale wszyscy ich przyjaciele wyglądali na szczęśliwych. Nawet Nate, który jako jedyny znał prawdę, w końcu to zaakceptował i przystosował się do życia bez magii. Wilki przestały istnieć. Czarownice też. Tak naprawdę nawet ludzi zabrakło, bo ci którzy żyli, chociaż zostali tak nazwani, to jednak nie wszyscy nimi byli. Pierwotni ludzie też mieli magiczną moc. Potrafili zmieniać swoją postać i to nie tak jak wilki. Oni mogli przemieniać się w cokolwiek. Dopiero potem utracili tą umiejętność.

To co istniało dzisiaj było zupełnie innym gatunkiem, który z wygody i ze względu na to, że w późniejszym czasie to ludzie byli istotami bez magii, też został nazwany ludźmi. Tak naprawdę był już piątym gatunkiem. Nate był hybrydą, stworzoną z połączenia pozostałych trzech gatunków. Dzisiejsi ludzie to normalne wilki, czarownice i dawni ludzie, którzy utracili magię i w ten sposób stali się kimś innym.

 

KONIEC!

—————————————————————————————————————————————-

No i nareszcie po tak długim czasie już koniec. Żegnamy się z naszymi ulubionymi postaciami. Za zabicie niektórych bardzo przepraszam. Zakończenie… Wiem, że nie wszystkich ono satysfakcjonuje. Pewnie powinnam ożywić wszystkich umarlaków, a przynajmniej Hannah i Lukasa, prawda? No tak, powinnam… Cóż, nie zrobię tego, ale to tylko i wyłącznie moje zakończenie. Wy możecie sobie wyobrazić, że oni wszyscy nadal żyją i mają się dobrze ;) Oczywiście proszę o Wasze opinie. Zarówno te negatywne jak i pozytywne. :)

A teraz skoro kończymy tutaj, zapraszam na kolejną historię, którą mam nadzieję, że będziecie śledzić z takim samym zapałem. Tym razem zmieniamy trochę styl. Nie będzie już magii, wilków, czarownic i innych niemożliwych rzeczy, ale mam nadzieję, że mimo to Wam się spodoba. :) Dziś na zakończenie tej historii i rozpoczęcie nowej, wstawiam prolog. Rozdziały nie będą codziennie, jak teraz na koniec tutaj, ale do mojego wyjazdu postaram się, by były chociaż 2 w tygodniu. :) Serdecznie zapraszam i proszę o wstępne opinie: http://pokochac-siebie2.blog.pl

104 JASON

1

jason

Wciąż nie miałem pojęcia co tak właściwie się wydarzyło. Widziałem w oddali ogniste płomienie wspinające się ku niebu i zebrany przy nich tłum. Potem nagle wszyscy zaczęli upadać na ziemię i leżeli na niej przez kilka godzin. Nikt się nie ruszał. Wyglądali na martwych, a ja chodziłem między nimi, ale nic nie mogłem zrobić. Chcą zrozumieć co się wydarzyło, opuściłem tamto przerażające miejsce i wróciłem do zamku, gdzie również niektórzy leżeli nieruchomo na ziemi. Inni natomiast podnosili się z niej i jakby nie widząc pozostałych, wracali do swoich domów i rozpoczynali zwykłe codzienne czynności.

Teraz kiedy siedziałem w szpitalu i obserwowałem własne ciało podłączone do tak wielu maszyn, które sztucznie utrzymywały mnie przy życiu, dręczyły mnie wątpliwości czy to wszystko było prawdziwe, ale przecież nie było innych wyjaśnień. Ci z zamku powstali jako ludzie. Nie wilki czy czarownice, ale każdy z nich był takim samym zwykłym człowiekiem jak ja.

Wróciłem potem pod kryjówkę dzikich, by sprawdzić czy tam też wszyscy zaczęli się budzić, ale wtedy już wszystko wyglądało inaczej. Niektórzy zniknęli, prawdopodobnie udając się do domów, ale kilkanaście osób siedziało w karetkach i chociaż nie wyglądało na to, by coś im się stało,to jednak każdy był dokładnie sprawdzany i wstępnie badany. Byli też strażacy, którzy już chowali cały sprzęt.

Najdziwniejsze było to, że część lasu była jakby wycięta, a na jego miejscu stał ogromny dom, chyba jakiś pensjonat z dużym pięknym ogrodem. Wszedłem też do dawnej kryjówki, ale również tam nic już nie było takie samo. Nie było wciąganej klatki, którą uwielbiałem jeździć jako dziecko, ani żadnych rzeczy należących do dzikich. Była tam po prostu zwykła jaskinia, a z jej sufitu kapała woda. Niemożliwe, by to wszystko zmieniło się w ciągu kilku godzin.

Przerażało mnie to, a jednocześnie ciekawiło. Wsiadłem do jednej z karetek, która zabrała mnie do szpitala, chociaż nadal byłem dla wszystkich niewidoczny. Widziałem Nate’a, Adama, Mike’a, Davida, Rose… Z czasem zobaczyłem, że nieśli i moje ciało. To przy nim lekarze byli najbardziej zdenerwowani i działali w pośpiechu, co bardzo mnie zaniepokoiło. Pobiegłem za nimi i cały czas obserwowałem wszystko co robili.

Teraz stałem przy łóżku, a jednocześnie w nim leżałem. Nigdzie nie widziałem Olivii. Ani żywej, ani martwej. Cokolwiek mi zrobiła, to co się wydarzyło, nie odwróciło jej czaru. Dopóki żyła, byłem zależny od niej, ale teraz nawet jeśli udało jej się ustrzec przed śmiercią, pewnie nawet ona stała się zwykłym człowiekiem i nie miała już mocy, by przywrócić mnie do mojego ciała. Teraz moją jedyną szansą były zwykłe ludzkie sposoby.

Najbardziej bolał mnie fakt, że od czasu, gdy lekarze pozostawili mnie samego w pokoju, nikt do mnie nie przychodził. Nawet moje rodzeństwo… Bardzo liczyłem na Mike’a czy Rose, ale nawet David sprawiłby mi teraz radość. Popełniłem kilka błędów, ale żałowałem każdego z nich. Najbardziej było mi wstyd, że już na sam koniec się od nich odwróciłem. Tym ostatnim razem nie wróciłem do Olivii, by stanąć po zwycięskiej stronie, ale zjawiłem się tam pełen nienawiści. Nienawiści do własnej rodziny, którą kochałem tyle lat, a teraz straciłem ich wszystkich.

W końcu dostrzegłem za szybą Adama. Tak, on nigdy nie pozwoliłby mi leżeć samotnie w pustej i ponurej sali. Nie wchodził do środka, ale był tam i obserwował mnie. Chciałem, by się zbliżył i znów potrzymał mnie za rękę, ale nie mogłem go winić, że było to dla niego za trudne. Słyszałem jak lekarze mówili, że nie wiadomo czy się kiedykolwiek obudzę. Na pewno go o tym poinformowali, więc gdyby pozwolił sobie na bliższy kontakt ze mną, pewnie by się rozpłakał.

Wyszedłem z pokoju i stanąłem obok niego patrząc na siebie przez szybę. Gdyby tylko wiedział, że tak naprawdę byłem tuż obok niego…

 - Kocham cię, Adam – wyszeptałem żałując, że on nie mógł tego usłyszeć.

Jego ręce zwisały swobodnie wzdłuż tułowia, więc próbowałem chwycić jedną z nich, chociaż wiedziałem, że w moim obecnym stanie było to niemożliwe.

Ku mojemu zdziwieniu, uniósł dłoń i wpatrywał się w nią w głębokim zamyśleniu. Być może… Czy to było możliwe, by jednak coś poczuł?

 - Cześć! – usłyszałem nagle głośny irytujący głos za sobą.

Odwróciłem się. Adam zrobił to samo. Przed nami stał Aiden, ale skupiał swoją uwagę na Adamie, bo mnie przecież nie widział. Denerwowało mnie, że w ogóle do niego podszedł. Może mieliśmy z Aidenem kilka dobrych chwil, ale to Adam był miłością mojego życia, więc nie miał prawa go nachodzić, wykorzystując fakt, że byłem w śpiączce i nie mogłem zareagować. Aiden powinien w końcu zrozumieć, że cokolwiek między nami było, to już koniec, bo ja zawsze wybiorę Adama, a teraz on znów był przy mnie i jeśli tylko uda mi się powrócić, znów będziemy mogli być razem.

Chłopak trzymał w rękach dwie kawy, a teraz jedną z nich podał Adamowi. Próbował udawać uprzejmego, nawet się przy tym uśmiechnął, ale wiedziałem, że traktował Adama jak przeciwnika, którego należało usunąć z gry, by on mógł wygrać.

 - Widziałem, że kręcisz się tu od wczoraj – zaczął niewinnie. – Nawet nie spałeś. Potrzebujesz tej kawy jeśli masz zamiar nadal jakoś funkcjonować.

To głupie. Przecież Adam był wilkiem, a one nie potrzebowały tyle snu. Mimo to, przyjął kawę i to był jego drugi błąd. Pierwszym było to, że w ogóle na niego spojrzał i wysłuchał co miał do powiedzenia. Szybko po tym popełnił i trzeci błąd. Uśmiechnął się. To był delikatny i nic nieznaczący uśmiech, wymuszony ze zwykłej grzeczności, ale i tak nie należało obdarowywać nim wroga.

 - A ty co tu robisz, że zauważyłeś, że jestem tu od wczoraj? – zapytał Adam.

Aiden oparł się bokiem o szybę i przechylił lekko głowę, wpatrując się w mojego chłopaka.

 - Obserwuję cię i zbieram się na odwagę, by jakoś zagadać – wyznał.

Adam zerknął na niego najpierw nieufnie, ale szybko ta mina przemienia się flirciarski uśmiech. Co oni robili?! Czy już ich w ogóle nie obchodziło, że leżałem za szybą i nadal miałem szansę się obudzić?!

 - Och, przepraszam… – Aiden przełożył kawę do lewej ręki, a prawą wyciągnął przed siebie. – Nie przedstawiłem się… Mam na imię Aiden.

 - Adam. – Chłopak uścisnął jego dłoń.

Miałem wrażenie, że to jakiś głupi żart, albo słabe przedstawienie, do którego ich zmuszono.

 - Więc…? – Aiden wskazał na moje ciało za szybą. Wreszcie znów obaj skupili na mnie swoją uwagę. – Kto to jest? Brat, przyjaciel czy może… – Zawahał się. – Chłopak…?

Chłopak! Chłopak!

 - Nie, to… – Nie wiem dlaczego musiał się chwilę zastanowić. – Właściwie to chyba go nie znam…

 - Chyba? – zdziwił się. Zastukał ostrożnie w szybę. – Spędziłeś przy tym okienku większość czasu.

Adam włożył rękę do kieszeni, a w drugiej nadal trzymał kawę. Przygryzł wargę i patrzył na mnie przez kilka sekund. Potem wreszcie się odsunął i usiadł na krześle w korytarzu. Aiden zajął miejsce obok niego. Adam pochylił się lekko do przodu, by oprzeć łokcie na kolanach, a wzrok wbijał w ziemię. Aiden przeciwnie. Siedział bokiem, trzymając łokieć na oparciu krzesła i cały czas popijał kawę. Ja postanowiłem usiąść po drugiej stronie od swojego chłopaka.

 - Niewiele jest w moim życiu osób, na których naprawdę by mi zależało – zaczął ze smutkiem w głosie Adam. – Jakiś czas temu zbuntowałem się przeciwko rodzicom i od tamtej chwili jestem sam. Bez rodziny, bez przyjaciół… – Wyprostował się nagle na krześle i zwrócił w stronę Aidena, odwracając się do mnie plecami. – Nie wiem kim jest ten chłopak w śpiączce, ale wydaje mi się jakiś znajomy, chociaż jestem pewny, że nigdy wcześniej go nie widziałem. – Uśmiechnął się smutno i pokiwał głową. – To głupie…

 - Wcale nie – zaprzeczył Aiden.

 - To tak jakby łączyła nas jakaś dziwna więź, która nie pozwala mi go tak po prostu zostawić. Stoję tu za szybą, przypatruję mu się i próbuję to zrozumieć, ale… – Uniósł energicznie głowę, jakby nagle wpadł na świetny pomysł. – Ani razu nie wszedłem do środka! Gdybym to zrobił, może bym coś poczuł!

Tak! Tak, to mi się podobało! Wejdzie, złapie moją dłoń i przypomni sobie kto tu był kochankiem, a kto wrogiem. Biedny, trochę się zagubił z powodu utraty mnie, ale wciąż miał szansę się odnaleźć. Dopiero kiedy Aiden położył dłoń na jego ramieniu, zrozumiałem, że on na to nie pozwoli. Był tak fałszywy… Mówił, że mnie kochał, ale gdy tylko mnie zabrakło, zaraz zabrał się za mojego chłopaka.

 - Adam… – zaczął tak, jakby nie wiedział jak mu to powiedzieć. – Mówiłeś, że jesteś samotny… Czy to nie jest tak, że coś sobie wymyśliłeś, by móc udawać sam przed sobą, że nie jednak nie jesteś całkiem sam?

 - Nie wiem… – rzekł niepewnie. – Może masz rację…

 - Ten chłopak jest dla ciebie dobrym sposobem na oszukiwanie się, bo też wygląda na samotnego, a przez to że jest w śpiączce, nie będzie mógł ci uświadomić, że… Że tak naprawdę się nie znacie. Jesteście dla siebie obcy.

 - Wiem, że masz rację, ale może ja po prostu chcę się oszukiwać, bo… Bo przez to czuję się lepiej, bo… Wydaje mi się, że jeśli będę wierzył w coś wystarczająco mocno, to stanie się prawdą…

 - Nie stanie się. To… – Uniósł palec do głowy Adama. – Zawsze będzie tylko tutaj. Pomyśl… Teraz będziesz się oszukiwał. Zaczniesz traktować go jak przyjaciela, może kogoś więcej. Co jeśli pewnego dnia się obudzi i nie będzie wiedział kim jesteś?

Zawsze będę wiedział. Zawsze! Zostaw go w spokoju, Aiden! Chciałem krzyczeć, ale potrafiłem tylko stać nad nimi i słuchać, kiedy łzy zalewały moją twarz. To było okropne, ale prawdziwe.

 - Co powinienem zrobić? – zapytał Adam.

 - Wracaj do domu.

 - Gdybym tylko wiedział gdzie to jest…

Zobaczyłem błysk w oku Aidena. Cieszyła go taka odpowiedź. Natychmiast zerwał się z krzesła i wyciągnął rękę do zaskoczonego Adama.

 - Więc chodź ze mną, Adam – zaproponował. – Mój dom jest dziś pusty i otwarty na gości. Postawię ci piwo i pooglądamy telewizję…

 - Nie znamy się – zauważył.

 - Wiesz jak mam na imię. – Adama to na szczęście nie przekonało, ale wtedy Aiden ukucnął przy nim i chwycił go za dłonie. – Jesteś samotny… Potrzebujesz przyjaciela, a ja chcę nim być.

Nie. Widziałem jak Adam się wahał. On naprawdę o tym myślał. Brał to pod uwagę. Nie mógł być przecież aż tak głupi. Nie wierzyłem, że w jednej chwili mógłby tak po prostu przekreślić naszą wspólną przeszłość. On taki nie był, a kiedy mówił, że mnie kochał, wiedziałem, że to było prawdziwe. Co się z tym wszystkim stało? Jeśli się na to zgodzi, chyba lepiej dla mnie byłoby umrzeć.

Wstał, nadal się wahając, ale gdy Aiden wziął go za rękę jakby byli parą, twarze ich obu rozpromienił uśmiech, a oni udali się do wyjścia, już ani razu nie oglądając się na moje ciało znajdujące się za szybą w śpiączce.

Chciałem pobiec za nimi, wierząc że nie będzie w stanie tego zrobić. Że się rozmyśli. Że gdy tylko opuści szpital, zacznie za mną tęsknić. Że jeszcze wszystko może być dobrze…

Chciałem tego, ale to było nieprawdziwe. Adam podjął już decyzję, a on rzadko je zmieniał. Moje ciało było tutaj, więc ja też musiałem być tutaj. Na razie go straciłem. Odszedł z Aidenem, chociaż obaj zapewniali, że mnie kochali. Poczułem się zdradzony, a to okropnie bolało. Mimo to… Nadal kochałem Adama. Był moją pierwszą miłością, pierwszym chłopakiem i to dzięki niemu odważyłem się wyznać kim naprawdę byłem. A byłem gejem, który ukrywał to zdecydowanie zbyt długo. Gejem, który stracił najlepsze co mogło się przydarzyć takim jak ja.

103 NATE

2

Nate, 16 lat

Po otwarciu oczu ujrzałem przed sobą jedynie biały sufit. Wciąż kręciło mi się w głowie, a kiedy próbowałem coś powiedzieć, wydałem z siebie jedynie cichy jęk. To jednak zwróciło uwagę Jonatana, który siedział przy moim łóżku i w tej chwili zerwał się energicznie, by pomóc mi się podnieść.

Nie musiałem się długo rozglądać, by zrozumieć, że byłem w szpitalu, ale nie miałem pojęcia co tam robiłem. Znów byłem w Cleverin. Trafiłem już do tego samego szpitala, gdy byłem dzieckiem i dokładnie wszystko zapamiętałem.

 - Napij się – polecił Jonatan podając mi szklankę wody. – Zawołam pielęgniarkę.

 - Czekaj! – poprosiłem. – Co się stało?

 - Pożar.

 - A przepowiednia?

 - Nie rozumiem…

 - Hannah i Lukas też przeżyli?

 - Chyba tak. Nie znam twoich znajomych z obozu, ale lekarze mówili tylko o jednym martwym mężczyźnie… Chyba miał na imię Matteo… Ach, no i jeden chłopak jest w śpiączce. Pozostałym nic się nie stało, ale muszą jeszcze porozmawiać z psychologiem.

Znajomych z obozu?! O czym on mówił? Jakiego obozu? Dlaczego wydawał się taki tajemniczy?

Pozwoliłem, by wyszedł z pokoju, ale za szybą widziałem jak zatrzymał się przy jakiejś kobiecie, by o coś zapytać. Nie wyglądała na lekarza, ale uznałem, że warto wiedzieć o czym rozmawiali, więc wytężyłem wilczy słuch. Nic. Jakby nie działał, chociaż przecież nie byliśmy już w Grooveland. Tutaj w Cleverin mój słuch powinien działać!

Zobaczyłem, że w drzwiach stał Daniel. Jonatan nie był zbyt pomocny, ale może chociaż on będzie w stanie mi coś wytłumaczyć. Przede wszystkim chciałem wiedzieć dlaczego przeżyłem i co z przepowiednią? Może ktoś ją przerwał przed końcem i dlatego byłem teraz w szpitalu, choć powinienem być martwy. Daniel zajrzał do pokoju trochę niepewnie, ale gdy zobaczył, że mój brat wyszedł, wszedł do środka i zajął jego krzesło przy łóżku.

 - Przyszedłem zobaczyć czy wszystko w porządku – powiedział.

 - Nie! Nic nie jest w porządku! Dlaczego żyję, hm?

 - Miałeś szczęście. – Uśmiechnął się. – Następnym razem, gdy pojedziemy razem na obóz, powinniśmy być bardziej ostrożni.

 - O co chodzi z tym obozem? – Nadal nie potrafiłem niczego zrozumieć. – Przecież odprawialiśmy rytuał. Powinienem być martwy. Byłem wybawcą i miałem pomóc dzikim.

 Daniel wstał i popchnął mnie delikatnie, bym znów opadł na poduszkę. On mnie nie rozumiał. Myślał, że zwariowałem, a przecież doskonale pamiętałem każdy szczegół z ostatnich miesięcy, od momentu, gdy opuściłem dom, gdyż Jonatan oddał mnie Radzie. A potem jeszcze cała ta walka z Radą, moja utrata emocji i odzyskanie ich… To było prawdziwe.

 - Chyba powinieneś odpocząć – zaproponował Daniel. – To pewnie działanie leków…

 - Chcesz powiedzieć, że… Ty tego wszystkiego nie pamiętasz? – Rozejrzałem się dookoła, chociaż pokój był pusty. Pamiętałem, że w Cleverin żyli zwykli ludzie nieznający magii. Sam kiedyś do nich należałem, więc teraz ściszyłem głos i pochyliłem się do chłopaka. – Stary, jestem wilkiem, czarownikiem i człowiekiem w jednym, pamiętasz?

 - Prześpij się, co? Wrócę później…

 - Nie! – Chwyciłem go za przedramię nie pozwalając mu odejść. – A co z Jessicą? Żyje?

 - Nie rób sobie żartów, Nate! – zdenerwował się. – Dobrze wiesz, że nie żyje i to wcale nie jest zabawne!

 - Jak umarła?

 - Wrócę później – powtórzył.

 - Powiedz mi tylko jak umarła… – Patrzył na mnie oburzony. – Proszę.

 - Miała białaczkę. Zmarła kilka miesięcy temu – wyznał z bólem.

Znów się podniosłem i odrzuciłem kołdrę na bok.

 - Co robisz?! – zapytał.

 - Idę znaleźć Lukasa i Hannah. Oni muszą coś wiedzieć.

 - Nie wiem o kim mówisz, ale nie wychodź z łóżka. Powinien zobaczyć cię lekarz.

 - Później. Nie będę wychodził ze szpitala. Tylko muszę ich znaleźć.

Zrzuciłem nogi z łóżka i z przerażeniem zatrzymałem na nich wzrok. Kiedy były pod kołdrą, nie czułem tego, ale teraz widziałem liczne blizny na swoim ciele. Całe nogi miałem poparzone. Nie było jednak czasu, by się tym przejmować. Jeśli Hannah i Lukas żyli, na pewno też chcieli ze mną porozmawiać. Musieli mi to wszystko wyjaśnić. Jonatan i Daniel nie pamiętali nic z tego co się wydarzyło. Dan uważał, że jego siostra zmarła przez białaczkę, a ja straciłem wyczulone zmysły. Czy to oznaczało, że znów byłem tylko człowiekiem? Utraciłem całą magię?

Wstałem z łóżka i pospiesznie wybiegłem na korytarz. Daniel nie próbował mnie zatrzymywać, ale widziałem po jego minie, że wolałby, abym został w pokoju. Nie wiedziałem w którą stronę powinienem pójść, ale pomyślałem, że jeśli Daniel też był w Grooveland i według niego byliśmy razem na obozie, to na pewno musiał mieć rozmowę z psychologiem za sobą. On mógł mnie zaprowadzić, chociaż gdy go o to poprosiłem, długo się wahał. W końcu się zgodził i zabrał mnie do pokoju, w którym siedzieli wszyscy oczekujący na rozmowę.

Na początku kolejki siedzieli Mike, David i Rose, obok nich kilka osób, które kojarzyłem jako dzikich, a gdzieś na końcu Adam. Nie było tam jednak Hannah i Lukasa. Ani nawet Tali. Usiadłem na wolnym miejscu obok Adama, ale on nie zareagował jakby mnie znał.

 - Przepraszam – zacząłem. – Byli tu moi znajomi? Hannah i Lukas…

 - Nie, nikt o takich imionach jeszcze nie wchodził – rzekł Adam.

 - Jesteś pewny? Ładna dziewczyna z ciemnymi falowanymi włosami i…

 - Nie.

 - A może chociaż Tala? Dziewczyna…

 - Tak, ktoś taki chyba był.

 - Tala Viser? – upewniłem się.

 - Tak! Ją wołali na początku. Już dawno zdążyła wyjść.

 - Dzięki, Adam. – Klepnąłem go w ramię i odszedłem. Wyglądał na zdziwionego, gdy użyłem jego imienia.

Odszedłem z Danielem, który czekał przy drzwiach na bok.

 - Musimy wrócić do domu – stwierdziłem.

 - To zły pomysł. Wracaj do łóżka i poczekaj na lekarzy.

 - Dan, jesteś moim przyjacielem, prawda? – Skinął głową. – Ufasz mi?

 - Martwię się o ciebie…

 - Niepotrzebnie. Musisz mi zaufać. Proszę… Jeśli mi nie pomożesz, pójdę sam, a tak chociaż będziesz mógł mnie pilnować. Dan, potrzebuję cię.

Schował ręce do kieszeni i spojrzał na mnie niepewnie. Musiałem dziwnie się zachowywać, ale tylko ja tutaj pamiętałem co się wydarzyło. Mogłem liczyć jeszcze tylko na Talę. Ona musiała pamiętać, a jeśli nie… Ona przywróciła mi uczucia, ja przywrócę jej wspomnienia.

 - Dobra – zgodził się.

Przebrałem się w normalne rzeczy i wymknęliśmy się ze szpitala. Gdy rozmawiałem z Jonatanem, zauważyłem u niego kluczyki do samochodu i kiedy nie patrzył, udało mi się je zabrać. Teraz wyciągnąłem je z kieszeni i nacisnąłem przycisk, by odnaleźć jego samochód. Daniel patrzył na mnie zaskoczony, ale ja od razu ruszyłem do auta. Usiadłem za kierownicą, a on obok nie.

 - Jesteśmy za młodzi – przypomniał. – Nie masz prawka. To nielegalne.

 - To tylko kilka ulic – zauważyłem. – W Grooveland robiliśmy gorsze rzeczy.

 - Co ty gadasz?! Ledwo zdążyliśmy przyjechać na obóz i już pierwszego dnia zdarzył się ten pożar.

Uśmiechnąłem się, a on nie wiedział o co mi chodziło. Straciłem w Grooveland kilka miesięcy swojego życia, a on uważał, że spędziliśmy tam niecały dzień. Z każdą chwilą od momentu, gdy obudziłem się w szpitalnym łóżku, dowiadywałem się coraz więcej, ale to wszystko było fałszywe. Tylko ja pamiętałem prawdę, ale gdybym próbował przekazać ją innym, w końcu uznaliby mnie za szaleńca i zamknęli w psychiatryku.

 - Zapnij pasy – nakazałem przyjacielowi, chwytając za kierownicę. – Robię to pierwszy raz.

 - Będę żałował, że ci na to pozwoliłem.

Nigdy wcześniej nie prowadziłem samochodu, ale musiałem przyznać, że nieźle mi poszło. Bez większych szkód dojechaliśmy na miejsce, a ja zaparkowałem pod domem Dereka. Byłem pewny, że jeśli tak jak wszyscy żyła fałszywymi wspomnieniami, to powinienem jej szukać właśnie tutaj. Nie będąc wilkiem, na pewno zamieszkałaby z bratem, tak jak najwyraźniej ja z Jonatanem. Dopiero teraz dotarło do mnie, że skoro wszyscy tu żyli jakby magia nigdy nie istniała, to oznaczałoby, że nigdy nie zostałem porzucony przez biologiczną matkę, a więc nigdy nie zostałem adoptowany. Chociaż… To już nie miało znaczenia. Obie moje mamy nie żyły, a mi pozostał tylko starszy brat.

 - Co tu robimy? – zapytał Daniel, wychylając się do przodu, by zobaczyć dom.

 - Mam nadzieję, że zastanę tu… Przyjaciółkę. Idziesz ze mną?

 - Lepiej zostanę tutaj. Popilnuję auta.

 - Jak chcesz.

Wyszedłem z samochodu i z nadzieją, że znów zobaczę Talę, zbliżyłem się do furtki. Nacisnąłem dzwonek i czekałem nie mogąc się doczekać jej widoku. Z domu wyszedł Derek.

 - O co chodzi? – zapytał podchodząc do płotu.

 - Jestem przyjacielem Tali – wyjaśniłem. – Czy jest w domu?

Obrzucił mnie nieufnym spojrzeniem, ale w końcu otworzył przede mną furtkę, a potem wprowadził do domu i zawołał dziewczynę.

Zeszła ze schodów, patrząc na mnie jak na obcego. To bolało. Przenosiła wzrok ze mnie na brata i znów na mnie, próbując zrozumieć kim jestem i po co przyszedłem. Nie pamiętała żadnej z tych naszych cudownych wspólnych chwil. Zapomniała, że to ona pomogła mi zrozumieć kim naprawdę byłem i przeprowadziła mnie przez tą trudną drogę, by ostatecznie mnie uratować.

Widząc ją nie mogłem się powstrzymać. Gdy tylko się przede mną zatrzymała, musiałem ją przytulić nie zważając na niepewne i nieufne spojrzenia ze strony rodzeństwa.

 - Tala! – Była trochę zaskoczona, ale nie odpychała mnie, gdy ją przytulałem. – Tak się cieszę, że znów cię widzę.

 Kiedy wreszcie ją puściłem, dostrzegłem zakłopotanie na jej twarzy. Marszczyła jedną brew, gdy na mnie patrzyła i próbowała sobie mnie przypomnieć. W końcu uśmiechnęła się życzliwie choć niepewnie.

 - Przepraszam, ale kim jesteś? – zapytała zmieszana.

Złapałem ją za dłonie.

 - Tala, proszę… Wszyscy inni mogli zapomnieć, ale ty musisz pamiętać. Znasz mnie…

 - Byłeś na tym obozie, prawda? Szkoda, że się skończył, zanim zdążył się zacząć. Nawet nie mieliśmy okazji się poznać.

 - Wcale nie. Nie było żadnego obozu – wyjaśniłem. Starałem się mówić przekonująco, ale to tylko wywoływało u niej coraz bardziej niepewny wyraz twarzy, aż wreszcie wyszarpnęła dłonie z moich i cofnęła się minimalnie jakby się mnie bała. – Wyjechaliśmy do Grooveland, by przywrócić pokój między ludźmi, czarownicami i wilkami. Ty i twój brat Christian byliście w stadzie mojego brata, a ja byłem hybrydą, która powinna zginąć w rytuale. Skrzywdziłem cię, ale kochałaś mnie. A ja… Ja kochałem cię najmocniej na świecie. Twoja miłość mnie uratowała, a potem musieliśmy się pożegnać, bo miałem zostać spalony, by wszystko naprawić.

 - Skąd znałeś Christiana?

 - Był moim przyjacielem.

 - Nieprawda. – Kiwała przecząco głową. Była przerażona i to przeze mnie. – Znałam wszystkich jego przyjaciół.

 - Ty i Christian próbowaliście mi pomóc, gdy skończyłem szesnaście lat… – przekonywałem, mając nadzieję, że wreszcie coś sobie przypomni.

 Zrobiłem krok ku niej, ale ona się odsunęła. Derek natychmiast się zbliżył, widząc reakcje swojej siostry.

 - Tala, znasz go? – zapytał, a ona pokiwała przecząco głową.

Derek natychmiast chwycił mnie za ramiona i pociągnął w stronę drzwi.

 - Powinieneś już iść, kolego – powiedział.

 - Nie! – Wyrywałem się. – Tala, kocham cię! Kocham…

 - Jesteś nienormalny! – zawołała, gdy jej brat wyprowadzał mnie na zewnątrz.

Skuliła trochę ramiona, a do oczu napłynęły jej łzy. Przestraszyłem ją, chociaż byłem pewny, że będę potrafił jej wszystko przypomnieć.

Nie wróciłem już do szpitala. Daniel mnie do tego przekonywał, ale nie posłuchałem go. Nie mogłem tam wrócić i żyć w świecie, którego nie rozumiałem. Czy tak właśnie miała wyglądać przepowiednia? To miała być naprawa? Hannah i Lukas inaczej przedstawiali świat, w którym oni żyli. I ja też tam żyłem, chociaż nie pamiętałem tamtych czasów tak samo jak moi znajomi nie pamiętali ostatnich miesięcy. Ja przynajmniej miałem świadomość, że było coś jeszcze. Że kiedyś byłem kimś więcej niż tylko to co pamiętałem. Oni żyli kłamstwami i nawet nie chcieli słuchać prawdy.

Zastanawiało mnie co o tym wszystkim myśleliby Hannah i Lukas. Od początku byli gotowi się poświęcić, by odzyskać swój świat, ale to nie było to. Wtedy magia była wszędzie. Wszyscy mieli tyle mocy, że sam nie potrafiłbym sobie tego wyobrazić, a zwykli przeciętni ludzie różnili się od tych dzisiaj. Teraz… Magia zniknęła. Tak jakby nigdy nie istniała. Wilki i czarownice były tu jedynie wymyślonymi przez ludzką wyobraźnię istotami, a wszyscy stali się zwykłymi ludźmi. ZWYKŁYMI! Bez jakichkolwiek magicznych umiejętności. Nawet mi zaczynało się wydawać jakby część mojego dawnego życia była tylko wyobraźnią. Jakimś żartem czy snem, ale nie rzeczywistością.

Najgorsze było to, że byłem sam. Nie mogłem z nikim o tym porozmawiać, bo zaczynali patrzeć na mnie jak na wariata, albo zaczynali się mnie bać. Chyba wolałbym o tym wszystkim zapomnieć tak jak oni i znów mieć normalne życie nie wiedząc o tym wszystkim co się wydarzyło. Pamiętając o tym, nigdy nie będę umiał być po prostu Nate’em. Wewnątrz będzie Conan Wolfrick – hybryda, wybawca, ktoś wyjątkowy… Taka wiedza na zawsze zmieniała człowieka. Życie, które wiodłem przed szesnastymi urodzinami, wydawało mi się teraz odległe i obce jakby nigdy nie należało do mnie. Ciekawe czy właśnie tak czuł się Lukas, myśląc o życiu Chace’a.

Poszedłem na cmentarz. To miejsce wydawało mi się najodpowiedniejsze patrząc na to wszystko co straciłem. Wielu moich przyjaciół zmarło w Grooveland, ale w pewnym sensie ja też umarłem. To co przyniosła mi przepowiednia nie było ani złe, ani dobre. Może po prostu trzeba było zostawić to za sobą i narodzić się na nowo. Pewnie i tak będę potrzebował trochę czasu, bym odkrył kim byłem bez magii, ale niektórzy wciąż przy mnie pozostali i wiedziałem, że oni mi pomogą. Nigdy nie potrzebowałem magii, by przyjaźnić się z Danielem, a Jonatan… Był moim bratem, a bez magii stał się nawet zupełnie inną osobą.

Aż do końca nie wiedzieliśmy czym była przepowiednia i co oznaczała. Zdecydowaliśmy się zaryzykować i teraz nie miałem już na nic wpływu. Trzeba było to po prostu przyjąć i zaakceptować takim jakim jest. Być może naprawianie tego co było inne, niekoniecznie gorsze, ale po prostu inne, wcale nie było takim dobrym pomysłem.

Wchodząc na cmentarz, kupiłem przy wejściu kilka zniczy, a potem długo chodziłem między grobami, uważnie czytając każde nazwisko. Dzisiaj nie było tu dużo ludzi, a ci którzy przyszli i tak nie zwracali na mnie uwagi. Kiedy dotarłem do końca, policzyłem, że odnalazłem tylko dwa znajome nazwiska. Christian Viser i Jessica Shay. Przy obu zapaliłem znicze i odmówiłem za nich krótką modlitwę, chociaż od dawna nie wierzyłem już w Boga.

Zmartwiłem się, że nie odnalazłem mojej adopcyjnej mamy. Straciłem ją jeszcze przed wyprawą do Grooveland, a teraz i tak nie była już moją mamą, ale jeśli mieszkała w Cleverin to liczyłem, że pochowano ją właśnie tutaj. Zrozumiałem, że nawet przepowiednia nie potrafiła ożywiać martwych. Pewnie dlatego Hannah i Lukas nie wrócili, a Jessica zdaniem Daniela zmarła przez białaczkę. Możliwe, że w takim razie nie zdążyłem umrzeć. Oddałem ofiarę w postaci całej swojej magii, a wraz z nią magię każdego z gatunków, ale rytuał zdążył zadziałać zanim umarłem.

Na środku cmentarza stał ogromny drewniany krzyż, a przy nim zawsze znajdowały się piękne kwiaty i lśniące płomienie zniczy. Nie wierzyłem, by to był sposób na pożegnanie zmarłych, ale czy miałem inne wyjście? Nie miałem dokąd pójść, a tu przynajmniej miałem spokój. Nikt nie nie zaczepiał i nikt niczego ode mnie nie oczekiwał.

W siatce zostało mi kilka zniczy. Wyjmowałem je po kolei, zapalałem i stawiałem pod krzyżem.

 - To za ciebie Hannah. – Ustawiłem pierwszy znicz. – I za ciebie Lukas. – Dołożyłem drugi, a potem następne. – Za ciebie Alex. – Nie mogłem jej pominąć. Nawet ona zasługiwała na moją pamięć, zwłaszcza, gdy wszyscy inni o niej zapomnieli. – Za ciebie Liam. I… Za ciebie mamo. Zawsze będę o was pamiętał.

Osunąłem się powoli na ziemię i usiadłem pod drzewem opierając się plecami o jego pień. Co teraz? Co będzie dalej?

Myślałem o nich wszystkich, wspominając nasze najlepsze wspólne chwile i wtedy przypomniałem sobie o jeszcze jednym drobiazgu. Wyciągnąłem z kieszeni kostkę Rubika należącą do Liama. Oglądałem ją już wcześniej, ale dopiero teraz zwróciłem uwagę, że była ułożona i nagle przypomniałem sobie wszystkie momenty, gdy opowiadałem przyjacielowi o życiu bez magii, poza granicami Grooveland. To ja mu wyjaśniłem czym był ten niewielki przedmiot i pokazałem do czego służył. Codziennie widziałem go jak próbował ułożyć kostkę, ale codziennie się wkurzał, bo mu to nie wychodziło. Teraz była ułożona.

 - Udało ci się – rzekłem z uśmiechem.

To przywoływało wspomnienia. Po śmierci Liama, chciałem mu ją zostawić, ale jeszcze w ostatniej chwili, tuż przed tym jak widziałem jego ciało po raz ostatni, wyciągnąłem ją z jego martwych rąk. Miałem ją w kieszeni, gdy umierałem w płomieniach. Teraz… Musiałem ją oddać. Wolałbym ją zachować, ale to nie mogła być moja pamiątka po Liamie, gdyż kostka była już jego pamiątką po ojcu. To że chłopak był już martwy, nie miało znaczenia. Być może to pomoże mu odnaleźć ojca po tamtej stronie… Zakładając, że tam coś jeszcze istnieje.

Podparłem się na ręce i wyciągnąłem w stronę krzyża, by ułożyć kostkę wśród zniczy, a potem ponownie opadłem plecami na pień drzewa. Ludzie odwiedzali swoich bliskich i modlili się za nich, a po kilku minutach zostawiali zupełnie samych i wracali do domów. Każdy kto mnie mijał, odwracał za mną wzrok, ale ja nadal siedziałem na ziemi nie przejmując się nimi. Spędziłem tam resztę dnia, rozmyślając o przeszłości, aż wreszcie cmentarz opustoszał, a dookoła zapadł mrok. Tylko palące się znicze rzucały blade światło.

Kiedy usłyszałem za sobą kroki, musiałem się długo zastanawiać kto to był. Nawet nie będą wilkiem, rozpoznawałem ten równy i zdecydowany chód. Jonatan stanął przede mną z założonymi rękami i kątem oka zerknął na krzyż, a potem wyciągnął rękę.

 - Kluczyki – powiedział.

Wyjąłem je z tylnej kieszeni i rzuciłem do brata, który złapał je w locie. Nie wyglądał na rozzłoszczonego. Miał wyrozumiałą minę co było do niego niepodobne. Ten Jonatan bez magii wydawał się jakiś lepszy. Chyba bardziej go lubiłem i przynajmniej tym razem czułem, że naprawdę byłem jego bratem.

Dopiero gdy schował kluczyki i podszedł trochę bliżej, dostrzegłem że w drugiej ręce trzymał dwa piwa. Jedno z nich przechwycił zaraz do wolnej dłoni i podał mi je. Ze zdziwieniem uniosłem wzrok.

 - Nie piję – powiedziałem, ale on nie cofnął ręki.

 - Dziś pijesz. Mamy co świętować.

Wziąłem od niego piwo, a brat natychmiast usiadł obok mnie i też oparł się o drzewo. Przez chwilę patrzył w niebo i tylko milczał, ale zaraz przeniósł wzrok na mnie.

 - Kiedy jechałem do szpitala, bałem się, że już cię nie zobaczę – wyznał. – Potem siedziałem przy twoim łóżku czekając aż się obudzisz i myślałem o tym, że cię zawiodłem. Nigdy nie potrafiłem być odpowiedzialnym starszym bratem, ale teraz gdy jesteś pod moją opieką, chyba pora dorosnąć.

 - Przecież pożar nie był twoją winą.

 - Mówię o tym co było wcześniej.

Nie wiedziałem co było wcześniej. W moich wspomnieniach wcześniej wydał mnie Radzie, ale tutaj nie było Rady, więc musiało chodzić o coś innego.

 - Od czasu, gdy zostaliśmy sami, ciągle się kłóciliśmy – wyjaśniał. – Potrzebowałeś rodziców, ale w żaden sposób nie mógłbym ci ich zastąpić. My… Zawsze byliśmy kumplami. Nie potrafiłem nagle wziąć za ciebie odpowiedzialności. Nie mogłem cię wspierać, bo sam sobie nie radziłem i jeszcze zrzucałem to na ciebie.

Upiłem łyk piwa, słuchając jego wyżaleń. W ten sposób mogłem dowiedzieć się czegoś o tym kim teraz byłem i o tym kim on był.

 - To już nie ma znaczenia. – Stwierdziłem, gdy skończył. – Zostawmy przeszłość za sobą, zapomnijmy o niej i stwórzmy nową lepszą przyszłość – zaproponowałem, a on się uśmiechnął, więc uznałem to za zgodę.

Następne minuty spędziliśmy w ciszy, spokojnie popijając piwo i gapiąc się w noc. Przez ten krótki czas czułem się taki beztroski, choć ostatnie wydarzenia nadal mnie przerażały, ale teraz potrafiłem o nich nie myśleć.

 - Uciekłem ze szpitala… – zacząłem ostrożnie, przerywając przyjemną ciszę.

 - Już wszystko załatwiłem – zapewnił. – Po prostu… Gdyby coś się działo, mam przywieźć cię z powrotem.

 - Skąd wiedziałeś, że tu będę?

 - Nie wiedziałem. Szukałem w wielu innych miejscach zanim tu trafiłem, ale teraz wydaje mi się to oczywiste… Sam ledwo uszedłeś śmierci. Potem… Dziwnie się zachowywałeś i pewnie to przez ten szok pourazowy uciekłeś ze szpitala, by zaszyć się w jakimś spokojnym miejscu. Tutaj… To idealne miejsce. Usłyszą cię jedynie zmarli.

Możliwe że ten „szok pourazowy” potrwa jeszcze kilka dni, zanim się przyzwyczaję, ale teraz wreszcie czułem, że będzie dobrze. To nowa szansa, do której musiałem podejść w odpowiedni sposób, by umieć się nią cieszyć. Teraz już chyba byłem gotowy. Tym razem tylko mój wspaniały nudny świat. Żadnej magii, przemian, czarów, walk, przepowiedni, wrogów, tajemnic, zdrad i nieprzyjemnych niespodzianek.

Jonatan dopił ostatnie łyki piwa i odrzucił butelkę na bok. Ja wypiłem dopiero połowę i już miałem dość, ale nadal trzymałem butelkę w dłoni. Brat wstał, włożył ręce do kieszeni i zamyślił się chwilę patrząc na krzyż. Minę miał bardzo skupioną i najwyraźniej intensywnie o czymś myślał. Właściwie to chyba o kimś. Nie wiedziałem kogo miał na myśli, bo przecież nie pamiętał naszych poległych przyjaciół, ale najwyraźniej był w jego życiu ktoś za kim bardzo tęsknił. Może chodziło o naszych rodziców, a może o jeszcze kogoś innego.

 - Wracajmy do domu – powiedział nie odrywając wzroku od płomieni zniczy i nie ruszając się z miejsca.

Wstałem z ziemi i otrzepałem brudne od liści zmieszanej z ziemią spodnie. Niedaleko był śmietnik, więc wyrzuciłem do niego resztę piwa, zamiast zostawiać butelkę na ziemi jak mój starszy brat. Naszło mnie pewne pytanie, które chciałbym mu zadać, ale nie wiedziałem jak je potraktuje i jakiej odpowiedzi mógłbym się spodziewać. W końcu zebrałem się na odwagę.

 - Wierzysz w magię? – wypaliłem nagle.

Jonatan odwrócił się powoli, nie wyciągając rąk z kieszeni.

 - Zależy co nazwiesz magią – stwierdził wzruszając ramionami.

Nie nazwał mnie po tym szaleńcem, więc już nieco odważniej zrobiłem krok ku niemu i zmieniłem ton głosu na głośniejszy i pewniejszy.

 - Czy… Czy wierzysz, że poza tym co znamy może istnieć coś jeszcze. Tutaj, na ziemi… Może nawet wśród nas, zwykłych ludzi, choć nie zawsze to zauważamy… – mówiłem z poruszeniem. – Co gdybyś odkrył w sobie niezwykłe moce? Gdyby okazało się, że możesz rządzić losem i robić niesamowite rzeczy, o których inni nawet boją się marzyć… A gdybyś mógł zmienić swoją postać? Zamienić się w jakieś zwierzę albo…

 - Wtedy zamieniłbym się w wilka – wtrącił niezbyt poważnie.

Przestałem na chwilę mówić, wpatrując się w niego zaskoczony. Uśmiechał się rozbawiony. Uważał to za żart, ale nie miałem do niego o to pretensji. Byłem zaskoczony jego odpowiedzią i tym, że wybrałby akurat wilka. Uśmiechnąłem się z niedowierzaniem, a kiedy to już tak do końca do mnie dotarło, zacząłem się śmiać.

 - Nie śmiej się – ostrzegł tak samo rozbawiony. – Wilki to wspaniałe zwierzęta.

 - Wiem – przyznałem nie przestając się uśmiechać. – Też zmieniłbym się w wilka…

Uśmiechnął się jeszcze szerzej, a potem podszedł do mnie, zarzucając ramię na moją szyję.

 - Wracajmy do domu, młody – zaproponował.

Poszedłem za nim bez oporów. Całe życie byłem jedynakiem, ale dobrze mieć brata. To nie to samo co przyjaciel czy dziewczyna. Moje nastawienie do Jonatana w ostatnich miesiącach było bardzo zmienne, ale ostatecznie okazał się być jedynym, z którym teraz mogłem tak szczerze porozmawiać i któremu ufałem bez względu na przeszłość. Tym właśnie była prawdziwa rodzina.

102 TALA

4

Tala, 18 lat

Już od samego rana w całej kryjówce panowało nagłe poruszenie. Przetrwaliśmy dwie wygrane bitwy i zachowaliśmy wszystko co było potrzebne do spełnienia przepowiedni. Pełnia była co miesiąc, ale każdy kogo mijałam idąc korytarzem, zdawał sobie sprawę, że jeszcze nigdy nie byliśmy aż tak blisko. Pełnia miała być tej nocy. Niezależnie od tego co się potem wydarzy, jutro nie będzie już takie samo. Będzie inaczej chociażby ze względu na brak Nate’a, ale też Lukasa i Hannah. Może nie zawsze darzyliśmy się sympatią, ale po tym wszystkim co razem przeszliśmy, chyba mogłam stwierdzić, że ostatecznie wszyscy byliśmy przyjaciółmi.

 - Jesteś na to gotowy? – zapytałam Daniela, który szedł obok mnie.

Byli z nami też pozostali. Nie Najprawdziwsi, ale wszyscy inni. Mike, David, Rose, Kai, Adam, Jonatan… I reszta. Kiedy wczoraj wygnaliśmy stąd ostatniego z wojowników, kryjówka pozostała pełna trupów. Przypomniał nam się widok, który zostawiliśmy w królestwie Rady. Jeszcze dzień przed przepowiednią, musiało zginąć tyle osób… I nikt wcale nie mówił, że to ostatni atak. Pozbawiliśmy sił zarówno Alice jak i Olivię, ale sprawa była tak ważna, że obie mogły chcieć walczyć do końca i w tym celu nawet znów się połączyć.

 - Nie – wyszeptał Daniel. – Zgodziłem się opuścić dom i wziąć w tym wszystkim udział, by ratować przyjaciela, a teraz… Muszę pozwolić mu umrzeć. To nie tak powinno być.

 - Wiem, ale… Nate tego chce. Musimy to uszanować.

Teraz należało zająć się nieboszczykami. Chociaż wszyscy byli przejęci rytuałem, należało pamiętać o poległych. Każdy z nich walczył do końca o sprawę, która była w ich odczuciu słuszna. Każdy z nich zasłużył na uszanowanie tego i godne pochowanie ich ciał. Tego dnia nadal pozostawało przed nami wiele pracy.

Weszliśmy do jednego z pokoi, gdzie dzicy przenieśli niektóre ciała i zobaczyliśmy tam klęczącego nad jednym z trupów Nate’a. W ręce miał kostkę Rubika, którą obracał w palcach, uważnie jej się przyglądając jakby miała być w niej zaszyfrowana jakaś wiadomość.

 - Myślałem, że dzicy chcieli pokoju – powiedział, ocierając łzy. Nie wstydził się płakać.

 - To nas zaatakowano – przypomniał David.

 - Wy zrobiliście to samo w zamku. – Nikt nie wiedział co odpowiedzieć. Nate oderwał wzrok od kostki i spojrzał na mnie. – Zostawcie mnie samego z Talą.

Inni posłusznie wyszli, aż wreszcie drzwi zamknęły się za ostatnią osobą, a ja usiadłam naprzeciwko chłopaka, otoczona martwymi ciałami. Nate włożył kostkę do zimnych rąk jednego z trupów.

 - Był moim przyjacielem – wyjaśnił. – Miał na imię Liam…

Zacisnęłam dłoń na jego dłoni. Spojrzał mi głęboko w oczy, a ja dostrzegłam w nim cierpienie.

 - Przepraszam za Chrisa. – Tuż po tych słowach jego usta się wykrzywiły, a on zaczął płakać.

Wciąż nie potrafiłam patrzeć na niego bez żalu i wyrzutów. Sądziłam, że to mnie śmierć brata dotknęła najmocniej, ale to nie ja miałam krew przyjaciela na własnych rękach. Christian bardzo mu pomógł i zawsze był przy nim… Nigdy nie będzie potrafił usprawiedliwić się przed samym sobą. Będzie się za to winił aż do ostatniej chwili, a gdyby jednak miał przeżyć, aż do końca swojego życia. Nawet sobie nie wyobrażałam jak to jest żyć ze świadomością zabicia kogoś bliskiego.

Kiedy widziałam jak płakał, nie mogłam się powstrzymać, by nie zrobić tego samego. Przytuliłam go mocno i oboje płakaliśmy.

 - Dlaczego tyle osób musiało zginąć? – zapytał. – Straciliśmy tylu przyjaciół…

Wypuściłam go z objęć, ale nadal nie puszczałam jego ręki.

 - Jesteśmy w Grooveland, Nate. Tak wygląda życie wśród magii, ale zdaniem Hannah i Lukasa, przepowiednia wszystko naprawi.

Zaczął się nagle śmiać. To był smutny śmiech, ale szczery. Nie było w nim radości, gdyż została ona zastąpiona bezradnością i żalem.

 - Z czego się śmiejesz? – zapytałam łagodnie.

 - Z siebie… Marzyłem o przygodzie, wiesz? – Przygryzł wargę i zastanowił się przez chwilę. – Kiedyś moje życie było łatwiejsze, ale nudziłem się. Chciałem czegoś wyjątkowego, chciałem magii… Przygody…

 - Przeżyłeś ją.

 - Tak… Przeżyłem. – Posmutniał, ale zaraz jego uśmiech wrócił na miejsce, chociaż nie był już tak pewny i szeroki. – Chyba wolałbym to swoje stare nudne życie. Jedyne czego bym żałował to to, że nigdy nie poznałbym ciebie… Nikogo z was bym nie znał…

Uśmiechnęłam się. Na jakiś sposób był nawet słodki. Miał taką przyjazną twarz i szczere oczy, chociaż długo nie strzyżone już włosy nadawały mu chłopięcego wyglądu. Był niesamowity. Nie jako chłopak, ale jako przyjaciel był wspaniały.

 - Gdyby nie przepowiednia… – zaczął niepewnie, jakby bał się tego tematu. – Dałabyś mi szansę? Bylibyśmy razem?

- Wiesz… – Nie wiedziałam co powiedzieć.

 - Powiedz prawdę, Tala. Nie kłam tylko dlatego, że zginę dzisiejszej nocy…

Patrzyliśmy sobie prosto w oczy, gdy zadał mi to pytanie. Nie mogłam go okłamywać, pomimo tego, że miałam go stracić. Kłamstwa nie powinny być ostatnim co ode mnie usłyszy.

 - Nie – rzekłam stanowczo.

Przez jego twarz przemknął smutny uśmiech, ale stało się to tak szybko, że ledwo zdążyłam go zarejestrować. Nadal trzymałam dłonie Nate’a, chociaż on puścił moje i odwrócił wzrok. Oczy wciąż miał wilgotne, ale w tym momencie po jego policzku spłynęła łza, której wcześniej tam nie było.

 - Naprawdę się cieszę, że mogłem cię poznać – wyznał nie patrząc na mnie. Bałam się, że się na mnie obrazi, ale wtedy ponownie chwycił moje dłonie i pochylił się do mnie. – Będziesz przy mnie, gdy to się stanie?

 - Wszyscy będziemy – zapewniłam. – Masz tu przyjaciół i wszyscy cię kochamy, Nate… Nie pozwolimy byś był sam w takiej chwili.

 - Dziękuję.

Pocałowałam go w policzek i zostawiłam wśród trupów. Nate musiał jeszcze pożegnać się z martwym przyjacielem i powinien to zrobić sam. My mogliśmy zająć się poległymi trochę później.

Do wieczora wszystko zostało już uprzątnięte, a my wszyscy mogliśmy skupić się na ważniejszej sprawie. Wszyscy chodzili podekscytowani, a najbardziej Lukas i Hannah, którzy czekali na to najdłużej.

Aż do momentu, gdy Nate umrze, nadal byliśmy w niebezpieczeństwie, więc należało zachować ostrożność aż do końca. Większość dzikich miała zgłosić się po broń i różnego rodzaju środki ochrony, by zabezpieczać całe wydarzenie, a inni nosili drewno, by podczas rytuału móc oddać wybawcę płomieniom. Mike i David nadzorowali wszystko z balkonu w holu głównym. David wyglądał na wyluzowanego i cieszącego się zwycięstwem. Może nawet trochę rozbawionego.  Trzymał ręce w kieszeniach i chwiał się w miejscu przechodząc raz na pięty, raz na całe stopy. Mike, z którym rozmawiał był zdecydowanie bardziej spięty. Opierał się ręką o barierkę i uważnie przyglądał się wszystkim szczegółom na dole. Wiedział jak trudno zebrać razem wszystkie elementy przepowiedni i nie chciał pozwolić, by coś poszło nie tak. Nie było miejsca na żadne błędy.

 Poczułam czyjąś rękę na swojej talii i zaraz potem stał obok mnie Adam.

 - Idziemy? – zapytał głosem skazańca, jakby to on szedł na ofiarę.

 - Gdzie Nate?

Rozglądałam się chcąc go znaleźć, ale nie dostrzegłam go wśród tłumu. Ostatni raz widziałam go rano, a potem gdzieś zniknął na resztę dnia.

 - Pewnie jest już na dworze. Chodźmy…

Ruszyłam z nim w stronę klatki, do której ustawiła się kolejka, by zjechać na dół. Patrzyłam na Adama kiedy ten odwracał wzrok i zastanawiałam się co się z nami stanie, gdy będzie po wszystkim. Ja nie zamierzałam zostać w Grooveland. Pewnie wrócę do domu, do Dereka i nauczę się żyć bez tego wszystkiego co straciłam w całej tej wyprawie. Martwiłam się o Adama. Zaprzyjaźniliśmy się i oboje wiele przeszliśmy. Ja stracę Nate’a, on stracił Jasona. Być może żadne z nas już nigdy nie odnajdzie prawdziwej miłości, ale wciąż pozostawało stado, które miało być z nami na dobre i na złe… Tak miało być… Powinno i kiedyś w to wierzyłam, ale zrozumiałam, że to po prostu niemożliwe. Można było liczyć tylko na prawdziwą biologiczną rodzinę. Nie wiem co zrobi Jonatan. Ja opuszczę jego stado, a Christian… Prawdopodobnie Jonatan zostanie sam lub odnajdzie Jacka i znajdą nowych członków watahy. Jonatanowi dobrze by to zrobiło. Złagodniał przez te wszystkie wydarzenia, ale tak w głębi duszy był urodzonym przywódcą.

Adam był w gorszej sytuacji. Ich wataha zawsze była wyjątkowa, ale została stworzona przez wilka, a nie przez los. Zawsze dążyli do jasno określonego celu, ale on dotyczył Lukasa i Hannah. Kai i Adam zostaną bez alfy. Kai już znalazł nowe stado, które tak jak stare było niezwykłe, bo nie składało się z samych wilków, ale nie sądziłam, by dołączenie tam usatysfakcjonowało Adama. Był bratem krwi Kaia, ale potrzebował czegoś więcej. Miałam nadzieję, że cokolwiek to będzie, uda mu się to znaleźć.

Klatka została wciągnięta w górę i weszliśmy do niej razem z Adamem i grupą dzikich. Na dole zebrali się już prawie wszyscy. Dzicy z bronią utworzyli krąg i uważnie przyglądali się każdemu kto do niego wchodził. Niewielu miało tam wstęp. Większość dzikich obserwowało zza kręgu, a oni też mieli broń lub palące się pochodnie. Do kręgu wchodzili tylko przyjaciele Nate’a lub Najprawdziwszych. Bliscy przyjaciele, więc my mieliśmy tam wstęp.

Na środku leżała sterta drewna, a gdzieś przy niej stał Daniel, więc podeszliśmy do niego, by razem poczekać na rozpoczęcie rytuału. Chłopak cały drżał z zimna albo z nerwów. Może z obu powodów. Wszyscy ludzie i czarownice byli ciepło poubierani i okryci kocami, pod którymi skrywali broń. Noc była chłodna i tylko my, wilki staliśmy tam w cienkich krótkich rękawkach. Obserwowałam dzikich poza kręgiem i z przykrością dostrzegałam w ich twarzach radość, ciekawość, nadzieję… Ale nie ból. To my traciliśmy bliskich, ale oni przyszli na przedstawienie. Dla nich Nate był wybawcą, który żył tylko po to, by dla nich zginąć. Nie mogłam na to patrzeć.

Wreszcie zjawili się najważniejsi goście tej imprezy. Nate wyglądał na nieobecnego, gdy zatrzymywał się przy dzikich, by go przepuścili. Lukas i Hannah wyglądali odważniej i pewnie zmierzali w wyznaczone miejsce. Za nimi szli Mike z Davidem, a dopiero na końcu prowadzono Alexandrę.

Przywódcy, którzy nie mieli zostać poświęceni, stanęli przed stertą drewna i zaczęli rozmawiać o czymś po cichu. W trakcie tej rozmowy wielokrotnie patrzyli w niebo. Księżyc był w pełni. Już czas.

Nate wziął nóż i naciął nim skórę, by pojawiła się stróżka krwi, a następnie skapnął kilka ich kropel do kubka, który podsunął mu Mike. To był początek. W ten sposób on i Najprawdziwsi mieli się połączyć.

Lukas i Hannah żegnali się jeszcze z przyjaciółmi. Adam, który cały czas stał przy nas, teraz nas opuścił, by ostatni raz porozmawiać z bratem i siostrą krwi.

 - Ucieka! – ktoś nagle zawołał, sprawiając że kilka osób się wzdrygnęło.

Wszyscy automatycznie spojrzeli na Alex. Została pozbawiona mocy, ale bez problemu pozbyła się kajdanek i przechytrzyła dwóch pilnujących ją mężczyzn. Przez krąg wokół nas przedostała się ukrywając twarz pod kapturem. Dzicy pilnowali kto wchodził do środka, ale niestety nie zwracali uwagi kto wychodził. Kiedy jednak usłyszano krzyk, rzuciło się na nią tak wielu dzikich, że zaraz już ją złapano z powrotem.

Lukas puścił Adama, którego właśnie ściskał i szybkim krokiem podszedł do Alex.

 - Puśćcie ją – rozkazał dzikim.

Posłusznie wykonali polecenie, ale zanim dziewczyna zdążyła uciec, Lukas złapał ją, skutecznie ją unieruchamiając, a przedramieniem napierając na jej szyję.

 - Obiecałaś żadnych wygłupów, Alex – powiedział Lukas. – I tak się tego spodziewałem.

 - Jesteście głupi. Po co chcecie ginąć.

 - Myślę, że to ustaliliśmy już dawno temu. To po to zabiłaś Elizabeth, prawda? Od tamtej pory marzę, by się zemścić, ale dziś już nie muszę się powstrzymywać… Wiele razem przeszliśmy, ale cieszę się, że to już koniec.

Hannah zbliżyła się do nich i podała Lukasowi kubek z krwią Nate’a, którą mężczyzna siłą wlał Alex do gardła. Potem wyciągnął z kieszeni nóż i przyłożył go do piersi dziewczyny.

 - Jakieś ostatnie słowo? – zapytał.

 - Wiesz dlaczego naprawdę zabiłam Elizabeth? – zapytała, ale Lukas tylko mocniej przycisnął nóż. – Zanim nam to zrobiono, byliśmy zaręczeni… Mogłeś mnie mieć, ale ty wybrałeś ją…

Hannah pochyliła głowę. Lukas wbił nóż w jej serce i natychmiast się od niej odsunął. Alex wydała z siebie słaby jęk i upadła na ziemię, a mężczyzna wpatrywał się w nią z odrazą, dopóki Hannah nie chwyciła go za ramię.

 - W porządku, Luke – powiedziała, odwracając go przodem do siebie. – Teraz nasza kolej.

Wzięła z jego ręki kubek z krwią i napiła się z niego. Krople deszczu opadły na jej twarz, a zebrani jeszcze bardziej się skulili, ale wszyscy obserwowali z uwagą. Lukas także wypił krew, a deszcz padał coraz mocniej i sprawiał, że mokre włosy mężczyzny zaczęły kleić mu się do czoła.

Lukas zdążył już schować nóż, ale Hannah ponownie go wyciągnęła i wcisnęła mu do ręki.

 - Musisz to zrobić – poprosiła.

 - Dlaczego ja?

 - Bo tylko tobie ufam. Jeśli mam umrzeć, to musisz być ty…

Pokierowała jego dłoń zaciśniętą na nożu do swojego serca. To było okrutne, że kazała to zrobić akurat jemu, wiedząc jak bardzo nie chciał jej zabijać. On jednak się nie sprzeciwiał. Przetrwali razem tak dużo, że tylko on mógł to zakończyć.

 - Zrób to.

Zrobił. Nóż przeciął ubranie i wbił się w ciało czarownicy, chociaż lekkie wahanie, które dopadło Lukasa tuż przed tym, spowodowało, że ostrze nie trafiło idealnie w serce, ale przeszło trochę obok. Mężczyzna wciąż trzymał ją w ramionach, a kiedy wyciągnął z niej nóż, odrzucił go na bok i delikatnie ułożył czarownicę na ziemi.

 - Stać! – usłyszeliśmy. – Czekajcie!

Głos był cichy, ale z każdą sekundą stawał się coraz głośniejszy, aż zobaczyliśmy nadbiegającą kobietę. Wyglądała jakby była ranna, ale wreszcie dobiegła do nas, gdzie została zatrzymana przez dzikich.

 - Celeste… – wyszeptał zaskoczony Lukas.

 - Zrobię to, Luke! – zawołała kobieta. – Pomogę wam! Zrobię dla ciebie wszystko!

Nie wiedzieliśmy o co chodziło. Kim była i czego chciała?!

 - Przepuśćcie ją! – zażądał Lukas.

Kobieta upadła na kolana tuż przy Lukasie i Hannah. Spojrzała na ranę czarownicy i natychmiast pobladła.

 - Coś ty… – zaczęła, ale nie potrafiła dokończyć.

 - Uratujemy ją! – zawołał. – Musicie jej pomóc!

Teraz naprawdę mocno się rozpadało i deszcz ściekał po jego twarzy zalewając oczy i zmywając krew Hannah z jego rąk. Wszyscy widzieliśmy jak umierała, ale Lukas kazał ją ratować, więc kilkoro dzikich rzuciło się z pomocą, chociaż nic już nie mogli zrobić.

Hannah złapała go kurczowo za dłoń.

- Nie, Luke – wydusiła z trudem. – To koniec.

 - Nie. Nie! Mogę ci pomóc…

Dziewczyna pokiwała przecząco głową, a Lukas musiał to zaakceptować.

 - Kocham cię, Hannah – wyznał.

 - Wiem.

Przytulił ją mocno, a kiedy ją puścił, ona już nie oddychała. Płakał, a jego łzy łączyły się z deszczem. Inni też płakali. Nie wszyscy, ale wiele osób. Ja również, chociaż nie byłam jakoś szczególnie związana z tą dwójką.

 - Spóźniłaś się – stwierdził Lukas, kierując te słowa do Celeste, ale nie dało się w nich słyszeć wyrzutów czy oskarżeń.

 - Przepraszam…

 - Dziękuję, że zmieniłaś zdanie. To dla mnie ważne, ale wygląda na to… Twoje szczęśliwe życie jeszcze przed tobą.

Teraz i ona się rozpłakała.

 - Nie, synku… – Nazwanie go synem wywołało poruszenie wśród dzikich, ale większość wsłuchiwała się co będzie dalej. – Mówiłam ci. Moja nieśmiertelność działa na innych warunkach niż wasza. By żyć, nie mogłam opuszczać miejsca, w którym odprawiłam rytuał. Gdy się na to decydowałam, nie wiedziałam o takich zasadach, ale gdy wyszedłeś, zrozumiałam, że takie życie… To nigdy nie było prawdziwe życie, a jedynie więzienie. Przestało mnie obchodzić czy umrę. Nie chciałam tylko cię zawieść…

 - I nie zawiodłaś – przyznał, zbliżając się do niej.

Przytulił ją na pożegnanie, a potem wstał, zostawiając ją na ziemi i uniósł nóż.

 - To mnie nie zabije – stwierdził.

Z Alex i Hannah było łatwiej, ale on był wilkiem. Potrzeba było czegoś więcej. Benzyna i ogień załatwiły sprawę. Płomienie pochłaniały go żywcem na naszych oczach, a on nawet nie krzyknął, nie wydał z siebie żadnego dźwięku, aż trudno było uwierzyć, że naprawdę oglądaliśmy jego śmierć. Jedynie deszcz próbował go jeszcze ratować, ale mając tylu czarowników, pogoda szybko zmieniła się na bardziej przyjazną takim rytuałom.

Nagle usłyszeliśmy jakieś hałasy. Rytuał zbliżał się już do końca, ale właśnie teraz pojawił się wróg, którego oczekiwaliśmy. Dochodziły do nas odgłosy walki, ale dzicy skutecznie zatrzymywali przeciwników, nie dopuszczając, by zbliżyli się do ich wybawcy. Nie wiedzieliśmy nawet kim byli. Czy służyli Alice, czy Olivii, czy jeszcze komuś innemu.

Nate podszedł do mnie i Daniela.

 - To działa – oznajmił. – Czuję w sobie ich magię.

 - Jesteś pewny, że chcesz to zrobić? – upewniał się Daniel.

 - Oni już się poświęcili. Za późno, by zmienić zdanie. – Położył ręce na naszych ramionach. – Boję się. Jestem przerażony, ale dam radę.

 - Wiem, że dasz – potwierdziłam, przytulając go. Dziś rano powiedzieliśmy już sobie wszystko co mieliśmy do powiedzenia, ale potrzebowałam tego ostatniego uścisku. – Poradzisz sobie.

Kiedy go puściłam, skierował się do Daniela.

 - Wiesz co teraz? – zapytał Dan. – Co powinieneś zrobić?

 - Nie, ale Hannah mówiła mi, że to jest we mnie. Gdy nadejdzie odpowiedni moment, będę wiedział. Powinienem iść zanim zginie więcej dzikich.

Jego też przytulił. Kiedy odszedł, trzymaliśmy się z Danielem za ręce, a ja oparłam głowę na jego ramieniu. Ręką co chwilę musiałam ocierać łzy, które nie chciały przestać napływać mi do oczu.

Wszedł na sam szczyt stosu drewna, ostrożnie stawiając kroki. Spojrzał na księżyc i nie odrywając od niego wzroku, zaczął poruszać ustami. Coś mówił, pewnie zaklęcie, ale robił to za cicho, byśmy mogli cokolwiek usłyszeć. Stał tak cały czas, podczas gdy Mike, David i dwóch innych dzikich wylewało na drewno benzynę, aż wreszcie nie czekając aż Nate skończy zaklęcie, podpalili to wszystko.

Płomienie ognia tańczyły w blasku księżyca, a Nate aż do ostatnich chwil powtarzał słowa zaklęcia. Kiedy ogień go dosięgnął, musiałam odwrócić wzrok. Adam znów stał przy nas, więc wtuliłam się w jego koszulkę i zacisnęłam mocno oczy, próbując zapomnieć ten przerażający widok. Dopiero po kilku minutach odważyłam się je otworzyć i dostrzegłam, że wszelkie walki ustały, a poza kręgiem dzikich stali też obcy. To musieli być mieszkańcy lasu, którzy przybyli na to specjalne wydarzenie, a teraz wszyscy i oni i dzicy stali z pochylonymi głowami i wzrokami wbitymi w ziemię, aż do momentu, gdy jakiś mężczyzna, który przybył z lasu wyszedł przed szereg.

 - To wszystko?! – zapytał oburzony. – Zabiliście dzieciaka i w jakim celu?! Nic się nie… Nie… – Zaczął się dusić.

Ktoś do niego podbiegł i próbował pomóc, ale on już upadł na ziemię i desperacko rzucał się po niej, próbując coś zrobić. Zaraz potem Daniel upadł na ziemię, więc odsunęłam się od Adama i ruszyłam z pomocą, ale zanim zdążyłam do niego dopaść, sama upadłam pod wpływem okropnego bólu. Zaciskałam zęby i wbijałam palce w ziemię, obserwując co się działo z innymi. Każdy po kolei krzyczał, łapał się za gardło lub inną część ciała, albo po prostu się przewracał… Każdy po kolei. Dzicy, przywódcy i mieszkańcy lasu… Wszyscy! A najgorsze, że nikt nie mógł nic zrobić.

 - Co się dzieje?! – zapytałam Adama, łapiąc go za rękę. – To wina przepowiedni?!

 - Nie, ona miała nas ocalić – przypomniał. – Coś jest nie tak!

 - Co?! Wszystko zrobiliśmy jak trzeba! Co jest nie tak?!

 - Ja… Nie wiem…

Nikt nie wiedział. Jedyne osoby, które tak naprawdę miały o tym wszystkim jakiekolwiek pojęcie, właśnie zostały zamordowane, czego wynikiem było cierpienie nas wszystkich. To nie miało być tak. Po tym wszystkim miało być lepiej, a tym czasem kolejne osoby padały martwe lub nieprzytomne na ziemię. Daniel już się nie ruszał, a Adam coraz słabiej ściskał moją rękę, aż wreszcie całkowicie rozluźnił uchwyt i potem już tylko ja trzymałam jego, chociaż też coraz słabiej i słabiej, aż w końcu moja ręka opadła bezsilnie tuż obok jego ręki. Czułam, że to był już koniec. Koniec wszystkiego.

101 LUKAS

1

luke

Hannah błagała mnie bym tego nie robił, ale tym razem nie chodziło o nią, a o wiadomość na moim ramieniu, która wciąż pozostawała bez odpowiedzi. Początkowo sądziłem, że za bardzo się tym przejmowałem i że były ważniejsze sprawy, ale teraz… Nate znów był sobą i był gotowy, by poświęcić się dla przepowiedni, Alexandra została unieszkodliwiona i czekała uwięziona na ten wyjątkowy dzień, nawet Kai znów był przy mnie, co oznaczało, że rodzina znów była w komplecie. O tak, Hannah, Adam, Kai i ja znów razem jak za starych dobrych czasów. Teraz wystarczyła nam tylko pełnia, która miała mieć miejsce już niebawem. Nie mogło być lepiej. A jednak… Ta jedna sprawa nie potrafiła dać mi spokoju. Może to było głupie, a jakaś podejrzana czarownica w podziemiach robiła sobie ze mnie żarty, ale ja miałem przeczucie, że chodziło o coś więcej, a przeczucie rzadko mnie zawodziło.

Podjąłem decyzję i uzyskałem zgodę od Mike’a i Davida, chociaż i bez tego postąpiłbym według własnego uznania. Też byłem przywódcą i robiłem co chciałem, chociaż dobrze było wiedzieć, że ktoś mnie popierał. Jedynie zadanie jakie od nich otrzymałem to wrócić przed pełnią. Sądząc po stanie armii, którą pozostawiliśmy Olivii po ostatniej walce, to nie powinno stanowić żadnego problemu.

Potwierdziło się to, gdy dotarłem na miejsce. Zanim jeszcze przekroczyłem bramę, wypatrywałem jakiegokolwiek strażnika, który próbowałby mnie powstrzymać, ale nikogo takiego nie spotkałem. Mógłbym się założyć, że nawet cała ta droga do zamku przestała być monitorowana. Kiedy szedłem dalej, zastałem jedynie kilka osób przy zniszczonych chatkach, które mógł bym zliczyć na palcach jednej dłoni. Zwróciłem też uwagę, że tajemnicze przejście, w którym zazwyczaj znikali Obrońcy wybierający się na misje, a które zawsze było najbardziej strzeżoną częścią królestwa, teraz pozostawało bez jakiegokolwiek zabezpieczenia.

Zatrzymałem się na chwilę, patrząc w tamtą stronę. Kilkuletni Chace, który mieszkał w zamku jeszcze nie znając prawdziwej Rady i prawdziwego celu swojego istnienia, marzył, że pewnego dnia też zostanie Obrońcą i odkryje odwieczną tajemnicę tych właśnie drzwi. No cóż… Jego życie skomplikowało się bardziej niż oczekiwał i nigdy nie dotarł nawet do etapu nowicjusza.

Teraz nic go nie powstrzymywało przed zajrzeniem tam i poznaniem tego nad czym wielu tak bardzo się zastanawiało. Drzwi same go wołały i zapraszały do środka.

 - Przepraszam… – Ktoś nagle zaczął szarpać mnie za rękaw. To była młoda dziewczynka z szerokim uśmiechem i słodkimi blond warkoczykami. Nosiła ubrania w kolorze złotym… Mała czarownica. – Pobawi się pan ze mną?

 Zerknąłem na nią z zastanowieniem. Wbijała we mnie te swoje błękitne oczka, a ja nie wiedziałem co robić. Nigdy wcześniej nie miałem do czynienia z takimi dziećmi. W kryjówce jedynym z nich, z którym chociaż raz nawiązałem kontakt wzrokowy, był William, ale Will pomimo młodego wieku, już dawno nie był dzieckiem. Nie wewnątrz.

Jeśli chodziło o tą dziewczynkę, rozumiałem dlaczego do mnie podeszła i szukała kolegi do zabaw w obcym i o wiele starszym mężczyźnie. Po prostu nie miała już nikogo w swoim wieku, bo wszystkich jej przyjaciół zabili moi przyjaciele… Ona tego nie wiedziała. Nikt tutaj nie znał mnie na tyle, by wiedzieć kim byłem czy choćby pamiętać, że ja też walczyłem po stronie tych, którzy zabijali ich rodziny i znajomych. Wstydziłem się tego. Wydaliśmy rozkazy, by zabijać tylko w ostateczności, ale byliśmy głupi jeśli sądziliśmy, że wojna mogła się odbyć bez rozlewu krwi.

Patrzyłem na tą dziewczynkę i widziałem w niej jedynie słodką niewinność. Tacy właśnie byli mieszkańcy zamku. Nie byli źli, nie chcieli walczyć i umierać. Zostali do tego zmuszeni przez nas i Olivię. Członkini Rady poświęcała życia tych osób, a my poświęcaliśmy życia dzikich. Oni nie rozumieli, że chcieliśmy dla nich dobrze, więc się buntowali, a my nadal trwaliśmy przy własnym zdaniu, twierdząc że po wszystkim nam podziękują. Nie zrobią tego zza grobu.

 - Proszę pana? – powiedziała. Zorientowałem się, że mówiła przez cały ten czas, gdy trwałem w zamyśleniu, ale nie wyłapałem z tego ani jednego słowa, będąc myślami zupełnie gdzie indziej.

 - Przepraszam, co mówiłaś? – zapytałem, starając się być miły. Dostrzegłem, że patrzyła na mnie jak na dziwaka, ale nie zwracałem na to uwagi.

Jakaś kobieta do nas podeszła i złapała dziewczynkę za rękę.

 - Przepraszam pana – rzekła, poprawiając włosy i ciągnąć dziewczynkę za sobą. – Lubi zawracać głowę, gdy ktoś jest zajęty…

 - Nic się nie stało. – Uśmiechnąłem się. – Dzieci są takie… Beztroskie. Czasem dobrze sobie przypomnieć, że właśnie o to chodzi w życiu, a my dorośli lubimy się wiecznie czymś przejmować i stawiać nieistniejące problemy na własnej drodze.

 - Chyba… Chyba tak… – potwierdziła.

 - Właśnie próbuję jeden z takich problemów rozwiązać – wyznałem. – Niestety nigdzie nie widzę tu Olivii…

 - I pewnie jej pan nie zobaczy. Po bitwie zaszyła się w zamku i nawet tutaj nie wychodzi, a kiedy ktoś próbował pójść do niej… Albo już nie wracał, albo natychmiast postanawiał opuścić królestwo. Mówią, że się poddała i pogodziła się z tym co ją czeka, gdy wróg spełni przepowiednię. Podobno nic już jej nie obchodzi, więc nikt nie chce przy niej pozostać. Mieszkańcy uciekają. Dołączają do Alice lub ukrywają się w lesie. Mnie trzyma tu tylko umierająca matka. Jeśli ją stracę, zabieram córkę i uciekam jak wszyscy. Panu radzę zrobić to samo.

 - Dziękuję za dobrą radę – powiedziałem, nie przyznając się do bycia dzikim. – Ci którzy uciekają do Alice… Gdzie dokładnie uciekają?

 - Niedawno pewna grupa skontaktowała się z dzieciakami, które zniknęły z Alice. To było jeszcze przed bitwą i szybko rozniosła się plotka, że Najprawdziwsza przebywa w dawnym królestwie jednej z byłych Rad. To tylko plotka, ale niektórzy w nią wierzą i ryzykują uciekając w tamtą stronę. My z córką wybierzemy las. Gdyby zechciał pan dołączyć, przyda nam się wilk do obrony.

  – Przemyślę to – obiecałem z uprzejmym uśmiechem. – W razie czego dam znać. Teraz… Muszę już iść.

 - Dobrze. Do zobaczenia.

Oddaliła się razem z córką, a ja patrzyłem jeszcze chwilę na nielicznych mieszkańców zamku. To było naszą winą, ale nie mogłem teraz o tym myśleć. Przyszedłem tu w konkretnym celu i nie było czasu ani na pogaduszki z nieznajomymi, ani na odkrywanie dziecięcych tajemnic co się kryło za drzwiami. Jedyne drzwi, które mnie teraz interesowały, to te prowadzące do czarownicy o imieniu Celeste.

Bez jakichkolwiek problemów i spotkań ze strażnikami, dostałem się na schody, które prowadziły do podziemi. Nie miałem pewności, że zastanę ją w tym samym pomieszczeniu co ostatnio, ale liczyłem na to i dlatego to tam sprawdziłem na początku.

Miałem szczęście! Była tam. Nawet nie wydawała się zdziwiona moim widokiem, a jedynie lekko zmieszana.

 - Lukas – powiedziała bez jakiś emocji dobrych czy złych. – Wróciłeś.

 - Czy nie tego się spodziewałaś, zostawiając coś na moim ciele?

Zamknąłem ostrożnie drzwi i pewny siebie stanąłem naprzeciwko niej.

 - Tego się bałam, jednak w obecnej sytuacji cieszę się, że jesteś. – Wydawała się być przejęta. – Nie jest tu już tak niebezpiecznie jak wcześniej. Szczerze, nie sądziłam, że Olivia przegra.

 - Ja byłem tego pewny.

 - Miałam nadzieję, że moja wiadomość okaże się wystarczająco zrozumiała, ale skoro tu jesteś, zgaduję że czegoś ode mnie potrzebujesz.

 - Na początek możesz zdradzić kim naprawdę jesteś, bo zdaje się, że ty wiesz o mnie to co najważniejsze.

 - Minęło trochę czasu odkąd ostatnim razem widziałam cię w tym ciele… Mimo wszystko wtedy wyglądałeś trochę inaczej, ale rozumiem, że czasy się zmieniły. Na szczęście magia wyjawiła mi prawdę poprzez twoje wnętrze.

 Czasy się zmieniły… W tym ciele byłem od niedawna i nawet jeśli zdążyliśmy się od tego czasu spotkać, to teraz raczej nie mówiła o ostatnich miesiącach, a raczej wielu tysiącach lat. To by przynajmniej wyjaśniało dlaczego była tak silna. Na tamtejsze czasy nie byłaby jakaś wyjątkowa, ale wtedy ja też byłem zwykłym wilkiem. Wszystko się zmieniało, gdy nasza moc była porównywana do obecnych istot, które ją posiadały.

 - Sądziłem, że to niemożliwe.

Nie okazywałem swojego zaskoczenia tą informacją, chociaż w głowie już szukałem sposobu jak to się stało, bym nie musiał okazywać jej wyższości nade mną, zadając tak głupie pytanie.

 - Do wykonania rytuału potrzebna była ogromna moc. Po połączeniu miałam jej tak wiele, że nawet po zapewnieniu nieśmiertelności waszej czwórce, starczyło też trochę magii dla mnie. Dlaczego miałabym jej nie wykorzystać?

Rzuciłem się na nią z odrazą, przygwożdżając ją do ściany. Byłem pewny, że zaraz powali mnie mocną falą energii, która zadziała nawet na Najprawdziwszego. Ostatnimi czasy miałem okazję przeżyć coś takiego kilkukrotnie, więc wiedziałem jak to bolało, ale po tym co usłyszałem, nie mogłem po prostu stać spokojnie i słuchać jak z dumą opowiadała o swoich dokonaniach, które zniszczyły mi życie. Ku mojemu zaskoczeniu, ona nie próbowała się bronić. Nie wyglądała nawet na przejętą moim atakiem, a pewnie nawet się go spodziewała i była na niego gotowa, chociaż wiedziała, że bardzo bym jej nie skrzywdził nawet gdybym mógł.

 Ojciec mnie zdradził, składając mnie w ofierze. Hannah i Alexandra były w podobnej sytuacji, a jedynie Nate został zamieszany w to wszystko przez swoje wyjątkowe zdolności i strach wśród społeczeństwa. Nasi najbliżsi zaczęli współpracować, by wykonać rytuał, ale gdy tylko oddali nas na śmierć, ich rola się skończyła. To ktoś inny musiał doprowadzić wszystko do końca. To musiała być czarownica wystarczająco potężna, by odprawić odpowiednie czary i sprawić, by wszystko zadziałało tak jak powinno. Tą właśnie czarownicą była Celeste.

 - To wszystko twoja wina! – zarzuciłem jej. – Ty odprawiłaś rytuał!

 - To prawda, chociaż ja również zdążyłam od tamtego czasu kilkukrotnie zmienić ciało. – Uśmiechnęła się złowieszczo, chociaż nadal przygniatałem ją do ściany. – Nieśmiertelność nie jest łatwa, a u mnie odbywa się ona na nieco innych warunkach niż u was.

 - Dlaczego mnie wypuściłaś?! O co ci chodzi?! Gdybyś zatrzymała mnie do pełni i zabiła bez połączenia z Nate’em, powstrzymałabyś nas. Nie zepsulibyśmy twojego głupiego rytuału…

 - Nie mogłabym cię zabić, Luke…

Nie lubiłem, gdy ktoś mnie tak nazywał, ale tym razem to zignorowałem. Ten drobiazg był teraz nieistotny. Wiedziałem, że gdyby chciała, Celeste miałaby nade mną przewagę, ale w tym momencie jej na tym nie zależało. Sprawiała wrażenie jakby chciała mi pomóc, ale ja nadal jej nie ufałem. Uznałem jednak, że powinienem się uspokoić i odkryć o co w tym wszystkim chodziło, więc puściłem ją i bezradnie odszedłem od niej na bezpieczną odległość, opierając się o krawędź stołu.

 - Dlaczego? – zapytałem.

 - Nie winię cię, że mnie nie poznałeś. Prawie się nie znaliśmy i nawet nie wiesz jak tego żałuję. Żałuję… Wielu rzeczy, ale moja wiadomość była jasna… Nie chcę byś umarł. Nie możesz umrzeć, słyszysz…

- Nie powstrzymałaś nas przed spełnieniem przepowiedni. Kiedy to zrobimy umrę.

 - Nie możecie jej wypełnić! – Podeszła do mnie bardzo blisko. – Żałuję tego rytuału i chcę byście to naprawili, ale nie takim kosztem, Luke… Nie mogę cię znów stracić. Wiem, że mnie nienawidzisz, ale musisz mnie uwolnić, a wtedy jest szansa, że znów mnie pokochasz, ale nie możesz umrzeć! Możemy mieć jeszcze wspaniałe chwile… Rytuał był błędem, ale znajdziemy inny sposób, by to naprawić…

 - Czekaj! – odsunąłem się.

Rytuał był błędem?! Przepowiednia była jedynym sposobem, by wszystko naprawić. Przepowiednia, która pojawiła się znikąd, chyba że…

 - To ty umieściłaś przepowiednię w Księdze? Chciałaś to naprawić…?

 - Nie! Oczywiście, że nie! – zaprzeczyła. – Ta przepowiednia cię zabije, a ja nie mogłabym zrobić tego ponownie. Nie własnemu synowi…

 - Synowi?!

Poczułem nagle jakąś słabość, a kiedy zakręciło mi się w głowie, musiałem oprzeć się o stół, by utrzymać równowagę.

 - Moja mama nie żyje – powiedziałem z przekonaniem.

 - To nie prawda… – Położyła dłoń na moim policzku. – Jestem tu.

 - Zginęłaś, gdy byłem dzieckiem!

 - Chcieliśmy byś tak myślał, Luke. Tak było lepiej.

 - Dla kogo?!

Odsunąłem się zrzucając jej rękę. Próbowała znów do mnie podejść i znów nawiązać ze mną fizyczny kontakt, ale już jej na to nie pozwoliłem.

 - Nie dotykaj mnie! – warknąłem, gdy wyciągnęła rękę.

Jak to możliwe, że jedną wiadomością sprawiła, że znów czułem się jak zraniony nastolatek w ciele dorosłego mężczyzny?! Zawsze było odwrotnie. Byłem dorosłym w ciele dzieciaka. Chace był dzieciakiem, ale Lukas nie, chociaż właśnie tak się teraz czuł. Nie miałem już siły dłużej udawać i skrywać tego co czułem. Jaka matka okłamuje własne dziecko na temat swojej śmierci? Jeśli tego chciała, nie lepiej było po prostu odejść?

Przeszedłem całą długość pokoju i zatrzymałem się po drugiej stronie przodem do ściany. Oparłem na niej jedną rękę i trochę się pochyliłem. Przyszedłem tu po odpowiedzi, a dostałem nowe pytania… Energicznie zwróciłem się w jej stronę i zaciskając zęby, by nie wybuchnąć gniewem, zerknąłem na nią marszcząc brwi.

 - Dlaczego? – zapytałem. – Udawałaś martwą, a potem jeszcze pozwoliłaś mnie poświęcić w rytuale… Byłem twoim synem, dlaczego mi to zrobiłaś?!

 - Żałuję tego wszystkiego, Luke, ale miałam powody… Wtedy wydawało mi się, że dobre. Zawsze cię kochałam, ale dobro całego świata było ważniejsze. Teraz jest inaczej… Wybieram ciebie i dlatego chcę spełnić przepowiednię w inny sposób. Nie tracąc cię.

 - Nienawidziłem ojca przez całe życie od czasu, gdy mnie zdradził. – Zacząłem przemieszczać się powoli w jej kierunku, zachowując pełen pogardy wyraz twarzy. – Ty byłaś tą dobrą. W moich wspomnieniach, w tym co usłyszałem od innych… Żałuję, że poznałem prawdę o tobie. Wolałbym byś była martwa, ale dobra. Bym wiedział, że była chociaż jedna tak bliska mi osoba, która mnie kochała i chciała dla mnie dobrze…

 - Kocham cię! Zawsze cię kochałam… Zobaczysz, wszystko ci wynagrodzę.

 - Jak?! – Stanąłem tuż przed nią, schylając trochę głowę, gdyż była niższa ode mnie. – Gdy tylko nastanie pełnia umrę. Tym razem na zawsze. Taka jest moja decyzja.

 - Czy istnieje jakiś sposób, bym cię przed tym powstrzymała?

 - Nie sądzę. Sama o tym zdecydowałaś, gdy zgodziłaś się odprawić rytuał.

 - Gdyby nie ja, byłby ktoś inny. Było wtedy wystarczająco wiele czarownic o tak samo silnej mocy jak moja.

 - Mogłaś mnie ratować.

 - Chcę ratować cię teraz.

Próbowałem to powstrzymywać, ale nie mogłem już dużej patrzeć jej w oczy i jednocześnie myśleć, że to ona była temu wszystkiemu winna. Na moim policzku w końcu musiała pojawić się łza. Po raz pierwszy od bardzo dawna. Ostatnim razem, gdy płakałem, nie byłem w swoim ciele. To było w dniu, gdy kilkuletni Chace stracił brata w wyniku konfliktu z obcą watahą. Z watahą Tali… To już nie miało znaczenia. Chace i tak nigdy nie był prawdziwy, a teraz z perspektywy czasu, ta śmierć bolała mnie tak samo jak śmierć każdego innego. Już nie odczuwałem tego jako stratę bliskiej osoby.

 - Już na to za późno – wydusiłem przez zaciśnięte gardło.

 - Przepraszam – powiedziała, kładąc dłoń na moim ramieniu i przechodząc obok mnie, by w końcu stanąć za mną. Może sądziła, że też się odwrócę, ale ja stałem w miejscu i nawet nie potrafiłem zrzucić z siebie jej ręki. – Nigdy nie byłam dobrą matką, ale teraz zrobiłabym wszystko, by cię ratować. Szkoda… Szkoda, że zyskałeś geny po ojcu. Gdybyś był czarownikiem, przynajmniej mogłabym coś jeszcze dla ciebie zrobić…

 - Co?! – Uniosłem niepewnie głowę i powoli się do niej odwróciłem.

 - Jestem czarownicą z tych samych czasów co ty wilkiem, Luke. W przepowiedni nie chodzi konkretnie o was, ale o moc, którą posiadacie, a moja magia jest równie silna jak wasza.

- Skąd wiesz? Mówiłaś, że nie stworzyłaś przepowiedni.

 - Bo jej nie stworzyłam, ale stworzyłam rytuał. Wiem jakie były do niego składniki i jakie są potrzebne teraz, a to nie byli wilk, czarownica i człowiek, tylko wasze moce, które można zastąpić innymi, równie silnymi. Niestety muszą się zgadzać gatunkowo…

 - Jeśli ty stworzyłaś rytuał… Co się stanie po jego odwróceniu?

 - Też chciałabym to wiedzieć. Wiem jak brzmi przepowiednia, ale musimy pamiętać, że nie znamy jej źródła. Planując rytuał, nie przewidziałam, że kiedykolwiek ktoś będzie go odwracał. Nie zaplanowałam co się wtedy stanie…

 - Więc to nadal zostaje tajemnicą do rozwiązani, ale… Teraz mamy ciebie.

Celeste uśmiechnęła się szeroko. Chyba dobrałem nieodpowiednie słowa, które zasugerowały, że cieszyłem się z jej obecności. Tak naprawdę cieszyłem się jedynie z jej ofiary.

 - Zajmiesz miejsce Hannah – zdecydowałem. – Nie umrze przez twój głupi rytuał. Nie zasłużyła na taki los.

 Matka nie wydawała się zachwycona, gdy to zaproponowałem. Mógłbym nawet zgadywać, że była trochę wystraszona. Od początku wydawała się zmartwiona i wiecznie czymś zaniepokojona, ale teraz naprawdę się bała. Nie przerażała jej śmierć, ale sam rytuał. Ostatni nie przyniósł nic dobrego, a ten jak na razie stwarzał same niepewności.

 - To ty jesteś moim synem, nie ona – powiedziała.

 - Mi nie możesz pomóc, ale jej jesteś to winna. Ja jestem gotowy na śmierć i to już od wielu lat, ale jeśli ona ma szansę na normalne życie, to musi się tak stać.

 - Nie. Przepraszam, Luke, ale nie zrobię tego.

 - Chciałaś mi wszystko wynagrodzić? To jest jedyny sposób, by to zrobić.

 - Dla ciebie zrobiłabym wszystko, synku, ale nie dla jakiejś wieśniaczki, dla której udział w rytuale wraz z lordem i jego narzeczoną, powinien być zaszczytem. Hannah była nikim, a to uczyniło ją kimś. Jeśli mam stracić ciebie, ona też powinna przysłużyć się dla świata. Nie poświęcę się dla kogoś takiego.

Jeśli podczas tej rozmowy była choć chwila, gdy udało mi się zapomnieć o czynach matki i nawet potrafiłem spojrzeć na nią bez tego całego żalu, to teraz nienawidziłem jej bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Nie dość, że nie okazała się wcale tak idealna jak w moich wspomnieniach, to jeszcze okazała się może nawet większym potworem niż ojciec.

 - Hannah nie jest wieśniaczką – wycedziłem przez zęby. – Jest o wiele bardziej wartościową kobietą niż ty i to dlatego ona jest moją rodziną, nie ty. Gdybym mógł ją jakoś uratować, zrobiłbym to, nieważne co to by oznaczało dla mnie. Ty widocznie nie kochasz mnie wystarczająco mocno… Ty powinnaś być na jej miejscu, bo to wszystko jest twoją winą, ale skoro tego nie zrobisz… Będziesz żyć dalej. Przeżyjesz ze świadomością, że nigdy nie miałaś syna, bo ja nim nie jestem.

Wybiegłem natychmiast z pokoju. Miałem do pokonania wiele schodów i dopiero gdy byłem gdzieś w połowie, usłyszałem jej nawoływania. Krzyczała bym wrócił, ale nie wybiegła za mną. Wciąż stała w progu i tylko wołała moje imię. Ja już z nią skończyłem. Dostałem odpowiedzi, po które tu przyszedłem, a teraz najwyższy czas, by wreszcie to wszystko zakończyć. Naprawię błędy moich rodziców i umrę. Tak po prostu… Przestanę istnieć.

100 TALA

4

Tala, 18 lat

Nie mogli tego ode mnie wymagać. Całkowicie popierałam to co robiła Hannah, by odzyskać Nate’a, ale nikt nie rozumiał co czułam. Wmawiałam sobie, że to nie on zabił Chrisa. Wiedziałam, że nie był sobą kiedy to robił, ale był w swoim ciele co nie pozwalało mi spojrzeć mu w oczy i nie czuć do niego nienawiści. Jak miałam przed nim stanąć i udawać zakochaną? Przecież on nie był głupi i nigdy by w to nie uwierzył.

 - Musicie wymyślić coś innego – powiedziałam.

 - Nie mamy żadnej innej opcji – zauważył Lukas.

On też nie rozumiał. Wiedziałam, że będzie stał po stronie Hannah, dlatego wolałabym żeby jednak wyruszył do zamku tak jak planował, by dowiedzieć się czegoś o tajemniczej czarownicy z podziemia. Zrobiłby to gdyby nie powrót Kaia, ale w takiej sytuacji, postanowił to przełożyć.

 - Nie będę potrafiła okłamać go w takiej sprawie. On… Zabił mojego brata.

 - To nie był on.

 - Wiem – przyznałam. – Staram się go za to nie winić, ale nie potrafię. Rozumiem to, ale potrzebuję czasu, by móc to zaakceptować i spojrzeć na niego tak jak dawniej.

 - Cóż… Czasu mamy niewiele. Niedługo kolejna pełnia.

Usiadłam na krześle i odgarnęłam włosy. Nie miałam pojęcia co powinnam zrobić. Hannah i Lukas wiele ode mnie oczekiwali, a ja po prostu nie byłam na to gotowa, ale wiedziałam, że mieli rację.

 - Chcę pomóc – zapewniłam. – Co jeśli spróbuję, a on mi nie uwierzy?

 - Nie martw się tym. – Lukas usiadł naprzeciwko mnie. – On cię kocha. Może na razie o tym nie pamięta, ale jestem pewny, że wystarczy, by cię zobaczył. Po prostu… – Wyciągnął do mnie rękę. – Chodź z nami, stań przed nim i powiedz te dwa najważniejsze słowa, okej?

Nie cofał ręki, nawet gdy długo jej nie chwytałam. Oboje czekali na moją reakcję, a ja naprawdę nie chciałam ich zawieść. I nie chciałam zawieść też Nate’a. Patrzyłam na dłoń Lukasa i wciąż nie znałam odpowiedzi. Bałam się, że to będzie mnie przerastać i nie poradzę sobie z zadaniem. Minęło zbyt mało czasu od śmierci Christiana. Ale… Jak mogłam być tak samolubna? Przecież nie chodziło o mnie ani o Nate’a. Przywrócenie go stałoby się długo wyczekiwanym sukcesem dzikich, którzy poświęcili tej misji całe swoje życie. Niektórzy nawet przypłacili to życiem.

Skinęłam głową i chwyciłam dłoń Lukasa.

 - Zróbmy to – powiedziałam.

Nawet gdy szliśmy już korytarzem, nadal zastanawiałam się czy dam radę. Nie codziennie twój chłopak zabija ci brata i nikt oprócz mnie w tej kryjówce nie wiedział jak się czułam i jak moje myśli walczyły w mojej głowie. Jedne broniły Nate’a, a drugie czuły tylko odrazę… Sama nie wiedziałam co tak naprawdę o tym wszystkim sądziłam.

Kiedy doszliśmy już do celu i stanęliśmy przed drzwiami, za którymi znajdował się Nate, serce zaczęło mi walić jak oszalałe. Hannah weszła pierwsza i przez krótki moment widziałam go przez uchylone drzwi. Ja z Lukasem zostaliśmy na korytarzu i czekaliśmy aż czarownica pozwoli nam wejść.

Miałam ochotę stamtąd uciec, ale wiedziałam, że to byłoby głupie. Byłam silną wilczycą. Niczego się nie bałam. To tylko zwykły chłopak, który potrzebował naprawy. Musiałam to sobie wmawiać, by jakoś sobie poradzić. Inaczej strach by mnie sparaliżował i nie mogłabym wejść do środka.

Poczułam na ramieniu dotyk dłoni Lukasa, który sprawił, że poczułam się pewniej. To było dla mnie trudne, ale miałam wsparcie. Chociaż nigdy nie przepadałam ani za Lukasem, ani za Hannah, to jednak byliśmy w tym wszystkim razem i mogłam im ufać.

- Wiesz co robić, Tala – szepnął mężczyzna nad moim uchem. – Poradzisz sobie. Wierzę w ciebie.

Drzwi się otworzyły, a czarownica kiwnęła do mnie bym weszła do środka. Zamiast to zrobić, stałam chwilę oszołomiona, aż wreszcie Lukas popchnął mnie delikatnie do przodu i wtedy zebrałam się na odwagę, by to zrobić.

Gdy tylko przekroczyłam próg, rozpoczęła się gra w najważniejszym przedstawieniu mojego życia. Nie okazywałam już strachu czy niepewności, chociaż wewnątrz nadal towarzyszyły mi te dwa okropne uczucia. Musiałam tylko odegrać rolę, którą w ciągu ostatnich kilku minut, stale powtarzałam sobie w głowie.

Gdy tylko nasze oczy się spotkały, miałam wrażenie, że w chłopaku nagle coś się przełamało. Wydawało mi się, że nawet zdobył się na nieśmiały uśmiech na mój widok, chociaż nie mogłam być tego pewna. Zrozumiałam, że dla niego też to nie było łatwe, chociaż wszyscy mieli tego nowego Nate’a za bezlitosnego drania, który zasłużył sobie na najgorszy los. Też tak o nim myślałam, dopóki się nie spotkaliśmy. Chwilę temu go nienawidziłam, ale kiedy zobaczyłam go na żywo, przypominało mi się jaki był naprawdę. Nie mogłam powiedzieć, że zakochałam się w nim na nowo, bo jednak wciąż miałam przed oczami widok jak zabijał Chrisa, ale na pewno moje nastawienie do niego bardzo się zmieniło w porównaniu do tego co sądziłam o nim zanim tu weszłam.

 - Nate… – Uśmiechnęłam się, z udawaną radością podchodząc bliżej. Niepewnie wyciągnęłam ku niemu rękę, ale gdy jeszcze raz powtórzyłam sobie w głowie po co to wszystko robiłam, odważyłam się dotknąć jego twarzy. – Tęskniłam za tobą.

 - To nic nie zmieni – odparł, nerwowo przełykając ślinę.

Coś go martwiło. Być może to, że zaczynał dopuszczać do siebie różne emocje. Miałam nadzieję, że o to chodziło.

 - Kocham cię – wyznałam to kłamstwo z taką łatwością jakby było niezaprzeczalną prawdą. A może… Może tym właśnie było, chociaż sama temu zaprzeczałam, bo po tym co zrobił, po prostu łatwiej było go nienawidzić niż kochać… Nie! Nie, on nie zasłużył na moją szczerą miłość. Nie ta wersja jego, którą teraz był. Jednak po tych słowach zrobiło mi się jakoś lżej i kolejne padały już bez najmniejszych wahań. – Wiem, że w przeszłości cię odrzucałam, ale dopiero kiedy cię przy mnie zabrakło, zrozumiałam jak ogromne żywiłam do ciebie uczucia. I nadal żywię… – Uklęknęłam przed nim, by nasze twarze znalazły się na tej samej wysokości. – Powiedz, że też mnie kochasz. Możemy być razem, Nate… Już na zawsze.

Słuchał mnie z uwagą i łykał kolejne kłamstwa. Byłam pewna, że to zadziała, chociaż zaniepokoiłam się, gdy oderwał wzrok od moich oczu i zwrócił się do Hannah.

 - Te sztuczki na mnie nie działają! – warknął. – Nie dam się wam tak łatwo.

 - Hej! – zawołałam, chwytając jego twarz w taki sposób, by znów mógł patrzeć tylko na mnie. – Zostaw ich. Nie obchodzą mnie oni. Liczymy się tylko my i to co do siebie czujemy. Nieważne co oni będą z tego mieć, okej? Kocham cię, Nate. To się teraz liczy. Kocham…

 - Przestań! Przestań to powtarzać! Nie interesują mnie te puste słowa! Kochałem cię, ale ty pracujesz z dzikimi, którzy chcą mnie zniszczyć i wszystko co mówisz to kłamstwa, które oni wsadzili ci do ust, sądząc że właśnie tobie uda się mnie oszukać! Zostaw mnie! Nie chcę cię tu! Nie chcę cię widzieć!

Tego się obawiałam. Nie uwierzył mi. Nie byłam dobrą aktorką, byłam za mało przekonująca. Została mi jednak jeszcze jedna broń. Nie ustaliliśmy tego wcześniej z Lukasem i Hannah, wierząc, że to nie będzie potrzebne, ale chociaż mi tego nie powiedzieli, wiedziałam czego ode mnie oczekiwali. Byłam narzędziem, którego zadaniem było przywrócenie im wybawcy, który miał wypełnić przepowiednię. Nie obchodziło ich jaki to będzie miało na mnie wpływ. Chcieli tylko bym go naprawiła.

 Tak, zrobię to. Dla nich, dla dzikich i dla mojego brata. On też by chciał, żebym zrobiła wszystko co w mojej mocy dla spełnienia przepowiedni z Księgi.

Ujęłam twarz chłopaka w obie dłonie i zbliżyłam swoje usta do jego. Zanim jednak zdążyły się zetknąć, drzwi do pomieszczenia otworzyły się z hukiem i do środka wpadł przerażony Mike z rozwianą fryzurą i szybkim oddechem.

- Zaatakowali nas! – oznajmił.

 - Rada? – zapytał z zadziwiającym spokojem Lukas. Już zapomniałam jaki potrafił być czasem opanowany.

 - Można tak powiedzieć…

 - Co to znaczy?

 - Tym razem to nie Olivia – wyjaśnił Mike. – Alice znalazła własną armię i dołączyła do wojny.

 - Skąd wiedziała o kryjówce?

 - Nie mam pojęcia. Dzicy próbowali zatrzymać ich na zewnątrz, ale niektórzy wdarli się do środka. Nasi wciąż są osłabieni do wojnie z Olivią. Musimy coś zrobić, ustalić jakąś taktykę…

 - Mając Nate’a, znaleźliśmy się na celowniku. Nie możemy pozwolić, by go przejęli. Nie mogą go znaleźć.

Lukas chwycił się za głowę i zaczął intensywnie myśleć. To była najgorsza możliwa chwila na jakikolwiek atak, nie ważne z czyjej strony. Jeśli jednak mieliśmy walczyć, przydałby nam się ktoś kto był niemal nie do pokonania. Potrzebowaliśmy Nate’a, a to był idealny moment, by go odzyskać.

Podczas gdy Mike stał w drzwiach i czekał na jakieś wskazówki ze strony Lukasa, a Hannah stała niedaleko i przyglądała się im obojgu, ja pochyliłam się nad Nate’em. Spojrzał mi głęboko w oczy, wiedząc co miałam zamiar zrobić i wcale się temu nie opierając. Przełknął tylko ślinę i czekał na pocałunek z lekko rozchylonymi wargami.

Żadne z przywódców nawet nie zauważyło jak go pocałowałam, ani tego jak na mnie spojrzał, gdy to zrobiłam. Nie byłam jeszcze do końca pewna, ale w jego oczach pojawił się znajomy błysk, a twarz wydała się nagle jakaś rozpromieniona, chociaż jeszcze nie pojawił się na niej uśmiech. Oboje patrzyliśmy na siebie pozostając w niepewności co będzie miało miejsce po tym pocałunku.

 - Tala… – wyszeptał niepewnie, ale ja słyszałam w jego głosie dawnego Nate’a.

 - Nate! – zawołałam, rzucając mu się na szyję.

Dopiero teraz pozostali zwrócili na nas uwagę i zdali sobie sprawę co się właśnie wydarzyło. Mike nie stał już w drzwiach, ale wszedł do środka, by móc się lepiej przyjrzeć swojemu przyszłemu wybawcy, a Lukas i Hannah popatrzyli na siebie z nadzieją.

 - Odsuń się, Tala – poleciła czarownica, zajmując moje miejsce naprzeciwko chłopaka.

Ja już wiedziałam, chociaż oni woleli się jeszcze nie cieszyć, dopóki nie będą mieć stuprocentowej pewności. Po prostu nie potrafili uwierzyć, że tak łatwo poszło. Że ktoś pozbawiony uczuć, odzyskał je za sprawą jednego małego pocałunku.

Hannah położyła ręce na głowie Nate’a. Początkowo się przed nią cofnął, jakby chciała zrobić mu krzywdę, ale zaraz jakby przypomniał sobie, że jest przyjaciółką i chciała mu pomóc. Być może wciąż pamiętał chwile, gdy czarownica robiła to, chcąc w jakiś sposób zaszkodzić osobie, którą był jeszcze kilka sekund temu. Teraz jednak nie sprawiała mu bólu i nie robiła nic złego. Tylko sprawdzała kto właśnie teraz krył się w ciele hybrydy. Jej uśmiech zdradzał odpowiedź. To był Nate. Ten prawdziwy.

 - To on – potwierdziła, odwracając się do pozostałych przywódców.

Obaj mężczyźni stali jeszcze chwilę w milczeniu, jakby nie dosłyszeli co powiedziała. Lukas wpatrywał się w Hannah, a Mike spoglądał to na mnie, to na Hannah lub Nate’a. Dopiero po chwili, prawie w tym samym momencie ich usta rozciągnęły się w pełnym ulgi uśmiechu, ale radość nie trwała długo, bo na górze nadal trwała wojna.

Teraz przynajmniej mieliśmy jego. Wiedziałam, że innym nie podobał się pomysł, by od razu po takich przeżyciach wysyłać go do walki, poza tym to by tylko ułatwiło pojmanie go, ale wszyscy zgadzali się, że nie mieliśmy innego wyboru. Mike widział atak Alice. Był tam i poznał siły przeciwnika. Sam stwierdził, że bez Nate’a mieliśmy marne szanse.

 - Uwolnijmy go – polecił, dopadając do więźnia.

Kiedy był już wolny, wszyscy razem wybiegliśmy z pokoju i ruszyliśmy w stronę schodów, by pomóc dzikim zwalczyć wroga. Z Nate’em i dwojgiem najprawdziwszych po swojej stronie, mieliśmy wygraną w kieszeni. Brakowało nam tylko Alex, ale i bez niej mogliśmy pokonać Alice. Nie znałam szczegółów, gdyż nie byłam jedną z przywódczyń, ale wiedziałam tyle ile powiedział mi Mike. Próbowała uciec. Nie wiadomo dokąd i dlaczego, ale przywódcy już od kilku dni mieli ją na oku. Mike i David mogli być spokojni, że mieli wszystko co było potrzebne, ale Hannah i Lukas, którzy znali Alexandrę, wiedzieli że aż do końca będzie sprawiać problemy. Na szczęście udało się ją złapać, więc siedziała teraz zamknięta w jednym z pokoi kryjówki, pozbawiona mocy przez wstrzykiwane jej regularnie serum i oczekiwała na swój dzień sądu. Pełnia już niedługo, a my mieliśmy wszystko. Niektórzy bali się jeszcze tym cieszyć i uznawać siebie za zwycięzców, ale ja wierzyłam i miałam ogromną nadzieję, że nic już nas nie zaskoczy.

Smuciła mnie utrata Nate’a. Będzie musiał umrzeć, by wypełnić przepowiednię, a ja nie chciałam żegnać się z nim na zawsze. Nasze relacje nie mogły być już tak dobre jak wcześniej, chociaż nawet wtedy byliśmy jedynie przyjaciółmi. Kochaliśmy się, ale nigdy nie byliśmy gotowi, by coś z tym zrobić, a ja by przyznać się do tego chociażby przed samą sobą. Teraz było jeszcze gorzej, ale chciałam to naprawić. Wiedziałam, że mogłoby być lepiej, gdybyśmy dostali więcej czasu, a tymczasem tuż po odzyskaniu go, znów miałam go stracić. Dokładnie tak jak Christiana. Bez nich dwóch, zostanę całkowicie sama.

W domu… W prawdziwym domu, poza Grooveland, tam gdzie większość mieszkańców była ludźmi nieznającymi magii, a gdzie wilkołaki czy czarownice występowały jedynie w książkach czy filmach… Tam czekał na mnie mój drugi brat. Chociaż to Christian był mi najbliższą rodziną, to nigdy nie zapomniałam o Dereku, chociaż nigdy nie mogłabym traktować ich tak samo. Chris był przy mnie całe życie, a relacje z Derekiem były zbyt słabe i zbyt rzadkie, by mógł mi zastąpić wilczego brata. Był człowiekiem i to nas podzieliło, gdy byliśmy jeszcze dziećmi. Rodzice zdecydowali byśmy nie byli rodzeństwem i chociaż się temu sprzeciwialiśmy, to w jakimś stopniu rodzice osiągnęli swój cel. W końcu… Dereka nie było teraz przy mnie.

Gdy Nate umrze, zostanie mi tylko on i będę się cieszyć chociaż z tego jednego brata, bo zawsze go kochałam, ale w głębi duszy będę samotna. Już na zawsze.

99 JASON

2

jason

Wiele się zmieniło od czasu, gdy ostatnim razem byłem w zamku. W wiadomości wspomnieli o wojnie, ale nie sądziłem, że przyniosła ona aż tyle strat. Zacząłem się nawet zastanawiać czy wybranie tej strony nie było błędem, ale już było za późno, by zawrócić. Trupy niektórych mieszkańców nadal leżały na ziemi przed bramą, a mogłem się spodziewać, że w środku było ich więcej, chociaż widziałem pojedyncze osoby, które nosiły ciała do wnętrza zamku. Sądząc po ich przemęczonym wyglądzie, pracowali już cały dzień, a wiele było jeszcze przed nimi.

Aiden chwycił mnie za rękę, rozglądając się po krwawym polu walki. Dzicy, których wyszkolił mój dziadek wydawali się twardzi, ale wciąż byli zbyt delikatni. Treningi w specjalnie dostosowanych do tego salach nie były wyzwaniem dla tych, którzy mieli brać udział w wojnie. Tak naprawdę większość z nich nigdy nie wyszła poza kryjówkę. Nie walczyli z prawdziwym wrogiem, nie oglądali śmierci podczas walki, nie tracili przyjaciół, którzy ich osłaniali… Oni się tylko bawili, a potem nazywali siebie wojownikami, bo nie mieli pojęcia kim naprawdę jest wojownik. Ja nim byłem. Taki widok nie robił na mnie wrażenia, bo zostałem już do tego przyzwyczajony. Dziadek mógł być świetnym trenerem, ale na własnej skórze przekonałem się, że nawet najlepszy nigdy nie dorówna nauczycielowi jakim było życie.

Bez problemu weszliśmy do zamku, przy którym nawet nie postawiono Obrońców, bo pewnie niewielu ich zostało. Tak naprawdę ktokolwiek by się zjawił, i tak by go wpuszczono. Olivia upadła aż tak nisko… Cały zamek lśnił pustkami. Ci którzy pozostali, nosili trupy, a nikogo innego nie było widać na korytarzach. Aż trudno było uwierzyć, że tego wszystkiego dokonali dzicy. Może za mało w nich wierzyłem. Nie walczyli tak dobrze jak Obrońcy, ale najwyraźniej ilość miała większe znaczenie. Olivia zbyt późno wydała komunikat, który wzywał mieszkańców lasu do walki. Gdyby zrobiła to zaraz po zdemaskowaniu grupy buntowników, to wszystko nie miałoby miejsca. Popierało ją wiele osób, ale niewielu z nich było na miejscu, gdy ich potrzebowała.

 - Możemy jeszcze zmienić zdanie – szepnął Aiden.

Nie mogliśmy. Dzicy by nas nie przyjęli, a musieliśmy wybrać którąś ze stron. Sądziłem, że to Olivia będzie zwycięzcą, a teraz nieco się zawiodłem, ale przynajmniej miałem pewność, że przyjmie mnie o otwartymi ramionami. Potrzebowała mnie. Doceniała moje umiejętności, a poza tym wiedziała, że tylko ja mogłem jej opowiedzieć o sztuczkach i taktykach mojego rodzeństwa, które stanęło teraz u władzy wśród dzikich.

Wiedziałem, że po ostatniej wiadomości, Olivia oczekiwała tłumów, które zjawią się by za nią walczyć. Na pewno zamierzała ich przyjąć w sali głównej, więc właśnie tam się skierowaliśmy. Sądziłem, że może chociaż tam postawi tych Obrońców, którzy jej jeszcze pozostali, ale i do sali weszliśmy bez żadnych kontroli. Wewnątrz też nie było wiele osób. Grupka Obrońców, która zawsze była w pobliżu każdego członka Rady, składała się teraz z jednego wilka, będącego dopiero nowicjuszem. Oprócz tego przy królowej stała młoda dziewczyna w żółtej szacie i to właśnie ta dwójka – wilk i czarownica, wyprostowała się, gdy weszliśmy do środka. Olivia w żaden sposób nie zareagowała. Wpatrywała się tylko w okno, leżąc na fotelu i nawet na nas nie patrząc.

 - Zostawcie mnie – zażądała.

Z zakłopotaniem spojrzałem na Aidena, a on na mnie. Nie spodziewaliśmy się takiego powitania, po tym jak odczytaliśmy wysłaną przez nią wiadomość.

 - Przybywamy z lasu – zacząłem. – Chcemy dla ciebie walczyć.

Zerknęła na nas lekceważąco, ale po zmierzeniu nas wzrokiem, wstała z fotela i zrobiła kilka drobnych kroków ku nam.

 - Już razem stałeś po mojej stronie. – Przemówiła. – Jaką mogę mieć pewność, że gdy przyjmę cię ponownie, ty nie wbijesz mi noża w plecy?

 - Wydaje mi się, że i tak nie masz nic do stracenia. Mogę pomóc. Za pierwszym razem przyszedłem do ciebie, by ratować rodzinę… Teraz chcę ją tylko zniszczyć.

Skupiałem na sobie uwagę każdego w tej sali. Olivia zastanawiała się nad moimi intencjami, wilkiem i czarownicą pewnie kierowała ciekawość, a Aiden próbował mnie zrozumieć, chociaż nie potrafił. Przyszedł ze mną, bo twierdził, że mnie kochał, ale nie zgadzał się z moim postępowaniem i nie byłem pewny czy w tej właśnie chwili nie zaczął żałować, że to dla mnie zrobił. Nie byłem tego warty, ale pozwalałem mu się oszukiwać. Sam go oszukiwałem.

 - Czy z tobą czy bez ciebie, i tak nie mam szans już nic osiągnąć – stwierdziła Olivia. – Widzisz jak tu wygląda?! – Rozejrzała się dookoła. – Przegrałam. Ty nie lubisz przegrywać. Zawsze jesteś za zwycięzcą, więc powiedz mi prawdę… Co tu robisz?

Spojrzałem na wilka, potem na młodą czarownicę. Oboje natychmiast odwrócili wzrok, a ja zbliżyłem się do kobiety, by stanąć tylko kilka schodków pod nią. Aiden nie ruszył się z miejsca, ale uważnie obserwował całą sytuację, zastanawiając się czy to dla niego odpowiednie miejsce i czy to wszystko było warte tego co poświęcił.

 - Siostra mnie kiedyś ostrzegała, że kiedyś będę musiał wybrać, bo inaczej ciągłe zmienianie stron, obróci się przeciwko mnie – zacząłem, z przymrużonymi oczami i spuszczoną głową. – Długo nie chciałem jej słuchać, ale chyba wreszcie nadszedł ten moment. Jestem gotowy przysiąść ci wierność, cokolwiek się zdarzy. Fakt, że przychodzę z tym do ciebie w chwili twojej porażki, gwarantuje prawdziwość moich słów. Pozwól mi sobie pomóc.

 - Nie widzisz, że jest już na to za późno?! Wysłałam wiadomość do mieszkańców lasu i wiesz co…? – Nastąpiło kilka sekund ciszy. – Jesteście pierwszymi którzy się zjawili. Dlaczego to jesteś akurat ty? Dlaczego ten, który mnie zdradził?

 - Więcej tego nie zrobię. – Wszedłem jeszcze dwa stopnie w górę. – Przysięgam ci, że od dziś do końca moich dni, będę ci wierny.

Zeszła do mnie i chwyciła mnie za gardło. Zacząłem tracić czucie w całym ciele, zaczynając od miejsca, w którym trzymała rękę, aż wreszcie nie mogłem poruszyć nawet palcami. Mogłem jedynie mówić i patrzeć co ze mną zrobi. Usłyszałem cichy jęk Aidena, który sprawił, że Olivia zwrócił na niego uwagę i zwróciła się do wilka, który miał ją chronić.

 - Zabierz go stąd – poleciła. – Jeśli umie walczyć, może się przydać.

Mężczyzna chwycił Aidena za ramiona i zaczął go wyprowadzać, chociaż chłopak mu tego nie ułatwiał.

 - Zostaw mnie! – wołał. – Co z nim zrobicie?! Puść go! Jason!

Jego wołania były bezskuteczne. Siłą został wyprowadzony z sali i już po chwili jego krzyki całkowicie ucichły. Ja miałem teraz większe problemy niż martwić się o niego.

 - Naprawdę chciałem ci pomóc – zapewniłem, kierując wzrok na Olivię. W jej oczach znów błysnęła ta sama iskierko co dawniej. – Co ze mną zrobisz? Zabijesz? I tak nie mam już po co żyć…

 - Wiem – stwierdziła. – Dlatego nie okażę ci tej łaski. Nie zasłużyłeś na nią. – Zacisnęła mocniej palce tak, że straciłem możliwość mówienia, a nawet zaczynałem się dusić. – Zrobię ci coś gorszego niż śmierć. Kiedy z tobą skończę, będziesz błagał by umrzeć, ale to stanie się niemożliwe. Twój los będzie zależał tylko ode mnie, a jeśli zdarzy się, że twoi przyjaciele mnie zabiją… – Roześmiała się złowrogo. Zrozumiałem, że pogodziła się już ze swoją porażką i była gotowa na śmierć, na którą mi nie chciała pozwolić. – Wtedy już na zawsze utkniesz w najgorszym więzieniu jakie udało mi się dla ciebie wymyślić. Widzisz… Dla każdego piekło wygląda inaczej. Samodzielnie zaprojektowałam twoje, przygotowując coś, czego boisz się najbardziej…

Jeszcze mocniej zacisnęła palce. Przed oczami pojawiły mi się czarne kropki, a w uszach zaczął dźwięczeć przerażający pisk.

 - Samotność – usłyszałem tuż przed tym jak zemdlałem. Głos wydawał się bardzo odległy, chociaż należał do Olivii, która nadal stała tuż przede mną, wymierzając mi karę. – Może należało posłuchać siostry nieco wcześniej…

Potem nastała już tylko cisza. I mrok.

Obudziłem się w jakiejś piwnicy. Było tam ciemno, ale z sufitu sterczała żarówka, więc postanowiłem znaleźć włącznik. Pomieszczenie było maleńkie, więc nie zajęło mi to dużo czasu, a kiedy już się trochę rozjaśniło, zobaczyłem…

Siebie! Chłopak, który wyglądał identycznie jak ja, leżał w bezruchu na podłodze. Nie oddychał. Był już blady i zimny… Martwy. A jednak ja wciąż żyłem. Byłem tam i żyłem. Jak to możliwe?!

Na szczęście drzwi były otwarte, więc wybiegłem stamtąd, próbując zrozumieć co się działo. Na końcu schodów znajdował się główny korytarz zamku, ale przecież nie mogłem wrócić do Olivii. Nie wiem jakie miała co do mnie plany, ale udało mi się jej uciec i musiałem odnaleźć kogoś kto zechciałby mi pomóc. Kogoś takiego kto już wystarczająco wiele dla mnie poświęcił, by mógł mi pomóc jeszcze ten jeden raz. Należało odnaleźć Aidena.

Znalazłem go w jednym z pokoi. Nawet mnie nie usłyszał, kiedy stanąłem w drzwiach i zacząłem mu się przyglądać. Klęczał przy łóżku, z rękami zarzuconymi na kołdrę i twarzą skrytą w pościeli. Wydawało mi się, że płakał, chociaż nie mogłem być tego pewny. Wyglądał żałośnie.

 - Aiden – odezwałem się, ale on nie reagował. – Aiden, wstawaj! – zawołałem głośniej. – Musimy uciekać!

Nadal siedział na ziemi i nie przejmował się moimi słowami. Traktował mnie jakby mnie tam nie było. Chyba, że…

Wybiegłem z pokoju i odnalazłem pierwszą lepszą osobę. Wołałem do niej, machałem ręką przed oczami, ale byłem niewidzialny. Nie było mnie tam. A ciało, które widziałem w piwnicy… Nie! To niemożliwe! Jeśli ja byłem tam, to kim byłem tutaj? Czym byłem? Duchem?! Snem?!

Musiałem się stąd wydostać. Musiałem coś zrobić. Chciałem wrócić do kryjówki dzikich i jeszcze raz zobaczyć Adama. To jego naprawdę kochałem i nigdy nie przestałem kochać, nawet gdy on mnie odrzucił. Z Aidenem od początku udawałem. To Adam był miłością mojego życia i wierzyłem, że on będzie w stanie mi pomóc. Tylko on.

Zostawiłem Aidena w siedzibie wroga, a sam ruszyłem jak najszybciej do domu, bo tak naprawdę to właśnie w kryjówce, wśród dzikich był mój jedyny dom. I tam też była moja rodzina. Ta sama, którą byłem gotowy zniszczyć, gdy przybyłem do Olivii z ofertą pomocy. Rodzina, która nigdy nie zrobiłaby mi tego co ja chciałem uczynić jej. Dlaczego tak późno to zrozumiałem? Dlaczego teraz, kiedy nic już nie dało się zrobić?!

Nie! Musiał być jakiś sposób. Olivia powiedziała, że gdy umrze, utknę na zawsze, ale póki co jeszcze żyła i mogła wszystko naprawić. Widziałem własne martwe ciało, ale sama powiedziała, że wszystko zależy od niej. Jeśli istniał sposób, by ją jakoś przekonać, musiałem go poznać, ale na razie potrzebowałem więcej czasu. Musiałem dopilnować, by przeżyła, by dzicy jej nie zabili. Jeszcze nie teraz. Nie dopóki jestem tylko duchem, który może widywać Adama każdego dnia, ale już nigdy z nim nie porozmawia i nawet nie będzie w stanie go dotknąć. Nie naprawdę. Wolałbym umrzeć niż męczyć się w ten sposób. Gdyby chociaż wiedział, że nadal go kocham i chociaż on mnie nie widzi i nikt mnie nie widzi, to jednak jestem przy nim i będę tak długo, aż nie znajdę sposobu, by wrócić na stałe… Wtedy wszystko byłoby inaczej…

98 NATE

3

Nate, 16 lat

 - Chyba zasłużyłem na jakiekolwiek wyjaśnienia? – upomniałem się.

Hannah obrzuciła mnie rozwścieczonym spojrzeniem, ale po chwili podeszła też trochę bliżej, chociaż nadal zaciskała już nie tylko pięści, ale też zęby.

 - Zasłużyłeś? – powtórzyła. – Czym? Zabiciem Christiana czy próbą zabicia pozostałych, których kiedyś nazywałeś przyjaciółmi?

 - Oh, serio nadal się o to gniewasz? – Szarpnąłem ręką. Bez skutku. – Daj już spokój… Ja już zapomniałem, że on w ogóle kiedykolwiek żył. Komuś go brakuje?

 - Tali! – warknęła.

Dzikość w jej oczach była niesamowita. Tyle złości i to w ciele czarownicy. Więcej jej u Hannah niż u niejednej wilczycy. Wspaniałe! Wręcz genialne! Ona chyba jednak sądziła inaczej, bo natychmiast odgarnęła włosy, które opadły jej na oczy i wzięła kilka głębokich oddechów, by się uspokoić. Nie zdawała sobie sprawy, że gdy się złościła, wyglądała lepiej. Widocznie spędzała za dużo czasu z wilkami i może zaczęła się bać, że jeśli straci nad sobą kontrolę to tak jak one zamieni się w bestię. Głupia dziewucha.

 - Skoro twierdzicie, że Olivia mi coś zrobiła to zabicie Christiana chyba nie jest moją winą? No chyba, że się mylicie… Nic mi nie jest, a wasze starania nie mają sensu. Lepiej od razu mnie puścić.

Ignorowała mnie. Nie chciała już wdawać się ze mną w żadne dyskusje, a ja nie potrafiłem jej sprowokować. Zająłem się więc czymś innym. Podczas, gdy ona przygotowywała dla mnie kolejną porcję płynu, który zamierzała mi wstrzyknąć, by mnie osłabić, ja po raz kolejny zacząłem przyglądać się łańcuchom. Od czasu gdy mnie uwięziono, robiłem to non stop, ale nadal liczyłem, że być może coś przeoczyłem i w końcu znajdę sposób ucieczki.

Próbowałem uwolnić ręce z liny, ale węzeł był zbyt mocny, a ja już nie miałem sił w rękach przez ich ciągłe uniesienie. Miałem już dość tego pomieszczenia, klęczenia na twardej ziemi i ograniczających mnie łańcuchów. Musiałem się tego pozbyć choć na chwilę, by znów sobie przypomnieć jak smakowała wolność, a przynajmniej jej namiastka.

- Okej, przepraszam za Christiana – rzekłem obojętnie, znów zajmując się dziewczyną.

Obserwowałem jej ruchy. Jeśli zabezpieczenia były zbyt silne, by się ich pozbyć, mogłem jeszcze liczyć, że to Hannah popełni jakiś głupi błąd, a ja wykorzystam go w odpowiednim momencie.

 - O co ci chodzi, co? – zapytała zirytowana. – Nie możesz po prostu się zamknąć i mnie nie denerwować?!

 - Możemy zmienić temat – zaproponowałem.

 - Nie przyszłam tu na pogaduszki. Na pewno nie z tobą, a właściwie… Tą wersją ciebie.

 - Nadal upierasz się tej swojej nienormalnej teorii. Zrozum, dziewczyno! To jestem jedyny i prawdziwy ja, jasne?!

Znów zaczęła mnie ignorować. Nie mogłem znieść tej ciszy. Dlaczego ona milczała?! Już wolałbym się znowu pokłócić.

 - Nie jesteś zbyt rozmowna… Dobra, wiesz co? Nie powiem już ani słowa, jeśli wyjaśnisz co chcesz mi zrobić. – Zerknęła na mnie podejrzliwie. – I tak jestem skuty. – Szarpnąłem łańcuchem. – Widzisz? Cokolwiek mi powiesz, nie będę miał jak tego wykorzystać.

Zastanawiała się, a ja byłem pewny, że się na to nie zgodzi, ale ostatecznie sięgnęła po krzesło, które stało gdzieś z boku i nawet go wcześniej nie zauważyłem, a następnie postawiła je tyłem do mnie i usiadła, kładąc ręce na oparciu.

 - Twój problem nie tkwi w samej magii – zaczęła. – Chodzi o wspomnienia. Niektóre rzeczy wydarzyły się już bardzo dawno temu, ale musisz sobie dokładnie przypomnieć co wtedy czułeś. Czy to złość czy radość… Każde uczucie się liczy. Musisz znów poczuć jak to jest.

 - I jak zamierzasz tego dokonać?

 - Trochę magii będę musiała użyć. W bardzo głębokim śnie, potrafimy robić rzeczy, które normalnie są niemożliwe. Tam jeśli zgromadzisz wystarczająco wiele energii, będziesz zdolny do uczuć. Nie wiem jak to wypadnie po wybudzeniu, gdyż żeby zadziałało, uczucia muszą być tak silne, by przedarły się przez sen i wpłynęły na ciebie w rzeczywistości. – Wstała i odwróciła krzesło, tym razem siadając na nim prosto, z plecami na oparciu. – Masz jakieś szczególne momenty w swoim życiu, które znacząco wpłynęły na całą twoją osobę. To mogłoby przyspieszyć sprawę…

 - Pieprz się – warknąłem. – Nic ci nie powiem.

 - Jak chcesz… Będzie bardziej bolało. Więc… Może zaczniemy w dniu, gdy odkryłeś, że nie jesteś taki jak wszyscy. To musiało tobą mocno wstrząsnąć, zwłaszcza, że byłeś tylko bezbronnym chłopcem, który sam bał się tego co się z nim działo.

Chwyciła mnie za głowę, by znów użyć jakiejś swojej czarodziejskiej sztuczki.

Siedziałem na ziemi jako czteroletni chłopiec i przysłuchiwałem się kłótni rodziców. Kłócili się przeze mnie, bo kiedy tata wrócił do domu, zobaczył jak użyłem magii do rozpalenia ognia. Nie zrobiłem tego specjalnie. Po prostu było zimno, a kiedy o tym pomyślałem… Po prostu się stało. Mama wiedziała wcześniej. Odkryła moje umiejętności już kilka dni temu i do dziś pamiętałem jej wystraszony wyraz twarzy. Poczucie, że ją zawiodłem było okropne. Najpierw nie chciała na mnie patrzeć, a kiedy próbowałem podejść, ona odsuwała się coraz dalej, jakby zapomniała, że wciąż byłem jej synem. Rozumiałem, że nie wiedziała co się ze mną działo, ale jak w takim razie miał zrozumieć to przerażony czterolatek?!

Ona przynajmniej w końcu zrozumiała. Nigdy potem nie patrzyła już na mnie tak samo, bo chociaż bardzo się starała, ja i tak widziałem w jej twarzy strach i odrazę, które tak bardzo próbowała ukryć. To bolało, ale przynajmniej była przy mnie i próbowała. Ojciec po prostu mnie zostawił. Nas zostawił…

 - Zdradziłaś mnie! – krzyczał, nie wiedząc, że siedziałem za uchylonymi drzwiami i przyglądałem mu się ze łzami w oczach. Nie sądziłem nawet, by to coś zmieniło, gdyby miał świadomość, że słuchałem. – To nie może być mój syn! To potwór!

 Moi rodzice oboje byli ludźmi, a ja zawsze wykazywałem wszystkie ludzkie cechy. Magia była dla mnie takim samym zaskoczeniem jak dla nich i sam nie wiedziałem jak to możliwe. Próbowałem to powstrzymywać, by się nie wyróżniać, ale im bardziej próbowałem to ukryć, tym silniejsze się stawało. Z czasem mama zabroniła mi wychodzić z domu, bo całkowicie przestawałem nad tym panować. Nie mogła pozwolić, by mój sekret wyszedł na jaw.

- Jutro wszyscy będą wiedzieć! – zagroził ojciec. – Dopilnuję tego!

 - Nie skrzywdzisz mojego syna! – zawołała matka, popychając go na ścianę. – Wszyscy wiedzą, że to również twój syn! Wydaj go, a wydasz wyrok sam na siebie. Inni nie uwierzą w zdradę, bo nawet to nie wyjaśnia mocy ludzkiej i czarodziejskiej na raz! Będą szukać wyjaśnień i będą ich szukać nie tylko u Conana. Przyjdą  też do mnie, a potem do ciebie!

Ojciec był wściekły. Czekałem co zrobi, ale on tylko wybiegł z domu, trzaskając drzwiami. Wtedy wzrok mamy skierował się na mnie. Dostrzegła mnie przez niewielką szparkę w drzwiach i natychmiast do mnie ruszyła. Chciałem odwrócić wzrok, udając, że wcale nie podsłuchiwałem, ale nie zrobiłem tego. Patrzyłem jej prosto w oczy i czekałem.

Otworzyła szerzej drzwi i uklęknęła przede mną, wycierając dłonią moje łzy.

 - Nie płacz, Conan – wyszeptała, chociaż sama też płakała. Chciałem się do niej przytulić, ale nie widziałem czy powinienem, widząc jej skrywaną nienawiść do mnie. W końcu sama to zrobiła. – Nie możesz tego robić, kochanie… Inni nie zrozumieją. Proszę cię, nigdy więcej tego nie rób.

Chciałem jej to obiecać, by znów mogła na mnie spojrzeć tak jak kiedyś, ale to byłoby kłamstwem, bo nie potrafiłem tego kontrolować. Nie mogłem zapewnić, że juro nie zdarzy się to ponownie, chociaż gdybym mógł, natychmiast bym się tego pozbył. Nie chciałem być czarownikiem. Nie za taką cenę. Chciałem tylko, by rodzice znów mnie pokochali i byli przy mnie. Jako ludzie byliśmy szczęśliwi, ale to wszystko zepsuło.

Po chwili już nie byłem w objęciach matki. Znów poczułem nieprzyjemny chłód na plecach i piekące rany na ciele. Znów byłem w kryjówce dzikich, a Hannah stała przede mną, by się nade mną znęcać w nadziei, że uda jej się mnie zmienić. Ja wiedziałem, że to było niemożliwe.

To wspomnienie wywołało ból. Bałem się, ale to nie strach dominował. Najgorsze było to jak matka zaczęła na mnie patrzeć. To jak ojciec odrzucił mnie bez najmniejszego wahania. Właśnie wtedy, mając cztery lata, straciłem oboje rodziców, nawet jeśli wydawało się, że jedno z nich wciąż przy mnie było.

 - To nie działa – powiedziałem z satysfakcją. – Cokolwiek czułem we wspomnieniach, na jawie wiedziałem, że to tylko sen, a to co było minęło. Przeszłość była zbyt odległa, by się nią przejmować.

 - Spróbujmy inaczej – zaproponowała. – Co na to powiesz sześcioletni ty?

Tym razem nie byłem w domu. Nawet tam zacząłem czuć się obco, ale tutaj czułem się jeszcze gorzej. Nie wiedziałem nawet gdzie byłem i jak powinienem wrócić, ale słyszałem głosy wystraszonych i rozwścieczonych osób. Nie potrafiłem określić jak byli daleko. Najpierw wydawało mi się, że skoro tak dobrze ich słyszałem, to powinni być gdzieś obok, ale kiedy próbowałem ich odnaleźć, błądziłem tylko po lesie. Dopiero kiedy zrozumiałem co się stało, wiedziałem, że mogą być bardzo daleko, a teraz po prostu byłem oszukiwany przez wilczy słuch. Tak, byłem też wilkiem, a oni wszyscy byli moimi sąsiadami. Nadal czułem w ustach smak krwi więc plułem śliną, by się go pozbyć, ale smak pozostawał, a mi tylko zaczęło zasychać w ustach.

Usiadłem pod jednym z drzew i zacząłem płakać. Było mi zimno, ale byłem nagi i nie miałem czym się okryć. Straciłem ubrania podczas przemiany. Tak, przemieniłem się w wilkołaka. Nie wiedziałem co robiłem pod jego postacią, ale pamiętałem jak wyskoczyłem z łóżka, czując ból w każdej części ciała. Nie chciałem, by mama mnie usłyszała i znów zaczęła się mnie bać, więc wybiegłem na dwór. Znałem inne wilki, a skoro dwa lata wcześniej odkryłem w sobie czarownika, co było niemożliwe skoro zawsze byłem człowiekiem, to również teraz domyślałem się o co chodziło. Od razu zerknąłem w niebo. Księżyc był w pełni, ale ja miałem tylko sześć lat. Nie szesnaście. Moje kości łamały się jedna po drugiej lub wszystkie na raz. Ból był przerażający, ale udawało mi się powstrzymywać większość wrzasków, by nie zwrócić niczyjej uwagi. Wiedziałem, że najlepiej było uciec do lasu zanim bym kogoś skrzywdził, więc tak zrobiłem, ale teraz kiedy już siedziałem gdzieś głęboko w dżungli, nie wiedząc jak wrócić do domu, czułem na rękach zapach krwi. Ludzkiej krwi. Ojciec nazwał mnie kiedyś potworem. Do dziś pamiętałem każde słowo, którego wtedy użył, ale tamten czteroletni chłopiec czuł się po prostu inny i potrzebował czyjejś akceptacji i wsparcia. Teraz, ten sześcioletni, czuł się potworem, którym go kiedyś nazwano. Prawdopodobnie kogoś zabił. To wystarczające, by zasłużyć na takie określenie.

Coś poruszyło się w zaroślach. Skuliłem się, ale nie miałem siły, by uciec. To i tak nie miało znaczenia. Za to co zrobiłem, powinni mnie ukarać. Niech mnie znajdą i pozbędą się dziwadła, którym byłem.

W zieleni nagle dostrzegłem mamę. Ona nie zrobiłaby mi krzywdy, więc powinienem się cieszyć, ale ja potrafiłem się tylko rozpłakać. Nie powinna wiedzieć co zrobiłem. Nie powinna mieć kolejnego pretekstu, by mnie nienawidzić. Nie chciałem, by wiedziała jaki byłem naprawdę. Chciałem, by znała tylko dawnego mnie, którego kochała nie tylko ona, ale też ojciec i który nie był dla nikogo zagrożeniem.

 - Przepraszam – wyjąkałem. Zacząłem powtarzać przez łzy cały czas to jedno słowo. – Przepraszam, przepraszam… 

 - Ciii… – Przyłożyła palec do ust, okrywając mnie płaszczem. – Już dobrze…

Tym razem była spokojniejsza niż wtedy, gdy odkryła we mnie czarownika. Być może dlatego, że już wiedziała, że byłem inny i jeszcze większe dziwactwa stały się dla niej czymś spodziewanym.

 - Nie chciałem – pisnąłem roztrzęsiony. – Czy… Czy kogoś zabiłem?

 - To nieważne. – Spojrzała mi w oczy. Zrobiła to tak jak dawniej, bez nienawiści. – Nie chciałeś tego.

Dwa lata czekałem, aż znów zobaczę w niej prawdziwą miłość do mnie. Wreszcie się to stało. Nie potrafiłem zrozumieć dlaczego teraz, dlaczego po tak niewybaczalnym czynie, ona wróciła. Wróciła moja mama, taka jak dawniej. Uśmiechnąłem się i wtedy spojrzała na mnie groźnie. Obecna sytuacja była przerażająca, a ona nie miała pojęcia co wywołało mój uśmiech.

 - Dziękuję – wyszeptałem. – Dziękuję, że tu jesteś.

Wzięła mnie na ręce, choć byłem już na to za duży. Nie zapytałem nawet jak mnie znalazła, ale najwyraźniej znała drogę powrotną, bo ani na moment się nie zawahała, gdy niosła mnie przez las. Ja wciąż słyszałem głosy sąsiadów i nadal zastanawiałem się jak byli daleko, aż w końcu ich zobaczyłem. Mama naciągnęła kaptur na oczy i przycisnęła mnie mocno do siebie, próbując umknąć wzrokowi któregokolwiek z zebranych nad trupem, którego jak sądziłem zabiłem. Westchnąłem cicho, ponownie sobie przypominając jakim byłem potworem. Jak mogłem cieszyć się z odzyskania matki, gdy zrobiłem coś takiego?!

 - Nie patrz tam, kochanie – rozkazała mama, szepcząc mi do ucha.

I tak widziałem wszystko za jej plecami. Znałem martwego mężczyznę na ziemi. To był ojciec dziewczynki, z którą bawiłem się gdy byłem młodszy, zanim to wszystko się zaczęło. Czasem też zatrzymywał nas na spacerze, by zapytać mamę czy wszystko w porządku i zaoferować pomoc, gdyby czegokolwiek potrzebowała. Dla mnie też zawsze był miły. Lubiłem go i kiedyś traktowałem jak dobrego wujka, a teraz go zabiłem.

Kiedy kolejne łzy popłynęły po moich policzkach, nie potrafiłem dłużej patrzeć na zgromadzonych nad ciałem. Wtuliłem się w mamę i pozwoliłem, by odniosła mnie do domu. Zamknąłem oczy i próbowałem się uspokoić.

Kiedy je otworzyłem, przypomniałem sobie, że nie tylko tamten mężczyzna był martwy. To było tak dawno temu, że moja mama i prawdopodobnie każdy mieszkaniec tamtej wioski już dawno nie żył, a to co widziałem to były zwykłe wspomnienia. Nic szczególnego.

 - Jak się czujesz, Nate?

Podniosłem na nią wzrok. W oczach pojawiły się samotne łezki, które zaczęły leniwie spływać po moich policzkach.

 - Przepraszam – powiedziałem ze skruchą. – Ja… O Boże… Zrobiłem tyle złego… – Płakałem coraz bardziej. – Zabiłem tamtego mężczyznę… Zabiłem Christiana! Jak mogłem?! Jak?! – Zacząłem szarpać łańcuchami. – Zawiodłem wszystkich, których kochałem. Najpierw mamę, a teraz…

 - Teraz zawiodłeś Talę – dokończyła za mnie Hannah. – Zrobiłeś to i to było podłe, ale nadal tego nie żałujesz. Niezła próba, Nate. Może myślałeś, że udawanie zapewni ci wolność i że będę taka głupia, by cię wypuścić, ale chyba zapomniałeś, że jestem czarownicą. Bardzo potężną czarownicą i nie dam tak łatwo się nabrać.

Warto było chociaż spróbować. Nie wiem co zrobiłem źle, że mi nie uwierzyła. Wydawało mi się, że byłem dobrym aktorem, ale cóż… Będę musiał znaleźć inny sposób.

 - Ucieknę stąd – zapewniłem rozzłoszczony. Próbowałem się na nią rzucić, ale łańcuchy mi nie pozwalały. – Jeszcze nie wiem jak, ale ucieknę!

 - Nie będziesz miał na to dużo czasu – stwierdziła. – Twoja nieudolna próba oszustwa podsunęła mi pewien pomysł. Przyznam, że pierwszy raz spotkałam się z takim przypadkiem jak twój i może źle się do tego zabrałam… Wspomnienia z dzieciństwa może nie pomogą, bo to było zbyt dawno i wszyscy których tam spotkałeś, już dawno nie żyją. Jest jednak ktoś kto żyje i kogo wiem, że kochałeś, a niektórzy uważają, że miłość to najsilniejsze ze wszystkich uczuć. Być może to przypomni ci kim jesteś.

 - Rób co chcesz. Nic nie zadziała, bo nic mi nie jest. Przyprowadź Talę jeśli twierdzisz, że to coś zmieni. Chętnie spojrzę jej w oczy i zapytam co u Christiana.

Rozciągnąłem usta w złośliwym uśmiechu.

 - Jesteś nienormalny – stwierdziła, choć nie potraktowałem tego jako obelgę. – Tala jest silną dziewczyną. Nie jest tchórzem jak ty i pokaże swoją siłę jeśli to będzie oznaczało odzyskanie jednej z osób, które myśli, że już utraciła. Zależy jej na dawnym tobie i tamtemu chłopakowi też zależało na niej. Mam nadzieję, że w tej sprawie nic się nie zmieniło, a tymczasem jest jeszcze jedna osoba, która chce z tobą porozmawiać.

Podeszła do drzwi i otworzyła je. Powiedziała coś do postaci, której jeszcze nie widziałem, ale zastanawiało mnie kim była. Czy to kolejna manipulacja moimi wspomnieniami i zaraz ponownie wyjdzie jakaś martwa od lat osoba czy jednak tym razem to było prawdziwe.

Hannah zniknęła, a do środka wszedł Jonatan.

 - Witaj, bracie – powiedział.

 - Bracie… – Zacząłem się śmiać. – Myślisz, że więzy krwi czynią nas braćmi? Nie było cię w moim pierwszym życiu… W drugim pojawiłeś się tylko po to, by mnie zdradzić… Czy tak postępuje brat?

 - Nie wiesz dlaczego to zrobiłem i nie wiesz jak tego żałuję.

 - Nie obchodzi mnie to.

Zamknął drzwi i podszedł trochę bliżej, chociaż nadal trzymał się na bezpieczną odległość. Ręce schował do kieszeni, a na mnie patrzył nieobecnym wzrokiem, jakby oprócz mnie próbował dostrzec coś jeszcze, czego tu nie było. Z tych niewielu chwil, z których go znałem, zapamiętałem go jako silnego i bezwzględnego wilka, którego nie obchodzili inni. Mężczyzna, który teraz przede mną stał, wcale nim nie był. Nawet wyraz twarzy miał łagodniejszy, a jego postawa nie była już tak zdecydowana. W oczach nie kryła się szaleńcza dzikość. Teraz nic już się w nich nie kryło.

 - Wiesz… Przepraszam cię, Nate – powiedział smutno. – Wiem, że nigdy nie byłem dobrym bratem. Nie było mnie przy tobie, gdy dorastałeś, nie wiedząc nawet kim jesteś. Nie wyjawiłem ci prawdy, nie uczyłem cię… Kiedy już się pojawiłem w twoim życiu, nigdy nie zrobiłem dla ciebie nic dobrego. Tylko udawałem brata, ale nigdy nie byłem nim naprawdę. Wybrałem stado zamiast ciebie, a potem nadzieję na odzyskanie kogoś, kogo straciłem, wierząc że jeśli poświęcę ciebie,będę mógł ją odzyskać… Ale mnie oszukano. Obiecano mi matkę za brata, ale ona już dawno nie żyła, a nawet gdyby nie była martwa… Wtedy i tak byłaby mną rozczarowana. Pozbyła się ciebie z miłości, Nate. Wiedziała, że przy niej nie będziesz bezpieczny, bo Rada już od dawna miała ją na oku, a kiedy cię urodziła, zrozumiała dlaczego. Chciała cię chronić, więc wiedziała, że musi cię ukryć wśród ludzi, którzy nie wiedzieli o istnieniu magii. Bardzo przy tym cierpiała, ale była z tobą do końca, aż upewniła się, że para, którą już wcześniej dla ciebie upatrzyła, odnalazła cię w lesie i zabrała do domu. Nie oddała cię byle komu. Wiedziała, że przy nich będziesz miał dobre życie, a tylko tego chciała. Gdyby wiedziała, że cię odnalazłem, chciałaby żebym był dla ciebie dobrym bratem. Wybrałaby twoje życie zamiast swojego. Była wyjątkowa… Żałuję, że nie miałeś okazji jej poznać. Żałuję też że zawiodłem was oboje i…I samego siebie. Mam nadzieję, że cię odzyskamy, bym mógł to naprawić, ale teraz mogę powiedzieć jedynie przepraszam. I mówię to szczerze, bracie…

Słuchałem jego słów z uwagą, nie wiedząc co nastąpi po tym. Chciałem mu powiedzieć, że może odkupić swoje winy, wypuszczając mnie, ale potrafiłem tam tylko klęczeć i wpatrywać się w jego smutne oczy. Do głowy napływało mi mnóstwo myśli, ale żadnej z nich nie potrafiłem wyrzucić na zewnątrz, aż było już za późno. Coś we mnie drgnęło, ale nie pozwoliłem się temu poddać. Coś poczułem i wtedy pierwszy raz wziąłem pod uwagę, że Hannah i wszyscy dzicy mogli mieć rację, ale odrzuciłem tę myśl, nim zdążyłem jakkolwiek zareagować na to niezwykłe doświadczenie.

Kącik ust Jonatana drgnął lekko, a potem mężczyzna otarł oczy grzbietem dłoni, chociaż wcale nie widziałem u niego łez. Kiedy wychodził z pomieszczenia, chciałem krzyknąć, by się zatrzymał, ale z jakiegoś powodu tego nie zrobiłem, chociaż jeszcze długo po tym, wpatrywałem się w drzwi z nadzieją, że wróci. Cóż… To się nie stało.

97 LUKAS

1

luke

Płuca miałem wypełnione wodą. Nie mogłem oddychać, a mimo to żyłem. Woda nie mogła mnie zabić, a jednak to było bardzo dziwne uczucie. Dziwna była też bezsilność, która mnie dopadła. Zabawne… Zupełnie jak zza dawnych czasów, chociaż biorąc pod uwagę każde z moich żyć, to nie było wcale aż tak dawno. No i to nie byłem ja. To młody Chace mieszkał kiedyś w Grooveland. W jedynym mieście na świecie, w którym wilk mógł poczuć to co ludzie i czarownicy. Dla nas tylko tutaj istniało zimno i ciepło. To tutaj nasze doskonale wyczulone zmysły stawały się bezwartościowe. Ludzkie.

Dla wilków to niezbyt pozytywne, jednak ja nauczyłem się to lubić. Dzięki temu co miałem okazję doświadczyć w tym mieście, zawsze pamiętałem, że nigdy nie będę dość silny, by móc przestać się starać. Nieważne, że byłem wilkiem. Nieważne, że byłem Najprawdziwszym. Nieważne, że zabicie mnie było niemal niemożliwe.

Miałem wrogów. Pewnie nawet więcej niż przyjaciół. Każdy z nich tylko mnie wzmacniał. Oni mnie motywowali i uczyli, chociaż ich celem było mi zaszkodzić. Pomogli mi bardziej niż niejeden przyjaciel.

Spróbowałem poruszyć palcem, ledwo czując całą rękę. Mokra ziemia weszła mi pod paznokcie, a po całym ciele przeszedł dreszcz. Drżałem z zimna. Byłem cały przemoczony i słaby. Włosy kleiły mi się do czoła, a ubranie przylegało do skóry. Nogi wciąż znajdowały się w wodzie.

Leżałem na ziemi przez jakiś czas. Miałem już świadomość tego co się działo, ale wciąż nie miałem siły się podnieść. Nie wiedziałem nawet ile minęło czasu, zanim wreszcie podkurczyłem nogi i usiadłem opierając się o drzewo. Najpierw ściągnąłem buty i wylałem z nich wodę, a potem ściągnąłem koszulę i wycisnąłem ją nad trawą. Najgorszy był ból. Kiedy przyjaciółka Olivii dotknęła mojego ramienia, coś mi tam zostawiła. Z początku myślałem, że to tylko pieczenie, ale gdy zerknąłem, by obejrzeć ranę i przekonać się czy krwawiła, dostrzegłem wiadomość zapisaną na własnym ciele. Jasne litery były niemal niewidoczne na mojej skórze, ale udało mi się odczytać napis: Nie umieraj.

 - Dzięki za radę – prychnąłem sam do siebie.

Zacząłem trzeć palcami o ramię, by pozbyć się wiadomości, ale ona nie dawała się usunąć. Została stworzona w magiczny sposób i tylko tak można było ją zetrzeć. Hannah powinna sobie z tym poradzić, ale ona pewnie już dawno była w kryjówce i pewnie się o mnie martwiła. Nawet jeśli dzicy przeszukali cały zamek Rady i nawet jeśli odkryli sekretne pomieszczenie pod ziemią, w którym znajdowała się podejrzanie potężna czarownica o imieniu Celeste, to i tak było już za późno. Mnie tam nie było. Sam nie wiedziałem gdzie byłem i w którą stronę powinienem się kierować, by wrócić do kryjówki. Chociaż zdawało mi się, że znałem już całe Grooveland, w tej części jeszcze nie byłem.

Miałem nadzieję, że chociaż Adamowi, Hannah i reszcie dzikich udało się przejąć Nate’a, bo inaczej ta cała misja przyniosłaby nam same szkody. Nie dość, że wielu naszych zginęło, to jeszcze pojawiło się kilka niewyjaśnionych tajemnic. Rozumiałem dlaczego przeżyłem. Celeste miała rozkaz mnie zabić, ale wiedziała kim jestem i sama zdała sobie sprawę, że to niemożliwe. Tylko dlaczego nie powiedziała o tym Olivii? Zdawała się być jej posłuszna, a jednak ukryła to przed nią. No i o co chodziło z tą wiadomością. Nie umieraj?! Co to w ogóle miało znaczyć?! Przecież nie mogę umrzeć. Nie bez pełni. Wiedziałem tylko, że wiadomość była od Celeste, nie od Olivii. Pytanie tylko kim była Celeste i jak znalazła się w posiadaniu tak silnej magii, godnej jedynie wybawcy i Najprawdziwszej Wśród Czarownic.

Rozejrzałem się dookoła, ale nie widziałem nic oprócz drzew oraz rzeki, z której wyczołgałem się na brzeg. Gdybym nabrał jeszcze trochę siły, może mógłbym użyć wilczych umiejętności, ale w Grooveland i tak były one nieprzewidywalne. Nigdy nie mogłem przewidzieć kiedy zadziałają i całkiem możliwe, że nawet Rada nie miała takich informacji. To miasto rządziło się własnymi prawami i żadne zasady wprowadzane przez jakiekolwiek istoty, nie mogły tego zmienić.

Kiedy wreszcie udało mi się znaleźć drogę, nadszedł już zmrok, a moje wilcze zmysły zaczynały wariować. Raz widziałem wszystko jak za dnia, a za chwilę błądziłem w ciemnościach. Chociaż nie było to łatwe, po wielu godzinach wreszcie stanąłem u podnóża góry, która wewnątrz była naszą kryjówką.

Musieli zauważyć mój brak. Kiedy wpadłem do kryjówki, kilkoro dzikich, których prawie nie znałem, zaczęło coś do mnie mówić, ale ja tylko potakiwałem i wymijałem ich zręcznie w poszukiwaniu Hannah. Potrzebowałem natychmiastowej konsultacji z najpotężniejszą czarownicą jaką znałem i która zechciałaby mi udzielić pomocy.

Po drodze wpadłem na Mike’a.

 - Lukas! – zawołał. – Wróciłeś! Jak… Co się stało?

 - Nie teraz. Muszę znaleźć Hannah.

 - Widziałem ją przed chwilą w głównym holu. – Od razu ruszyłem w tamtą stronę. – Czekaj! O co chodzi?

Odwróciłem się do niego, ale nie zatrzymałem się. Biegłem przez chwilę tyłem, nawet nie uważając, by na kogoś nie wpaść. Dzicy sami usuwali mi się z drogi.

 - Powiem ci, gdy sam się dowiem! – zawołałem odbiegając coraz dalej.

Dziewczyna rzeczywiście była w holu. Niestety to nie było odpowiednie miejsce na przeprowadzenie tak ważnej rozmowy. Było tam zbyt wielu świadków, dlatego z zaskoczenia chwyciłem ją za ramię i wciągnąłem do jednego z najbliższych pustych pokoi.

 - Luke! – zawołała rzucając mi się na szyję, gdy tylko mnie zobaczyła. – Nic ci się nie stało?

 - Nie wiem.

 - Jak to nie wiesz? – Widziałem jak mierzyła mnie wzrokiem, szukając ran.

Koszula zdążyła już trochę wyschnąć, ale w niektórych miejscach nadal była wilgotna. Odpiąłem trzy guziki od góry i odsłoniłem przed nią ramię.

 - Nie umieraj – odczytała. – O co chodzi?

 - W zamku Rady mieszka jakaś czarownica – wyjaśniłem. – Jest bardzo potężna. Jest… Jak ty.

 Zrobiła zdezorientowaną minę.

- Jak? – zdziwiła się. – Czy to możliwe?

 - Sądziłem, że nie, ale… Czułem jej moc. Kierowała ją przeciwko mnie i jestem pewny, że to nie była zwykła czarownica. Coś jest nie tak.

Otworzyła nagle szeroko oczy i chwyciła mnie za ramiona.

 - To ona musiała rzucić zaklęcie na Nate’a! – zrozumiała.

 - Jakie zaklęcie?

 - Wyjaśnię ci później – rzekła, machając ręką. – Najważniejsze, że chłopak jest u nas, a ja mam pomysł jak przywrócić dawnego Nate’a. Mam nadzieję, że to zadziała. – Znów spojrzała na moje ramię. – Nadal nie wyjaśniłeś napisu…

Zerknąłem jeszcze raz na wiadomość, by pomyśleć od czego zacząć. Kiedy zacząłem już sobie wszystko układać w głowie, z powrotem zapiąłem koszulę i usiadłem na ławce pod ścianą. Hannah zajęła miejsce obok mnie.

 - Ona próbowała mnie zabić – zacząłem. – Ta czarownica. Olivia jej kazała, bo wciąż myśli, że to Chace był Najprawdziwszym. Na szczęście nie wie, że to ja. Ta czarownica… Celeste… Ona znała prawdę, ale udawała przed Olivią, że mnie zabiła, a moje ciało wrzuciły do rzeki. Kiedy się ocknąłem, miałem na ramieniu tą wiadomość. Celeste chciała mi coś przekazać, ale… Nie wiem co.

 - Jeśli jest po stronie Olivii, to to nie może być nic dobrego.

 - Ja… Nie wiem czy jest po jej stronie… Tak to wyglądało, ale… Dlaczego mnie nie wydała? Tu chodzi o coś więcej.

Wstałem i oparłem się ręką o ścianę. Hannah stanęła za mną, kładąc jedną dłoń na moim ramieniu, a drugą gładząc moje plecy. Nie wiedziałem co robić. Z całych sił próbowałem przypomnieć sobie jakieś szczegóły z tamtego spotkania z Celeste, ale ledwo pamiętałem cały zarys tamtej sytuacji. Raniła mnie i to nie pozwalało mi się skupić ani wtedy, ani teraz, gdy próbowałem wrócić myślami do tamtych wspomnień.

 - Muszę tam wrócić – zdecydowałem. – Muszę porozmawiać z Celeste, gdy będzie sama. Bez Olivii.

 - Oszalałeś?! To niebezpieczne! To nasz wróg!

 - Nie mogę tak tego zostawić. Potrzebuję odpowiedzi, Hannah, a uzyskam je tylko wtedy, gdy tam wrócę. Przecież mnie nie zabije.

 - Nie masz pewności, że ci cokolwiek powie, a przecież mogą cię uwięzić. Dopiero odbiliśmy Nate’a. Mamy przewagę, więc zostawmy to tak jak jest. Proszę, Luke…

Zawsze byłem uległy na jej prośby. Kiedy było to potrzebne, potrafiłem być twardy, a często bywałem prawdziwym draniem, tylko po to, by chronić innych, nawet jeśli oni potrafili zrozumieć to o wiele za późno. Były jednak dwie kobiety, które potrafiły mnie zmusić do wszystkiego, a ja się wcale nie opierałem. Obie bardzo kochałem, chociaż były to dwie różne miłości. Jedna romantyczna, a ta którą darzyłem Hannah, rodzinna. Moja prawdziwa rodzina mnie zawiodła, więc stworzyłem sobie nową. Lepszą.

Hannah wiedziała, że się ugnę i znów wygra. Ja też to wiedziałem. Wystarczyło, że spojrzałem w jej ciemne błagające oczy i wiedziałem, że zrobię wszystko co będzie chciała. Byłem tego pewny aż do ostatniego momentu, ale to musiała być ta chwila, kiedy musiałem jej się sprzeciwić. Zrobiłbym dla niej wszystko, ale musiałem też znać prawdę. Nie znosiłem tajemnic. W ostatniej sekundzie zdążyłem zmienić zdanie i powiedzieć inne słowa niż te, które miałem przygotowane w głowie.

 - Przykro mi, Hannah. – Złapałem ją za ramiona i złożyłem delikatny pocałunek na jej czole. – Ten jeden raz muszę postąpić zgodnie z tym co czuję. Wiadomość jest bezużyteczna, jeśli nie wiem co oznacza. Celeste już raz mnie wypuściła. Dzicy są buntownikami, prawda? Ona się zbuntowała, wypuszczając mnie. Nawet jeśli niczego się nie dowiem, to liczę, że znów to zrobi. Że pozwoli mi odejść. A ten napis… To musi być jakaś wskazówka. Dowiem się o co chodzi i od razu wrócę, okej?

Zrzuciła moje ręce ze swoich ramion i zmarszczyła brwi, robiąc pewną siebie minę. Chociaż była niższa i drobniejsza ode mnie, potrafiła sprawiać wrażenie silnej kobiety, która mogłaby budzić strach, gdyby stał przed nią ktoś inny niż ja.

 - W takim razie idę z tobą.

 - Nie – zaprzeczyłem. – Gdyby… Gdyby coś poszło nie po mojej myśli, musisz być tutaj, by mnie odzyskać. Tylko ty możesz to zrobić, tylko tobie na tyle ufam.

 - Więc weź kogokolwiek innego, ale proszę, nie idź sam.

 - Kogo mam wziąć? – Rozłożyłem bezradnie ręce. – Kogoś kogo z łatwością można zabić? Wilki, czarownice czy ludzie… To nie ma znaczenia, wszyscy oni są zbyt delikatni. Nie są jak my, Hannah. Nie będę nikogo narażał, okej?

Zacisnęła zęby. Była na mnie zła? Może po prostu się martwiła? Pewnie i jedno i drugie, ale ja już podjąłem decyzję i bez względu na wszystko, nie zamierzałem jej zmieniać.

 - Możesz mi chociaż obiecać, że będziesz ostrożny?

Uśmiechnąłem się najszerzej jak tylko mogłem.

 - Jasne. – Przytuliłem ją i pocałowałem w czubek głowy, jak młodszą siostrzyczkę, której nigdy nie miałem. – Obiecuję, że będę ostrożny i obiecuję, że wrócę.

Ustalone. Może powinienem poinformować o tym też Adama. Nie chciałbym, żeby się martwił. I należało też wspomnieć coś Mike’owi i Davidowi. Nadal byli jednymi z dowódców i na pewno by się zastanawiali, gdybym znów zniknął tak krótko po moim powrocie. Wiedziałem, że mogą nie być zadowoleni, ale to była moja decyzja. Po śmierci Christiana, nie wybraliśmy nowego głównego dowódcy. Zbyt wielu ich zginęło w ostatnim czasie, więc teraz cała nasza czwórka: Hannah, Mike, David i ja, byliśmy przywódcami w takim samym stopniu.

Jak przewidziałem, nie byli zadowolenia. Żadne z nich nie było. Ze zdaniem Adama mógłbym się jeszcze liczyć, chociaż skoro nawet Hannah mnie nie przekonała, to on też miał marne szanse. Natomiast dwaj bracia przywódcy nie mieli dla mnie najmniejszego znaczenia jeśli chodziło o zmianę zdania. Nie słuchając ich, postanowiłem opuścić kryjówkę i udać się do zamku.

Stanąłem przed klatką, którą opuszczano nas w dół, gdy oddalaliśmy się od siedziby. Rozkazałem dyżurującym mnie opuścić, ale w tym samym czasie ktoś wjeżdżał na górę. Nie słyszałem, by ktokolwiek opuszczał ostatnio kryjówkę, ale nie było mnie jakiś czas, a niektórzy wciąż mogli jeszcze wracać z ostatniej bitwy. Być może niektórzy uznani za martwych, jednak żyli?

Ujrzałem górę klatki. Jeszcze kilka pociągnięć i całkowicie wjechała na górę, a w niej…

Aż zrobiłem dwa kroki do tyłu, nie mogąc w to uwierzyć. Co on tu robił?! Jak on tu trafił?! Jak znalazł kryjówkę?! Stał teraz w klatce z kilkoma innymi osobami i patrzył mi prosto w oczy z poważną miną. Czekał. Czekał na moją reakcję. Nie wiedział czego mógł się spodziewać, bo chociaż kiedyś nie byłoby z tym żadnego problemu, to jednak obaj wiedzieliśmy, że teraz wiele się zmieniło. Sytuacja się zmieniła, ale też ja się zmieniłem. On również. Wszystko było już inne, oprócz jednej bardzo ważnej rzeczy…

 - Rodzina pozostaje nią na zawsze – stwierdziłem.

 - Dopóki nie znajdzie się nowej – odpowiedział. – Czy nie tak zrobiłeś ze swoją pierwszą i prawdziwą rodziną.

 - Oni mnie zdradzili. Ojciec mnie zdradził… To przez niego dziś tutaj jestem, walcząc o świat, w którym żyłem, bo on go zepsuł! Ty… Zawsze byłeś moim bratem. Bratem krwi, Kai. Pożegnaliśmy się jako bracia i nadal nimi jesteśmy.

Przestał mrużyć oczy, przestał napinać mięśnie, przestał przeszywać mnie wzrokiem. Wyszedł z klatki wyraźnie spokojniejszy niż jeszcze chwilę wcześniej i podał mi dłoń. Uścisnąłem ją, a drugą ręką od razu go przytuliłem. Kiedyś bym tego nie zrobił. Nie lubiłem tak bliskiego kontaktu z kimkolwiek, od czasu gdy straciłem Elizabeth, ale dzięki powrotowi do Grooveland i poznaniu tylu dzikich, zacząłem ponownie się otwierać.

96 LIAM

2

Slajd5

Mia wyrwała mnie ze snu, szarpiąc energicznie moje ramię. Zanim jeszcze zdążyłem przetrzeć zmęczone oczy, wiedziałem już co się działo. Nie musiałem nawet patrzeć jak zwijała się przy moim łóżku i próbowała powstrzymać ciche jęki, by nikt jej nie usłyszał.

 - Pomóż mi, Liam – poprosiła zaciskając zęby.

Bez wahania wyciągnąłem do niej rękę, której uczepiła się kurczowo, pobierając ode mnie energię. Wydawało mi się, że za każdym razem gdy jej się to zdarzało, było coraz lepiej. Mniej cierpiała, a bardziej panowała nad całą sytuacją. Może dla jej magii było to zbyt wiele, ale gdy użyczyłem jej również swojej, po raz pierwszy zrozumiałem, że przejęła kontrolę. W końcu jej się to udało.

Nie miała już zmarszczonych z bólu brwi, nie krzywiła się, nie kuliła… Wręcz przeciwnie. Wyprostowała się nagle, a na jej twarzy malowało się skupienie.

 - Mia? – zapytałem zaniepokojony.

Nie wiedziałem jeszcze co się działo. Chciałem wierzyć, że rzeczywiście udało jej się nad tym zapanować, ale im dłużej wydawała się być nieobecna, tym bardziej się martwiłem.

Otworzyła oczy, ale wzrok jeszcze przez chwilę miała pusty. Dopiero gdy kilka razy powtórzyłem jej imię i chwyciłem za ramiona, ona zamrugała kilka razy i spojrzała na mnie wzrokiem, który zdawał się przeszywać mnie na wylot. Potem zaczęła się śmiać, a ja nie byłem pewny co to mogło oznaczać. Nie wiedząc jak powinienem się zachować, też zacząłem się śmiać.

 - Udało się! – zawołała, wpadając mi w ramiona.

- Ciii… – Przyłożyłem palec do ust, a drugą ręką ją objąłem. Nie przestawałem się śmiać.

Była noc. Mia nie przejmowała się tym, że wszyscy spali, a ja też nie zachowywałem się najciszej, ale czasem przypominało mi się, że powinniśmy się trochę uspokoić, by wszystkich nie obudzić.

W końcu Mia spoważniała i usiadła naprzeciwko mnie.

 - Powinniśmy poinformować Matteo – stwierdziła.

 - O czym?

Rzuciła mi krótkie pełne powagi spojrzenie.

 - Niektórzy zmienili zdanie. Chcą odejść od Olivii i dołączyć do nas. Nie jest ich wielu i nie są zbyt silni, ale są po naszej stronie i musimy im pomóc.

 - A jeśli to pułapka?

 - Nie, Liam… – Chwyciła mnie za dłonie. – Widziałam chłopaka, który się ze mną kontaktował. Wiem, że nie kłamał.

 - Skąd możesz to wiedzieć?

 - Jestem czarownicą. Wyczuwam takie rzeczy. Podali mi kilka ważnych informacji… – Spojrzała jakby chciała się upewnić czy chcę je usłyszeć. –  Olivia straciła Nate’a i Najprawdziwszych. Większość tych którzy za nią walczyli zginęła lub uciekła. Rozkazała mieszkańcom lasu dołączyć do niej w walce lub zginąć wraz z dzikimi, ale jeszcze za wcześnie, by wiedzieć ilu zareaguje na ten rozkaz.

 - I kogo wybiorą… – dodałem.

 - Właśnie. – Wstała z łóżka i pociągnęła mnie za rękę. – Chodźmy powiadomić Matteo.

Chociaż też wstałem, nie ruszyłem dalej. Mia wiedziała, że Matteo spędzał dnie i noce w lesie, przy Roxie i nawet jej to nie dziwiło. Oboje byli przywódcami i była pewna, że spędzają razem tyle czasu, by obmyślić jakiś plan działania i opracować strategie. Nie wiedziała tego co ja. Nie wiedziała, że on umrze, a Roxie była przy nim, by się nim opiekować i jak najdłużej utrzymać przy życiu. Nawet gdy któreś z nas chodziło do niego w jakiejś ważnej sprawie, nikt nie zauważał, że coś było nie tak, a prawda była taka, że Matteo cierpiał z każdym dniem coraz bardziej i czasem nawet Roxie było trudno nad nim zapanować. Kiedy odwiedziłem go wieczorem, nie był nawet w stanie ze mną rozmawiać. Miał jeden z tych swoich napadów podczas których tracił świadomość co się naprawdę działo, a zamiast tego słyszał w głowie różne głosy i widział przed oczyma fałszywe obrazy wyobraźni. Najgorsze, że ta napady zdarzały mu się coraz częściej i nikt kto o nich wiedział, nie potrafił temu zaradzić.

 - Matteo na pewno jest zmęczony – palnąłem nie wiedząc co mówić. – Ciągle zarzucamy go jakimiś problemami, ale nie jest jedynym przywódcą. Chodźmy do Alice – zaproponowałem.

Mia patrzyła na mnie dziwnie. Jedną brew miała lekko uniesioną, a drugą zmarszczoną. Do tego lekko rozchylone usta i ten pytający wyraz twarzy.

 - Liam, co się dzieje? – zapytała.

 - Nic – zapewniłem.

 - Znam cię. Wiem kiedy kłamiesz…

Wiedziała. Nie było sensu udawać.

Odetchnąłem ciężko i łapiąc ją za rękę, ponownie pokierowałem ją w stronę łóżka, by usiąść na jego brzegu i spojrzeć dziewczynie głęboko w oczy, gdy będę jej wyjawiał prawdę.

- Matteo… Jest chory – zacząłem, nie wiedząc co dalej. – On…

 - Co to znaczy chory?

Przełknąłem ślinę, czując jak serce podchodziło mi do gardła.

 - Umrze – mruknąłem. – Prawdopodobnie Nate rzucił na niego jakieś zaklęcie i…

 - Zaklęcie? Jestem czarownicą, może będę mogła to naprawić…

 - Zaklęcie rzucone przez Nate’a? Mia, przecież on jest hybrydą…! Nie pokonasz jego magii, nawet gdyby każdy z nas użyczył ci mocy.

 - Ale… – Na moment ukryła twarz w dłoniach. Myślałem, że się rozpłacze, a ja ją przytulę, by ją pocieszyć, ale ona próbowała być silna i nie zrobiła tego. – To co zrobimy? Pozwolimy mu tak po prostu umrzeć?

 - A mamy inne wyjście? – Uścisnąłem lekko jej rękę. – Nic nie możemy zrobić, choćbyśmy bardzo chcieli. Jeśli zależy nam na Matteo, możemy tylko doprowadzić wszystko do końca, okej? Nie dopuścimy do wypełnienia przepowiedni, a potem zajmiemy się Olivią i przywrócimy na jej miejsce dawną Radę. Dobrą… Sprawiedliwą… Honorową… Będzie dobrze, okej? Wierzysz mi?

Skinęła głową.

 - Chodźmy spać, co?

Kiedy ponownie obudziłem się po kilku godzinach, na dworze było już jasno. Słyszałem, że niektórzy chodzili już po korytarzu, ale Simon jeszcze spał i do nas nie przyszedł. Mia siedziała w kącie i kiedy zauważyła, że wstałem, podbiegła do mnie i usiadła na drugim końcu łóżka.

 - Dziękuję, Liam – powiedziała.

 - Za co? – Przetarłem oczy i zamrugałem kilka razy, by się rozbudzić.

 - Że mi powiedziałeś. – Byłem jeszcze zbyt zaspany, by jasno myśleć. Mia ściszyła głos do bardzo cichego szeptu. – O Matteo.

 - Nie powinienem tego robić. Obiecałem mu.

 - Wiem, ale nie musisz się martwić. Wiesz, że nikomu nie wygadam.

 Odrzuciłem kołdrę na bok i przesunąłem się bliżej dziewczyny.

 - Jesteśmy przyjaciółmi, prawda? Powinniśmy być ze sobą szczerzy…

- No tak…

Uśmiechnąłem się.

 - Więc?

 - Więc co? – zdziwiła się.

 - Co ukrywasz? – zapytałem zagryzając wargę. – Dlaczego tak boisz się połączenia z Simonem? Czego nie może się dowiedzieć?

 - To nie o to chodzi… – odwróciła wzrok, a na jej policzki wpłynął rumieniec.

 - Mia… Nie muszę być czarownikiem jak ty, by wiedzieć, że coś się dzieje.

Rozejrzała się dookoła jakbym właśnie zdradził jakiś ważny sekret, a ona bała się, że ktoś mógł to usłyszeć, chociaż w rzeczywistości dopiero miałem poznać tą tajemnicę.

 - Dobra, ale obiecaj, że nikomu nie powiesz.

Położyłem dłoń na sercu, a drugą uniosłem lekko w górę.

 - Obiecuję.

 - Nikomu, Liam, rozumiesz? – upewniała się. – Zwłaszcza Simonowi.

 - Przecież obiecałem. Nie wierzysz mi?

 - Wierzę.

Pokazała mi bym się trochę przybliżył, a sama pochyliła się nad moim uchem.

 - Chyba… Chyba zakochałam się w Simonie… – wyszeptała.

Wow! Odsunąłem się powoli, troszkę zaskoczony tą wiadomością. Ona i Simon?! Kochałem ich oboje jak własne rodzeństwo, ale nie widziałem w nich pary, a już na pewno nie sądziłem, że Mia mogłaby to tak widzieć. Z Simonem kiedyś o tym gadałem, ale przyzwyczaiłem się do jego zwariowanych pomysłów i nie brałem go na serio. Przecież… Mia była grzeczną i porządną dziewczyną, która wciąż musiała przypominać mi i Simonowi jak powinniśmy się zachować. Była odpowiedzialna i chociaż można było się z nią pośmiać i dobrze się bawić, to jednak zawsze wydawała się dojrzalsza niż wskazywał na to jej wiek. Simon był przy niej jak dzieciak, którego musiała ciągle przywoływać do porządku. Sam czasami czułem się dla niej zbyt dziecinny, ale Simon potrafił przebić nawet mnie.

 - Nie spodziewałem się tego – wyjąkałem oszołomiony. – Chcesz… Chcesz, by był twoim chłopakiem?

 - Sama nie wiem… Wciąż wspominam Josepha, ale Simon jest cudowny. Próbowałam wybić go sobie z głowy, ale odkąd opuściliśmy zamek, spędzamy razem jeszcze więcej czasu.

 - Dlaczego chciałaś go sobie wybić z głowy? – Położyłem dłoń na jej ramieniu. – Przecież miłość to coś pięknego.

 Próbowała powstrzymywać uśmiech, ale jej kąciki ust i tak się lekko uniosły. Dlaczego wcześniej tego nie zauważyłem?! Nawet imię przyjaciela i zwykła rozmowa o nim, sprawiała, że Mia zaczynała się cieszyć i byłem pewny, że bardzo próbowała ukrywać spojrzenia, które mu posyłała, kiedy on nie patrzył. Mogłem sam się tego domyślić.

 - Lepiej zapomnieć niż oszukiwać samą siebie – stwierdziła. – Przyjaźnimy się z Simonem i to jest wspaniałe, ale nie mogę liczyć na nic więcej. Nie patrzy na mnie jak na… Dziewczynę. Może jak na kumpla albo siostrę… Nie chcę zniszczyć tego co mamy.

Zdałem sobie sprawę, że jeszcze nigdy nie przeprowadzałem z Mią takiej rozmowy. Z chłopakami owszem, ale to wyglądało inaczej. Dziewczyny były bardziej emocjonalne. Znałem Mię już od dawna i mogłoby się zdawać, że zdążyliśmy już poruszyć każdy temat, ale odkąd pamiętałem, ona chodziła z Josephem i nie lubiła opowiadać o szczegółach ich związku, a ja sam nigdy jeszcze nie byłem szczerze zakochany, więc również nie chodziłem do niej po rady.

 - Skoro już wyznajemy sobie różne sekrety… – zacząłem radośnie. – Miałem milczeć na ten temat… – Nie mogłem powstrzymać śmiechu. – Simon mógłby mnie za to zabić, ale myślę, że w obecnej sytuacji, może mi za to podziękować… Bo… Powiedział mi kiedyś, jeszcze w zamku, że ty też nie jesteś mu obojętna. – Dostrzegłem nagły błysk w jej oku. – Powiedział to… Powiedział, że cię kocha.

 - N-naprawdę?

 - Nie okłamałbym cię. Mówił, że od dawna marzył, by ci to powiedzieć.

 - Więc dlaczego tego nie zrobił? Dlaczego powiedział to tobie zamiast mnie?

 - Byłaś z Josephem, a on był jego kumplem – wyjaśniłem. – Nie kradnie się dziewczyny kumplowi.

 - Już z nim zerwałam…

 - Wiesz… Ostatnio wiele się wydarzyło, a twoje unikanie go i wasze kłótnie pewnie go nie zachęcają… Myślę, że powinniście szczerze pogadać. I to jak najszybciej.

Siedziała w bezruchu, jakby nadal analizując moje słowa. Kiedy już zaczynałem czuć się niezręcznie, ona nagle mocno mnie przytuliła.

 - Dziękuję, Liam – wyszeptała, trzymając mnie w objęciach.

 - Nie masz za co dziękować. Od czegoś przecież ma się przyjaciół.

 - A ty jesteś najlepszym przyjacielem o jakim mogłabym marzyć. – Puściła mnie na chwilę, by spojrzeć na mnie z zastanowieniem. – Sama nie wiem dlaczego nie zakochałam się w tobie…

Zacząłem się śmiać. Ona też.

95 JASON

2

jason

Poczułem dotyk ciepłych dłoni na moich plecach. Tutaj w lesie, pogoda była bardzo zmienna. Kiedy zasypiałem, było ciepło, a nawet duszno. Ściągałem z siebie kolejne warstwy ubrań, ale i tak było mi gorąco. W ciągu tych kilku godzin snu, zdążyłem już zmarznąć. Teraz się trochę uspokoiło, ale gdy budziłem się w nocy, mocny wiatr uderzał głośno o ściany jaskini.

Odwróciłem się na drugi bok, nie otwierając jeszcze oczu. Byłem głodny, a czułem zapach pieczonego mięsa. Być może to tylko moje zmysły zaczęły ze mnie kpić, przypominając, że od czasu ucieczki z kryjówki, miałem w brzuchu bardzo niewiele jedzenia i tylko kilka łyków wody dziennie.

 - Smacznego, Jason – usłyszałem.

Otworzyłem oczy. Aiden siedział na podłodze obok mnie i trzymał w ręce duży kawałek mięsa. Nie zastanawiałem się nawet skąd je miał. Natychmiast chwyciłem jedzenie i zacząłem je pożerać, jakby to miał być ostatni posiłek w moim życiu.

Chłopak patrzył na mnie z uśmiechem. Nie myślałem, by się z nim podzielić. Pewnie zjadł już swoją porcję.

 - Rozpaliłem ognisko i upiekłem to specjalnie dla ciebie – wyjaśnił.

Ognisko. Dopiero po chwili to do mnie dotarło. Rozpalił ognisko, które mogło sprowadzić do nas wilki. Magia chłopaka uczyniła nas bezpiecznymi przed wyczulonym węchem bestii, ale gdy tylko ujrzą ogień, zaraz się zjawią.

Zerwałem się na nogi, zostawiając jedzenie na ziemi, gdzie spałem. Aiden natychmiast ruszył za mną, nie wiedząc co wywołało u mnie taką reakcję.

Ogień, który znalazłem przed jaskinią był jasny i dawał przyjemne poczucie ciepła, ale nie mogliśmy sobie na to pozwolić. Nie tutaj. Nie byliśmy już w bezpiecznej kryjówce, ale w dziczy pełnej niebezpieczeństw.

Zbliżyłem się do ogniska i zacząłem je zakopywać nogą. Płomienie stawały się coraz mniejsze, ale nadal walczyły i próbowały piąć się w górę.

 - Co robisz? – wołał Aiden. – Wiesz jak się męczyłem, by to rozpalić?!

 - Chcesz nas obu zabić?! – warknąłem, nie przestając ugaszać ognia. Wreszcie się poddał i w końcu zgasł. – Życie w tym lesie wygląda inaczej!

 - Większość życia spędziłem w kryjówce…

 - To nie było prawdziwe życie! Być może dziadek powinien pokazać wam choć cząstkę tego czym niszczył mnie każdego dnia… Może wtedy stalibyście się twardsi, silniejsi, bardziej doświadczeni… – Rzuciłem mu krótkie spojrzenie. Stał ze skruszoną miną i wpatrywał się w zgasłe ognisko. – Jeśli mamy tu przetrwać, nie rób nic bez konsultacji ze mną.

 - Przepraszam, Jason. Ja…

- Ci…

Przyłożyłem palec do ust i pociągnąłem go w głąb jaskini. Uklęknąłem przed nim, by lepiej dostrzec postacie przemieszczające się między drzewami. Przyglądałem się dwóm mężczyzną w mundurach Rady, którzy rozglądali się dookoła, wypatrując kogokolwiek. Nie widzieli nas. Nie byli Obrońcami. Wyglądali jak oni, nosili ich ubrania, ale byli zwykłymi mieszkańcami zamku. W najlepszym wypadku mogli to być nowicjusze, ale bardzo niedoświadczeni. Ich ruchy były zbyt ostrożne i niepewne. Prawdopodobnie pierwszy raz znaleźli się w tym lesie i bali się co mogli tu spotkać. Obrońcy znaliby te tereny. Byliby czujni, chociaż nie byłoby tego po nich wydać. Nie rozglądaliby się, tylko pewnie dążyli do wykonania powierzonej misji i jak najszybszego powrotu do zamku.

Zastanawiało mnie co tu robili. Na misje wysyłano najlepszych Obrońców Rady, a każdy inny mieszkaniec zamku mógł tylko pomarzyć o poznaniu tej części Grooveland. Gdyby spotkali tu jakiegoś wilka, który byłby gotowy sprzeciwić się zasadom, ta dwójka nie dożyłaby nawet, by donieść o tym Radzie.

 - Co się dzieje? – zapytał Aiden, ale ja tylko pociągnąłem go w dół, by uklęknął obok. Z tej pozycji idealnie było widać obu mężczyzn.

Zatrzymali się przy jednym z drzew, a ten wyższy z nich, położył obie dłonie na pniu. Drugi nadal się rozglądał, mając napięty każdy mięsień, gotowy do ataku. Ten był wilkiem, którego zadaniem było zapewnić ochronę. Jego rozbiegany wzrok rejestrował każdy ruch w pobliżu, ale my znajdowaliśmy się za daleko. Pierwszy był czarownikiem, do którego należała główna część zadania. Aiden patrzył na niego ze zdziwieniem, nie rozumiejąc co robił, ale ja widziałem to już wiele razy.

Kiedy już oderwał ręce od drzewa, cały pień wyglądał jakby pokryty świecącą na zielono pajęczyną. Mężczyźni odeszli dalej, by zrobić to samo z drzewami w innych częściach lasu. Kiedy oddalili się już wystarczająco, wstałem i zacząłem iść w stronę gdzie to się wydarzyło.

 - Co to? – zapytał Aiden, przemieszczając się za mną.

 - Wiadomość. – Dotarłem do drzewa i oparłem na nim dłonie. – Sposób w jaki Rada komunikuje się z mieszkańcami lasu. Wydaje rozkazy…

 - Czy… Czy to bezpieczne?

Zamknąłem oczy i skupiłem całą swoją energię na odczytaniu wiadomości. Widząc to, Aiden postąpił podobnie. Jemu powinno być łatwiej, bo był czarownikiem. Magia połączy się z magią zaszyfrowanej wiadomości.

 - Musimy wracać do dzikich! – zawołał nagle Aiden. – Potrzebują naszej pomocy!

Wreszcie rozpoczęła się wojna, która tak długo wisiała nad mieszkańcami Grooveland. Dzicy długo działali w ukryciu zbierając siły, ale teraz wyszli z cienia i zaatakowali Radę. Główną nagrodą w tej walce jest Nate. Zwykły chłopak, który zjawił się w mieście nie wiedząc kim jest, a okazało się, że wcale nie był taki zwykły jak sądził. Oprócz niego troje Najprawdziwszych, reprezentujących każdy z gatunków.

Teraz było jasne dlaczego Olivia nie wysłała Obrońców do przekazania tej wiadomości. Odniosła porażkę. Rada, która od wieków stanowiła potęgę, teraz upadła na dno. Leroy zmarł, Alice odeszła, a ona została sama przeciwko tak niespodziewanie licznym buntownikom. Wielu zmarło, a inni odeszli lub zaczęli walczyć ze sobą nawzajem zamiast skierować siły przeciwko wspólnemu wrogowi. Przegrali bitwę, ale wciąż mają szansę wygrać wojnę, jeśli tylko Olivia znów ich zjednoczy i zyska siłę, którą zapewnią jej mieszkańcy lasu.

Tak brzmiała wiadomość. Nie było już niezależności. Nie w Grooveland. Kiedyś to właśnie tutaj w lesie, można było liczyć na odrobinę wolności, ale te czasy się skończyły. Teraz jedyną wolnością był wybór pomiędzy Radą a dzikimi. Każdy mieszkaniec lasu miał obowiązek przybyć do zamku na służbę Olivii. Każdy będzie musiał za nią walczyć. Może nawet zginąć… Kto tego nie zrobi, i tak zginie. Zostanie uznany za zdrajcę, a Olivia nie pozwoli żyć kolejnym buntownikom. Trzeba było wybrać stronę, nawet jeśli tak naprawdę nie należało się do żadnej z nich.

 - Jason, słyszysz mnie?! – zawołał Aiden, potrząsając mną za ramiona.

 - Słyszę… – rzekłem spokojnie, zrzucając z siebie jego dłonie.

Rozejrzałem się, by zobaczyć czy nie było nikogo w pobliżu. Możliwe, że byliśmy pierwsi, do których dotarła ta wiadomość, ale jeszcze przed zmrokiem dowie się o tym większość mieszkańców lasu.

Odwróciłem się i zdecydowanym krokiem wróciłem do jaskini, by spakować wszystkie rzeczy.

 - Będziemy musieli ostrzec dzikich, że Olivia wysłała taką wiadomość – stwierdził chłopak, ładując do plecaka stosy ubrań.

 - Nie wrócimy tam – stwierdziłem łagodnie.

Kucałem nad plecakiem tyłem do Aidena, ale cisza, która nastąpiła po moich słowach, zmusiła mnie, by się odwrócić. Stał oszołomiony z lekko rozchylonymi ustami. Odłożył plecak, który trzymał w rękach i zbliżył się do mnie.

 - Co ty mówisz?

 - Kazali nam odejść. Nie ma tam już dla nas miejsca – wyjaśniłem.

 - Sytuacja się zmieniła. Możemy im pomóc…

 - Po tej wiadomości… Jak myślisz? Kogo wybiorą?

 - Olivia zyska siłę, więc musimy pomóc…

 - Dokładnie. Olivia zyska siłę… – powtórzyłem po nim. – Nie jesteśmy już dzikimi. Stańmy po stronie, która zapewni nam zwycięstwo.

Aiden się ze mną nie zgadzał. Był gotowy opuścić dla mnie kryjówkę, ale nie kochał mnie wystarczająco mocno, by przestać być dzikim i spróbować czegoś nowego. W sercu wciąż był jednym z nich.

 - Mamy wśród dzikich przyjaciół… Rodzinę… Chcesz walczyć przeciwko nim? Przecież… Jeśli Olivia rozkaże ci zabić któregoś z nich, będziesz musiał to zrobić. Albo ona zabije ciebie…

 - Nie obchodzi mnie to! – Wstałem. – Całe życie walczyłem o tych, których kochałem, ale wreszcie zdałem sobie sprawę, że nie warto! Nawet gdybym nie wiem jak bardzo się starał, nic nie zdziałam, jeśli oni mi nie pomogą, a oni… Oni już wybrali, a ich wyborem nie byłem ja, więc oni też nie będą moim. Już czas, bym sobie odpuścił i znalazł nową rodzinę… Nowych przyjaciół… Znajdę ich z tobą lub bez ciebie! Wracaj do dzikich, proszę bardzo! Tyle osób już mnie zawiodło, że jedna więcej nie robi różnicy… Ludzie, których kocham wciąż się ode mnie odwracają. Adam był miłością mojego życia… Myślałem, że mnie kochał, ale bez zawahania złamał moje serce. Teraz, kiedy oddałem je tobie, masz szansę zrobić z nim to samo co on.

 - Nie jestem Adamem! – Wstał oburzony. – Kocham cię i nie chcę cię ranić, ale nie chcę też, byś ty zranił mnie…

 - Nie zamierzam.

Podbiegł do mnie roztrzęsiony. Z bliska widziałem jak drżała mu szczęka, a do oczu zaczęły napływać łzy.

 - Okej – powiedział.

 - Okej?

 - Okej – powtórzył. – Moja miłość jest prawdziwa i chociaż się z tym nie zgadzam, to stanę po stronie Olivii, ale… Muszę wiedzieć.

 - Co takiego?

 - Czy czujesz to co ja. – Chwycił mnie za dłonie. – Jeśli mam zrobić coś takiego wbrew sobie, muszę wiedzieć, że warto. Nie mogę później tego żałować, Jason… Muszę wiedzieć.

 Pocałowałem go. Byłem pewny, że to go przekona, ale jemu to nie wystarczało. Zbyt wiele było między nami pocałunków, by mogły one coś znaczyć. Kiedyś były czymś wyjątkowym, były obietnicą, ale teraz stały się zwykłą codzienną czynnością.

 - Wiem, że jestem nagrodą pocieszenia po Adamie – wyznał. – Nie przeszkadza mi to, jeśli wiem, że tylko w ten sposób mogę być z tobą, ale wierzę, że nawet jeśli nie będzie między nami tego samego co było między wami, to i tak mnie kochasz.

 - Kocham.

 - Szczerze? Chodzi o to… Potrzebuję cię. Boję się, że pewnego dnia ci się znudzę i zostanę z niczym. Albo gorzej… Pojawi się przed tobą szansa powrotu do Adama…

 - Hej, spójrz na mnie. – Uniosłem palcem jego brodę. Jeśli pocałunek nie pomógł, musiałem użyć kłamstwa. – Adam to już przeszłość. Nie kocham go. Jest dla mnie nikim. Nigdy mu nie wybaczę, że mnie zostawił, a nawet gdybym zmienił zdanie, to i tak nie dostanę kolejnej szansy, gdy znów stanę po stronie wroga. Chodź ze mną, a obiecuję ci, że już zawsze będziemy razem. – Łza spłynęła po jego policzku. Otarłem ją z przekonującym uśmiechem. – Obiecuję, Aiden…

Rzucił mi się na szyję. Być może zrobił to po to, bym nie zobaczył więcej łez, ale i tak czułem je na karku, gdy wtulał się we mnie. Jeśli nie mogłem mieć Adama, lepszy on niż nikt.

 - Zbierajmy się – rzekłem po chwili. – Do zamku długa droga.

Puścił mnie, ale nadal stał w miejscu, gdy ja ponownie chwyciłem plecak i zacząłem pakować wszystkie nasze rzeczy. Czułem na sobie jego wzrok.

 - Kocham cię – powiedział nagle.

Zastygłem w bezruchu, pochylając się nad kocem. Oczekiwał odpowiedzi, której mógłbym mu natychmiast udzielić, ale coś mnie powstrzymywało. Jego słowa wywarły na mnie jakiś dziwny wpływ, poruszyły mnie wewnątrz. To tylko dwa proste słowa, ale… Sposób w jaki je powiedział… Te emocje, które usłyszałem w tonie jego głosu… To nie były tylko nic nieznaczące słowa. Mówił szczerze. Naprawdę szczerze. To brzmiało jak obietnica. Może pocałunek nią nie był, ale to tak. Przynajmniej dla niego.

 - Tak… Ja też. – Dopiero, gdy to powiedziałem, przypomniałem sobie, by patrzeć mu w oczy. Może było już na to za późno, ale i tak to zrobiłem. – Też… – Przełknąłem ślinę. – Też cię kocham, Aiden.

Uśmiechnął się. To dobry znak. Kiedy wreszcie się ruszył i przeniósł wzrok gdzie indziej, znów mogłem wrócić do pakowania.

—————————————————————————————————————-

Wiem, że już kiedyś było takie pytanie, ale od tamtego czasu trochę się zmieniło. Są nowe postacie, a niektóre odeszły, więc zapytam jeszcze raz. Które postacie najbardziej lubicie? Jak je oceniacie? Z czyjej perspektywy najlepiej się czyta? Kogo powinno być więcej, a kogo mniej? Co się Wam podoba, a co nie? Jakieś uwagi? Będę wdzięczna. :)

Druga sprawa. Przy częstszym pisaniu, lecz z pewną przerwą na wyjazd, myślę że do końca wakacji uda mi się zakończyć tą historię. Już myślę nad następną, jednak nie przewiduję w niej elementów magicznych/fantastycznych. Będzie o zwykłym, codziennym życiu pewnego chłopaka, jego problemach i próbie odnalezienia się w nowej szkole. Co o tym sądzicie? Proszę o jakieś opinie, propozycje.

94 NATE

2

Nate, 16 lat

- Straciliśmy wiele osób – usłyszałem czyjś głos, ale nie potrafiłem zlokalizować skąd dochodził i do kogo należał. – Mamy też rannych. Próbujemy ich leczyć, ale nie wszyscy przeżyją.

 - To głównie ludzie i czarownicy, ale jest też wiele ugryzień i one dotyczą też wilków – dodał inny.

 - A Lukas? – zapytała trzecia osoba, drżącym głosem. Ten rozpoznałem. To była Hannah.

Nastąpiła chwila ciszy.

 - Nikt nie wie gdzie jest. Nie zjawił się na zebraniu przywódców, nie było go w jego pokoju…

 - Szukaliśmy też wśród rannych… Przykro mi, nie znaleźliśmy go.

 - Hannah, Lukas jest Najprawdziwszym… Nie można go zabić bez pełni, a skoro żyje, to go odzyskamy. Tak jak odzyskaliśmy Nate’a.

 - A jeśli nie? Co wtedy, Mike?

 - Odzyskamy. Masz moje słowo. Nie myśl o tym i zajmij się Nate’em. Ja i David musimy pomóc przy rannych.

Usłyszałem oddalające się kroki, a potem nastąpiła głucha cisza. Dopiero teraz zacząłem sobie wszystko przypominać i wreszcie zdałem sobie sprawę gdzie byłem i co się ze mną działo. Dopiero teraz poczułem linę ocierającą moje nadgarstki. Dopiero teraz  poczułem ból spływającej z uniesionych rąk krwi. Dopiero teraz poczułem drobne kamienie, na których klęczałem. I dopiero teraz poczułem każdą ranę na moim ciele.

Z każdą sekundą przypominałem sobie coraz więcej. Miałem w głowie coraz wyraźniejszy obraz tego wszystkiego co się wydarzyło. Widziałem tam Hannah i Adama, którzy stali przede mną z uniesioną w moim kierunku bronią i strachem w oczach. Dzicy wdarli się do zamku i zaczęli walczyć z Obrońcami, ale to o mnie im chodziło. Sądząc po mojej obecnej sytuacji, osiągnęli swój cel, chociaż wciąż nie mogłem sobie przypomnieć momentu, gdy mnie pojmali.

Zadali mi kilka ran. Hannah używała czarów, a Adam musiał przemienić się w wilka, ale i tak byłem silniejszy. Potem wpadli kolejni. Całe pomieszczenie wypełniło się dzikimi, ale nie było tam ani jednego Obrońcy, który pomógłby mi ich pokonać. Nie było tam nawet Olivii, ale przez pewien czas, sam doskonale dawałem sobie radę. Rany które mi zadawali, szybko się goiły, a sam spowodowałem u nich kilka śmiertelnych obrażeń. Ostatnie co pamiętałem to Adam, który stanął przede mną, celując we mnie drżącymi rękami. Pokonali mnie.

Szarpnąłem ręką, ale usłyszałem jedynie zgrzyt łańcucha i poczułem jak lina na nadgarstkach zatrzymała mój ruch. Następnym dźwiękiem, który doszedł do moich uszu, był trzask zamykanych drzwi i ciche kroki, stawiane tuż przede mną.

Otworzyłem oczy. Przez niewielkie szparki ujrzałem czyjeś buty, przemieszczające się po podłodze. Potem uniosłem wzrok wyżej i natrafiłem na przejętą twarz Hannah.

 - Nie ruszaj się – powiedziała, przykładając do mojej szyi strzykawkę.

Próbowałem się odsunąć, ale skutecznie mnie unieruchomiono, więc po chwili igła wbiła się w moją skórę.

 - Co to jest? – zapytałem.

 - To osłabia twoją magię. Nie wiemy jeszcze jakie dawki na ciebie działają, więc dajemy ci więcej niż to potrzebne, by się zabezpieczyć. Możesz czuć się przez to niedobrze, ale to minie.

Schowała strzykawkę.

 - Co chcecie ze mną zrobić?

 - Pomóc ci.

 - Potrzebuję waszej pomocy tylko w jednej sprawie… – Skręciłem głowę na bok, gdzie trochę powyżej linii wzroku, miałem związane ręce. – Ta lina mnie obciera…

 Rzuciła mi lekceważące spojrzenie, dając do zrozumienia, że nic z tym nie zrobi, a potem podwinęła powoli rękawy i położyła dłonie na mojej głowie.

 - Co robisz?! – warknąłem.

 - Uspokój się, Nate! Chcę ci pomóc… Nie jesteś sobą. Muszę wiedzieć o co chodzi.

 - Trzymaj się z dala od mojej głowy, jasne?! – Zacząłem się szarpać. – Wypuśćcie mnie! Pomocy! Wypuśćcie mnie!

Nie mogłem pozwolić, by wróg grzebał mi w głowie. Gdybym miał swoją magię, mógłbym się obronić przed działaniem jej czarów, które w porównaniu z moimi były bardzo słabe. Jako wilk mógłbym nawet rozerwać tą linę, chociaż z łańcuchami mógłbym mieć większy problem, ale po połączeniu wilka z czarownikiem, powinienem sobie poradzić również z tym. Już dawno bym stąd uciekł i wrócił do domu, gdzie czekała na mnie Olivia. Jak jakiś płyn mógł działać na mnie w tak osłabiający sposób, że ja, jedyna na świecie hybryda i najsilniejsza ze wszystkich istot, stałem się zupełnie bezwartościowy, pozbawiony magii, wyjątkowości i siły.

 Nadal się szarpałem i próbowałem odpędzić od siebie czarownicę, ale ona uczepiła się mojej głowy obiema rękami i nawet nie miałem jak ich strącić, chociaż rzucałem się na wszystkie strony, na tyle na ile pozwalały mi liny i łańcuchy. Hannah stała jednak twardo, ze skupioną miną i przymkniętymi oczami, aż wreszcie mnie puściła i cofnęła się kilka kroków.

 - Nate… – pisnęła. – Naprawimy to. Pomożemy ci.

 - Nie chcę waszej pomocy! Niczego od was nie chcę!

 - To nie są twoje prawdziwe słowa. Wydaje ci się, że Olivia jest twoją przyjaciółką i to jedyną, która potrafi cię zrozumieć, ale tak naprawdę to ona cię najbardziej skrzywdziła i cię wykorzystała. Gdy odzyskamy prawdziwego ciebie, podziękujesz nam za to.

 - Może ja wcale tego nie chcę… – Próbowałem robić groźną minę, nieustannie marszcząc brwi, ale znajdowałem się na przegranej pozycji. – Niby jak chcielibyście to zrobić?

Wpatrywała się we mnie przez chwilę, jakby zastanawiając się czy odpowiedzieć na moje pytanie. Dzicy byli dziwni. Mieli o mnie swoje własne wyobrażenie, ale ono było fałszywe. Nawet jeśli kiedyś byłem inny, to oznaczało to, że byłem głupcem. Dzieciakiem. Teraz po prostu dojrzałem, a oni widzieli w tym coś złego, chociaż każdy z nas musi kiedyś w końcu dorosnąć. To, że się zmieniamy jest normalne, bo przecież nie można być całe życie dzieckiem. Mimo to, dzikim to nie pasowało i próbowali zmieniać mnie na siłę. Sam chętnie bym usłyszał jak niby chcieliby to zrobić, chociaż nie sądziłem, że zdradzą mi taki plan.

 - Mówi się, że wilki to bezwzględne bestie. Potwory. Wiesz kiedy nimi są? – zaczęła. – Gdy są w postaci wilkołaka. W ludzkiej postaci, trudno rozpoznać czy ktoś jest wilkiem, czarownikiem czy człowiekiem. Dzisiaj ludzie nie posiadają magii, ale nie tylko tym się od nas różnią. To oni najlepiej rozumieją towarzyszące każdemu z nas uczucia. Widzisz… Wilkołactwo je wzmacnia, ale ludzie mają to w sobie. Potrafią rozróżnić które są dobre, a które złe… My tego nie rozróżniamy, po prostu wyuczyliśmy się tego. Wszystkie uczucia… Szczególnie te dobre… Pochodzą od ludzi. Może są uważani za najsłabszy gatunek i było tak nawet w moich czasach, gdy mieli jeszcze magię, ale ja zawsze ich podziwiałam, bo dostrzegali to, czego my nie potrafiliśmy.

 - Do czego zmierzasz?

 - Jesteś po części człowiekiem… Tylko ty i Alexandra posiadacie moce, które kiedyś miał każdy z tego gatunku, ale tobie odebrano to co zostawiono nawet dzisiejszym ludziom. Nikt nie był aż tak okrutny jak Olivia, by odbierać człowiekowi to co zawsze było w nim najpiękniejsze.

 - Jesteście nienormalni… Wszyscy jesteście nienormalni! – Szarpnąłem się z nadzieją, że może tym razem mi się uda. – Nie możecie mnie tu trzymać! Wypuść mnie, Hannah, albo nie ręczę za siebie, gdy już się wydostanę…

 Podeszła do mnie bardzo blisko, ale nie na tyle, bym mógł jej cokolwiek zrobić. Próbowałem, ale to było niemożliwe i ona doskonale o tym wiedziała. Na ustach miała delikatny uśmieszek, ale oczy patrzyły na mnie z litością, której wcale nie potrzebowałem.

 - Nie mówię, że całkowicie cię tego pozbawiono… – kontynuowała. – Nawet do przemiany, wilki manipulują różnymi uczuciami, ale ciebie pozbawiono tych dobrych. Próbując zrozumieć co ci zrobiono, napotkałam gniew i przywiązanie do Olivii, ale nie było tam radości, przyjaźni, empatii… Miłości… Nawet w twoich wspomnieniach już tego nie ma.

 - Mylisz się. Wiem co to radość i będę naprawdę szczęśliwy, gdy mnie wreszcie stąd wypuścisz!

 - Zrobię to, gdy już cię odzyskamy. Szczerze, nie mam pojęcia jak Olivia to zrobiła i na pewno będę potrzebować mnóstwo magii, by to naprawić, ale nie zrezygnujemy dopóki nam się nie uda.

Odsunęła się ode mnie i ruszyła w stronę drzwi.

 - Odpocznij, Nate. Muszę skonsultować się z Davidem i Mike’iem.

Wyszła, zostawiając po sobie jedynie pustkę, która dręczyła mnie w jakiś niewyobrażalny sposób. Sprawiła, że poczułem swoją słabość i chciałem się jej pozbyć, a jednocześnie byłem całkowicie bezradny.

Wiedziałem jedno. Nienawidziłem Hannah. Nienawidziłem Mike’a i Davida. Nienawidziłem tych wszystkich ludzi, wilków i czarownic, którzy mnie tu trzymali, a gdybym tylko zdołał się uwolnić, zniszczyłbym ich wszystkich. Mimo to, nie chciałem być sam. Podczas rozmowy z Hannah, wyobrażałem sobie jak skręcam jej kark czy jak moje wilcze zęby zatapiają się w jej magicznym ciele, podczas gdy księżyc jest w pełni. To była piękna wizja, ale kiedy wyszła, wszystko zniknęło. Znów byłem pusty wewnątrz i tym razem czułem to całym sobą. Nie mogłem być sam. Potrzebowałem chociażby wroga, z którym mógłbym walczyć.

Kiedy Alexandra wślizgnęła się do środka, ledwo ją zauważyłem. W pierwszej chwili ucieszyłem się, że znów nie będę sam, ale zanim jeszcze zdążyła coś powiedzieć, zrozumiałem, że się myliłem. Część mnie się cieszyła, ale inna nie mogła się doczekać aż dziewczyna wyjdzie.

 - Nate! – zawołała cicho, obracając się za siebie, jakby się bała, że ktoś ją usłyszy.

Podbiegła do mnie, ale zrobiła to dużo odważniej niż Hannah. Czarownica zachowywała ostrożność, chociaż byłem uwięziony, natomiast Alex się tym nie przejmowała. Parsknąłem pogardliwie na jej widok.

 - A ty nadal z dzikimi? – zapytałem. – Dziwne skoro wyjawiłem im prawdę o tobie.

 - Co zrobiłeś?! – wystraszyła się.

Hannah twierdziła, że nie wiedziałem co to radość. Czułem ją, widząc przerażenie na twarzy Alexandry. To był idealny dowód na to, że się myliła.

 - Co im powiedziałeś?! – dopytywała.

Zacząłem się śmiać. O tak… Radość. Wciąż miałem uczucia, a oni wszyscy oszaleli. Nie przejmowałem się tym. Już nie. Gdy to wszystko się skończy, dam im nauczkę.

Chwyciła mnie za włosy i odchyliła moją głowę do tyłu tak, że musiałem spojrzeć jej prosto w oczy. Z kieszeni wyciągnęła nóż i przyłożyła go do mojej szyi.

 - Niestety nie mogę cię zabić, ale nie masz swoich mocy, Nate… Jeśli cię zranię, nie uleczysz się w ciągu sekundy, a wiedz, że rany potrafią naprawdę bardzo boleć… – Przesunęła ostrzem po moim policzku. Nie okazywałem strachu. Nie bałem się. Mrużyłem tylko oczy, próbując rozszyfrować po co tu przyszła.

 - Wytłumacz mi… Po czyjej stronie właściwie jesteś? Spiskujesz przeciwko dzikim, ale gdy wrócisz do Olivii, ona cię zabije… Nie masz już po co żyć. Jakąkolwiek drogę wybierzesz, koniec i tak będzie zawsze taki sam. Czy warto robić sobie wroga nawet z najpotężniejszej istoty na świecie?

 Uśmiechnęła się złośliwie.

 - Chyba nie mówisz o sobie? Jesteś taki przekonany o swojej potędze, bo jesteś hybrydą, ale to nie wystarczy. Jeśli przepowiednia zostanie spełniona, umrzesz i nic nie zostanie po twojej potędze. Niestety… Jeśli to się wydarzy, ja również umrę, co sprawia, że gramy w jednej drużynie. Dlaczego w takim razie odmówiłeś współpracy, gdy przyszłam do ciebie po raz pierwszy?

 - Ja nie pracuję zespołowo. Do tego potrzebne jest zaufanie, a ja ufam tylko sobie. I Olivii.

 - Nieważne. – Położyła dłoń na mojej piersi. – I tak możesz mi się przydać. Powiedz… Dokąd poszedł Jason?

- Jason? – zapytałem z zainteresowaniem. – Czego możesz od niego chcieć?

 - Ty chcesz pracować sam, ale ja już się nauczyłam, że jeśli chcesz przetrwać, musisz mieć kogoś po swojej stronie. Pozwoliłeś dzikim się złapać, a oni znajdą sposób, by cię naprawić. Kiedy to zrobią, będzie po mnie. Dlatego muszę uciekać, ale nie sama.

 - Dlaczego twierdzisz, że Jason to dobry wybór? – Zaczęła krążyć wokół mnie, a ja próbowałem podążać za nią wzrokiem, ale nie mogłem się obrócić. – On nie jest twoim przyjacielem.

 - Nie potrzebuję przyjaciół, tylko wojowników przy których będę bezpieczna. Jason dobrze walczy i jest samotny. Przyda mu się towarzystwo, a ja na tym skorzystam.

 - Nie znasz go – ostrzegłem. – Ja znam takich jak on. Zdradę mają we krwi. Pomoże ci, jeśli będziesz miała coś do zaoferowania, ale gdy tylko ktoś podbije stawkę, sprzeda cię bez wahania.

 - Ty też go nie znasz… Wystarczy złożyć ofertę, której nie da się przebić.

- Co masz na myśli?

Znów znalazła się na wprost mnie i pochyliła się trochę, byśmy mieli oczy na tym samym poziomie.

 - Wiesz dokąd poszedł Jason czy nie? – zapytała zniecierpliwiona.

 - Może wiem. – Pozwoliłem jej posmakować nadziei. – A może nie.

 - Obaj służyliście Olivii i obaj szkodziliście dzikim. Obaj byliście zdrajcami. Ale… Nie lubiliście się, prawda? Działaliście w tej samej sprawie, ale nawet Olivia nigdy nie zmusiła was do współpracy. Ostatecznie, to przez Jasona się tutaj znalazłeś. – Uśmiechnęła się złośliwie, a potem podeszła do drzwi, z zamiarem opuszczenia tego pomieszczenia. – Gdybyś wiedział, pewnie i tak byłby już martwy.

Widziałem, że chciała odejść. Znów miałem zostać sam. Jedyna osoba w tej kryjówce, która również buntowała się przeciwko dzikim, chciała zostawić mnie na pastwę mojego największego wroga. Ja, niepowstrzymana hybryda, klęczałem w jakimś brudnym pokoju, a kamienie wbijały mi się w kolana. Ręce miałem uniesione i ciasno związane grubą liną, a do tego przykute łańcuchami. To nie było miejsce dla mnie. To nie było godne wybawcy, za którego mnie uważano.

 - Czekaj! – zawołałem. – Uwolnij mnie! Zabierz mnie stąd, a powiem ci gdzie jest Jason…

Zatrzymała się na moje wołanie, ale nie miała już w sobie tej nadziei co wcześniej. Nie miałem pojęcia dokąd udał się ten chłopak i tak, miała rację twierdząc, że byłby już martwy gdybym wiedział. Był pierwszy na liście moich wrogów.

 - Nie wiesz gdzie on jest – stwierdziła smutno. – Ty nigdy nie pracujesz zespołowo. Widzisz? Czegoś mnie nauczyła ta rozmowa.

Nie czekając na odpowiedź, wyszła na korytarz i ostrożnie zamknęła za sobą drzwi.

 - Alex, wracaj! Alex! – nawoływałem. Najpierw cicho, by nikt inny mnie nie usłyszał, ale potem już się tym nie przejmowałem i krzyczałem coraz głośniej.

Nie odpowiadała, nie wróciła do mnie… Straciłem prawdopodobnie jedyną szansę, by się stąd wydostać.

 - Hannah! – zacząłem krzyczeć, chcąc by zjawił się ktoś z dzikich.

Najpierw próbowałem zatrzymać jakoś Alexandrę, ale kiedy zrozumiałem, że nie mogłem liczyć na jej pomoc, chciałem, by ją złapano i odkryto o niej całą prawdę tak, jak zrobili to e mną i z Jasonem.

 - Hannah! Mike! – wołałem najgłośniej jak potrafiłem. – David! Hannah! Hannah!

Nikt się nie zjawił. Alexandra uciekła.

——————————————————————————————————————–

Wreszcie zaczynamy wakacje! Aż do mojego wyjazdu, postaram się pisać częściej. Minimum 2 rozdziały w tygodniu. :)

93 LUKAS

1

luke

Już od samego rana rozpoczęto przygotowania. Wszyscy zostali poinformowani o naszym planie, a Mike z Davidem już od kilku godzin wydawali broń każdemu z dzikich. W tej walce, każdy będzie musiał wziąć udział, bez względu na gatunek czy wiek. To nasza wspólna wojna, ale gdy ją wygramy, wszyscy dostaniemy to, o co tak długo walczyliśmy. Kiedyś myślałem, że byłem sam z Hannah, Adamem i Kaiem, ale tutaj w Grooveland czekało tak wielu dzikich, którzy mieli dokładnie ten sam cel co my. Z początku bałem się im zaufać, ale teraz byłem pewny, że od początku byli po naszej stronie, gotowi poświęcić wszystko co mieli lub mogliby mieć.

Kiedy przyszedłem zobaczyć ile pracy zostało jeszcze Mike’owi i Davidowi, Tala stała przy wejściu i wpatrywała się w tłum dzikich. Stanąłem przy niej, podwijając rękawy koszuli.

 - Myślałem, że znów spędzisz cały dzień u Christiana – powiedziałem.

 - On nie żyje – rzekła lodowato. – Zmarł dziś w nocy.

Zaskoczyła mnie tą informacją, ale nie chciałem dać tego po sobie poznać.

 - Przykro mi – powiedziałem smutno, nie wiedząc co powinienem zrobić.

Pomyślałem, że wolałaby zostać sama, albo chociaż z kimś kogo lubiła bardziej ode mnie, więc rzuciłem jej tylko pełne współczucia spojrzenie i zacząłem się wycofywać.

 - Dlaczego? – zapytała, odwracając się do mnie, zanim zdążyłem odejść. – Narażasz życie tylu osób… Co miałby cię obchodzić mój brat?

- Już o tym rozmawialiśmy. Szanowałem go. Idziemy na wojnę i zdecydowanie wolałbym mieć Christiana przy swoim boku, niż jednego z tych dzikich, którzy dopiero wczoraj nauczyli się walczyć.

 - Dla mnie był kimś więcej niż tylko dobrym wojownikiem. Kochałam go.

 - Wiem – przyznałem. – Możesz mi nie wierzyć, ale naprawdę mi przykro. Wiem jak to jest kogoś stracić, nie jesteś jedyna. – Zaśmiałem się smutno. – To moje trzecie życie… Straciłem więcej osób niż ty. Nie rozumiem tylko dlaczego jesteś na mnie zła. To nie ja zabiłem twojego brata, chociaż mój zmarł przez ciebie… – Zbliżyłem się do niej, a ona uniosła z przerażeniem głowę. – Nie bój się… Wybaczyłem ci tamto. Byłaś tylko małą, głupią dziewczynką, prawda?

 - Po co o tym przypominasz?

Spojrzałem jej głęboko w oczy, zastanawiając się chwilę.

 - Jeśli to jakoś pomoże… – zacząłem łagodnie. – Mogę ci tylko powiedzieć, że z czasem będzie lepiej. Nigdy nie zapomnisz, ale… Będzie lepiej. Wierz mi.

Opuściłem pokój. Ta rozmowa przywołała tylko złe wspomnienia, których próbowałem się pozbyć. W każdym z moich trzech żyć, udało mi się stracić kogoś na kim mi zależało. Kiedy zmarła moja matka, byłem pewny, że to koniec. Nie wiedziałem jak sobie radzić z taką katastrofą. Ojciec nie był taki jak ona, ale i jego strata była dla mnie okropnym ciosem. Nie z powodu śmierci, ale z powodu zdrady. Może gdyby zmarł, byłoby lepiej, ale on musiał zdradzić jedynego syna i wykonać rytuał, który zmienił cały świat i przez to my będziemy musieli teraz ginąć, by go naprawić. Ta druga, duża strata bardzo mnie wzmocniła. Za pierwszym razem potrafiłem czuć tylko smutek, a nawet strach, ale za każdym następnym razem stawałem się silniejszy, wytrwalszy, przepełniony gniewem i chęcią zemsty.

Do dziś nie potrafię wybaczyć ojcu jego winy. Dopiero wtedy naprawdę zrozumiałem czym jest zło. Nigdy nie wybaczę też Alexandrze. Gdyby nie ten głupi rytuał, już dawno bym się zemścił, chociaż za zabicie mojej ukochanej, śmierć byłaby zbyt łaskawą karą. Niestety była ona tak wyniszczoną i nieczułą istotą, że nie istniała osoba której cierpienie wywołałoby ból również w sercu Alexandry.

Gdy tylko skręciłem w sąsiedni korytarz, musiałem wpaść akurat na nią. Alexandra stała oparta o ścianę, z założonymi rękami i ugiętą jedną nogą. Przez ten jej szyderczy uśmieszek, miałem wrażenie jakby specjalnie na mnie czekała, ale ja postanowiłem minąć ją bez słowa. Wiedziałem jednak, że ona na to nie pozwoli, a ja będę zbyt słaby, by nie reagować na jej zaczepki.

 - Urocze – stwierdziła prześmiewczo, gdy przechodziłem obok niej. – Mi też chcesz się pozwierzać?

 - O co ci chodzi?! – warknąłem.

 - Tak ci przykro z powodu Christiana… Śmierć wroga to powód do radości, Luke!

 - Nie nazywaj mnie tak.

 - Oh, przepraszam… Czy to przypomina ci Elizabeth? Chociaż… Słyszałam, że Hannah też cię tak nazywała…

Nie chciałem pozwolić, by wyprowadziła mnie z równowagi bo to by oznaczało jedynie słabość, której już nigdy nie zamierzałem przy niej okazywać.

 - Christian nigdy nie był moim wrogiem – wyjaśniłem, wracając do tematu.

 - Może, ale chyba nie powiesz, że nie ucieszyła cię jego śmierć?

 Podszedłem na tyle blisko, by mogła poczuć się osaczona, ale na jej twarzy i tak nadal pozostawał delikatny uśmieszek.

 - Niczyja śmierć poza twoją, nie jest powodem do radości – powiedziałem przez zaciśnięte zęby.

 - Więc, proszę… – Rozłożyła ręce. – Zabij mnie!

 - Nie jestem aż tak głupi, Alex. Mam nadzieję, że ten zaszczyt przypadnie mnie, ale jeszcze nie teraz.

Odsunąłem się od niej i ruszyłem w swoją stronę, pewny, że i tak mnie zatrzyma. Wiedziałem, że ona zawsze musiała mieć ostatnie zdanie, co oznaczało, że jeszcze nie zakończyła rozmowy, nawet jeśli ja uznałem ją już za skończoną.

 - Stałeś się taki słaby! – zawołała. – Nie poznaję cię, Lukas.

 - Tak naprawdę nigdy mnie nie znałaś! – zawołałem, nadal idąc przed siebie.

Podbiegła do mnie i pociągnęła w kierunku ściany. Przycisnęła mnie do niej, mocno opierając się na mojej piersi. Do tej pory się nie sprzeciwiałem, ale gdy przysunęła się niebezpiecznie blisko i wyciągnęła dłoń do mojego policzka, zrzuciłem jej rękę.

 - Kiedyś miałeś zostać moim mężem – przypomniała, chociaż pamiętałem to doskonale.

 - To było w czasach, gdy zawierało się małżeństwa dla połączenia rodów. Czasy się zmieniły, kochana.

 - To były dobre czasy… Ty byłeś bogatym lordem, a ja piękną lady, która miała być przy tobie na zawsze. Spójrz… Minęło tyle wieków, a my nadal jesteśmy razem…

 - To że nie zdążyliśmy się pobrać, było chyba jedyną zaletą tego przeklętego rytuału.

 - Tak, masz rację… – Uśmiechnęła się. – Gdybym miała być twoją żoną, chyba sama bym się zabiła. Ale ty i tak byś nie dopuścił do tego małżeństwa… Nigdy mnie nie kochałeś i tylko czekałeś na odpowiednią okazję, by powiedzieć ojcu, że się na to nie zgadzasz. Pamiętam jak to było. Za to Hannah… Zwykła wieśniaczka, ale pokochałeś ją już od pierwszego wejrzenia.

 - Nie chciałem cię jeszcze zanim poznałem Hannah. Poza tym to przyjaciółka. Jedyną kobietą w moim sercu była i zawsze będzie Elizabeth.

 - O tak… Jaka szkoda, że ją zabiłam.

Zepchnąłem ją z siebie w jednej sekundzie i ściskając mocno za nadgarstki, przycisnąłem do ściany naprzeciwko. Natychmiast skręciła głowę i zaczęła szybciej oddychać, ale uśmiech nie znikał z jej twarzy.

 - Jednak mnie zabijesz? – zapytała bez jakiegokolwiek strachu.

 - Sprawiasz wrażenie jakbyś bardzo tego chciała.

 - Jeśli i tak mam umrzeć, co za różnica kiedy?

 - Nie podpuszczaj mnie – ostrzegłem. – Kiedyś zależało ci na wypełnieniu przepowiedni. Teraz, kiedy mamy szansę to zrobić, lepiej by to się nie zmieniło.

- Przecież jestem tu, prawda? Do waszej dyspozycji, w każdej chwili… Kiedy tylko będziesz mnie potrzebował.

Puściłem ją i jeszcze chwile stałem tak samo blisko, próbując odczytać coś z jej oczu lub miny, ale ona nie zamierzała nic zdradzać.

Odszedłem.

Godzinę później, Mike i David skończyli już wydawanie broni, a my spotkaliśmy się w sali przywódców. Byli też Hannah i Adam.

 - Nasza piątka będzie miała najważniejsze zadanie – zaczął Mike. – Dzicy zajmą się Obrońcami, ale to my będziemy musieli przejąć Nate’a.

 - Jak to zrobimy?

 Mike wyjął z jakiegoś pudełka kilka strzykawek i każdemu rozdał po dwie z nich. Następnie wyciągnął kilka strzał i kilka buteleczek z ciemnym gęstym płynem. Chyba tylko on i David wiedzieli co to było, gdyż pozostali patrzyli pytająco na chłopaka.

- Wybierzcie broń.

Hannah wzięła łuk, którym doskonale się posługiwała, gdy jeszcze mieszkaliśmy w Grooveland przed odnalezieniem wybawcy. I tak wiedziałem, że miała poukrywane kilka noży. Adam wziął zwykły pistolet, ale również zaopatrzył się w różnego rodzaju ostrza. Obaj bracia wzięli włócznie, a ja oprócz własnej broni, postanowiłem liczyćna swoje wilcze umiejętności.

Mike podał Hannah strzały, a do tego każdy dostał buteleczkę z płynem. Chłopak otworzył jedną z nich i zanurzył w niej nóż, który po wyjęciu zmienił kolor na czarny.

 - To specjalna substancja, opracowana przez naszych czarowników i czarownice – wyjaśnił, pokazując nam nóż. – Nigdy nie mieliśmy okazji testować tego na tak silnej istocie jak Nate, ale większa dawka powinna wystarczyć, by i jego pozbawić chwilowo mocy. Hannah, David… Musicie trzymać się w pobliżu, bo będziecie mieć niewiele czasu, by rzucić zaklęcie, które pozwoli nam nad nim zapanować. Oczywiście pomożemy wam jak tylko będziemy mogli, ale to wy musicie rzucić zaklęcie. I… Uważajcie na siebie.

 - Kiedy ruszamy? – zainteresowałem się.

 - Wieczorem. Mamy przewagę wilkołaków, a one najlepiej sprawdzają się nocą.

 - Ruszamy wszyscy razem – dodał David. – Nie będą mieli szans nas zatrzymać.

 - Dzieci do dwunastego roku życia zostają w kryjówce – zadecydował Mike.

 - To się nie spodoba Willowi – stwierdził David.

 - Nie narażamy dzieci. Jest nas wystarczająco wiele, byśmy sami to załatwili. Tala i Rose też zostają… Po sprawie z Chrisem, nie powinny ruszać na wojnę. Wilki ruszają w zwierzęcej formie i trzymają się razem. Zabijamy tylko w ostateczności. Obrońców unieszkodliwić, nie zabijać. Jeśli komuś uda się złapać członka Rady… Mamy gotową celę też dla nich.

 - Przygotujcie się – polecił David. – Odpocznijcie. Zadanie jest proste, ale i tak trzeba być ostrożnym.

Podczas, gdy dzicy kręcili się wyczekująco po kryjówce, ja zaszyłem się we własnym pokoju i samotnie oczekiwałem na ten niesamowity moment. To prawda, że mieliśmy podążać na wojnę, a to zazwyczaj nie było nic dobrego, ale dzisiejsza walka miała być przełomowym wydarzeniem naszej wieloletniej misji. Już czułem smak zwycięstwa. Mogłoby się wydawać, że cel był jeszcze bardzo odległy, a Nate nawet nie chciał współpracować, ale ja miałem dobre przeczucia. Raz już byliśmy blisko. Mieliśmy wybawcę po swojej stronie i udało nam się odnaleźć Alexandrę, która była niezbędna do rytuału. Potrzebowaliśmy jeszcze tylko pełni. Kiedy już ją dostaliśmy, okazało się, że Nate kłamał, a my wcale nie byliśmy tak dobrze przygotowani jak sądziliśmy. Tak naprawdę od początku wiedziałem, że coś pójdzie nie tak i dlatego nie potrafiłem cieszyć się z tamtej sytuacji. Nie chciałem robić sobie złudnych nadziei. Teraz byłem pewny, że nam się uda. To przekonanie wypełniało każdą najmniejszą część mnie.

Hannah wpadła zdyszana do mojego pokoju. Odgarnęła z oczu ciemny kosmyk włosów i wbiła we mnie pełen nadziei wzrok, przemieszany z radością, ale też obawą, że znów się może nie udać.

 - Już czas – poinformowała.

Zasznurowałem mocno buty i zaopatrzyłem się w broń. Teraz kiedy drzwi były otwarte słyszałem, że w każdym pomieszczeniu kryjówki wciąż trwały jeszcze ostatnie przygotowania, a dzicy schodzili się do wyjścia, żegnając dzieci i ciężarne żony. Wiedziałem, że oni wszyscy się bali. Też się bałem, chociaż nie przyznałbym się na głos, że strach ściskał mi gardło tak mocno, iż ledwo mogłem oddychać.

Opuściłem pokój i zatrzasnąłem za nami drzwi, ale na korytarzu nie od razu dołączyłem do spieszącego się tłumu. Póki miałem jeszcze chwilę spokoju, chciałem ją dobrze wykorzystać, więc przytrzymałem Hannah, gdy chciała się oddalić i położyłem jej ręce na ramionach.

 - Jesteś na to gotowa? – zapytałem z westchnięciem.

 - Nie. – Pokiwała głową. – Chcę tego tak bardzo, ale nigdy nie będę na to całkowicie gotowa. Ty jesteś?

 - Nie.

Moje dłonie powędrowały na jej policzki, a nasze czoła się zetknęły.

 - Czekaliśmy na to tak długo… – wyszeptałem. – Co jeśli nie mamy racji i nie warto się poświęcać? – Odsunęła się ode mnie, patrząc z zaskoczeniem. – Może moglibyśmy mieć normalne życie, gdybyśmy po prostu… Odpuścili?

 - Nie, nie mów tak, Luke… Normalne życie zostało nam odebrane przez naszych rodziców. To co chcemy zrobić jest dobre…

 - Wiem. Przeprasza, masz rację…

 - Dzicy na nas liczą. Tylko my wiemy jak pierwotnie wyglądał ten świat… Musimy go naprawić, rozumiesz? MUSIMY.

 - Wiem. – Chwyciłem jej dłonie i uśmiechnąłem się smutno. – Odrodziliśmy się, by to zrobić, prawda? To nasze przeznaczenie… Musimy zginąć. Tylko… Uważaj na siebie.

 - Przecież wiesz, że można mnie zabić tylko podczas pełni.

 - Mówię ogólnie. Śmierć nie jest najgorszym co może nas spotkać.

Patrzyła na mnie, jakby nie rozumiała o co mi chodziło, a przecież dla niektórych śmierć jest wybawieniem. Modlą się o nią. To nie jest najgorsze co może się przytrafić. Hannah była dla mnie jak siostra. Zawsze była przy mnie, a ja martwiłem się o nią. Chciałem, by odnalazła szczęście, ale ona zawsze dążyła tylko do realizacji zadania, a to nie było prawdziwe szczęście na jakie zasłużyła.

Przytuliła mnie nagle, ale szybko puściła, gdyż oboje zdawaliśmy sobie sprawę, że nie ma na to czasu, nawet gdyby to miał być nasz ostatni uścisk.

 - Będę uważać, ale ty też bądź ostrożny, Luke.

 - Będę.

Kąciki jej ust zdążyły jeszcze lekko drgnąć, jakby chciała się uśmiechnąć, ale zrezygnowała w ostatniej chwili. Potem pociągnęła mnie za sobą do tłumu i wmieszaliśmy się wśród dzikich.

Zmierzaliśmy w kierunku zamku, otoczeni przez dużą grupę wilkołaków, w ich zwierzęcych formach. Ja, Adam i Mike byliśmy jedynymi z nich, którzy wędrowali jako ludzie, obwieszeni bronią i zarządzający tą liczną armią. Czarownic też było dużo, ale one w ogóle się nie odzywały, tylko przemieszczały się z opuszczonymi głowami i przymkniętymi oczami. Zastanawiałem się czy w ogóle widziały dokąd szły, ale wiedziałem też, że w taki sposób zbierają energię, która mogła okazać się potrzebna w każdej chwili.

Mike szedł obok mnie i mocno zaciskał pięści na włóczni. Każdy mięsień miał napięty, a postawę utrzymywał wyprostowaną i pewną siebie. Jego brat chociaż bardzo się od niego różnił, również wyglądał teraz bardzo poważnie i odważnie. Jak prawdziwy przywódca. Ja jednak ciągle spoglądałem w stronę najważniejszych dla mnie osób. Wataha, której byłem alfą, nigdy nawet nie przypominała stad, które tworzyły inne wilki, ale jej członkowie byli moimi przyjaciółmi, towarzyszami każdej wędrówki i przede wszystkim jedyną rodziną jaką miałem. Nawet teraz, gdy działaliśmy z dzikimi, wataha Białego Kła nadal trwała, a ja jako alfa, zawsze będę się troszczył o jej członków. Często zastanawiałem się, co robił Kai i czy jeszcze żył. Cierpiałem z powodu braku mojego brata krwi, ale wciąż miałem przy sobie Adama i Hannah.

Byliśmy już prawie pod zamkiem, gdy usłyszeliśmy za sobą stłumiony jęk, a jeden z dzikich padł na podłogę. Z jego piersi sterczała strzała, chociaż nikt nie widział jak nadlatywała.

Mike zaczął wykrzykiwać rozkazy, ale w tym zamieszaniu niewielu go słyszało. Na szczęście każdy doskonale wiedział co robić, gdyż wszystko zostało wcześniej ustalone.

Nagle zwarta grupa, którą tworzyliśmy, rozproszyła się w różnych kierunkach, aż wreszcie wymieszała się z Obrońcami. Rozpoczęła się walka na śmierć i życie, a z góry wciąż padały strzały, które co jakiś czas trafiały kogoś z naszych. Moim zadaniem było odnalezienie Nate’a, więc wraz z Mike’em, Davidem, Hannah i Adamem, musieliśmy przedostać się do wnętrza zamku, co nie było łatwe, gdy atakowano nas z każdej strony.

Mieliśmy przewagę liczebną, ale wiedzieliśmy, że wewnątrz kryje się więcej osób. Nawet jeśli nie byli Obrońcami i nigdy w życiu nie trzymali w rękach broni, Rada na pewno wyśle ich do walki, gdy zaczną przegrywać.

Przy wejściu do zamku było najwięcej Obrońców. Dopadłem jak najszybciej do Hannah i stanęliśmy do siebie plecami, broniąc się przed nadchodzącymi przeciwnikami.

 - Wszyscy się nie przedrzemy! – stwierdziłem. – Zatrzymamy ich! Ty i Adam idźcie po Nate’a!

 - Nie zostawię cię tu! Za dużo ich!

 - Poradzimy sobie! Idź!

Odepchnęła jakiegoś mężczyznę i zatrzymała na mnie na chwilę swój wzrok, jakby rozważała moje słowa, ale w końcu się zgodziła i umykając pod ramieniem jednego z Obrońców, zniknęła z mojego pola widzenia.

Dzicy widząc, że męczyliśmy się ze strażnikami przy wejściu, przybyli nam z pomocą i nagle mniej przeciwników zaczęło na mnie nacierać jednocześnie.

Odwróciłem się, by znaleźć Adama i zobaczyłem go… Przepychał się na ziemi z jednym z Obrońców, ale wtedy jakiś wilk Rady rzucił się na niego od tyłu, prosto do szyi. Wydałem z siebie niemy krzyk, by go ostrzec, ale bestia była już przy nim, a ja byłem za daleko, by móc mu pomóc. Adam zdążył zejść z przeciwnika i odwrócić się na plecy, blokując zwierzę, ale zareagował za późno i wilk był już zbyt blisko, by zdołał go odepchnąć.

Nagle wilk gwałtownie odskoczył i opadając na ziemię, przybrał ludzką postać. Dopiero wtedy zauważyłem… Krwawił z brzucha, dokładnie tam, gdzie sterczał nóż trzymany przez Alexandrę. Użyła swojej umiejętności zmiany kształtu, dzięki czemu niezauważona dotarła do wroga i ocaliła mojego brata krwi, posyłając mi przy tym chytry uśmieszek i mrugając jednym okiem. Nieważne… Ruszyłem w ich kierunku i szarpnąłem z ziemi, zwijającego się z bólu mężczyznę, a następnie zbliżając się do jego szyi, obnażyłem wilcze kły, chociaż wciąż pozostawałem człowiekiem.

 - Nie! – zawołał Adam. – Nie mieliśmy zabijać!

 - Ugryzł cię?! – warknąłem.

 Adam dotknął dłonią szyi.

 - Nie, nie zdążył – odpowiedział zdyszany.

Zaciskałem pazury na ramieniu mężczyzny. Bardzo cierpiał i i tak nie nadawał się już do walki. Przestał być zagrożeniem, a ja tak naprawdę nie chciałem nikogo zabijać. Poza tym rana, którą zadała mu Alex, nie zabije wilka, ale i tak sprawi, że będzie cierpiał i nie zdąży już skrzywdzić nikogo z dzikich. Odepchnąłem go od siebie, a potem stanąłem nad Adamem i podałem mu rękę.

 - Wstawaj! – rozkazałem.

Wstał i chociaż rzeczywiście nie był ranny, to jednak ciężki oddech i twarz brudna od ziemi oraz cudzej krwi, nadawały mu wygląd, jakby nie miał już sił, chociaż dobrze wiedziałem, że by sobie poradził.

 - Nic mi nie jest – zapewnił.

 - Idziemy po Nate’a – rzekłem, klepiąc go po ramieniu.

Z zamku wysypało się więcej wojowników, ale nie byli oni Obrońcami. Nie byli odpowiednio wyszkoleni i pokonanie ich nie wymagało dużych umiejętności, siły, ani czasu. Gdy dzicy zajęli się strażnikami przy wejściu, bez problemu przedostaliśmy się do wnętrza zamku. Rada nie mogła się spodziewać, że zaatakujemy, a nawet gdybyśmy to zrobili, to nie mogli przewidzieć, że będzie nas tak wielu, więc zabezpieczenia nie były trudne do usunięcia, przy tylu osobach.

Wyciągnąłem z kieszeni buteleczkę, którą każdy z nas dostał od Mike’a, a Adam i Hannah, która czekała na nas w środku, uczynili to samo.

Wszyscy razem ruszyliśmy biegiem przez korytarz, by odnaleźć wybawcę, po którego przybyliśmy. Zamek był duży, a przy możliwościach, jakie posiadał Nate, niebezpiecznie było się rozdzielać. W starciu jeden na jednego, żadne z nas nie miało szans z chłopakiem. Otwieraliśmy każde drzwi po kolei i zaglądaliśmy do środka. Nie było go w głównej sali, jadalni, sali treningowej… Przeszliśmy na kolejne piętro i znów zaczęliśmy wszystko przeszukiwać. Wychodząc z jednego z pokoi, kątem oka dostrzegłem jak ktoś przemknął w stronę schodów. Gdy się odwróciłem, dostrzegłem tylko blond włosy, które dobrze wiedziałem do kogo należały.

Zrobiłem krok w tamtym kierunku, ale wtedy usłyszeliśmy coś na wyższym piętrze, co mogło być Nate’em. Adam i Hannah najwyraźniej nie widzieli próbującej uciec Olivii, ale słyszeli ten hałas i chcieli to sprawdzić. Musiałem jednak ruszyć za Olivią i dowiedzieć się co knuła.

 - Biegnijcie tam – powiedziałem, wskazując w górę. – Zaraz wrócę!

 - Dokąd idziesz?!

 - Po członka Rady… – Nie wiedzieli o czym mówiłem. – Zaraz do was dołączę!

Zbiegłem po schodach tak szybko, że prawie bym z nich spadł. Widziałem jak Olivia znikała za jednymi z drzwi, o których istnieniu nigdy wcześniej nie wiedziałem. Gdy jeszcze mieszkałem w zamku jako chłopiec, na pewno ich tam nie było. Szukając, nie sprawdziliśmy ich, gdyż znajdowały się z boku, ukryte, zlewające się ze ścianą. Teraz jednak widziałem, że tam weszła i że to było jakieś ukryte przejście, więc bez wahania wszedłem do środka.

Przede mną ukazała się ogromna przestrzeń, ale pod sobą miałem tylko niestabilne schody, stromo prowadzące coraz głębiej pod ziemię. Było ciemno, więc nie widziałem przed sobą Olivii, ale gdy się wsłuchałem, mogłem usłyszeć jak pospiesznie zbiega w dół. Wydawało się jakby była już bardzo daleko, więc nie widząc stopni, ruszyłem schodami, co jakiś czas się zatrzymując, by utrzymać równowagę, gdy zdarzał się krzywy lub niestabilny stopień. Nie wiedziałem dokąd mnie to prowadziło. Po prostu przemieszczałem się ostrożnie z wyciągniętymi rękami.

Po jakimś czasie, gdy znów uniosłem nogę i próbowałem przenieść ją na niższy stopień, okazało się, że odstawiłem ją na tym samym poziomie. Schody się skończyły, ale Olivii nadal nie było przede mną. Szedłem dalej do przodu, aż końcówkami palców natknąłem się na zimne drewno. Drzwi. Po omacku odnalazłem klamkę i wszedłem do środka.

Duża kobieta z poplątanym, ciemnymi włosami stała naprzeciwko mnie. Wyraz twarzy miała groźny, ale chyba było to spowodowane wiekiem i zmarszczkami wokół oczu i na policzkach. Spojrzenie miała za to pełne ciepła i gdyby pominąć całą resztę, przypominałaby wyglądem przemiłą ciocię, piekącą ciasteczka. Złoty kolor jej szaty mówił mi, że była czarownicą.

Dopiero po chwili zwróciłem uwagę na ukrywającą się za nią Olivię.

 - Zabij go! – rozkazała kobieta czarownicy.

Zabić. Mnie. Najprawdziwszego. Dziś nie było pełni, a tylko podczas niej było to możliwe. Jeśli Jason i Nate pomagali Radzie, czy możliwe, że żaden z nich nie zdradził kim byłem? Rada przecież nie znała Lukasa. Pamiętali tylko Chace’a i to nawet nie tego nastolatka, którym byłem niedawno, ale młodego chłopca, który już od lat był mi obcy.

 Kiedy czarownica zbliżyła się do mnie, byłem pewny, że bez problemu ją pokonam. Byłem wilkiem, a do tego jednym z Najprawdziwszych. Z Nate’em mógłbym mieć problem, ale to była tylko zwykła czarownica.

Byłem gotowy się bronić, ale kiedy tylko położyła ręce na mojej głowie, natychmiast poczułem przerażający ból, który rzucił mnie na kolana i uniemożliwił panowanie nad własnym ciałem. Widziałem przed sobą czarownicę, ale nie mogłem nic zrobić. Kobieta była zbyt silna. Zbyt silna, by to było możliwe. Żadna, nawet najbardziej doświadczona czarownica i nawet czerpiąca energię od wielu innych osób, nie może mieć tyle mocy. Żadna oprócz Hannah.

Jeśli chciałem walczyć, musiałem przywołać wilka. Ucząc się kontroli nad nim, wykorzystywałem różne uczucia, na różnych etapach mojego życia. Miłość, radość, spokój… Głównie te dobre, ale by w dowolnym momencie przemienić się w bestię, potrzebowałem czegoś zupełnie innego. W tym przypadku działała jedynie nienawiść. W jednej chwili przywołałem wszystkie najgorsze wspomnienia z mojego życia. Jeszcze raz widziałem jak umierała Elizabeth, jeszcze raz patrzyłem w pełne chłodnej pogardy oczy ojca, który mnie zdradził, jeszcze raz żegnałem martwą matkę, a nawet wykorzystując życie Chace’a, jeszcze raz oglądałem śmierć jego brata, gdyż chociaż byłem już kimś innym, nadal myślałem o nim jak o rodzinie.

W wilka się nie przemieniłem, gdyż magia czarownicy powstrzymywała moją transformację. Najważniejsze jednak, że kobieta oderwała ode mnie gwałtownie ręce, jakby się czegoś wystraszyła.

 - Chace… – wyszeptała.

Podniosłem na nią wzrok. Możliwe, by czytała w moich myślach? Możliwe, by widziała te same obrazy, które przywoływałem w mojej głowie? To było jedyne wytłumaczenie… Nie mogła mnie poznać, zwłaszcza że ja jej nie znałem. Jej mina wskazywała na to, że była tak samo zaskoczona jak ja.

 - Zabij go, Celeste! – powtórzyła groźniej Olivia.

Jeśli czarownica wiedziała, że kiedyś byłem chłopcem o imieniu Chace, chociaż teraz klęczał przed nią dorosły mężczyzna, niczym nieprzypominający tamtego dzieciaka, to prawdopodobnie musiała też wiedzieć kim naprawdę był Lukas. Wiedziała, że nie może mnie zabić, chociaż Olivia wydawała jej takie rozkazy. Członkini Rady wciąż nie znała prawdy, więc pewnie nie słyszała imienia, którym zwróciła się do mnie szeptem Celeste. Niestety gdy próba zabicia mnie się nie powiedzie, ona też odkryje prawdę.

- Celeste, rozkazuję ci! – wrzeszczała Olivia. – Zabij go!

Czarownica znów się zbliżyła. Tym razem wyciągnęła ręce wolniej tak, że zdążyłbym się obronić, ale nie robiłem tego, chociaż zdawało się, że właśnie na to liczyła. Byłem zbyt sparaliżowany tym, że wiedziała kim byłem i jeszcze bardziej przerażony tym, skąd mogła to wiedzieć.

Ból znów się powtórzył. Czułem jak umierałem, chociaż wiedziałem, że ostatecznie przeżyję. Miałem taką nadzieję… Ta kobieta była kolejną trudną zagadką w moim skomplikowanym życiu i nie wiedziałem jaka była silna i do czego mogła być zdolna. Gdyby udało jej się mnie zabić… Nie, to nie mogło się powtórzyć. Umierałem już dwa razy. Trzeci powinien być ostateczny. Przecież byliśmy już tak blisko od wypełnienia przepowiedni… Nie mogłem pozwolić całemu światu znów na siebie czekać.

Celeste przeniosła jedną dłoń na moje ramię. Dopiero teraz, kiedy poczułem mocne pieczenie, które było jednak niczym w porównaniu z cierpieniem zadawanemu w tej chwili całemu mojemu ciału i całej duszy, wróciła do mnie wola walki, ale byłem już tak słaby, że nie byłem w stanie nic zrobić. Nie mogłem się na niczym skupić i znów przywoływać wspomnień. Nie potrafiłem nawet myśleć o Hannah i Adamie, których wysłałem za Nate’em mówiąc, że zaraz do nich dołączę.

Już nie dołączę.

92 JASON

3

jason

 Dorzuciłem jeszcze kilka koszulek do leżącej na łóżku obok Aidena torby i wreszcie ją zamknąłem. Okazała się o wiele mniejsza niż sądziłem, ale i tak kazano mi się jeszcze zgłosić po zapas jedzenia, by chociaż w pierwszych dniach coś mieć, zanim zdążę znaleźć nowy dom. To było przerażające jak nisko udało mi się upaść. Zawsze miałem niewiele, ale teraz nie miałem już nic na czym by mi zależało.

 - Po co w ogóle przyszedłeś? – zapytałem, podchodząc do biurka, by jeszcze raz sprawdzić czy wszystko zabrałem.

 - Chciałem cię jeszcze raz zobaczyć – odpowiedział Aiden, wpatrując się we mnie rozmarzonym wzrokiem.

 - Nie pomyślałeś, że ja tego nie chcę?

 - Pomyślałem, że zechcesz mieć kogoś przy sobie.

 - Tak, chcę, ale to nie jesteś ty.

 - Nie widzę tu nigdzie Adama. Myślisz, że już zdążył o tobie zapomnieć?

Zacisnąłem mocno pięści, opierając się o biurko. Zęby i oczy też miałem zaciśnięte, ale Aiden tego nie widział, bo stałem tyłem. Gdybym był bliżej, niewykluczone, że bym go uderzył, ale stwierdziłem, że nie warto. Wiedziałem dlaczego to robił i nie zamierzałem pozwolić mu wygrać. Nie mogłem się ugiąć i okazać słabości, tym samym dając mu satysfakcję.

 - Jason – powiedział, schodząc z łóżka i stając za moimi plecami. Jego palce dotknęły mojej skóry tak lekko i delikatnie, jakby bał się, że zrobi mi krzywdę. – Kiedy mówiłem, że cię kocham, to było szczere i żadne twoje postępowanie tego nie zmieni. Długo byłem dzikim i gdyby ktoś inny był na twoim miejscu, nazwałbym go zdrajcą, ale o tobie nie mogę tak powiedzieć, bo wciąż potrafię dostrzegać w tobie tylko to co najlepsze. Jeśli to i mnie czyni zdrajcą, niech tak będzie. – Kiedy jego palce przemieszczały się wzdłuż mojego kręgosłupa, czułem lekki dreszczyk. Powodował to też jego łagodny ton. – Wiesz skąd mam tą pewność, że cię kocham? Bo wiem, że tylko miłość potrafi zmuszać nas do czegoś, czego normalnie byśmy nie akceptowali. Myślę, że odrzucasz mnie, bo boisz się przyznać, że w twoim życiu jest ktoś równie ważny jak Adam. Obiecałeś sobie, że zawsze będziecie razem, ale jego tu nie ma. Ja jestem i wystarczy tylko słowo, bym pozostał na zawsze. Dla ciebie, zrezygnuję ze wszystkiego co mam i ucieknę z tobą, bo będąc przy tobie, nie będę potrzebował nic więcej.

W głowie wciąż widziałem Adama, próbując sobie wyobrazić, że to on wypowiadał te słowa, ale głos należał do Aidena. Do chłopaka, który miał być tylko przygodą, a teraz stawał się jedyną szansą na uniknięcie samotności. Nie kochałem go, ale odnosiłem wrażenie, że dla niego nie miało to znaczenia. Ważniejsze było to, by mógł być przy mnie i bym pozwolił mu darzyć się tą nieodwzajemnioną miłością.

Odwróciłem się do niego z zakłopotaną miną, a jego dłoń natychmiast dotknęła mojego policzka. Usta miał lekko rozchylone, a brwi zmarszczone. Wyglądał jakby płakał, chociaż nie widziałem łez.

Ktoś zapukał do drzwi.

 - Jason? – usłyszałem głos Adama.

Aiden natychmiast zabrał rękę. Na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Na jego strach wymieszany ze smutkiem.

 - Ukryj się – poleciłem.

 - Jason…

 - Szybko.

Widziałem, że cierpiał, ale Adam był dla mnie ważniejszy. Nie mogłem wybrać Aidena, kiedy Adam czekał za drzwiami.

Kiedy chłopak już się schował, otworzyłem drzwi.

 - Adam – powiedziałem uradowany.

Miał niepewną minę. Rzęsy miał mokre, a usta jakoś nienaturalnie wykrzywione. Próbował coś powiedzieć, ale nie potrafił wydać z siebie żadnego dźwięku, więc po prostu rzucił mi się na szyję, ściskając mnie tak mocno, jakby bał się, że w każdej chwili mogę zniknąć, a on chciał mnie zatrzymać jak najdłużej. W pewnym sensie miał rację.

Odwzajemniłem uścisk. Znów byłem szczęśliwy, przyciskając jego ciepłe wilcze ciało do swojego. Z nim zawsze czułem się bezpieczny i beztroski, nawet gdy walił mi się cały świat. To mogłoby trwać wiecznie, ale w końcu mnie puścił, więc ja też musiałem się odsunąć.

 - Bałem się, że już poszedłeś – powiedział Adam.

 - Dali mi czas do jutra, ale i tak odejdę dziś wieczorem. Nie jestem tu mile widziany. Nawet przez własne rodzeństwo…

 - Przeze mnie jesteś – zapewnił, chwytając mnie za rękę. – Zawsze będziesz.

Pocałował mnie, ale za krótko i zbyt delikatnie. Zbliżyłem się, by powtórzyć to nieco namiętniej, ale on położył dłoń na mojej piersi i ostrożnie od siebie odepchnął.

 - To było na pożegnanie – wyjaśnił.

 - Nie możesz mnie całować, a potem oczekiwać, że o tobie zapomnę.

 - Ja o tobie nigdy nie zapomnę. Zawsze będę cię kochał.

 - Więc dlaczego nie odejdziesz ze mną? – Zerknąłem w kierunku Aidena, ale po chwili znów spojrzałem na Adama, bojąc się, by nie zaczął nic podejrzewać. – Podobno prawdziwa miłość potrafi zmuszać do czegoś, czego nie akceptujemy. Jeśli to co mamy jest prawdziwą…

 - Nie, Jason. Miłość do ciebie podpowiada, że powinienem to zrobić, ale muszę myśleć o konsekwencjach. Nie oczekuję, że to zrozumiesz, ale wilki potrzebują stada.

 - Ja będę twoim stadem, Adam.

 - Jedna osoba to nie stado. Lukas nadal jest moim alfą. Po prostu teraz jest nas więcej. Dzicy stali się naszą watahą, a ty byłeś jednym z nich, ale by współpracować, ważna jest lojalność. Za jej brak, stado zabija zdrajcę. Doceń, że masz szansę ucieczki.

 - Miłość jest ważniejsza niż jakaś wataha. Miłość jest ważniejsza od wszystkiego.

Puścił moją rękę i otworzył drzwi, ale zamiast wyjść, zatrzymał się przy nich.

 - Człowiek tego nie zrozumie, Jason. Przykro mi.

Człowiek… Gdybym był wilkiem jak on, byłoby inaczej. Wszystko byłoby inaczej i to od samego początku. Nie musiałbym cierpieć. Prawdopodobnie byłbym teraz jednym z dowódców i wszyscy by mnie szanowali, a wielu dzikich biłoby się o moją miłość. Wybór Adama byłby dla niego wielkim zaszczytem i nigdy nie śmiałby mnie odrzucić.

Aiden wyszedł z ukrycia i złapał mnie za rękę, którą jeszcze chwilę temu trzymał Adam. Czułem, że coraz więcej łez napływało mi do oczu, więc zbliżyłem się do Aidena i wtuliłem twarz w jego ramię, by nie wybuchnąć płaczem. Może się poddałem, ale to i tak miało teraz najmniejsze znaczenie. Musiałem skorzystać z tego co oferował chłopak, zanim zostałbym zupełnie sam.

Oderwałem się na chwilę od niego i otarłem oczy grzbietem dłoni.

 - Idź się spakować – wyszlochałem. – Wieczorem zostawiamy tą cholerną kryjówkę i tych wszystkich dzikich.

Kiedy poszedł, znów poczułem osamotnienie, chociaż wiedziałem, że wróci. Liczyłem na to, bo nie byłem pewny, czy gdy wszystko przemyśli, nadal będzie się godził na bycie nagrodą pocieszenia. Zdawał sobie z tego sprawę tak dobrze jak ja. Gdyby Adam przyszedł w innym celu, nie przejmowałbym się uczuciami Aidena.

Wieczorem byliśmy gotowi. Naszemu odejściu towarzyszyli wszyscy dzicy z wyjątkiem Christiana, który umierał i prawdopodobnie już nawet nie zdawał sobie sprawy gdzie był i co się wokół niego działo. Byli jednak moi bracia, a nawet siostra, którzy stali na balkonie z resztą dowódców i obserwowali nasze odejście. Żadne z nich nie zeszło jednak na dół, by mi cokolwiek powiedzieć, czy uściskać mnie na pożegnanie.

Niewiele osób zwracało też uwagę na Aidena. Jedynie jego rodzina stała z boku i coś krzyczała, nakłaniając go do podjęcia innej decyzji, ale on na szczęście nie zamierzał nikogo słuchać. Rozmawiał już z dowódcami, oznajmiając co zamierza i prosząc o możliwość opuszczenia tutejszej społeczności. David oczywiście domagał się jego śmierci, ale inni pozwolili mu odejść, gdy tylko złożył przysięgę, że wszelkie sekrety dzikich zostaną przez niego zachowane i nigdy nikomu nie powie o ich istnieniu.

Najbardziej niepokoiłem się Adamem. Na początku rozglądałem się niepewnie, trzymając Aidena za rękę, kiedy kierowaliśmy się do klatki, która miała opuścić nas na dół. Myślałem, że się nie zjawił, ale wreszcie dostrzegłem go wśród tłumu. Stał przy schodach, opierając się o ich poręcz, razem z Talą, Danielem i Jonatanem. Później zauważyłem przy nich też Willa i Lucy. Chłopak patrzył nieobecnym wzrokiem, ale jego twarz nie wyrażała smutku, bólu czy złości z powodu Aidena przy moim boku. Chciałbym wiedzieć co sobie myślał i co czuł. Nawet jeśli wcześniej nie znał Aidena i nie wiedział, że jest taki jak my, teraz musiał się domyślić, że nie ucieka ze mną jako zwykły przyjaciel. No cóż… Może człowiek nie potrafi zrozumieć wilka, ale najwyraźniej czarownik też nie.

Dyżurujący przy klatce opuścili nas na dół i w ten sposób na zawsze pożegnaliśmy kryjówkę. Wszyscy dzicy pozostali na górze, ale my nie mieliśmy już tam wstępu. Od tej chwili nie byliśmy już ani dzikimi, ani poddanymi Rady. Nie było dla nas miejsca ani w kryjówce, ani w zamku. Na szczęście w lasach kryły się takie istoty jak my, którymi dzicy się nie interesowali, a Rada nie ingerowała, o ile nie zwracało się na siebie uwagi.

 - Co teraz? – zapytał Aiden.

 - Musimy znaleźć dla siebie miejsce w tym lesie.

- Gdzie? Ty jesteś człowiekiem, ja czarownikiem. Nie przyjmą nas ani do żadnej wioski, ani do obozu, a w lesie kryją się wilki. Poza tym, dlaczego opuszczaliśmy kryjówkę wieczorem? To najniebezpieczniejsza chwila.

 - Jeśli będziesz tyle gadał, zacznę żałować, że cię zabrałem.

 - Po prostu chcę mieć pewność, że wiesz co robimy.

 - Dziadek nie lubił, gdy siedziałem bezpiecznie w kryjówce. Często zabierał mnie na swoje wyprawy, pewnie mając nadzieję, że wreszcie z którejś nie wrócę. Na szczęście nie dałem mu tej satysfakcji – wyjaśniłem, zaczynając oddalać się w stronę lasu. Aiden szedł za mną. – Nie był najlepszym dziadkiem, ale trudna rodzinka sprawia, że musisz być ostrożny i szybko się uczyć. Nie zdziwiłbym się, gdyby dziadek zostawił mnie kiedyś w lesie, więc nauczyłem się zwyczajów jego mieszkańców, bezpiecznego poruszania się, znaków jakie wysyła przyroda… – Odległość od skał do lasu była niewielka, więc właśnie zaczęliśmy przedzierać się przez pierwsze z krzewów. – Istoty, które tu żyją, nie chcą się całkowicie uzależniać od Rady, więc nie mieszkają w zamku, ale i tak są jej niewolnikami. Zasady nie pozwalają zabijać i chociaż wiele sytuacji można wytłumaczyć przypadkiem, nawet gdy nim nie są, wszyscy wolą się zabezpieczać. Jedna przypadkowa ofiara, nawet gdy tak naprawdę zabito ją celowo z nienawiści, brzmi lepiej niż dziesiątki rozszarpanych na kawałki ludzi i czarownic…

 - Nie rozumiem.

Zatrzymałem się z uśmiechem na twarzy. Aiden o mało na mnie nie wpadł. Nie powiedziałem ani słowa, wystarczyło, że wskazałem na niebo, a chłopak na nie spojrzał i nagle wszystko zrozumiał.

 - Pełnia – powiedział.

 - Dla wilków to najtrudniejsza noc. Większość z nich próbuje się ukryć, powstrzymać przed przemianą lub jej skutkami. Zobaczysz, że las będzie wydawał się pusty, a to najlepszy czas na poszukiwania jaskini.

 - Jaskini?

 - Sam powiedziałeś, że nie przyjmą nas do obozów i wiosek.

Znów zacząłem iść przed siebie, ale chłopak pozostał w miejscu. Przez chwilę pozostawał osłupiony, ale w końcu pobiegł za mną.

 - W jaskiniach żyją wilki.

 - Jaskinie są bezpieczne. Rzucisz jakieś swoje zaklęcie i nas nie wyczują. To po to dziadek potrzebował czarowników podczas wędrówek, ale nas jest tylko dwóch, więc wystarczy nam tylko jeden czarownik. Widzisz… Wilki zza granicy żyją w stadach, ale ja nie wierzę w tą całą lojalność, bo wychowywałem się w Grooveland, a tutaj wilki to samotnicy, indywidualiści. Mogą mieć rodziny, ale na pewno nie stada. Tutaj to ludzie i czarownicy występują w grupach, ale pamiętaj Aiden… Grupa cię ogranicza. Spędziłem w tych lasach pół życia. Wiem jak przetrwać.

Może go to nie przekonywało, ale sam chciał ze mną iść. Ja go do niczego nie zmuszałem, więc z czystym sumieniem zagłębiałem się coraz bardziej w las, ignorując jego zdanie.

91 „M”

0

gt

 Usłyszałem coś. Mój słuch czuwał całą noc, nawet gdy spałem i był wyczulony na wszelkie obce dźwięki. Trudno było mi stwierdzić co słyszałem, gdy nie byłem na tym całkowicie skupiony, ale zaniepokoiło mnie to. Zszedłem na dół i zatrzymałem się pod drzwiami Mii, martwiąc się, że ktoś znów mógł chcieć się z nią skontaktować, ale wewnątrz panowała cisza.

Uchyliłem lekko drzwi, by zajrzeć do środka. Dziewczyna leżała w łóżku, z twarzą skierowaną do ściany. Spała. Nic się nie działo, a jednak byłem pewny, że coś usłyszałem.

Wróciłem na korytarz i znów zacząłem nasłuchiwać. Dłuższą chwilę panowała cisza, ale wreszcie usłyszałem cichy dźwięk jakby ktoś uderzył o ziemię. Działo się to na dworze przy zamku, więc nie mógł to być żaden z nowicjuszy, ale dzikusy też nie podeszły by tak blisko nas podczas nocy, chyba, że coś by się działo.

Na wszelki wypadek chwyciłem nóż i ściskając go mocno w dłoni, postanowiłem sprawdzić co działo się na zewnątrz. Nie chciałem nikogo obudzić, więc przesuwałem się wolno, by nie robić za dużo hałasu i dopiero, gdy znalazłem się przy głównych drzwiach, przyspieszyłem trochę kroku. Sprawdziłem z jednej strony z zamku i z drugiej, którą prawie porastał las, ale nigdzie tam nikogo nie było, a przynajmniej na początku tak myślałem.

Kiedy coś poruszyło się w krzakach, gwałtownie się odwróciłem. Ledwo zdążyłem zauważyć postać, która zniknęła w lesie. Ktoś mocno zgarbiony, postawą przypominający jednego z dzikusów, ale zdecydowanie za duży i za szybki na zwykłego człowieka. Bez wahania pobiegłem za nim, ale był za szybki, więc musiałem zmienić się w wilka, by za nim nadążyć, a i tak w końcu straciłem go z oczu. Znalazłem się sam pośrodku lasu, czując na sobie wzrok obcego, ale nie wiedziałem gdzie on był. Obserwował mnie z ukrycia. Wróciłem do ludzkiej formy.

 - Pokaż się! – zawołałem.

 - Matteo, po co tu przybyłeś? – odpowiedział zachrypnięty głos, którego nie potrafiłem zlokalizować. – Nie chcemy cię tu. Nie przetrwasz tutaj.

 - Kim jesteś?!

Nie usłyszałem odpowiedzi, a jedynie ochrypły śmiech. Potem stworzenie się na mnie rzuciło i upadłem na ziemię, ale zdążyłem zakryć się ramieniem, więc uderzenie obcego nie było aż tak bolesne.

 - Wynoście się z naszej ziemi – słyszałem.

 - Roxie pozwoliła nam zostać – odparłem, odpychając go całą swoją siłą.

Poleciał na drzewo, ale nie uderzył o nie, tylko wczepił się pazurami w pień. Wtedy z usłyszałem, że z drugiej strony nadchodzi drugi.

 - Matteo, co się dzieje? – zapytał znacznie przyjaźniejszy głos za moimi plecami.

 - Nie chcemy was tu – powtarzał ten pierwszy.

Odwróciłem się tylko trochę, by móc widzieć obie postaci i zachowywać wszystko pod kontrolą. Drugie stworzenie wyglądało dokładnie tak jak pierwsze i zbliżało się do mnie niebezpiecznie szybko.

 - Wynoście się, albo sami się was pozbędziemy! – zawołał ten na drzewie.

Patrzyłem raz na jednego, raz na drugiego, ale kiedy zauważyłem, że ten idący w moim kierunku sięgnął po coś za plecami, postanowiłem zaatakować zanim wyciągnąłby broń. Doskoczyłem do niego i najpierw unosząc go lekko w górę, uderzyłem nim o ziemię i przycisnąłem u nóż do gardła, spode łba obserwując tego drugiego.

 - Zabij go – namawiał. – Jest nas więcej.

 - Nie pozbędziecie się nas – powiedziałem.

 - Nie rób tego – błagał ten pod spodem, mieszając mi w głowie.

Postać uczepiona drzewa znów zaczęła się śmiać, patrząc gdzieś za mną. Bałem się, że to podstęp i gdy się odwrócę, on mnie zaatakuje i uratuje przyjaciela, odbierając mi chwilową przewagę.

 - Idzie królowa – poinformował z szyderczym śmiechem.

Słyszałem, że trzecie stworzenie już się zbliżało, a ponieważ pierwszy obcy zanosił się złowieszczym śmiechem, nie sądziłem, by był wstanie zaatakować, więc odważyłem się obrócić.

Znałem ją. Nie wyglądała jak tamci. To była Roxie. Wiedziałem, że mi pomoże, ale ona wyciągnęła coś zza pleców i uderzyła mnie tym w twarz tak szybko, że straciłem przytomność zanim zdążyłem zauważyć co to było.

*

Próbowałem otworzyć oczy, ale było za jasno i światło raziło moje oczy. Udało mi się dostrzec tylko kontury pochylającej się nade mną postaci.

 - Budzi się – powiedziała jakaś dziewczyna.

 Poczułem czyjąś dłoń na swoim czole, a potem położono mi na nim coś mokrego i krople wody zaczęły ściekać mi do oczu, więc zerwałem się energicznie, ściągając z czoła mokry materiał i ocierając oczy. Mrugając kilka razy, wreszcie przyzwyczaiłem się do jasności i zebrałem siły do walki, ale kiedy się rozejrzałem, dostrzegłem przy sobie Roxie i Mię. Przyjaciół, sojuszników… Nie wrogów.

 - Jak się czujesz? – zapytała kobieta, odbierając ode mnie materiał.  - Długo byłeś nieprzytomny.

 - Kim były te stworzenia z lasu.

 - Matteo, tam nikogo nie było.

 - Widziałem… Ty… Ty też tam byłaś. Uderzyłaś mnie!

 - Usłyszałam odgłosy walki i wołającą o pomoc Mię… Chciałeś ją skrzywdzić, więc musiałam coś zrobić.

 - Nie, ja nigdy bym… – zacząłem, ale kiedy zerknąłem na dziewczynę, sam zacząłem wątpić w to, czego chwilę wcześniej byłem pewny.

 - Spokojnie – powiedziała Mia. – Wiem, że nie chciałeś mi nic zrobić. Ja… Myślę, że mogę wiedzieć co się z tobą dzieje.

 - Co?

Dziewczyna spojrzała na Roxie takim wzrokiem, że natychmiast się zaniepokoiłem i chciałem jak najszybciej usłyszeć o co chodziło, chociaż młoda czarownica zwlekała z tym, jakby bała się wyjawić prawdę.

 - Mów, Mia – poprosiłem. – Jeśli coś się dzieje, muszę wiedzieć.

Zerknęła na mnie zaniepokojona. Zmarszczyła brwi i odwróciła wzrok, by nie patrzeć mi w oczy.

 - Jesteś przepełniony magią – stwierdziła. – Byłam zbyt słaba, by zobaczyć to, gdy użyczałeś mi mocy, ale teraz to poczułam.

 - Jestem wilkiem, to chyba normalne…

 - Nie – zaprzeczyła, przysuwając się bliżej. Teraz już na mnie patrzyła, ale minę wciąż miała zaniepokojoną. – To była obca magia. Tak silna, że może niszczyć cię od środka. Jakaś czarownica albo czarownik próbują cię zabić.

 - Nate – powiedziałem bez chwili wahania.

Dopiero kiedy Mia mnie puściła, zauważyłem, że trzymała mnie za ręce. Dziewczyny popatrzyły po sobie, a ja natychmiast zacząłem odtwarzać w głowie ostatnie spotkanie z chłopakiem. To musiał być on.

 - Czyli ja umrę… – zrozumiałem. Dotarło to do mnie dopiero po chwili.

 - Mia, mogłabyś nas zostawić? – poprosiła Roxie. – Wróć do przyjaciół, pewnie się martwią.

 Dziewczyna wstała, by posłusznie wykonać polecenie.

 - Mia – zatrzymałem ją. – Nie mów innym co mi się stało, dobrze? O tym, że… Że umrę. Nie chcę, by się tym martwili.

Dziewczyna przytaknęła, a potem wolnym, spokojnym krokiem odeszła w kierunku zamku, znikając w zieleni gęstego lasu. Obserwowałem ją aż do czasu, gdy całkowicie zniknęła mi z oczu.

 - Ile czasu mi zostało? – zapytałem, gdy zostałem sam z Roxie.

 - Nie wiem. Jeszcze nigdy nie widziałam wilka, który zmarłby przez magię.

 - Też powinienem wracać – stwierdziłem.

Podniosłem się lekko, ale kiedy Roxie położyła dłoń na moim ramieniu, opadłem z powrotem. Dopiero teraz też zwróciłem uwagę, że siedziałem tam cały czas bez koszulki, która leżała obok mnie, brudna od krwi, chociaż nie pamiętałem bym został zraniony.

 - Co z tym zrobisz? – zapytała Roxie. – Możesz okłamywać przyjaciół, ale nie samego siebie.

 - Nie wiem co mam robić. – Wzruszyłem bezradnie ramionami. – Ja… Nie chcę umrzeć. Nie mogę umrzeć. Co się stanie z tymi dzieciakami? Alice sama sobie nie poradzi, a oni nie są jeszcze gotowi. Nie obchodzi mnie co się ze mną stanie, ale martwię się o nich, bo wiem, że mnie potrzebują.

 - Naprawdę ci na nich zależy – stwierdziła Roxie pełnym ciepła tonem.

 - Wybrali mnie. Jestem za nich odpowiedzialny.

 - Wiem co czujesz. Też jestem odpowiedzialna za swoich ludzi. Wiem, że nazywacie ich dzikusami, ale już nimi nie są. Dzięki mnie. Przybyłam tu, mając o nich takie samo wyobrażenie jak wy, ale szybko zrozumiałam, że to nie oni są inni. Dla nich to ja byłam inna. Obca. Zrozumiałam, że jeśli chcemy znaleźć porozumienie, muszę się do nich dopasować, więc zrobiłam to i dopiero, gdy byłam równa im, oni docenili moją inność. Ja zmieniłam się dla nich, więc oni chcieli zmienić się dla mnie. Słuchają mnie, ale ja też ich słucham. Są moją jedyną rodziną i wszyscy okropnie cierpimy, gdy któremuś coś się stanie. Stawiamy życie przyjaciela ponad swoje i teraz widzę, że wy… Wilki, czarownice… Nie jesteście tak całkowicie zepsuci. Też macie w sobie trochę człowieczeństwa. Oddałbyś życie za któregoś z tych dzieciaków?

 - Tak, jestem im to winien. Oni oddali mi swoje, gdy się zbuntowali i do mnie dołączyli.

 - Tym właśnie jest rodzina. Wy, wilki macie watahy. Cenicie współpracę, odwagę i poświęcenie, ale brak wam miłości. Działacie instynktownie, bo wiecie, że wasze dobro zależy od dobra grupy. Ty… Ty nie stworzyłeś stada, Matteo. Tobie udało się stworzyć rodzinę, a to wartość, którą my, ludzie cenimy najbardziej i zawsze będziemy stawać w jej obronie. – Położyła dłoń na mojej. – Nie musisz się martwić, Matteo. Jeśli coś ci się stanie, twoja rodzina nie zostanie sama. Moja wam pomoże.

 - N-naprawdę? – zapytałem zaskoczony.

 - Musiałam tylko to zobaczyć. Upewnić się, że warto. Teraz mam pewność, że jesteście jak my i nikomu nie wolno niszczyć tego co macie. Będziemy współpracować. Ty i ja będziemy podejmować decyzje, ale musimy pamiętać, że twoja rodzina i moja, też mogą mieć coś do powiedzenia.

 - Oczywiście, że tak!

Zerwałem się, by jak najszybciej doskoczyć do kobiety i ją uściskać. Może to było niestosowne, ale byłem jej bardzo wdzięczny, a nie umiałem tego inaczej okazać. Roxie wydawała się być zaskoczona takim zachowaniem i nie wiedziała jak zareagować, więc nie odwzajemniła uścisku, ale też mnie nie odepchnęła.

—————————————————————————————————————————————————–

To krótki rozdział dlatego jutro, albo nawet jeszcze dziś (jak znajdę chwilę, by skończyć), wstawię też następny :)

90 TALA

1

Tala, 18 lat

Kubek, który wypuściłam z ręki, uderzył z głuchym hukiem o podłogę. Przez chwilę czułam się jak sparaliżowana, ale gdy Mike powiedział moje imię, zerknęłam na niego z przerażeniem, a potem natychmiast rzuciłam się do biegu. Było jeszcze wcześnie, ale niektórzy zaczęli wychodzić już z pokoi, jeszcze nie wiedząc co się stało. Sama dopiero się dowiedziałam. Widząc mnie z daleka, od razu usuwali mi się z drogi, a potem patrzyli za mną zaskoczeni.

Nie przejmowałam się nimi. Mike powiedział mi co się stało mojemu bratu i tylko to miało dla mnie znaczenie. Musiałam go zobaczyć. Musiałam mu pomóc. Sama jeszcze nie wiedziałam jak, ale musiałam jakoś to zrobić. Znaleźć sposób.

Doskonale wiedziałam gdzie dzicy trzymali rannych, chociaż jeszcze nigdy nie byłam wewnątrz tego pokoju. To był mój pierwszy raz, chociaż wolałabym tam nie odwiedzać brata. Nie zatrzymując się ani na chwilę ani nie odwracając się do nikogo z wołających mnie dzikich, biegłam dalej przed siebie. W takim momencie, korytarz wydawał mi się bezlitośnie długi, a sekundy biegu dłużyły się w nieskończoność.

W końcu wpadłam do pokoju. Chris leżał nieprzytomny na łóżku pod ścianą. Reszta łóżek była pusta, ale w kącie siedzieli też Hannah i Lukas. Mike mówił, że ktoś go będzie pilnował do czasu aż… Nie powiedział tego, ale wszyscy już wiedzieli, że w końcu umrze. Nikt nie dawał mu szansy. Nikt oprócz mnie.

Podeszłam do brata i chwyciłam go za bezwładną rękę. Hannah i Lukas natychmiast podeszli bliżej, patrząc na mnie ze współczuciem.

 - Zostawić was samych? – zapytała dziewczyna.

 - Dlaczego mu nie pomożecie? – zapytałam, ledwo słysząc własny głos.

 - Nie możemy nic zrobić.

 Pokiwałam przecząco głową. Mój brat jeszcze żył. Jad powoli rozprowadzał się po całym jego ciele, czyniąc go coraz słabszym, ale jeszcze nie umarł.

 - Już raz coś zrobiłaś – przypomniałam. – Zostałam ugryziona przez Adama. Powinnam umrzeć! – wykrzyknęłam bezsilnie.

 - To było co innego.

 - Potrzebujesz Księgi? Zdobędę ją – oznajmiłam. – Zdobędę co tylko trzeba dla mojego brata, ale nie możesz się poddać. Musisz mu pomóc…

 - Tak, potrzebowałam Księgi i ogromnej mocy, ale ty zostałaś ugryziona przez zwykłego wilka. – Podeszła jeszcze bliżej, mówiąc ze spokojem i kładąc dłoń na mojej ręce. – Wilczy jad Nate’a jest wzmocniony magią czarownika. Nie ma na świecie nikogo potężniejszego od niego, więc gdy kogoś ugryzie…

Zakryłam twarz dłonią, by ukryć łzy. Dlaczego nikt nie chciał mu pomóc?! Dlaczego wszyscy już uznali go za martwego?!

 - Tala, jeśli coś będziemy mogli dla ciebie zrobić… – zaczął Lukas.

 - Zróbcie coś dla Chrisa!

 - Wiesz, że nie możemy. Też nam przykro z tego powodu, ale dla niego to koniec.

 - Przykro?! – Prychnęłam pogardliwie. – Nawet go nie lubiłeś!

 - To nieprawda – zaprzeczył. Kłamca.

 - Serio? Potrafisz polubić kogokolwiek oprócz siebie i swojego stada?!

Lukas zacisnął ze złością zęby, ale nic nie odpowiadał, więc skierowałam się z powrotem do Christiana i z cieknącymi po twarzy łzami, zaczęłam przeczesywać ręką jego włosy.

 - Masz rację – usłyszałam nagle. – Nie lubiłem go. Był aroganckim, wymądrzającym się dzieciakiem, który…

 - Luke! – upomniała go Hannah, ale mężczyzna nie zareagował.

 - … uważał się za nie wiadomo kogo… Był też odważny, rozważny, dbał o każdego i potrafił obmyślać dobre taktyki. Był silny i wytrzymały. Nie musiałem go lubić, ale go szanowałem, a to znaczy więcej niż lubić.

Wyszedł, nie czekając na odpowiedź. Może to lepiej, bo widziałam, że był zły, ale kiedy mówił, że szanował mojego brata, zawahał się przez chwilę, jakby bał się to przyznać. W tej krótkiej chwili, dostrzegłam też żal i stratę w jego głosie. Nie zastanawiałam się nad tym jednak. Dobrze, że poszedł.

  – Musi być coś co można zrobić… – wyszeptałam.

 - Mogłabym chwilowo poprawić jego stan, ale i tak umrze – odezwała się niepewnie Hannah. – To wydłuży jego cierpienie.

 - Będę mogła z nim porozmawiać? – zainteresowałam się.

 - Będzie cierpiał. Jesteś pewna, że…

 - Czy będę mogła z nim porozmawiać? – powtórzyłam ostrzej.

 - Tak. Nie długo, ale będziecie mieć kilka minut.

 - Więc zrób to.

Patrzyła na mnie, jakby chciała się jeszcze zapytać czy jestem pewna, ale ja nie miałam żadnych wątpliwości. Musiałam jeszcze raz usłyszeć jego przyjacielski głos.

Podeszła do Christiana, by położyć jedną dłoń na jego czole, a drugą na klacie, a potem wyszeptać jakieś zaklęcie, które miało mi pozwolić na pożegnanie się z nim. Kiedy zabrała ręce z jego ciała, zachwiała się lekko do tyłu, ale zanim zdążyłam ją złapać, już odzyskała równowagę i spojrzała na mnie spokojnie.

 - Masz niewiele czasu – ostrzegła.

 - Dziękuję.

Patrzyłam jak zamykała za sobą drzwi, a następnie zbliżyłam się do Chrisa. Coraz bardziej zaczynałam rozumieć, że go traciłam, ale nadal nie miałam pojęcia jak sobie z tym radzić. Czekałam aż się obudzi, wpatrując się w ranę, którą zadał mu Nate. Chłopak, którego kiedyś kochałam, zabił mojego brata. Teraz go nienawidziłam.

Jego powieki lekko zadrżały, więc wyprostowałam się na krześle przy jego łóżku i uśmiechnęłam się smutno.

 - Chris?

Spojrzał na mnie oszołomiony. Próbował się podnieść, ale miał za mało siły.

Rzuciłam się mu na szyję, znów widząc go żywego. Chciałam, by taki pozostał, ale zdawałam sobie sprawę z tego, że każda sekunda przybliża go do śmierci, a tych sekund zostało mu bardzo mało.

- Christian, kocham cię – mówiłam przez łzy. – Nie zostawiaj mnie.

Czułam jak mnie odpychał, więc wypuściłam go z uścisku i odsunęłam się trochę, pozwalając mu zaczerpnąć powietrza. Wciąż trzymałam go za ręce, chcąc zachować chociaż trochę kontaktu z bratem. Nie wiedziałam czy coś pamiętał, czy wiedział co się działo, ale kiedy dotknął swojej rany, wcale nie wyglądał na zaskoczonego.

 - Umieram – stwierdził spokojnie. Nie wiedziałam co mu odpowiedzieć. – Gdzie jest Mike? Lukas?

 - Po co ci oni?

 - Muszę wiedzieć jaki mają plan. – Christian rozglądał się niespokojnie i wstawał, ale mu nie pozwalałam. – Nate uciekł, prawda? Trzeba go odzyskać…

 - Christian, to teraz nieważne.

 - Po stronie Olivii jest zagrożeniem dla wszystkich. Jestem ich przywódcą. Trzeba…

 - Chris, umierasz! – zdenerwowałam się, ale szybko zganiłam się w myślach, za krzyk na umierającego. – Nie musisz być już przywódcą… Mike i reszta sami sobie poradzą.

 - Muszę wykorzystać swoje ostatnie chwile…

 - Wykorzystaj je, by się ze mną pożegnać – zaproponowałam smutno, ale on wyglądał jakby nie wiedział o co mi chodziło. – Odkąd zostałeś przywódcą, zachowujesz się inaczej. Nie zapominaj, że jesteś też moim bratem. Chris… To ja będę najbardziej cierpieć, gdy cię zabraknie, ale… Ty się tym w ogóle nie przejmujesz.

 - Tala, oczywiście, że się przejmuję…

Przesunął się na łóżku, by zrobić mi miejsce i wyciągnął do mnie ręce. Wstałam z krzesła i położyłam się obok niego, opierając głowę na jego piersi. Objął mnie mocno i pocałował w czubek głowy.

 - Przepraszam, Tala. Też cię kocham.

Uśmiechnęłam się mimowolnie. Naprawdę potrzebowałam, by to powiedział. To były dobre ostatnie słowa jakie mogłam od niego usłyszeć. Zamknęłam oczy, wtulając się w niego. Kiedy otworzyłam je z powrotem, minęło już trochę czasu, a Chris znów był nieprzytomny. Do tego był mocno spocony, więc pewnie miał wysoką gorączkę.

Rose weszła do pokoju, niosąc miskę gorącej zupy.

 - Tala, nie wiedziałam, że tu jesteś… – powiedziała. – Christian powinien coś zjeść. Nakarmię go. Chyba, że… Może ty chcesz to zrobić?

 - Nie, ja… Pójdę już. Zostawię was samych.

Zeszłam z łóżka i sięgnęłam po bluzę, którą zostawiłam na krześle. Teraz to Rose zajęła miejsce przy nim, a ja ruszyłam w kierunku drzwi. Otworzyłam je, ale zanim wyszłam, musiałam się jeszcze na chwilę zatrzymać.

 - Rose… – powiedziałam z wahaniem. – Naprawdę go kochałaś?

Pochyliła na chwilę głowę. Dopiero kiedy przetarła policzki ręką, zauważyłam, że płakała.

 - Tak – przytaknęła, kiwając potwierdzająco głową. – Bardzo.

 - On ciebie też. Wiem to. Dobrze, że chociaż na koniec życia miał cię przy sobie. Żałuję tylko, że nie zdążył się tym cieszyć.

Wyszłam z pokoju, ostrożnie zamykając drzwi i… Nie wiedziałam dokąd powinnam pójść. Nie wiedziałam nawet czy wolałam zostać sama czy się komuś wyżalić. Tylko komu? Daniel przypominał mi Nate’a, który zabił mojego brata, a Adam przypominał mi Jasona, przez którego to się stało. Tak naprawdę nie chciałam obwiniać o to Jasona, bo nie zrobił tego specjalnie. Nie zrobił nic złego, bo przecież nie miał pojęcia jak zareaguje jakaś szalona hybryda. To była tylko wina Nate’a i to na niego powinnam nakierować całą swoją złość, ale z jakiegoś powodu nie potrafiłam pozbyć się niechęci też do Jasona.

Idąc przed siebie, nie wiedząc dokąd zmierzałam, wpadłam na Mike’a.

 - Jak się czujesz? – zapytał.

To było głupie pytanie. Jak miałabym się czuć?! Mój brat umierał i to z winy kogoś kto jeszcze niedawno był dla mnie jedną z najważniejszych osób. Byłam zła, wściekła i żądna zemsty, a jednocześnie smutna i rozdarta.

 - Jakoś sobie radzę – odparłam krótko.

 - To dobrze… Właśnie idę na spotkanie przywódców. Wiem, że nie jesteś jedną z nich, ale jeśli chcesz…

Uśmiechnęłam się lekko i poszłam z nim. Wiedziałam, że głównym tematem będzie Chris albo Nate. Albo obaj. Pierwszy z nich wywołał by u mnie jeszcze większy smutek, a drugi jeszcze większą złość, ale jeśli była szansa, że mogłam dowiedzieć się czegoś istotnego, to musiałam to przetrwać i skorzystać z okazji.

Oprócz dowódców, na zebranie przyszli też Adam i Jonatan. Wiedziałam, że im też musiało być ciężko. To ja straciłam brata, ale im też nie mogło być łatwo. Brat Jonatana okazał się zdrajcą i chociaż mężczyzna próbował sprawiać wrażenie jakby go to nie obchodziło, nauczyłam się już, że on też miał uczucia i chociaż kiedyś sam wystawił brata na niebezpieczeństwo, to jednak chociaż trochę się o niego martwił. Podobnie z Adamem. Kochał Jasona, ale nie będzie mógł być ze zdrajcą. Nie zrobi takiego błędu.

Usiadłam między nimi, czując że tam będę najbardziej pasować.

 - Więc co teraz? – zapytał David. – Wybierzemy nowego dowódcę?

 - Dwóch głównych przywódców właśnie zmarło – zauważył Mike. – Naprawdę myślisz, że to najlepszy pomysł?

 - Musimy się teraz skupić na innych sprawach. Razem – stwierdził Lukas.

 - Jeśli chodzi o Nate’a… – zaczęła Hannah, a ja poruszyłam się niespokojnie. – Chyba wszyscy możemy się zgodzić, że to nie był Nate jakiego znaliśmy.

 - Ja go wcześniej nie znałem – rzekł Mike. – Dla nie od początku wzbudzał podejrzenia.

 - Grooveland go zmieniło. Olivia go zmieniła. Wcześniej był zupełnie inny. Lukas, Tala i Adam mogą to potwierdzić. Nikt nie zmienia się aż tak bardzo, chyba że za pomocą magii.

 - Nie istnieje tak potężna magia – wtrącił David. – Może tylko Nate dałby radę wykonać takie zaklęcie, ale gdyby rzeczywiście był tak dobry jak mówicie, nie rzuciłby go sam na siebie.

 - Chyba, że zostałby zmuszony. To dobry chłopak, zrobiłby wszystko, by ocalić innych.

 - Magia tworzy czarownika, przez co pod przymusem jest słabsza. Jeśli Nate rzucałby zaklęcie wbrew sobie, nie miałby tyle siły, by zrobić coś takiego.

 - Nie wiem jak to się stało, ale musiało się stać.  To nie był Nate, jasne? Tala, Lukas… Chyba nie wierzycie, że mógłby coś takiego zrobić.

 - Nie wiem – przyznałam.

 - Ludzie się zmieniają, Hannah – stwierdził Lukas.

 - Ludzie… Nate nie był człowiekiem. Misja, którą miał wykonać była dobra i on też był dobry, ale Olivii zależało na niedopuszczeniu do spełnienia przepowiedni. Na prawdę wierzycie, że to przypadek?

 - I tak musimy odzyskać Nate’a, więc może najpierw to zróbmy, a później zastanowimy się co dalej – zaproponował Mike.

 - David… – zawołała za nim Hannah. – Jesteś czarownikiem. Jeśli mam rację, Nate będzie przepełniony magią. Wyczujesz to.

 Chłopak spojrzał na nią bez emocji. Gdyby Hannah miała rację, znaczyłoby to, że może ten Nate, którego kochałam, nadal gdzieś był i wcale nie zabił mojego brata. Mimo to, nie wiem czy umiałabym mu wybaczyć za to kim był teraz, chociaż nie miałby z tym nic wspólnego. Cokolwiek się z nim działo, nie potrafiłam sama siebie przekonać, że to nie ten sam chłopak.

 - Zobaczymy – odpowiedział David.

- Jak odzyskamy Nate’a? – zapytał Jonatan.

 - Już raz go odzyskaliśmy.

 - Tylko dlatego, że Rada chciała byśmy go odzyskali. To od początku był zły plan, ale wtedy wasz dziadek był przywódcą – mówił Lukas. – Był nienormalny, chciał nas wszystkich pozabijać.

 - Nie mów tak o nim! – sprzeciwił się groźnym tonem Mike, chociaż Lukas ani trochę się go nie wystraszył.

 - Zrobił jednak coś dobrego – kontynuował. – Dzięki niemu mamy tak wielu dzikich, którzy są gotowi walczyć o to w co wierzą.

 - Chcesz wysłać wszystkich na wojnę?!

- Nie – zaprzeczył, a Mike zdążył już odetchnąć. – Ty to zrobisz. Dzicy wierzyli w twojego dziadka, potem w Christiana… Teraz uwierzą tylko w ciebie. Możemy rządzić razem i podejmować decyzje, ale wszyscy wiemy, że tak naprawdę należą do ciebie. Wiesz, że jeśli to zrobimy, mamy duże szanse wygrać.

 - Ale jakim kosztem?! Zdajesz sobie sprawę ile będzie ofiar?

 - Nie tylko po naszej stronie. Jeśli Rada ma stracić całą armię, warto poświęcić kilku swoich.

 - Nie będziemy nikogo poświęcać. Powinniśmy zrobić to bardziej taktycznie.

 - Nie ma na to czasu, bracie – wtrącił David. – Dzicy długo przygotowywali się do wojny, a każdy wie, że wojny nie wygrywa się bez walki.

 - Braciszek ma rację – rzekł Lukas. – Młodszy, a mądrzejszy. Ktoś ma coś przeciwko?

 - Ja! – zawołał Mike.

 - Niestety jesteś w mniejszości. Więc… Postanowione!

 Mike był zły, ale reszta dowódców zgodziła się na ten plan, więc nie mógł się sprzeciwić. David ruszył w kierunku wyjścia. Adam też wstał.

 - Czekajcie… – zatrzymała ich Hannah. – To nie wszystko. Co w sprawie Jasona?

 - Powiedzieliście, że pozwolicie mu odejść – zauważył zaniepokojony Adam.

 - To było przed zranieniem Christiana.

 - To nie była wina Jasona – zaprotestował Mike. – Sama powiedziałaś, że za wszystkim stoi Rada. Jason może był trochę nieostrożny, ale nie chciał skrzywdzić Christiana.

 - Dobrze, a Alexandra?

 - Co z nią?

 - Czy tylko ja usłyszałam jak Nate powiedział, że ona też zdradziła? – Hannah rozłożyła bezradnie ręce.

Nie było mnie przy tym, a nikt mi wcześniej tego nie powiedział, ale teraz niektórzy wyglądali jakby dopiero sobie o tym przypomnieli. Mnie to zainteresowało. Nie znałam za dobrze Alexandry, ale jeśli to było prawdą, jak to możliwe, że dopiero teraz ktoś o tym wspomniał?

 - Wierzysz Nate’owi? – zapytał David. – Oszukał nas.

 - Jason też, ale mówił prawdę w sprawie Nate’a. Co jeśli zdrada Alexandry też jest prawdziwa? Chyba powinniśmy to sprawdzić.

 - Christian, by sprawdził – powiedział Mike, patrząc na mnie.

Na imię mojego brata, coś ukuło mnie w sercu. Wcześniej tak nie reagowałam, ale Mike mówił to w jakiś taki dziwny sposób, że od razu chciało mi się płakać. Miał jednak rację. Chris zawsze dmuchał na zimne, szczególnie gdy chodziło o czyjeś bezpieczeństwo.

 - Potrzebujemy Alexandry – zauważyła Hannah.

 - Uwięźmy ją – zaproponował David.

 - Ucieknie. Znam ją. Znałam ją przez wiele wieków i wiem, że długo nie pozwoli się więzić. Jest sprytna, nawet gdy użyjemy czegoś co uniemożliwi jej korzystanie z mocy, ona i tak znajdzie sposób, by uciec.

 - Więc co robimy?

 - Nic. Będziemy mieć ją na oku i nie będziemy jej dopuszczać do ważniejszych informacji, ale nie możemy pozwolić, by odkryła, że mamy jakieś podejrzenia względem niej. Musimy być ostrożni.

 Nikt się nie sprzeciwiał. Przynajmniej w tej jednej sprawie wszyscy byli zgodni, co pozwoliło zakończyć już spotkanie i po chwili zostałam w pokoju sama z Adamem. Widziałam, że specjalnie na mnie czekał, odprowadzając wzrokiem każdego po kolei, aż zostaliśmy sami i mógł podejść bliżej. Nie chciałam z nim rozmawiać, ale po chwili zrozumiałam, że przecież tego potrzebowałam. Był moim przyjacielem, a fakt, że był chłopakiem Jasona, nie powinien mieć znaczenia.

 - Przykro mi z powodu Christiana – powiedział, stając nade mną.

Wiedziałam, że chociaż on mówił szczerze. Słyszałam te słowa już wiele razy, ale w jego ustach były prawdziwe. Pomimo, że należał do innego stada, potrafił zaakceptować nie tylko mnie, ale też Chrisa. Szanował go i chyba nawet lubił.

 - Rozmawiałam z nim – powiedziałam nagle. – Dzięki magii Hannah, miałam okazję się z nim pożegnać.

 - Pożegnania zawsze są bolesne – stwierdził ze smutkiem. Zastanawiałam się czy na pewno mówił tylko o mnie i Chrisie.

 - Ty też będziesz musiał kogoś pożegnać.

Oparł się o stół, ale nie powiedział ani słowa. Może nie wiedział co odpowiedzieć, albo było mu za trudno to zrobić. Już myślałam, że tego nie skomentuje, ale wyrwał się wreszcie z zamyślenia i obszedł stół, by stanąć naprzeciwko mnie.

 - Nadal zastanawiam się czy powinienem… – wystękał ciężko.

 - Chyba nie chcesz…

 - Nie wiem. Nie wiem, ja… Wiem co trzeba zrobić, ale wcale tego nie chcę. Wiem co zrobił Jason i absolutnie tego nie popieram, ale prawdziwa miłość nie potrafi zniknąć tak po prostu. Gdzieś w myślach nadal próbuję tłumaczyć jego zachowanie i czasem myślę, że powinien dostać drugą szansę.

 - Dostanie drugą szansę, Adam – zauważyłam. – Ale nie tutaj. Powinieneś o nim zapomnieć.

 - Próbuję. Ty też kochałaś zdrajcę… Jak sobie z tym radzisz?

Zdrajcę… Kochałam Nate’a, ale znienawidziłam go w jednej sekundzie, gdy dowiedziałam się co zrobił. Jason zdradził, ale przynajmniej nikogo nie zabił, więc chyba nie można było tego porównywać.

 - Jeśli kiedykolwiek darzyłam Nate’a prawdziwą miłością, teraz to uczucie zniknęło – wyjaśniłam próbując zachować spokój. – Teraz moim największym zmartwieniem jest śmierć brata, która może nadejść w każdej chwili. Umrze przez Nate’a i dlatego nie mam najmniejszych wątpliwości co do moich uczuć względem niego. – Podeszłam do Adama i spojrzałam mu głęboko w oczy, zachowując poważną minę. – Jeśli im się uda i sprowadzą go tutaj… Nie będę chciała go widzieć, bo nie jestem pewna czy powstrzymam się przed zabiciem go.

Adam wpatrzył się we mnie z zamyśloną miną, ale ja szybko się odsunęłam i odeszłam, czując na sobie jego wzrok. Kierowałam się do swojego pokoju, stawiając pewne kroki i trzymając wysoko podniesioną głowę. W środku byłam rozdarta, więc chociaż na zewnątrz chciałam wyglądać na silną. Tak naprawdę w głowie miałam tylko jedną wizję. Z niecierpliwością zaczęłam wyczekiwać dnia, w którym wypełni się przepowiednia. Dnia, w którym Nate będzie musiał umrzeć.

89 JASON

4

jason

 - Musimy z tym skończyć – zdecydowałem, odsuwając się od Aidena.

Opadłem na poduszkę i wbiłem wzrok w sufit. Chłopak uśmiechnął się tylko i podparł na łokciu, wpatrując się we mnie.

 - Już ci się znudziło? – zapytał.

Czy znudziło? Nie, zdecydowanie nie. Po prostu czułem się źle, okłamując Adama. Teraz kiedy Aiden znów się zbliżył i zaczął mnie delikatnie całować po ramieniu, nie miałem nic przeciwko, ale wiedziałem, że gdy już opuści mój pokój, znów będę tego żałował. Nie powstrzymywałem go jednak.

 - To miała być tylko jedna noc. Przygoda – wyjaśniłem, nie patrząc na niego. – To zaszło za daleko i boję się, że Adam może coś podejrzewać. Albo ktokolwiek inny… Mike i Rose się dziwnie zachowują. Co jeśli coś podejrzewają?

 - Są twoim rodzeństwem, nie powiedzą Adamowi. – Przerwał na chwilę, ale zaraz znów wrócił do pocałunków. Odsunął się dopiero wtedy, gdy po chwili namysłu też oparłem się na łokciu tak jak on i spojrzałem mu głęboko w oczy.

 - Nie chcę, by tak mnie postrzegali – zaprotestowałem. – Całe życie starałem się o ich szacunek i nie chcę, by wiedzieli o czymś z czego sam nie jestem dumny.

- Jason, nie jesteś już dzieckiem. Nie musisz przejmować się tym co powie starszy brat czy siostra – stwierdził z kpiącym uśmiechem. – Spójrz mi w oczy i powiedz, że nie było ci dobrze przez te kilka dni ze mną…

Było. Było, ale nie powiedziałem tego głośno. Spojrzałem mu w oczy jak kazał, ale nie wydałem z siebie żadnego dźwięku poza ciężkim westchnieniem. Był roześmiany, radosny, pełny energii… Chciałbym czuć się tak samo, ale od mojej strony to wszystko było o wiele trudniejsze.

Oczekiwał odpowiedzi. Czułem presję jaką na mnie wywierał, ale nie wiedziałem co powiedzieć. Nie mogłem zaprzeczyć temu co powiedział, ale nie mogłem się też zgodzić, by został. Wtedy ktoś zapukał do drzwi.

Rzuciłem krótkie spojrzenie w kierunku wyjścia, a potem z przerażeniem przeniosłem wzrok na Aidena. To mógł być Adam! Albo ktoś z mojej rodziny!

Natychmiast wyskoczyłem z łóżka jak poparzony i zacząłem się ubierać, a Aidenowi rzuciłem jego spodnie, ale on nadal leżał w łóżku z zadowoloną miną, jakby nie słyszał tego pukania. To był błąd, że pozwoliłem mu zostać tak długo. Zawsze przychodził wieczorem i wychodził kiedy kończyliśmy, ale dziś zrobiłem wyjątek i zgodziłem się, by spędził u mnie całą noc, nie spodziewając się gości tak wcześnie rano. Przecież mogłem przewidzieć, że Adam zacznie coś podejrzewać, gdy przestanę do niego chodzić wieczorami.

 - Ubieraj się! – szepnąłem do niego, widząc że nic nie robił. – Co jeśli to Adam?!

 - Może do nas dołączyć jeśli będzie chciał – zaproponował, oblizując wargę. – Oczywiście wolałbym samego ciebie, ale Adam też jest całkiem przystojny. A, no i lubi chłopców. – Uśmiechnął się, ale mi wcale nie było do śmiechu.

Ktoś nadal pukał do drzwi. Z początku spokojnie, ale teraz już coraz mocniej, a ja coraz bardziej się denerwowałem. Dla mnie to nie były żarty, ale najwidoczniej Aiden tego nie rozumiał. Ktoś nacisnął klamkę i zaczął szarpać drzwiami, ale na szczęście zamknąłem je ostatniego wieczoru.

 - To nie jest zabawne, Aiden – warknąłem. – Wychodź, ubieraj się…

Zrzuciłem z niego kołdrę, gotowy siłą wyciągać go z łóżka, jeśli odmówi współpracy. Chwycił mnie nagle za nadgarstek i przyciągnął mocno do siebie. Już się nie uśmiechał, ale miał taką minę, że można by się go wystraszyć. Zbliżył wargi do mojego ucha.

 - Możemy przestać się ukrywać, Jason – wyszeptał. – Niech wejdzie, niech nas zobaczy…

 - Aiden, przestań… Co ty mówisz?!

 - Mówię, że cię kocham, Jason – wyznał.

Natychmiast wyrwałem nadgarstek z jego uścisku i cofnąłem się rozzłoszczony. Pukanie było coraz głośniejsze. Czyjś obcy głos zawołał moje imię. Nie był to Adam, ale w tej chwili i tak byłem zbyt zszokowany słowami Aidena, by przejmować się gośćmi.

 - Nie mów tak. To miała być tylko zabawa – przypomniałem z wyrzutem.

 - Nie dla mnie…

 - Mieliśmy umowę! – zawołałem, nie zważając na dobijające się do drzwi osoby.

 - Inaczej byś się nie zgodził! – Wstał wreszcie z łóżka, ale tylko po to, by do mnie podbiec i chwycić za ręce. – Naprawdę myślisz, że chodziło mi tylko o seks? Jason, ja cię naprawdę kocham…

Zacząłem kiwać głową, nie mogąc wydusić z siebie ani słowa, ale musiałem coś zrobić. Wciąż nie wiedziałem kto stał za drzwiami i czego chciał, ale słyszałem, że z jego strony zaczęły padać różne groźby, więc w końcu musiałem go wpuścić.

 - To koniec, Aiden – wycedziłem przez zęby, ale starałem się mówić łagodnie. – Ubierz się i ukryj pod łóżkiem. Jeśli wyjdziesz lub wydasz z siebie jakikolwiek dźwięk, możesz zapomnieć o mnie nawet jako o kumplu.

 - Jason…

 - Rób co mówię albo więcej się nie spotkamy, nie odezwę się do ciebie… Nawet na ciebie nie spojrzę.

To zadziałało. Nie był zachwycony, ale włożył spodnie i skulił się pod łóżkiem. Wziąłem kilka głębokich wdechów, by ochłonąć i poprawiłem potargane włosy, zanim wreszcie sięgnąłem po klucz i otworzyłem drzwi.

Do pokoju wpadło dwóch ogromnych mężczyzn. Nie znałem ich z imienia, ale kojarzyłem z wyglądu. To jedni z najlepiej wojujących dzikich mojego dziadka. Natychmiast się na mnie rzucili, nawet nie patrząc w stronę ukrytego Aidena. Chwycili mnie pod obie ręce lekko unieśli, więc zacząłem się szarpać.

 - Co robicie?! – zawołałem. – Puśćcie mnie! Zostawcie! Jestem bratem przywódców! – próbowałem się bronić, ale oni ignorowali każde moje słowo.

O tej porze, korytarz którym mnie prowadzili, był jeszcze pusty. Nawet wilki, które prawdopodobnie wstały już kilka godzin temu, siedziały jeszcze we własnych pokojach, nie chcąc obudzić reszty dzikich. Próbowałem krzyczeć, by ktoś wyszedł i mi pomógł, ale jeden z mężczyzn zawiązał mi na ustach opaskę tak ciasno, że ledwo mogłem oddychać. Gdybym nie był tak rozproszony przez słowa Aidena, pewnie nie dałbym się zaskoczyć i pomimo przewagi przeciwników, zdążyłbym sięgnąć po broń i wykorzystać lata ciężkich treningów, które miały mi pomóc w dorównaniu rodzeństwu, chociaż zawiodły. Teraz było już za późno, gdyż mężczyźni byli szkoleni przez mojego dziadka, który był najlepszym nauczycielem jakiego kiedykolwiek poznałem, chociaż nie było ich wielu w moim życiu. Skutecznie mnie unieruchomili i robili ze mną co chcieli, nie przejmując się moim sprzeciwem czy pozycją, którą zajmowałem jako brat przywódców.

Dopiero kiedy weszliśmy po schodach i skręciliśmy w lewo, zorientowałem się dokąd mnie prowadzili. Kiedy zatrzymali się przed drzwiami do dawnego pokoju mojego zmarłego dziadka, byłem już tego całkowicie pewny. Nie wiedziałem tylko co miało się tam wydarzyć.

Otworzyli drzwi i wepchnęli mnie do środka, gdzie natychmiast poczułem na sobie spojrzenie wielu par oczu. Przeleciałem szybko wzrokiem po każdej twarzy. Lukas, Hannah, Christian, Nate, David i stojący na samym środku Mike. Wszyscy dowódcy, ale dostrzegłem tam też moją siostrę. Rose stała za Mike’iem jakby próbowała się przede mną ukryć, ale i tak ją widziałem. Przerażały mnie ich miny. Wszyscy patrzyli na mnie ze współczuciem. Nawet David, co było bardzo rzadkim i nieprawdopodobnym widokiem.

- Co się dzieje? – zapytałem, rozglądając się po pokoju.

Patrzyłem na Mike’a, który stał bliżej mnie, licząc że to on odpowie na moje pytanie, ale on milczał, a to Christian wystąpił do przodu.

 - Doszły mnie niepokojące wieści, Jason – zaczął, nie patrząc mi w oczy, chociaż położył rękę na moim ramieniu. – Jako główny dowódca, muszę coś zrobić.

Wiedziałem o co chodziło, chociaż tak bardzo chciałem się mylić. Spoglądałem ukradkiem na Mike’a, ale on patrzył w ziemię. Wszyscy zachowywali się dziwnie. Tylko Lukas, David i Nate mieli odwagę patrzeć mi w oczy.

 - Zadam ci pytanie i oczekuję szczerej odpowiedzi – kontynuował. – Czy współpracujesz z Olivią?

Spodziewałem się tego od momentu, gdy wepchnięto mnie do tego pokoju, ale dopiero kiedy Christian zadał to pytanie, moje serce przyspieszyło i nagle zrobiło mi się jakoś dziwnie gorąco. Minąłem Chrisa i podszedłem do Mike’a.

 - To nieprawda! – powiedziałem pewnie, próbując ukryć, że to kłamstwo. Była to odpowiedź na pytanie Christiana, ale mówiłem do Mike’a. – Ty im o tym powiedziałeś?

Dopiero teraz brat uniósł głowę i spojrzał na mnie z tą samą litością i współczuciem co na początku.

 - Tak, to ja powiedziałem o tym dowódcom, ale dałem ci szansę, bracie – wyznał. – Chciałem tylko byś był ze mną szczery. Gdybyś powiedział prawdę kilka dni temu, gdy o tym rozmawialiśmy, starałbym ci się pomóc, ale okłamałeś mnie. Zdradziłeś nas wszystkich i straciłeś nasze zaufanie, ale dałem ci szansę, byś je odzyskał. Nie skorzystałeś, więc musiałem donieść głównemu dowódcy, by zdecydował co z tym zrobić. Nie było mi łatwo, ale to był mój obowiązek względem dzikich i… – Przełknął ślinę. – I dziadka.

 - No pewnie… Gdyby chodziło o Davida, nigdy byś nikomu nie powiedział.

 - Gdybym zapytał wprost, David by mnie nie okłamał.

Wyobraziłem sobie w tym momencie szyderczy uśmieszek Davida, ale kiedy na niego spojrzałem, wcale go nie ujrzałem. Wciąż był tak samo smutny, chociaż byłem pewien, że ucieszy go, gdy Mike przy wszystkich pokaże jego wyższość nade mną. Musiał bardzo dobrze udawać, ale wewnątrz na pewno się cieszył. Byłem wściekły.

 - Nie współpracowałem z Olivią! – zawołałem.

 - Przestań, Jason… – poradził Christian. – Wilka nie oszukasz.

Wpatrywaliśmy się w siebie przez chwilę. Czułem jak całe moje ciało drżało, ale nie ze strachu a ze złości. Nie miałem jak się bronić. Znali prawdę i nie mogłem zaprzeczać, że było inaczej, ale gdybym próbował uciec, szybko by mnie złapali.

 - Więc co z tym zrobisz? – zapytałem bezradnie, ale z nutką złości w głosie. – Zabijesz mnie?

- Zabić? – Christian pokiwał głową. – My tak nie postępujemy, Jason. Nie chcemy zrobić ci krzywdy, jednak nie możemy pozwolić, by ktoś komu nie ufamy, nadal przebywał wśród nas, dlatego prosimy byś opuścił kryjówkę.

 - Dokąd mam iść?

 - Nie wiem. Nie jesteś jednym z nas. Nie jesteś już dzikim. Nie chcemy cię tutaj. Musisz odejść.

 - A jeśli odejdę do Olivii?

 - To twój wybór.

 - Mogę zdradzić jej wasze sekrety.

Christian zdążył już otworzyć usta, ale zamknął je, gdy zauważył, że Mike się poruszył, a potem do mnie podszedł. Byłem gotowy na kazanie starszego brata, ale kiedy już stanął przede mną, zdawało się, że sam nie wiedział co powiedzieć. Mruknął coś z miną jakby zaraz miał się rozpłakać, chociaż wiedziałem, że on by tego nie zrobił. W końcu mnie przytulił. Czułem jaki jest silny i czułem własną słabość. Kiedy się odsunął, jego dłoń wciąż spoczywała na moim ramieniu.

- Cokolwiek zrobiłeś, nadal jesteś moim bratem, ale to twoja ostatnia szansa – powiedział. – Odejdź i zacznij wszystko od nowa. Musielibyśmy cię zabić lub uwięzić, byś nie zdradził naszych sekretów, ale doceń, że dajemy ci wolność. Jeśli nawet teraz nie zrozumiesz swojego błędu i nadal będziesz trwać przy Olivii, będziemy walczyć po przeciwnych stronach. Stracę brata, a zyskam wroga. Chcesz tego…? Masz ostatnią szansę, by wybrać słusznie.

 - Sam sobie nie poradzę – zauważyłem. – Nie mogę nie być po żadnej stronie!

 - Jason! – Tym razem odezwała się Rose. – Zawsze narzekałeś na samotność, ale tak naprawdę zawsze miałeś kogoś za kim mogłeś się chować. Ciągle zmieniałeś strony, ale takie zachowanie musi się w końcu obrócić przeciwko tobie. Może już czas przestać wszystkich oszukiwać i choć raz być lojalnym chociażby w stosunku do samego siebie…?

 - Okej… Chcesz bym bym lojalny? – Popatrzyłem na każdego po kolei. Wiedziałem, że jeśli to powiem, Olivia stanie się moim wrogiem i stracę możliwość, by ponownie stanąć po jej stronie. – Nie jestem u was jedynym szpiegiem.

Nastała cisza. Reakcje były różne. Niektórzy patrzyli na siebie nawzajem, a inni nadal zachowywali się tak samo, prawdopodobnie mi nie wierząc.

 - Kto? – zapytał Chris.

 - Wierzysz mu?! – wykrzyknął zaskoczony, ale też widocznie zdenerwowany Nate.

 - Nie wiem, ale jeśli istnieją jakieś podejrzenia, muszę je sprawdzić.

 - Powinieneś. Nie tylko ja pomagałem Olivii – wyznałem, mrużąc oczy. – Nate też to robił.

Ostatnie zdanie wywołało w pokoju hałas, jakby znajdowało się tam kilkadziesiąt osób, a nie kilka. Słyszałem głównie oburzone głosy, ale też zdziwione i niedowierzające. Ja patrzyłem na reakcję Chrisa i Nate’a. Hybryda, wybawca, chłopak z przepowiedni… Znany również jako Nate, był na mnie wściekły. Pewnie miałby ochotę mnie zabić, ale wtedy tylko potwierdziłby moje zeznania, z których wciąż miał szansę się wybronić. Wilk, czarownik i człowiek w jednej osobie, potrafił panować nad szybkością bicia serca czy oddechem. Wiele wilków to potrafiło, a on był przecież kimś więcej. Christian nie sprawdzi czy mówi prawdę, a ja nie mam jak udowodnić moich oskarżeń. Zacząłem żałować, że to powiedziałem. To było głupie i nieprzemyślane. Działałem pod wpływem impulsu, bo… Bo Rose miała rację, a ja chciałem jej na siłę udowodnić, że się myliła.

 - Cisza! – zawołał w końcu przywódca i nagle w ciągu sekundy wszyscy zamilkli. – Jason, zdajesz sobie sprawę kogo oskarżasz o zdradę?

 - To, że jest jakąś hybrydą, która niby ma wszystkich uratować, nic nie znaczy! Myślicie, że on jest wybawcą, ale go nie znacie. Ja miałem okazję z nim pracować. Po stronie Olivii. Jeśli ja jestem zdrajcą, on również, więc proszę bardzo! Jestem wobec was lojalny i teraz mówię wam prawdę.

 - Powiedziałeś nam już tyle kłamstw, że trudno ci uwierzyć – zauważył David.

 - Sprawdźmy to – zaproponowała Rose. – Niech udowodni, że jest niewinny.

 - Nate potrafi kłamać – stwierdził Christian, a potem na krótką chwilę, na jego ustach pojawił się krótki, ledwo widoczny uśmiech, który natychmiast zniknął. – Sam go tego uczyłem.

 - Nie miałam tego na myśli – sprostowała Rose. Hannah poruszyła się w kącie. Ona wiedziała o co chodziło dziewczynie. – Użyjmy magii.

 Hannah, która do tej pory wydawała się nieobecna, podeszła bliżej, patrząc na Christiana. Lukas ruszył za nią, jakby bał się że coś jej się stanie i chciał być przy niej, by ją przed tym ustrzec.

 - Nate jest częściowo czarownikiem – Hannah rozwinęła myśl Rose. – Mogłabym się z nim połączyć.

 Na twarzy Christiana pojawiło się zainteresowanie, a w tej samej chwili u Nate’a dostrzegłem strach. Wiedziałem, że niebezpiecznie było zadzierać z hybrydą, ale nigdy go nie lubiłem i od początku chciałem mu jakoś zaszkodzić. W tej chwili nie myślałem o konsekwencjach, ale o swojej przewadze nad nim. Przestaliśmy grać w jednej drużynie.

 - To dobry pomysł – stwierdził Chris.

 - Czekaj… – wtrącił się Nate. – Chyba nie mówisz poważnie?! Wiesz czym jest połączenie? Myślisz, że pozwolę komuś wejść do mojej głowy?! Odkryć wszystkie sekrety, myśli, każdą część mojego życia?

 - Nate, wierzę, że to co mówi Jason to zwykłe kłamstwo, ale jako przywódca muszę być ostrożny. Połączysz się z Hannah i udowodnisz wszystkim, że jesteś po naszej stronie.

 - Jestem po waszej stronie! Jestem hybrydą z przepowiedni, pamiętacie?! Chris, nie jesteś czarownikiem. Nie wiesz czym jest połączenie.

 - Ja jestem i wiem – wtrąciła się Hannah, wyciągając do mnie rękę. – Kiedy się połączymy, ty też będziesz o mnie wszystko wiedział. To naprawdę bardzo zbliża czarowników i czarownice, ale jesteśmy przyjaciółmi i nie mam tajemnic, których nie mógłbyś odkryć. Dalej, Nate… Wiesz, że twoje sekrety będą u mnie bezpieczne.

 - A jeśli odmówię? – Pytanie kierował do Christiana, a ja z satysfakcją przyglądałem się jego porażce.

 - Nie możesz odmówić, Nate. Jesteś wybawcą, ale to ja jestem przywódcą i każę ci dowieść twojej wierności względem dzikich.

Hannah wciąż trzymała wyciągniętą rękę, w którą wpatrywał się Nate. Wszyscy czekali aż chłopak podejmie decyzję, a ja stałem z boku i z trudem powstrzymywałem się od zwycięskiego śmiechu, chociaż sam też przegrałem. W tej chwili nie przejmowałem się własnym problemem. Byłem ciekawy jak to się wszystko zakończy, wiedząc że jakkolwiek teraz postąpi, dowódcy i tak odkryją prawdę.

 - Nate, udowodnij z kim jesteś – powtórzył Christian.

 - Nie – rzekł cicho, kiwając głową. Przez chwilę miał pusty wzrok, ale potem go uniósł i cały się wyprostował, a jego głos stał się grubszy i pewniejszy. – Macie rację, pracuję z Olivią.

Zapanowała idealna cisza. Większość osób była zszokowana i rozglądali się po sobie nawzajem, próbując zrozumieć czy na pewno dobrze usłyszeli. Tylko ja się uśmiechałem, bo już nie mogłem się powstrzymać. Tylko wyraz twarzy Christiana się nie zmienił. Stał z lekko zaciśniętymi wargami, chociaż jego oczy nagle wydały się jakieś smutniejsze. Wewnątrz musiał być tak samo zdziwiony jak reszta.

 - Uwięzić go – zdecydował nagle Chris. – Nie możemy stracić wybawcy.

 - Nie… – sprzeciwił się Nate z zadziwiającym spokojem.

Na rozkaz przywódcy, kilka osób wyrwało się z osłupienia i ruszyło w kierunku Nate’a, ale chłopak natychmiast złapał Christiana za ramiona i zasłonił się nim, mocno przyciągając do siebie. Wszyscy się zatrzymali.

 - Nate, zostaw go! – rozkazał Lukas.

 - Bo co?

 - Dlaczego to robisz? – zapytała Hannah. – Nie jesteś już tym samym chłopakiem, którego odnaleźliśmy w Cleverin… Dlaczego? Dlaczego stajesz przeciwko nam?

 - Masz rację, zmieniłem się. Na lepsze… Kiedyś byłem głupi. Wmówiliście mi, że mogę wszystkich uratować, a ja chciałem wam pomóc, ale zrozumiałem coś. Jaki to ma sens, skoro sam musiałbym umrzeć? Dlaczego miałbym to robić dla jakiś nieznajomych.

 - Bo to właściwe. Kiedyś to rozumiałeś. Poza tym nie tylko ty będziesz musiał się poświęcić.

- O tak, Najprawdziwsi… Jak już jesteśmy ze sobą tacy szczerzy, to Alexandra najwyraźniej też nie chce umierać. – Wskazał na mnie. – Spytajcie Jasona jak mi nie wierzycie.

Nikt nie przejął się informacją o kolejnej zdrajczyni. Wszyscy ze strachem wpatrywali się w unieruchomionego przez chłopaka Christiana.

 - Sam nie wiem dlaczego kiedyś byłem taki głupi ani dlaczego zmieniłem zdanie – kontynuował Nate. – Wiem tylko, że uważacie się za tych dobrych, ale to wy chcecie mi odebrać życie, a Olivia nigdy, by tego nie zrobiła.

 - Nie znasz jej, Nate – wtrącił Mike. – Od lat z ukrycia działamy przeciwko niej. Udało nam się wystarczająco ją poznać. Jest najgorsza z całej Rady i jeśli myślisz, że ci w czymkolwiek pomaga, to na pewno robi to dla siebie.

 - Nie bądź głupi – odezwał się wreszcie David. Puść Chrisa i poddaj się. Jest nas więcej, nie masz szans.

Nate uśmiechnął się szyderczo.

 - Naprawdę myślicie, że macie jakiekolwiek szanse z hybrydą? – Zaśmiał się złośliwie. – Nie znacie nowego Nate’a, nie wiecie do czego jestem zdolny… Nawet nie wiecie jak się męczyłem, musząc udawać waszego przyjaciela. Cóż… – Spojrzał spode łba na grupkę dzikich. – Teraz już nie muszę udawać.

Przycisnął przywódcę jeszcze mocniej do siebie, obnażając kły i zanim ktokolwiek zdążył się ruszyć, zatopił je w ciele Christiana. Nie trwało to długo, ale wystarczająco, by wprowadził do jego organizmu wilczy jad. Wszyscy rzucili się na pomoc, ale Nate energicznie popchnął chłopaka na resztę osób i rzucił się do wyjścia. Akurat stałem tuż przy drzwiach, więc ledwo zdążyłem się odsunąć, gdy Lukas i Mike przemknęli obok mnie, próbując ścigać uciekiniera, chociaż sami wiedzieli, że nie mieli szans go złapać. Inni szybko złapali Christiana i zaczęli oglądać jego ranę.

Tego nie przewidziałem. Nie spodziewałem się, że Nate mógłby zranić Christiana czy kogokolwiek z dawnych przyjaciół, nawet jeśli był już po stronie Olivii. Ostatecznie i tak miał do tego doprowadzić z pomocą moją i Olivii, ale to co miało miejsce w tym pokoju, zdarzyło się dlatego, że zdradziłem prawdę o nim. Przecież równie dobrze mógłby ugryźć któreś z mojego rodzeństwa. Nie wiedziałem czy padło na Christiana, ponieważ był głównym dowódcą czy dlatego, że stał najbliżej, ale w obu przypadkach niewiele brakowało, by moi bracia znaleźli się na jego miejscu. Najpierw dziadek, teraz Chris…

Zauważyłem, że byłem jedyny, który nadal stał w miejscu. Wszyscy inni pochylali się nad rannym lub pobiegli za Nate’em, ale ja nie wiedziałem co powinienem robić. Zacząłem się bać, że jeśli Chris umrze, to mnie oskarżą o jego śmierć, więc w końcu też zainteresowałem się jego stanem. Podszedłem bliżej i wyjrzałem nad ramieniem Rose, która mówiła do niego, próbując nie dopuścić do utraty przytomności. Był blady, a oczy miał już ledwo otwarte, a rana… Zerknąłem na nią tylko na chwilę i od razu się odsunąłem, gdy dostrzegłem, że nadal tam była. Nie goiła się.

Zrobiło mi się słabo i musiałem się oprzeć o ścianę, ale nikt się mną nie przejmował. Przywódca był w gorszym stanie, więc wszyscy skupili się na nim.

Jad zdążył przejść do organizmu Cristiana, więc było za późno, by cokolwiek zrobić. Wszyscy już wiedzieliśmy, że umrze. Był chłopakiem mojej siostry… Ona na pewno znienawidzi mnie najbardziej i nigdy nie będę miał szczęśliwej i kochającej rodziny, o której marzyłem. Zwłaszcza, gdy nie będę mógł już skorzystać z okazji Olivii czy kogokolwiek.

Nate zniszczył wszystko, ale tak naprawdę sam też to zrobiłem. Wiedziałem, że to jakiś szaleniec i nie należało igrać z wybawcą, który był najpotężniejszą istotą na świecie. To koniec, straciłem wszystko.

—————————————————————————————————————————————

Hej, co u was? Czy ktoś w ogóle jeszcze to czyta? Wiem, że pewnie nie macie za dużo czasu i nie oczekuję, że będziecie zostawiać komentarze pod każdym wpisem, ale raz na jakiś czas byłoby miło, bym wiedziała, że ktoś jeszcze tu jest ze mną i moimi bohaterami. :( Jest ktoś? ;)

88 LIAM

0

 Slajd5

- Matteo!

Biegłem po schodach, chcąc jak najszybciej sprowadzić go na dół.

- Matteo!

Kiedy wpadłem do środka, wkładał już spodnie. Musiał mnie wcześniej usłyszeć i wstać już z łóżka. Była noc, więc na pewno spał, o czym świadczyły też jego potargane włosy.

 - Co się dzieje? – zapytał, widząc przerażenie na mojej twarzy.

- Coś jest nie tak z Mią…

Zaczął nasłuchiwać, uaktywnił swój wilczy słuch. Jej krzyki nie były głośne. Nie aż tak by usłyszał je bez wilczej pomocy, ale zbudziły tych, którzy mieli pokój bliżej niej. Widziałem jak próbował się skupić na dziewczynie, ignorując wszystkich pozostałych. Przyspieszone bicie serca, szybki oddech, stęknięcia i krzyki. Też byłem wilkiem, więc doskonale wiedziałem co słyszał.

Nagle rzucił się w stronę drzwi, więc pobiegłem za nim, próbując dotrzymywać mu kroku, chociaż nie było to łatwe. Był zaniepokojony i gnał jak oszalały do pokoju Mii, w którym zebrali się już chyba wszyscy nowicjusze, ale była tam też Alice. On dotarł ostatni, bo mieszkał najdalej i bez wilczego słuchu nie mógł usłyszeć, że coś się działo.

 - Przepuśćcie mnie – powiedział, przepychając się do dziewczyny. Nadal szedłem za nim, niczym cień.

Mia klęczała na ziemi, chwytając się jedną ręką za głowę, a drugą wbijając w podłogę. Simon wyciągał do niej dłoń i coś mówił, ale dziewczyna nie reagowała ani na niego, ani na stojącą z drugiej strony Alice.

 - Mia! – Matteo dopadł do niej, obejmując ją ramieniem. – Spójrz na mnie. – Wykonała polecenie, jednocześnie uczepiając się jego ramienia. Oczy miała zaczerwienione, a gdy nadchodziły kolejne fale bólu, mocno je mrużyła. – Mia, co się dzieje?

 Dziewczyna nie umiała mu odpowiedzieć. Patrzyła mu głęboko w oczy jakby z całych sił próbowała przekazać mu tą informację, ale ból jej to uniemożliwiał. W końcu Simon musiał powiedzieć za nią.

 - To musi być działanie magii – wyjaśnił. – Chciałem jej użyczyć własnej mocy, ale ona nie chce.

 - Powinnaś ją przyjąć – powiedział Matteo, ale ona tylko pokiwała przecząco głową, a potem nastąpił kolejny okrzyk. Natychmiast wyciągnął do niej rękę. – W takim razie użyj mojej.

Spojrzała na niego, jakby nie była pewna czy chce i czy powinna to zrobić, ale ostatecznie złapała jego rękę tak mocno, że nawet z pewnej odległości widziałem jak niechcący wbijała mu paznokcie w przedramię. Ubywała z niego energia, ale Mia robiła się silniejsza. Dał jej część swojej mocy, by zapanowała nad tym co się z nią działo, ale nie mógł zabrać lub przejąć na siebie jej bólu. Nikt z nas nie mógł. Z tym musiała poradzić sobie sama, wykorzystując jego i swoją magię.

W końcu jej się udało. Serce nadal biło jej nienaturalnie szybko, ale oddech zwolnił, a ból ustał. Przestała wbijać paznokcie w przedramię Matteo i odsunęła się od niego, opierając się bezsilnie o podłogę. Dopiero teraz odgarnęła włosy z twarzy i zaczęła szukać wzrokiem mnie i Simona. Podbiegłem do niej natychmiast.

 - Co to było? – zapytałem zaniepokojony.

 - Ktoś próbował się ze mną skontaktować – odpowiedziała, patrząc na Matteo, nie na nas.

 - Kto? – zapytałem.

 - Nie wiem… Nie robił tego tak jak powinien. Uderzył we mnie zbyt dużą mocą, przez co nie mogłam go dostrzec.

 - Ktoś niedoświadczony… – stwierdził Simon. – Możliwe, że ktoś poniżej szesnastu lat.

 - Może jakiś nowicjusz? – rzuciłem. – Przed ucieczką, próbowaliśmy przekonywać wielu nowicjuszy z każdej z grup. Może któryś zmienił zdanie?

 - Albo stał się narzędziem Olivii, by nas znaleźć – dodał Ryan. Wszyscy spojrzeliśmy na chłopaka. Mógł mieć rację.

- Wtedy użyłaby kogoś bardziej doświadczonego…

 - Kogoś kto natychmiast wzbudziłby nasze podejrzenia? – Ryan pokiwał głową. – Prawda jest taka, że jakiś niedoświadczony czarownik czy czarownica wzbudzają więcej zaufania. Od razu myślimy, że to przyjaciel i być może właśnie taki był plan Olivii?

 - Więc co powinniśmy zrobić? – zapytała Mia. – Ten ktoś może spróbować znowu. Co wtedy?

 - Znów cię skrzywdzi?

 - Może ten ktoś wpadnie na to jaki popełnia błąd i będzie próbował coś zmienić przy następnej próbie. Może użyje mniej mocy…

 - Albo więcej – dokończył Simon. – Wykończy cię.

 - Jeśli będę na to gotowa, lepiej sobie poradzę. Gdybym miała więcej mocy… Nie osłabię go, nie wiedząc kim jest, ale jeśli opanuję ból, może uda mi się utworzyć kilkusekundowe połączenie. Może wystarczy bym przekazała mu co robi źle.

 - Okej – zgodził się Simon. – Więc będę cały czas przy tobie i kiedy znów spróbuje, użyczę ci magii.

 - Nie!

 - Dlaczego?! Przyjęłaś moc Matteo, więc dlaczego nie chcesz mojej?!

Dziewczyna zerknęła na Matteo. Być może sądziła, że będzie mógł jej pomóc, ale on milczałem. Nikt nie wiedziałem nawet co było powodem jej niechęci do magii Simona, ale może miała jakiś powód, którego nie rozumieliśmy, bo byliśmy wilkami. Ale Simon był czarownikiem jak ona i też nie potrafił tego zrozumieć.

 - Nie chcę żeby coś ci się stało. Jeśli użyczysz mi magii, osłabniesz, a jeśli wtedy ktoś cię zrani, możesz umrzeć. Matteo jest starszy i silniejszy. Poza tym jest wilkiem, więc nie tak łatwo go zabić jak nas.

 - To że jest wilkiem, sprawia, że posiada mniej magii. Wiesz… Myślę, że chodzi o coś innego…

Czułem, że za chwilę dojdzie do kłótni. Wszyscy się w nich wpatrywali, czując się niezręcznie, będąc świadkami tego. Powinni załatwić to na osobności, a tymczasem stali tu wszyscy, oglądając tą scenę i słuchając kłótni.

 - Co masz na myśli? – zapytała zdziwiona Mia.

 Chłopak spuścił wzrok i przełknął ślinę. Chwilę się zastanawiał, zanim ponownie spojrzał na przyjaciółkę.

 - Coś przede mną ukrywasz – stwierdził. – Nigdy nic przede mną nie ukrywałaś… Jesteśmy przyjaciółmi, wiesz że możesz mi ufać, więc jeśli masz jakiś problem…

 - Nic przed tobą nie ukrywam Simon!

 - Serio? My czarownicy potrafimy czerpać magię z innych istot. To bardzo wygodne, szczególnie w przypadku wilków, kiedy możemy ją po prostu przejąć bez żadnych konsekwencji, ale przy czarownikach zawsze istnieje ryzyko połączenia. Niewielkie, ale gdyby się zdarzyło, poznałbym twoje myśli, które najwyraźniej bardzo chcesz przede mną ukryć.

Dziewczyna spojrzała na przyjaciela przymrużonymi oczami. On patrzył w ten sam sposób. Oboje byli bardzo poważni i skupieni, a atmosfera wydawała się napięta. Nie wiedziałem co mógłbym zrobić, by to przerwać, więc po prostu czekałem co będzie dalej.

 - A jeśli nawet masz rację? – zapytała w końcu. – Ufam ci, ale każdy z nas ma sekrety, które należy zachować dla siebie. Jestem pewna, że ty też masz swoje.

 - Mam – przyznał. – Ale jestem gotowy zaryzykować, że je poznasz.

Wyciągnął rękę, ale Mia do niego nie podeszła.

- Cóż… Najwyraźniej ja jeszcze nie jestem. Może kiedyś będę, ale jeszcze nie teraz.

 - Kiedyś… Rozumiem. – Skinął głową i odwrócił się do wyjścia.

 - Dokąd idziesz?! – zawołała za nim dziewczyna, więc przystanął na chwilę i na nią spojrzał.

 - Poznałem bliżej kilku dzikusów. Idę się z nimi spotkać.

Matteo postąpił nagle krok do przodu, wtrącając się do rozmowy. Nikt się tego nie spodziewał, ale on wyglądał na zaintrygowanego.

 - Czekaj! – Wyszedł na środek. – Kumplujesz się z dzikusami?

 - T-tak… – rzekł niepewnie. – Wszyscy się z nimi kumplujemy…

Matteo rozejrzał się. Wszyscy nowicjusze przytaknęli. Ja także.

 - Jak się z nimi porozumiewacie?

- Rozumieją trochę naszego języka. Czasami zdarzają się nieporozumienia, ale staramy się pokazywać no i… Uczymy się też ich języka. Czy… Czy to jakiś problem?

 - Nie… – powiedział z zastanowieniem. – To bardzo dobrze! Poznajcie ich, zaprzyjaźnijcie się… To może nam się przydać.

Popatrzyliśmy na niego zaskoczeni.

 - Wszystkie wilki i… Alice… – Patrzył z zamyśleniem na młodą czarownicę, która w każdej chwili mogła potrzebować więcej magii. – Zostaniecie tu z Mią, skoro nie chce pomocy czarowników. Reszta niech idzie integrować się z dzikusami.

 - A ty? – zapytała Alice.

 - Porozmawiam z Roxie. Obiecała dać mi odpowiedź czy nam pomogą. Jeśli zaprzyjaźnicie się z dzikusami… To nam bardzo pomoże.

Wyszedł. Wszyscy czarownicy i czarownice też wyszły, więc oprócz Alice i Mii, zostały tu same wilki. Nie było nas dużo, ale gdyby coś się działo, Mia na pewno będzie miała wystarczająco osób, by uzyskać więcej mocy.

 - Przyniosę ze spiżarni coś do jedzenia – zaproponowała Alice. – Musisz mieć dużo siły, by używać magii.

Ucieszyłem się, gdy odeszła. Od razu przysunąłem się bliżej Mii i nachyliłem się do niej, jak najbardziej ściszając głos, chociaż wiedziałem, że będąc w otoczeniu wilków, musiałem liczyć się z możliwym brakiem prywatności. Wilki zawsze były ciekawskie i nigdy nie było wiadomo kiedy słuchały.

 - Mia, chciałbym z tobą zostać, ale… – zacząłem. – Obrazisz się jeśli cię tu zostawię? Masz wiele wilków…

 - Co chcesz zrobić?

 - Pójdę za Matteo. Wiem, że chce dla nas jak najlepiej, ale jeśli coś pójdzie nie tak, on nie powie nam wszystkiego. Wiesz o tym. Jeśli tam będę, usłyszę wszystko.

 Mia odwróciła głowę, by spojrzeć w kierunku, w którym odeszła Alice. Kobiety nie było widać. Jeśli ktokolwiek z tego pokoju mógłby mieć coś przeciwko, to tylko ona.

 - Okej, idź – godziła się Mia.

- Co z nią? – Nie musiałem mówić, że chodziło o Alice.

 - Nie wiem. – Wzruszyła ramionami. – Coś wymyślę… Idź już, zanim wróci.

Przytuliłem ją na pożegnanie, a potem wybiegłem z pokoju. Niektórzy nowicjusze zaczęli się za mną oglądać, ale żaden nic nie powiedział. Nie wiedziałem czy słyszeli naszą rozmowę i wiedzieli dokąd szedłem.

Matteo zdążył już spotkać się z Roxie. Kobieta tak samo jak i ostatnim razem, była pełna gracji i wdzięku. Chociaż nosiła takie same ubrania jak dzikusy i również była cała brudna, prezentowała się dużo lepiej. Głowę miała delikatnie uniesioną, a krok zdecydowany, a jednocześnie lekki. Twarz groźną, ale też uprzejmą. Głos potężny i władczy, a z drugiej strony łagodny. Tak kobieta była pełna przeciwieństw, co czyniło ją jeszcze większą zagadką.

 - Wiem, że obiecałam dać dzisiaj odpowiedź, ale sądziłam, że poczekasz chociaż do rana – powiedziała, ziewając. – Jak się czują pana towarzysze? – zapytała grzecznie, podając Matteo kubek jakiegoś napoju.

 - Czuliby się lepiej, gdyby wiedzieli, że mają sojuszników i nie muszą bać się o własne życie w każdej sekundzie.

 - Nikt nie lubi czuć się zagrożony – stwierdziła.

 - Dziś mieliśmy dostać odpowiedź – upomniał się Matteo.

 - Tak… Wie pan, że to nie jest łatwa decyzja. Zanim ją podejmę, chciałabym wiedzieć jaki ma pan plan.

 - To znaczy…?

 - Jeśli będzie miał pan moich ludzi po swojej stronie, co pan zrobi?

 - Chodzi o obronę przed Najprawdziwszą Wśród Czarownic i dzikimi…

Roxie przyglądała mu się chwilę, aż wreszcie wstała i zaczęła krążyć wokół stołu, jakby się nad czymś zastanawiała. Wzrok Matteo wędrował za nią.

 - Wojny nie wygrywa się przez samą obronę. Najważniejszy jest atak. Jeśli nie będzie miał pan planu, a ja zdecyduję się pomóc, wyślę moich ludzi na pewną śmierć. – Znów usiadła naprzeciwko Matteo. – Mam wielu ludzi, którzy radzili sobie w najgorszych warunkach. Potrafią walczyć i mogą wygrać wojnę, ale muszą wiedzieć z kim walczą, o co walczą… Proszę mi o tym opowiedzieć. Nawet nie wiemy co się dzieje po ciemnej stronie. Jeśli mamy być skuteczni, musimy wiedzieć wszystko. Proszę od początku… Jak to się zaczęło?

 Matteo musiał się chwilę zastanowić, jakby nie wiedział co było początkiem, lub musiał go przywoływać z najgłębszych zakamarków pamięci. Pewnie bał się, że o czymś zapomni, a gdy pominie coś istotnego, może to wpłynąć na niepewną decyzję Roxie.

 - Alice pewnie mogłaby powiedzieć więcej na ten temat, ale myślę, że zaczęło się, gdy Najprawdziwszy Wśród Wilków zachorował… Wtedy nikt jeszcze nie podejrzewał, że to nie była zwykła choroba. Potem pojawił się Nate… Okazało się, że chłopak był kluczem do wszystkiego…

 - Co to za chłopak? – zainteresowała się, marszcząc brwi.

 - Z przepowiedni. – Matteo uniósł wzrok na Roxie i zdał sobie sprawę, że to też będzie musiał wyjaśnić. – Pewnie wiecie, że konflikt między gatunkami rozpoczął się dawno temu, gdy narodził się chłopiec, będący jednocześnie człowiekiem, wilkiem i czarownikiem. Kiedy odkryto kim jest, zaczęto się go bać, więc go zabito, poświęcając przy tym po jednym przedstawicielu każdego gatunku. Przepowiednia mówi, że cała czwórka powróci, by znów nastała jedność. Nate był tym chłopcem, a teraz powrócił po latach, by wypełnić przepowiednię. Z początku nie wiedzieliśmy, że to on, ale Olivia musiała to wiedzieć.

 - W jaki sposób chłopak ma ją wypełnić?

 - Najpierw trzeba pozbyć się tej trójki, którą poświęcono razem z nim. Nazywają ich Najprawdziwszymi, tak jak członków Rady. Można ich zabić tylko podczas pełni. Muszą wypić krew hybrydy, by podczas śmierci, przekierować na niego całą swoją magię. Tylko kiedy będzie miał moc Najprawdziwszych, będzie mógł poświęcić sam siebie. Sam musi wypowiedzieć zaklęcie, a kiedy się zabije, przepowiednia zostanie spełniona. Oczywiście nie możemy do tego dopuścić.

 - Dlaczego?

 - Przepowiednia mówi, że zapanuje jedność, ale tak na prawdę nie wiemy co to znaczy. Minęło wiele lat od wybuchu konfliktu, ale przepowiednia nie mówi, że to wszystko naprawi, że będzie tak jak wcześniej i że będziemy szczęśliwi. Przepowiednia gwarantuje nadejście ogromnych zmian, ale nie mamy pewności, że na lepsze. Co tak naprawdę kryje się pod tym słowem „jedność”? Brzmi dobrze, ale wraz z nią, zmieni się wszystko. Przepowiednia daje nam tylko jedną pewną rzecz. Zmianę.

 - Zmianę, której się boicie… Tak jak kiedyś baliście się tego chłopca. Jestem pewna, że żadne dziecko nie rodzi się od razu złe, a jednak tak je potraktowano.

 - Kiedy go zabito, nie był już dzieckiem.

 - Więc, gdyby to miało miejsce dzisiaj… Też by go pan zabił?

 - To nie jest to samo. Kiedyś było inaczej. Ktoś tak potężny jak on, mógł zrobić wszystko. Gdyby chłopak okazał się zły, nie daliby rady go pokonać.

 - Mówi pan jakby tam był… Jakby to widział…

 - Pomożesz nam czy nie? – zapytał zdenerwowany.

 - Gdzie ten chłopak jest teraz?

  – Nie wiem. Wydaje nam się, że Olivia go kontroluje wbrew jego woli, ale nie wiemy gdzie teraz może przebywać.

 - Co chcecie z nim zrobić?

Matteo zastanowił się chwilę. Obserwowałem wszystko zza krzaków i słuchałem dzięki wilczym zmysłom. Kiedy Roxie zapytała o Nate’a, też chciałem znać odpowiedź. Kiedyś byliśmy przyjaciółmi, a jeśli jego zmiana była winą Olivii, to chciałem mu pomóc. Nie obchodziło mnie, że był hybrydą z przepowiedni. Dla mnie był przyjacielem i nie chciałem by cokolwiek mu się stało.

 - Pomóc mu – odpowiedział Matteo, a ja odetchnąłem z ulgą, chociaż jeszcze nie wiedziałem na czym ta pomoc miałaby polegać. – Trzeba go uwolnić od Olivii.

 - Jak chce pan powstrzymać przepowiednię?

 - Nate musi przejąć magię Najprawdziwszych, by dokonać przepowiedni… Jeśli któregoś z nich zabraknie, nie uda mu się.

 - Oszczędzi pan chłopaka, ale zabije kogoś innego?

 - Kogoś trzeba poświęcić. Nate to młody, niewinny chłopak, który zasłużył na normalne życie. Najchętniej nikogo bym nie zabijał, ale jeśli trzeba, jestem pewien, że któryś z Najprawdziwszych popełnił więcej grzechów niż Nate. Poznałem Alexandrę… Najprawdziwszą Wśród Ludzi… Któreś z nich musi umrzeć, by ocalić cały świat przed przepowiednią.

Widziałem smutek na jego twarzy, gdy to mówił. Zabić kogoś, kto na to nie zasłużył…

 - Oczywiście trzeba to zrobić podczas pełni – kontynuował. – Najprawdziwsi mają kontakt z Nate’em, więc mogą pić jego krew, gdyby ktoś ich zabił. Nie możemy ryzykować. Trzeba porwać Najprawdziwszego i uwięzić go do czasu, gdy krew hybrydy opuści jego organizm. To jest nasz plan.

 - Hm…

Roxie wstała i znów zaczęła krążyć wokół stołu. Rozumiałem, że decyzja, którą musiała podjąć, była trudna. Każda sekunda niepewności, była dla mnie torturą, więc nawet sobie nie wyobrażałem co musiał czuć Matteo. To on przyjął rolę dowódcy i naprawdę starał się jak najlepiej ją wykonywać. Zdawał sobie sprawę, że jesteśmy w tym wszystkim razem i nie ma już odwrotu.

 - Niech mi pan powie… – odezwała się Roxie, na co Matteo natychmiast się wyprostował. – Kto jest dla was większym wrogiem? Najprawdziwsza Wśród Czarownic czy dzicy?

 - Olivia podporządkowała sobie Nate’a, a my chcemy go od niej uwolnić, ale to dzicy chcą spełnienia przepowiedni.

 - Czy nie łatwiej by było, pozwolić im walczyć ze sobą, a samemu się ukryć?

 - Nie będziemy się chować, gdy chodzi o naszą przyszłość! – zdenerwował się Matteo. – Będziemy walczyć niezależnie od tego czy nam pomożecie czy nie!

 - Jak pan chce… Zostańcie u nas tak długo jak będziecie chcieli. Jeśli ktokolwiek zaatakuje, będziemy walczyć, ale tylko po to, by chronić własnego domu. Nie wyrzucamy was stąd, ale nie możemy też pomóc wam w wojnie. Nas ona nie dotyczy. Nie znamy przepowiedni, ani chłopaka, o którym pan mówił. Nie wiemy co jest słuszne i kto z was ma rację, więc nie będziemy stawać po żadnej ze stron. Jeśli chcecie się ukryć, jesteśmy otwarci, ale nic więcej nie możemy zrobić. Przykro mi…

 - Wcale nie. – Matteo wstał. – Nie jest ci przykro. Mimo to, dziękuję, że możemy zostać.

 Roxie uśmiechnęła się do niego przyjaźnie, podając mu dłoń. Mężczyzna uścisnął ją, a potem po prostu odszedł. Patrzyłem przez chwilę o co chodziło. Dlaczego on odchodził?! Nie mogłem uwierzyć, by tak po prostu to zaakceptował. By się poddał. Przecież wiedział, że dzikusy były naszą jedyną nadzieją, by wygrać z Olivią i dzikimi. Bez nich nie mieliśmy żadnych szans.

Kiedy już się trochę oddalił, ruszyłem za nim. Wybrałem dłuższą drogę niż on, ale pobiegłem, więc znalazłem się w zamku szybciej niż on. Wszedłem do pokoju, w którym zostawiłem wcześniej Mię, a wzrok nowicjuszy natychmiast padł na mnie. Niektórzy już wrócili, bo widziałem wśród nich też czarowników, ale Simona tam nie było. Ignorując to podszedłem do Mii i usiadłem obok niej.

 - W porządku? – zapytałem.

 - Nikt nie próbował się kontaktować, jeśli o to pytasz. Dowiedziałeś się czegoś.

W tej chwili Matteo wszedł do pokoju. Na jego widok wszyscy ucichli i zrobili poważne miny. Był naszym przyjacielem, ale bycie dowódcą sprawiło, że nabrano do niego większego szacunku i niektórzy zaczynali się go bać.

Stanął przed nami i chwilę mi się przyglądał, ale potem przeniósł wzrok na Mię.

 - Możecie się rozejść – zawołał Matteo. – Zajmę się Mią. – Schylił się nad nią. – Powinniśmy pogadać na osobności.

Nowicjusze zaczęli opuszczać pokój, więc i ja wyszedłem. Poszedłem do siebie, rzuciłem się na łóżko i wyjąłem z szuflady prezent, który dostałem kiedyś od rodziców. Nate powiedział mi, że to kostka Rubika i pokazał do czego służy. Od tamtego czasu próbowałem ją ułożyć, ale jeszcze mi się to nie udało. Kiedy przestaliśmy być przyjaciółmi, zapomniałem o niej, ale gdy mieliśmy uciekać z Matteo i Alice, z jakiegoś powodu wziąłem ją ze sobą. Teraz pierwszy raz ją wyjąłem. Była moją pamiątką po rodzicach, ale teraz, gdy miałem ją w rękach, myślałem nie o nich, a o przyjacielu, który większość życia spędził za granicą i który na początku znajomości wydawał mi się naprawdę niesamowity. Zawsze słuchałem jak opowiadał mi coś o świecie, który był mi obcy. Marzyłem, że pewnego dnia i ja będę miał okazję wyruszyć gdzieś daleko za granicę i zobaczyć to wszystko na własne oczy, ale teraz coraz bardziej zaczynałem rozumieć, że to niemożliwe, że to nigdy się nie stanie.

Kiedy drzwi do mojego pokoju się otworzyły, myślałem, że to Simon, ale myliłem się. Matteo najwyraźniej skończył już gadać z Mią i teraz przyszła kolej na mnie.

 - Usłyszałeś to co chciałeś? – zapytał.

Zmarszczyłem brwi, ściągając nogi z łóżka. Matteo usiadł na drugim jego końcu i patrzył mi w oczy, z lekkim uśmieszkiem na ustach.

 - Wiem, że podsłuchiwałeś moją rozmowę z Roxie – powiedział. Nie wydawał się być o to zły.

Otworzyłem usta, by zacząć się tłumaczyć, ale on był szybszy.

 - Dowiedziałem się dzięki Roxie. Nie wiem czy zauważyłeś, ale ciągle spoglądała w twoim kierunku. W końcu zrozumiałem dlaczego ciągle patrzyła w tamto miejsce. Już na początku mówiła, że jest dobrą obserwatorką.

 - Nie chciałem…

 - Wiem. Nie przeszkadza mi, że to słyszałeś. Bardziej martwi mnie to, że Roxie nie chce pomóc.

 - Dlaczego bardziej nie naciskałeś? To nie w twoim stylu.

 - To by nic nie dało. Pierwszego dnia postępowałem zbyt ryzykownie w stosunku do Roxie, ale teraz jestem ostrożniejszy. Jeszcze ją przekonamy, ale potrzebujemy więcej czasu, więc miejmy nadzieję, że Olivia będzie zbyt zajęta dzikimi, by się nami przejmować.

Widziałem, że Matteo spoglądał na moją kostkę Rubika. Zastanawiałem się czy on też wiedział co to było. Przecież był Obrońcą i przeżył wiele misji. Był bardzo dobrym żołnierzem, więc pewnie wyruszał też za granicę i poznał tamten świat.

 - Jeśli chodzi o Nate’a… – zacząłem niepewnie. – Naprawdę to Olivia go zmieniła?

 - Prawdopodobnie.

 - Więc, gdy próbował mnie zabić… To tak naprawdę nie był on?

 - Nie wiem co dokładnie Olivia mu zrobiła i jak to działa. Byłem instruktorem Nate’a dość krótko, ale nie sądzę, by z własnej woli chciał skrzywdzić kogokolwiek, a zwłaszcza ciebie.

 - Wiedziałem, że coś było nie tak. Nie sądziłem tylko, by Olivia miała z tym coś wspólnego. Ale… Naprawdę mu pomożemy?

 - Spróbujemy. Teraz musimy myśleć o innych sprawach. Mia… W każdej chwili może potrzebować więcej magii. Jestem pewien, że wolałaby mieć przy sobie najlepszego przyjaciela.

 - Pewnie, zostanę z nią.

 - Dobrze, na to liczyłem.

Patrzył na mnie jeszcze przez chwilę, ale gdy żadne z nas już nic nie mówiło, w końcu wstał i wyszedł, a ja poszedłem do Mii. Było tam dużo spokojniej, gdy w pokoju została tylko ona. Światło było już zgaszone i świeciła się już tylko stara lampka na stoliku, a dziewczyna siedziała na łóżku z podkurczonymi nogami.

 - Nie wiem czy uda mi się zasnąć – powiedziała, gdy dostrzegła mnie opierającego się o drzwi.

Podszedłem bliżej i usiadłem obok niej na łóżku, opierając się o ścianę i podwijając nogi jak ona.

 - Zostanę z tobą do rana – powiedziałem. – Nie musimy spać.

Oparła głowę na mojej piersi, a ja objąłem ją ramieniem. Na szczęście też nie byłem śpiący, więc nie przeszkadzało mi przesiedzenie z nią reszty nocy.

87 JASON

0

jason

 - Powiedz prawdę, Jason! – warknął Mike, pochylając się nade mną.

Kiedy powiedziano, że chce mnie widzieć, nie wiedziałem jeszcze o co chodziło, ale gdy tylko kazał mi usiąść w fotelu, robiąc tą swoją zatroskaną minę, wiedziałem już, że to nie miało być miłe spotkanie.

 - Dlaczego mnie o to oskarżasz? – zapytałem, próbując brzmieć niewinnie.

Oderwał ręce od fotela, odchodząc ode mnie, więc mogłem się wreszcie wyprostować. Był wściekły. I ja też byłem.

- Dostałem informację, że współpracujesz z Olivią, bracie. Nie mogę tego po prostu zignorować!

- Kto ci to powiedział?

 - To nieważne. Chcę tylko wiedzieć czy to prawda.

 Patrzył na mnie pustym, a jednocześnie wściekłym wzrokiem. Wiedziałem co chciał usłyszeć, ale gdybym to powiedział, moje serce zaczęłoby szybciej bić. Nie wiedziałem czy by to usłyszał. W Grooveland nigdy nie było wiadomo kiedy zmysły wilków pracowały tak jak powinny, a kiedy były zakłócane przez silniejszą magię.

 - Wierzysz, że mógłbym to zrobić? – zapytałem wymijająco.

 - Nie wiem w co wierzę! Jesteś moim bratem i chcę ci ufać, ale…

 - Ale nie ufasz – dokończyłem za niego. – Nie ufasz mi, bo jestem człowiekiem.

 - Wiesz, że nie o to chodzi.

 - Zawsze o to chodzi, Mike! Zawsze!

 - Wiesz… – Położył ręce na biodrach. – Mam tego dość. Znów próbujesz mi pokazać, że to ty jesteś ofiarą i wszyscy są przeciwko tobie, ale fakt, że jesteś człowiekiem stał się twoją stałą wymówką i nie potrafisz zrozumieć, że to nie ma dla nikogo znaczenia. Uważasz to za swoje przekleństwo, ale sam je nim uczyniłeś, bo nie potrafisz zaakceptować tego kim jesteś, chociaż inni już dawno to zrobili.

 - Oh, tak… Rodzice zaakceptowali, że jestem człowiekiem – zauważyłem ironicznie. – Dziadek też to zaakceptował…

 - Oni wszyscy nie żyją, Jason! Może nie miałeś najlepszego dzieciństwa, ale nie jesteśmy już dziećmi! Jesteśmy dorośli i jesteśmy braćmi, bez względu na to kim się urodziliśmy! – Uklęknął przy mnie i zajrzał głęboko w oczy, jakby chciał mi się oświadczać. – Ty, ja, Rose i David… Wszyscy jesteśmy rodziną i musimy o siebie dbać, rozumiesz?

 - Nie jestem pewny czy David ma takie samo zdanie na ten temat…

 - David ci tego nie powie, ale cię kocha. Tak samo jak ja i Rose, ale… Jeśli nas zdradziłeś, musimy o tym wiedzieć…

Miałem nadzieję, że udało mi się zmienić temat i sprawić, by Mike zapomniał o tej kwestii, ale on nadal miał to w pamięci i nalegał, bym wyznał prawdę. Nie mogłem tego zrobić. Wszystko co uczyniłem, zrobiłem po to, by odzyskać rodzinę, ale oni tego nie zrozumieją. Uznają to za zdradę, chociaż wiem, że nigdy nie skrzywdziłbym rodzeństwa. To prawda, że zawsze wybierałem zwycięską stronę. Zawsze robiłem to, by przetrwać i nie rozumiałem tych głupców, którzy nawet wiedząc, że umrą, trzymali się cały czas swojego zdania. Dla mnie własne życie było jedną z najwyższych wartości, ale rodzina była ponad tym.

- Dlaczego ty się tym zajmujesz? – Naszło mnie nagle pytanie. – Przecież to Christian jest głównym przywódcą.

 - On jest przywódcą, ale ja jestem twoim bratem. Osoba, która podała mi tą informację, nie chciała cię zniszczyć, tylko ci pomóc i dlatego powiedziała to mi, pozwalając zdecydować co z tym uczynię.

 - I co uczynisz?

 - Christian powinien wiedzieć, że istnieją podejrzenia, że nas zdradziłeś. Nie mówiąc mu, ryzykuję własną pozycją, a nawet życiem… Dla ciebie. Czy to nie wystarczający dowód, że cię kocham? – Odszedł ode mnie i odwrócił się tyłem, opierając się o stół i stukając w niego dwoma palcami. – Nie rozmawiam z tobą jako jeden z dowódców, ale jako brat, który chce ci pomóc. Jeśli mam cokolwiek dla ciebie zrobić, muszę znać prawdę. Zdradziłeś nas czy nie?

 Starałem się to przedłużać i odwlekać jak tylko mogłem, ale to pytanie wciąż pojawiało się na jego ustach, sprawiając, że czułem się coraz mniej bezpiecznie, a coraz bardziej obco i to nie tylko w tym pokoju, ale w całej kryjówce pełnej dzikich.

 - A jeśli to zrobiłem to co? – zapytałem nagle.

 - A zrobiłeś? – Spojrzał na mnie zainteresowany, mając nadzieję, że wreszcie coś powiem. – Przyznajesz się do tego?

- Nie, ale co gdyby to okazało się prawdą?

 - Nie wiem… Próbowałbym cię chronić, ale to nie byłoby łatwe. Musiałbym porozmawiać z Rose i Davidem…

 - Cóż, nie zrobiłem tego – rzuciłem poważnym tonem.

Wiedziałem co powiedziałby David, gdyby dowiedział się o mojej zdradzie. Mike zapewniał mnie, że jesteśmy rodziną, ale prawda była taka, że David nigdy nie widział we mnie brata. Nie wymyśliłem sobie tego. Mike nie miał racji. Miał to szczęście, że urodził się wilkiem po ojcu. Rose i David byli bliźniętami z mocą naszej matki, która była czarownicą, a ja… Jako jedyny do nich nie pasowałem. To miało znaczenie. Nawet Mike traktował mnie przez to inaczej, chociaż próbował udawać, że to nieprawda. Zawsze byłem wyrzutkiem, całkowicie wykluczonym z tej nienormalnej rodzinki.

 - Jesteś pewny? – upewniał się Mike, ponownie się nade mną pochylając. – Lepiej mnie nie okłamuj, bracie…

Moje serce waliło jak szalone. Im bardziej się pochylał i im głębiej zaglądał mi w oczy, tym było coraz gorzej. Ci, którzy znali prawdziwą magię i wiedzieli, że to ona rządzi światem, nie wierzyli w Boga, który istniał poza granicami Grooveland. Ja też w niego nie wierzyłem, ale w tej chili zacząłem się do niego modlić w myślach. W takich sytuacjach, człowiek łapie się wszystkiego co tylko możliwe.

 - Nie współpracuję z Olivią – wycedziłem przez zęby. – Nigdy was nie zdradziłem.

Mike zmrużył oczy i przyglądał mi się jeszcze przez chwilę. Wyglądał jakby się nad czymś zastanawiał, a ja trwałem w bezruchu, w obawie, że nie udało mi się opanować mojego bijącego w szalonym tempie serca i że brat mógł coś usłyszeć.

 - Dobrze! – zawołał wreszcie, oddalając się na drugi koniec pokoju. – Skoro tak mówisz…

Odetchnąłem z ulgą. Gdyby nadal coś podejrzewał, powiedziałby to.

 - Mogę już iść?

 - Pewnie!

Wstałem gwałtownie z fotela, ciesząc się, że to już koniec. Dawno się tak nie denerwowałem jak podczas tej rozmowy, ale na szczęście moja współpraca z Olivią nie wyszła na jaw. Mike mi uwierzył. Niepokoiło mnie jednak coś innego. Ktoś doniósł Mike’owi, a jedyną osobą, która o tym wiedziała, była Alexandra. Nie musieliśmy się lubić, ale działaliśmy razem, więc mój upadek, oznaczałby również jej upadek. Brat powiedział, że ta osoba nie chciała mnie zniszczyć, ale mi pomóc, a Alex z pewnością nie chciała mi pomagać, więc musiała mieć w tym jakiś inny interes. Musiała mieć powód, by chcieć mi zaszkodzić, ale nie sądziłem, by dowiedziała się o tym, że nie udało mi się nic załatwić w jej sprawie z Olivią. Na pewno nie wiedziała, że to zwykłe oszustwo i ostatecznie ona też stanie się ofiarą, jak reszta Najprawdziwszych.Musiało chodzić o coś innego, a ja musiałem się dowiedzieć o co.

Wiedziałem gdzie miała pokój. Wychodząc od Mike’a, ruszyłem prosto do niej. Byłem wściekły, że mnie okłamała i sprawiła, że brat jeszcze mniej mi ufał. To wszystko miało na celu zbliżyć się do rodziny, a takie zachowanie tylko mnie od niej odsuwało.

Słyszałem, że ktoś za mną biegł, ale byłem zbyt wkurzony, by się odwrócić. Kiedy ta osoba pociągnęła mnie za rękaw, byłem już prawie przy drzwiach do pokoju Alexandry i nie miałem zamiaru się zatrzymywać. Wyrwałem się nieznajomemu, ale on znów mnie pociągnął, więc musiałem opanować na chwilę emocję i odwrócić się do niego.

Stał przede mną przystojny chłopak w moim wieku. Już go gdzieś widziałem, ale nie potrafiłem sobie przypomnieć gdzie i w jakich okolicznościach.

 - Musimy pogadać – powiedział.

 - Nie teraz.

  – To ważne – nalegał.

 - Nie teraz, jasne?!

Nie spodobało mu się, że na niego krzyknąłem, ale nie był zły, a raczej urażony. Najważniejsze, że mnie puścił i cofnął się, a ja mogłem biec dalej.

Wpadłem do pokoju, otwierając szeroko drzwi. Nie pukałem, nie czekałem aż Alex mnie wpuści. Wbiegłem do środka i zauważając dziewczynę, od razu rzuciłem się w jej kierunku. Była wyraźnie zaskoczona moim widokiem i nie wiedziała co się działo, gdy poderwałem ją do góry i przycisnąłem do ściany, trzymając za jej bladą szyję.

 - Dlaczego to zrobiłaś?! – warknąłem.

 - O czym mówisz?!

 - Nie udawaj! Wiem, że to ty powiedziałaś Mike’owi o moich kontaktach z Olivią!

Zacisnąłem palce na jej szyi, chociaż wiedziałem, że tak łatwo nie zabiję Najprawdziwszej. Przynajmniej będzie cierpiała.

 - Jason, puść mnie. Porozmawiajmy – przekonywała.

 - Powiedziałem, że ci pomogę, a ty wystąpiłaś przeciwko mnie. Dlaczego?!

 - Jason, to nie byłam ja, okej? Jeśli ktoś jeszcze wie o twojej współpracy, musimy się dowiedzieć kto i się go pozbyć. Razem.

 - Nie wierzę ci. Od początku ci nie ufałem.

 - Też ci nie ufam, ale nie mam wyboru. Tylko ty mi możesz pomóc, więc po co miałabym ci szkodzić?

 - Właśnie tego chcę się dowiedzieć.

 - Słuchaj… Jesteśmy w tym razem, więc puść mnie i odkryjemy kto spiskuje przeciwko nam.

Puściłem ją, chociaż zrobiłem to niechętnie. Jedyne co miała zrobić, to trzymać mój sekret w tajemnicy. Jeśli nie ona, to musiał być Nate, ale chociaż żadnemu z nich nie ufałem, to nie sądziłem, by stał za tym chłopak z przepowiedni. Nie był aż tak głupi. Jeśli chodziło o dziewczynę, była tylko problemem, którego nie dało się tak łatwo pozbyć. Najprawdziwszej nie dało się po prostu zabić jak każdą inną istotę. Inaczej mógłbym się jej pozbyć i już by mi nie zagrażała.

 - Jak chcesz to odkryć? – zapytałem.

 - Kto mógłby coś wiedzieć? Może coś usłyszeć? Zobaczyć?

 - Wiecie tylko ty i Nate. Nate na pewno nic nie powiedział.

 - Więc musiałeś być nieostrożny i ktoś cię nakrył.

 - Albo ciebie – stwierdziłem po chwili.

 - Nie, tylko ty jesteś taki głupi, by tak perfekcyjnie to zepsuć – powiedziała. Najwyraźniej stała się odważniejsza, gdy nie stała już przy ścianie z palcami zaciśniętymi na jej szyi.

 - Byłem ostrożny – stwierdziłem, ignorując jej zaczepkę. – Nie możliwe, by ktoś mnie nakrył.

 - Więc będziemy musieli dowiedzieć się od twojego brata, kto przekazał mu taką informację.

 - Nie, Mike nic nie powie.

Uśmiechnęła się bez powodu. A może miała jakiś dziwny powód, którego nie rozumiałem.

 - Jason, nadal nie rozumiesz co to znaczy być jedynym człowiekiem posiadającym magię… Mi nic nie powie i tobie też, ale przecież mogę być kimkolwiek lub czymkolwiek zechcę.

 - Więc… Kim lub czym będziesz?

 - O to się nie martw. Wracaj do siebie i bądź ostrożniejszy, a ja się dowiem kto nam zagraża, byśmy mogli go wspólnie usunąć.

Tak, to był jakiś plan. Mogło się udać, ale wolałbym mieć w tym większy udział. Bałem się uzależniać nasz sukces jedynie od Alexandry, ale w tej sytuacji nie miałem wyboru. Jej plan był dobry i jej też zależało, by się powiódł.

Wierząc, że ona wszystko załatwi, wyszedłem z jej pokoju bez pożegnania. Jak się okazało, czasami nawet stawanie po wygranej stronie, okazywało się niebezpieczne.

Postanowiłem wrócić do własnego pokoju. Wolałbym skręcić w korytarz prowadzący do Adama, ale nie wiedziałem czy po rozmowie z bratem, a potem z Alexandrą, umiałbym udawać przy nim, że wszystko było w porządku. To prawda, że gdy wszystko zaczynało się walić, marzyłem tylko o tym, by znaleźć się w jego bezpiecznych ramionach, ale Alexandra kazała mi być ostrożnym. Nie żebym jej słuchał, ale w tym przypadku miała rację i nie musiała mi nawet o tym mówić, bym wiedział, że to konieczne. W takim stanie, nie powinienem przebywać wśród tych, na których mi zależało, bo mogliby coś zauważyć. Za dobrze mnie znali. Dlatego właśnie moim celem stał się teraz własny pokój, w którym nie naraziłbym się na zdemaskowanie. Teraz nie był dobry czas na wizyty. Nie mogłem iść porozmawiać z Rose, ani pójść szukać pocieszenia u Adama. Bardzo tego chciałem, ale musiałem robić to co należało i nie ryzykować.

Gdy tylko wyszedłem zza rogu, chłopak, który stał oparty o skalną ścianę przy moim pokoju, natychmiast się wyprostował. Całkowicie o nim zapomniałem. To ten sam, który mnie wcześniej zatrzymał, by ze mną pogadać, ale powiedziałem mu wtedy, że to nie był czas na rozmowę. Teraz też to nie był najlepszy moment, ale zrozumiałem, że nie da mi spokoju więc wolałem już mieć to za sobą.

 - Cześć, Jason – powiedział z uśmiechem.

 - Kim jesteś? – zapytałem, przyglądając mu się uważnie.

Chłopak wyglądał na zdezorientowanego. Chyba był zaskoczony, że go nie pamiętałem, bo najwyraźniej powinienem go znać, ale ja go jedynie kojarzyłem. Nie wiedziałem nawet skąd.

 - Nazywam się Aiden – przedstawił się, ale to nadal nic mi nie mówiło. – Byliśmy razem w zamku Rady, by odbić więźniów… – Coś zaczynało mi się przypominać. – Byłem ranny, a ty mi pomogłeś. Zostałeś ze mną, gdy myślałem, że umrę…

 - Pamiętam… – przyznałem niepewnie.

Powiedziałem mu wtedy, że musiałem wracać, by pomóc Christianowi i Rose, podczas gdy Adam odciągał uwagę strażników. Prosił, bym go nie zostawiał, więc siedziałem z nim, gdy inni narażali życie. Wyglądało, jakbym robił to dla niego, ale tak naprawdę to była dla mnie bardzo wygodna sytuacja, bo łatwiej było go pocieszać w bezpiecznym i suchym pomieszczeniu, niż walczyć z Obrońcami.

 - Możemy porozmawiać? – zapytał.

 Minąłem go, by otworzyć drzwi swojego pokoju i wejść do środka. Chłopak ruszył za mną. Wyglądał na trochę zdenerwowanego, ale przecież sam do mnie przyszedł.

 - O co chodzi? – zapytałem wreszcie, gdy zauważyłem, że Aiden stał w miejscu i milczał.

Podszedł wreszcie do mnie. Znalazł się tak blisko mnie, że trochę mnie to zaniepokoiło.

 - Chciałem ci tylko podziękować – powiedział drżącym głosem. – Mogłeś mnie tam zostawić, a jednak mi pomogłeś… Mogłem umrzeć, ale żyję…

 - Nie dzięki mnie – zauważyłem, odchodząc od niego, ale ten ruszył za mną. – Jestem tylko człowiekiem, to nie ja cię uleczyłem w magiczny sposób.

 - Gdybyś nie był przy mnie, nie wytrzymałbym do momentu, gdy mnie uleczono.

Zatrzymałem się przy biurku i otworzyłem jedną szufladę, udając, że czegoś w niej szukałem. Aiden stał za mną. Czułem się niezręcznie stojąc tak blisko niego i patrząc mu prosto w oczy, więc musiałem się czymś zająć, ale chłopak mi nie pozwolił.

 - Spójrz na mnie – poprosił.

Nie lubiłem, gdy wydawano mi polecenia, ale ten rozkaz brzmiał jak prośba, a nawet błaganie, więc zawahałem się przez chwilę, ale w końcu zamknąłem szufladę i odwróciłem się do niego. Znów staliśmy twarzą w twarz, a on podszedł stanowczo zbyt blisko. Czułem się osaczony, ale tylko przez moment. Aiden był zdenerwowany, cały roztrzęsiony, ale potem zauważyłem jakie miał niesamowite oczy. Brązowe i tajemnicze, dokładnie takie jak Adam. Poczułem się nieco pewniej.

 - Czasami tylko czyjeś wsparcie pomaga przetrwać w trudnych chwilach… – wyszeptał. – Wsparcie kogoś, na kim nam zależy…

Rozchylił lekko usta, przyglądając mi się w dziwny sposób, a potem powoli, jakby niepewnie zaczął przybliżać się jeszcze bardziej. Wiedziałem co się za chwilę wydarzy i z jednej strony mnie to przerażało, a z drugiej nie mogłem się powstrzymać.

Jego ręka objęła mnie w pasie i przycisnęła mocno do siebie. Był silny jak na czarownika, ale nie tak silny jak wilk. Nie tak silny jak Adam.

Pocałował mnie w usta tak delikatnie, jakby bał się, że zrobi mi krzywdę. Nagle jego niepewność i zdenerwowanie zrobiły się urocze, ale szybko zniknęły przy drugim, trzecim pocałunku. Aiden był coraz odważniejszy, a kolejne pocałunki padały coraz szybciej i były coraz bardziej namiętne. W końcu musiałem to przerwać. Położyłem dłoń na jego piersi i odepchnąłem lekko od siebie, tylko tak, by mógł na mnie spojrzeć. Jego ręce wciąż pozostawały na moim ciele.

 - Mam chłopaka – powiedziałem.

 - Wiem.

Nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia. Oczywiście, że wiedział o Adamie, ale najwidoczniej go to nie obchodziło, bo znów się do mnie przycisnął na tyle mocno, że prawie bym się przewrócił gdyby mnie nie trzymał. Teraz zaczął całować moją szyję, a ja mu na to pozwoliłem, chociaż wiedziałem, że tak nie można. Dopiero gdy poczułem, że jego ręce próbują ściągnąć moją koszulkę, znów go odepchnąłem.

 - Kocham go – wyznałem.

Zatrzymał się na chwilę i puścił mnie, ale wciąż pozostawał bardzo blisko.

 - Zdradził cię – powiedział, marszcząc brwi.

 - On tylko pocałował Talę… Właściwie to ona pocałowała jego. To nie była zdrada. Jego nawet nie kręcą dziewczyny…

 - Jesteś pewny?

 - On mnie kocha, a ja kocham jego… Nie mogę go zdradzić, przepraszam.

 - To nie będzie zdrada, Jason… – zapewnił, chwytając mnie za rękę, a drugą dłonią zaczynając głaskać mój policzek. – To tylko niewinna zabawa… Twój chłopak nawet się nie dowie.

 Pozwoliłem mu się znowu pocałować, chcąc wierzyć jego słowom, ale wiedziałem, że Adam na pewno nie uznałby tego za niewinną zabawę. Zbyt długo na niego czekałem, by teraz to zniszczyć.

 - Nie mogę – wyszeptałem smutno. – Bardzo tego chcę… Ja… Naprawdę cię pragnę, ale nie mogę tego zrobić. Jesteś naprawdę… Przystojny, uroczy, masz świetne ciało…

 - Przestań, Jason – przerwał mi. – Nie będę cię zmuszał, ale musisz wiedzieć, że zrobię to lepiej niż Adam. Jestem w tym najlepszy, więc jeśli nie chcesz to twoja strata, ale zastanów się…

Żałowałem, że wpuściłem go do własnego pokoju, ale to na siebie byłem zły, a nie na niego. Powinienem umieć się powstrzymać i odmówić mu, ale naprawdę tego potrzebowałem. Gdyby był tu Adam, bez wahania wybrałbym jego, ale miałem jedynie Aidena. Może on nie darzył mnie miłością jak Adam, ale sam powiedział, że to tylko zabawa. Kochałem Adama, ale to miała być tylko jednorazowa przygoda. To nie będzie nic złego, jeśli Adam się nie dowie.

Aiden czekał na moją decyzję. Brwi miał zmarszczone, a usta mocno zaciśnięte. Wiedziałem, że jeśli się zgodzę, będę się nienawidził jeszcze bardzo długi czas, ale jeśli odmówię, pustka która we mnie pozostanie będzie wieczna.

 - Adam się nie dowie? – upewniłem się.

Aiden uśmiechnął się i rozluźnił mięśnie, które dopiero teraz zauważyłem jak bardzo miał napięte, oczekując na moją odpowiedź. Pocałował mnie jeszcze raz.

 - Na pewno nie ode mnie – zapewnił, a ja mu uwierzyłem.

Już nie miałem nic przeciwko temu, by zdarł ze mnie koszulkę, a potem pozbył się swojej, a potem to samo zrobił z resztą ubrań. Na początku wciąż jeszcze myślałem o Adamie. Za każdym razem, gdy Aiden mnie całował czy dotykał, ale sprawił, że pod koniec nie mogłem myśleć już o niczym innym jak tylko o nim. Było… Wspaniale! Może nawet lepiej niż z Adamem, ale bałbym się do tego przyznać na głos. Musiałem pamiętać, że Aiden był przygodą. Ciekawą, niesamowitą i zaskakującą, ale też niebezpieczną. Nie znałem go za dobrze, więc nie łączyła nas żadna wyjątkowa więź. To Adam był moją miłością na całe życie i już na zawsze nią pozostanie.

86 „M”

0

gt

Jeśli będziemy chcieli zostać w tym zamku, który właśnie zwiedzałem, trzeba będzie wiele pracy, by go odnowić. Najważniejsze, że mieliśmy własną siedzibę, kryjówkę, bezpieczny schron. Wybraliśmy dawne królestwo Rady Ludzi. Ten zamek był bardziej zniszczony, ale znajdował się bliżej. Był też mniejszy, ale na razie i tak było nas tylko jedenaścioro.

Pokoje nie były jeszcze w najlepszym stanie ale było ich wystarczająco dużo, by każdy dostał swój. Dzieciaki miały teraz chwilę wolnego, by odpocząć po wędrówce i rozpakować drobiazgi, które zabrały z zamku Olivii. W tym czasie ja poszedłem rozejrzeć się po budynku, do którego trafiłem pierwszy raz w życiu. Gdzieś w piwnicach znalazłem trochę pożywienia. Nie wszystko nadawało się do zjedzenia po tylu latach, ale były tam też trwałe produkty, więc zaniosłem wszystko Alice, która szykowała kolację. Mieliśmy swoje zapasy. Tyle ile tylko udało nam się wynieść z dawnego domu, ale należało je oszczędzać, gdyż czekało nas jeszcze wiele dni w tym zamku, a przy tak niewielu osobach, system zdobywania pożywienia i dzielenia się pracą, nie funkcjonował aż tak dobrze.

Teraz byłem na górze. W naszej nowej siedzibie były tylko dwa piętra i piwnica, ale to nam wystarczało. Wchodząc do każdego pokoju, w każdy zakamarek, nie spodziewałem się co mógłbym tam znaleźć. Po prostu uznaliśmy, że lepiej dokładnie sprawdzić cały budynek i od razu go poznać.

Usłyszałem trzask. Głośny, przeraźliwy, bardzo niepokojący, który dochodził z dołu. Tam właśnie były dzieciaki i Alice. Zatrzymałem się na chwilę, oparty o ścianę i zacząłem nasłuchiwać za pomocą wilczych zmysłów. Ktoś mógł już zauważyć naszą nieobecność i domyślić się dokąd poszliśmy. Jako, że dopiero dotarliśmy, nie mieliśmy jeszcze czasu stworzyć zabezpieczeń.

Słuchałem bardzo uważnie, bojąc się, że coś przegapię. Jeśli przyszły po nas czarownice, mogły magicznie zakłócać dźwięki odbierane przez mój wilczy zmysł, ale wtedy nie usłyszałbym czegoś innego. Chociaż każdy dostał własny pokój, najwyraźniej Liam, Simon i Mia znów byli razem. Może to im coś spadło, a może Alice. Zdając sobie sprawę z ciągłego niebezpieczeństwa, stałem się zbyt przewrażliwiony, ale oni byli spokojni. Nie chciałem podsłuchiwać, ale martwiłem się o dzieciaki, a bałem się, że same nie powiedziałyby mi o swoich zmartwieniach.

 - Byłam pewna, że Joseph i Cat pójdą z nami – usłyszałem Mię.

 - Nie możemy ich winić za wybranie bezpieczniejszej opcji – zauważył Liam. – To normalne, że boją się Olivii.

 - Tak, ale my też się boimy, a jednak ryzykujemy dla tego co słuszne! Olivia rani i zabija tych, których powinna chronić. Joseph o tym wiedział, a jednak wybrał ją.

 - Mia… – Usłyszałem kroki. Prawdopodobnie to Simon podchodził bliżej dziewczyny. – Też chcielibyśmy, żeby Joseph i Cat tu byli, ale nie każdy może się na to odważyć. Cokolwiek będzie się działo, oni nadal będą naszymi przyjaciółmi.

 - Właśnie – poparł go Liam. – Nie walczymy z Josephem i Cat, tylko z Olivią i tymi, którzy naprawdę w nią wierzą, a nie tymi, którzy są z nią ze strachu.

 - Joseph chyba uważa inaczej – rzuciła ostro dziewczyna. – Próbowałam go przekonać, by z nami poszedł, ale on powiedział, że nie zostanie buntownikiem. Powiedział, że kiedyś mnie kochał, ale teraz tego żałuje, bo widzi jaka jestem naprawdę i że skoro zdradzam Radę, jego też bym pewnie kiedyś zdradziła i że ze względu na naszą przeszłość pozwoli mi uciec, ale gdy znów spotkamy się po przeciwnych stronach, będzie walczył za Olivię z każdym, kto stanie przeciwko niej. – Przez chwilę wydawało mi się, że usłyszałem płacz, ale był na tyle cichy i krótki, że nie mogłem mieć pewności. – Kochałam go, a teraz on będzie próbował mnie zabić.

 - Na pewno nie mówił poważnie – stwierdził Liam, ale usłyszałem w jego głosie niepewność. – Joseph też cię kochał. Pewnie chciał cię nastraszyć, byś została.

 - Właśnie, a poza tym nawet jeśli to prawda, to znaczy, że nie był prawdziwym przyjacielem i nie warto marnować na niego czas. Przecież masz nas!

Mia zaśmiała się krótko.

 - Jesteście moimi najlepszymi przyjaciółmi – powiedziała zadowolona. – Ale jest nas tak mało… Nie sądziłam, że tyle osób okaże się tchórzami. A… Nate?

To imię sprawiło, że poczułem się jakby ktoś mnie uderzył. Być może Liam i Simon odczuli to samo, bo na dole nastała chwila ciszy.

 - Nie wiem gdzie on jest i za kogo walczy – wyznał smutno Liam. – Nie wiem czy chcę to wiedzieć…

 - Mia, nie pamiętasz już co on zrobił? – dodał Simon. – Prawie zabił Liama na treningu!

 - To nie był prawdziwy on – bronił go chłopak. – Nate rzeczywiście był moim przyjacielem, ale to nie był on.

 - Liam, przecież wszyscy to widzieliśmy…

 - Nie znaliście go tak jak ja! – warknął. – Świat, w którym żyjemy nie jest normalny! Pełno wokół nas magii, która wszystko miesza. Jestem pewien, że to ona zrobiła coś Nate’owi!

 - Nigdy nie widziałam tak silnej magii, by mogła zrobić coś takiego – zauważyła Mia.

Też jej nie widziałem, ale wiedziałem że istniała. Zwykłe czarownice takie jak Mia miały bardziej ograniczoną magię. Nawet Olivia nie miała jej wystarczająco mocnej, ale Nate i Najprawdziwsza Wśród Czarownic, Hannah, mogliby zrobić prawie wszystko. Też wierzyłem, że Nate nie zmienił się samoistnie. Nie zdziwiłbym się, gdyby Olivia znalazła sposób, by użyć magii chłopaka na nim samym.

 - Wiem, przepraszam… – przyznał bardziej łagodnie Liam. – Po prostu nadal wierzę w Nate’a i może nie mam racji, ale nie potrafię tego zaakceptować. Ale… To nieważne. – Znów kroki, tym razem podejrzewałem, że należały do Liama. – Nie potrzebujemy ani Nate’a, ani Josepha i Cat… Przecież… Mamy siebie i to nam wystarczy.

 - Zawsze razem – powiedział Simon.

 - Zawsze – dodała Mia.

Nie wiem co później się działo, ale nie usłyszałem już więcej rozmów. Mogłem sobie jedynie wyobrażać uśmiechy na ich twarzach i mocny przyjacielski uścisk. Również na moich ustach zawitał delikatny, niekontrolowany uśmiech. To tylko dzieciaki, ale odważyły się stanąć po mojej stronie i jeśli będę musiał walczyć z Olivią, to również dla nich.

Odsunąłem się od drzwi i skierowałem w kierunku schodów, gdy nagle coś na mnie wskoczyło, powalając na ziemię. Instynktownie wyciągnąłem pazury i zrzuciłem to z siebie, gwałtownie się odwracając. Dostrzegłem tylko zgarbioną postać z kręconymi włosami, gdy znów na mnie naskoczyła. Użyłem całej siły, by ją od siebie odepchnąć, a potem rzuciłem się na kolana i wbiłem pazury w drewnianą podłogę.

Podczas przemiany, słyszałem jak ktoś wbiegał po schodach. Musieli nas usłyszeć i pewnie przybiegli z pomocą.

Gdy podniosłem wzrok, stojąc tam jako wilk, miałem za sobą całą dziewiątkę nowicjuszy i Alice, a naprzeciwko nas stała już nie jedna, ale pięć postaci, trzymających samodzielnie wykonaną z drewna broń. Wszystkie były zgarbione, a ich twarze zakrywały długie włosy. Trudno było rozróżnić mężczyzn od kobiet, albo chociaż wiek nieznajomych.

 - Kim jesteście? – zapytała Alice, podczas gdy ja szczerzyłem kły, gotowy do ataku. Zdawało się, że oni i tak jej nie rozumieli. – Na pewno nie wysłała was Olivia…

Postacie miały skąpe i bardzo zabrudzone ubrania. Nie nosiły obowiązujących w zamku barw, a poza tym, same były bardzo brudne i niezadbane.

 - Dom – odezwała się w końcu jedna z postaci. – Nasze.

 - To wasz dom? – zapytała łagodnie Alice.

Popatrzyli po sobie jakby nie wiedzieli o co chodzi. Nie wydawali się wystraszeni naszą obecnością, ale nie byli też przyjaźnie nastawieni. Obserwowali nas z uwagą, jakby dziwili się, że istniejemy i tak bardzo się od nich różnimy. Chociaż trzymali broń, nie atakowali nas po raz kolejny. Pomyślałem, że pewnie tak jak my, czekają na atak i są gotowi do obrony, więc uznałem, że lepiej będzie okazać uprzejmość, a może wtedy zrobią to samo.

Przybrałem ludzką postać. Podczas przemiany wpatrywali się we mnie osłupieni, a potem cofnęli do tyłu. Dopiero to ich trochę zaniepokoiło, dzięki czemu dowiedzieliśmy się, że na pewno nie byli wilkami, skoro nie znali przemiany. Postąpiłem krok naprzód, ale oni unieśli broń w moim kierunku, więc jednak się wycofałem i stanąłem przy Alice.

 - Nie chcemy zrobić wam krzywdy – powiedziałem. – Mieszkacie tu?

 - Nasze dom! – syknął jeden z nich.

Spojrzeliśmy na siebie z Alice. Żadne z nas nie wiedziało co robić.

- Okej, więc… Jesteście ludźmi? Czarownicami?

 - Nasze dom!

 - Okej… – Znów zerknąłem na Alice, szukając pomocy. – Zgaduję, że nie rozumiecie co mówimy?

Podbiegły do nas tak szybko, że nie zdążyliśmy nic zrobić i wyciągnęły do nas broń, otaczając nas wszystkich, chociaż była ich tylko piątka.

 - Hej, hej, hej… – Uniosłem ręce do góry. Były zbyt szybkie, bym zdążył wyciągnąć nóż. – Spokojnie!

 - Iść – powiedziała jedna z nich, dźgając mnie lekko w plecy.

Zacząłem przesuwać się powoli do przodu, nie wiedząc dokąd nas prowadziły. Przez chwilę nawet pomyślałem, że trzeba było zaatakować, gdy stały zafascynowane naszą obecnością, ale szybko odrzuciłem tę myśl, stwierdzając, że przemoc byłaby najgorszym co moglibyśmy zrobić Przecież nadal nie wiedzieliśmy co chcieli z nami zrobić.

Wyprowadzili nas z zamku i poprowadzili na skraj lasu, który znajdował się obok, tuż przy wejściu, a w niektórych miejscach rozrósł się tak bardzo, że gałęzie zaczynały piąć się po ścianach.

Związali nam z tyłu ręce i zostawili przywiązanych do drzewa. Chociaż użyli zwykłej liny, była ona tak gruba, a węzeł tak mocny, że moja wilcza siła nie mogła mu podołać.

 - Czekać! – rzuciła przygarbiona postać, a potem wszyscy zniknęli w gęstych krzakach.

 - Wspaniale! – rzekłem ironicznie, opierając głowę o konar drzewa.

 - Kim oni właściwie są? – zapytał Simon.

 - Nie mam pojęcia – powiedziała Alice. – Ten zamek został opuszczony setki lat temu, gdy trzy Rady połączyły się w jedną. Od tamtego momentu, ta strona Grooveland pozostawała pusta… Przynajmniej tak sądziliśmy.

 - Nikt nigdy tu nie wrócił? Nikt nie sprawdził co tu się działo?

 - Nikogo to nie obchodziło. Wszyscy przenieśli się do zamku czarownic i nikt nigdy nie miał powodu, by tu wracać. To miejsce umarło, w chwili gdy narodziła się nowa zjednoczona Rada, nowy system i nowe zasady.

 - Te dzikusy nie wyglądały na martwe – zauważył Ryan, chłopak z grupy czwartej.

 - Gdyby zostawiono mnie w opuszczonej ruinie i uznano za martwego, też byłbym wkurzony – powiedziałem, zastanawiając się jak udało im się przeżyć.

Coś poruszyło się w krzakach, a potem ujrzeliśmy wychodzącą zza nich kobietę i jedną z postaci, która nas napadła, a teraz mówiła coś w jakimś dziwnym języku.

 - Kto z was dowodzi? – zapytała.

Trudno było ocenić wiek kobiety, ale głos miała głośny i potężny. Ubrana była podobnie jak inni, chociaż blond włosy miała bardziej uporządkowane. Nie zasłaniały one brudnej twarzy, ale były związane kawałkiem mocnej trawy. W ten sposób, nadawały jej władczego wyglądu. Najważniejsze jednak było to, że znała nasz język.

 - Kto z was dowodzi? – zapytała ponownie.

Zerknąłem na dzieciaki. Bali się.

 - Ja – powiedziałem.

 - I ja – dodała Alice.

 - Dobrze. Oddajcie całą broń jaką macie – zażądała.

 - Nie mamy broni – skłamałem.

 - Mam uwierzyć, że ludzie z ciemnej strony nie noszą przy sobie broni? Masz mnie za głupią?

 - Z ciemnej strony?

 - Ludzie z zamku – rzekła ostro. – I zza gór.

 - Skąd ta pewność, że jesteśmy ludźmi? – zwróciła uwagę Alice.

 - Wiem, że jesteś, panno Alice – powiedziała, a potem wskazała na mnie. – A pan jest wilkiem, tylko że… Tutaj to nie ma znaczenia. Moi ludzie widzieli twoją przemianę, wilczku, ale teraz jesteś w ludzkiej postaci. Czarownice bez magii też są ludźmi, prawda? To jedyne co nas odróżnia… Magia. Wszyscy są ludźmi, ale ci którzy posiadają magię, są nazywani też wilkami czy czarownikami, ale to nie sprawia, że przestają być tacy jak my.

 - Widzę, że nie uczą was tutaj historii… – zauważyłem. – Inaczej wiedzielibyście, że pierwotnie ludzie też posiadali magię i…

 - Milcz. Nie obchodzą nas bajeczki z ciemnej strony. Jesteście naszymi więźniami i tylko my możemy was uwolnić, więc… Oddacie broń czy mam się zrobić niemiła?

Wymieniliśmy z Alice porozumiewawcze spojrzenia. Nie sądziliśmy, że w tej części miasta istniało jakiekolwiek życie, ale myliliśmy się. Zaskoczono nas.

 - Spodnie, prawa kieszeń – powiedziałem niechętnie, a kobieta przetłumaczyła to na język dzikusów. – Pasek, z tyłu, z prawej strony. Kieszeń na lewym ramieniu.

Przygarbione postacie zabrały całą moją broń, a potem broń Alice i wszystkich nowicjuszy.

 - Nie musicie się nas obawiać – rzekła dużo łagodniej kobieta. – Chyba, że nas zaatakujecie. Chcemy tylko żyć w spokoju, z dala od Rady i całej ciemnej strony. Życie jest takie łatwe, gdy nikt nie wie o naszym istnieniu… Ale wy już o nas wiecie. Nie spodziewaliśmy się tutaj gości, więc jesteśmy ciekawi co wy tu robicie… Dlaczego Rada nagle interesuje się terenami dawnych ludzi?

 - Nie jesteśmy z Rady.

 - Hm… – uśmiechnęła się z politowaniem. – Naprawdę macie mnie za głupią, co? Myślicie, że nie rozpoznam Obrońców Pokoju? Albo panny Alice… Najprawdziwszej Wśród Ludzi? Właściwie… Głupi tytuł. Żyłam wśród was i byłam całkiem dobrą obserwatorką. Możecie zaprzeczać i ubierać się inaczej, ale nawyki pozostają. Potrafię rozpoznać Obrońców po ich zachowaniu, reakcjach, odruchach… To wszystko wpływa na was bardziej niż zdajecie sobie z tego sprawę. Znam się na tym. Moja umiejętność obserwacji, mówi mi też, że nie jesteście źli. No… Przynajmniej nie aż tak bardzo jak niektórzy z ciemnej strony. Więc… Dam wam szansę. Porozmawiamy, a potem zadecyduję co z wami zrobić.

 - Wiesz… Dużo łatwiej rozmawiać, gdy nie jest się przywiązanym do drzewa – zauważyłem.

 - Też tak uważam – powiedziała, ale chyba nadal nie zamierzała nas uwolnić.

- To może rozwiążesz te węzły? – podsunąłem.

 - Oh, z przyjemnością! Gdy tylko oddacie broń. – Uśmiechnęła się ze satysfakcją.

 - Przecież…!

 - Całą broń! Ostrzegałam, że jestem dobrą obserwatorką.

Szarpnąłem mocno linę, ale nie chciała się rozwiązać. Niemożliwe, by kobieta widziała mój ukryty wewnątrz rękawa nóż, a jednak skądś o nim wiedziała.

 - Lewy rękaw – powiedziałem wkurzony.

 - Dziękuję.

Podeszła do mnie i sama podwinęła mój rękaw, patrząc mi przy tym przenikliwie w oczy. Nóż był przyczepiony do materiału delikatnym paskiem, który przy mocnym szarpnięciu się zrywał i lądował w mojej ręce. Kobieta wysunęła ostrożnie broń i oddała ją jednemu z dzikusów, a potem oni zaczęli odwiązywać nas od drzew.

 - Teraz możemy rozmawiać – stwierdziła kobieta. – Nazywam się Roxie, a wy?

Zwracała się do mnie i do Alice, a tymczasem nowicjuszy prowadzono gdzieś w głąb lasu.

 - Gdzie ich zabieracie? – zapytałem zaniepokojony.

 - Niech się pan o to nie martwi. Nic im nie grozi. Więc… Pytałam jak się nazywacie. Pannę Alice znam, ale pan…

 - Matteo – rzuciłem obojętnie, patrząc za oddalającymi się nowicjuszami. Przez chwilę myślałem nad podaniem fałszywego imienia, ale i tak większość znała mnie jako M.

 - Proszę za mną.

Nie czekała czy pójdziemy, po prostu ruszyła przodem, ale i tak poszliśmy za nią, bo nie mieliśmy innego wyboru. Zauważyłem, że Alice stała się uległa. Bez wahania oddała całą swoją broń i wykonywała polecenia jakiejś chorej psychicznie dzikuski. Nie podobało mi się to, więc chociaż ja musiałem zachować swoją podejrzliwość.

Doszliśmy do jakiegoś szałasu, zbudowanego głównie z liści, gałęzi i ziemi. Obok znajdowały się pozostałości po ognisku, a na środku płaski kamień, wyglądający jakby służył za stół i tak chyba było, bo kazała nam usiąść na ziemi wokół niego, a potem podała nam jakiś napój w wydrążonych kawałkach drewna, które służyły za kubki.

 - Obrzydliwe! – skrzywiłem się po upiciu pierwszego łyku.

 - Proszę wybaczyć, nie mamy nic lepszego, skoro porzucono nas na setki lat w lesie, w którym trudno o pożywienie czy picie.

 - Nie macie zwykłej wody?

Odłożyłem kubek na kamień, a ona uśmiechnęła się bez powodu.

 - Nie ukrywam, że mam do was wiele pytań – powiedziała.

 - To tak jak my.

 - Odpowiem na wasze pytania, jeśli otrzymam prawdziwe odpowiedzi – zapewniła.

 - Dobrze, my pierwsi. Kim jesteś?

Znów się uśmiechnęła. Nie sądziłem, że od razu odpowie, zwłaszcza, że to my byliśmy jej więźniami, więc musieliśmy robić co chciała, a nie na odwrót, ale jej chyba nie zależało na ukrywaniu prawdy za wszelką cenę.

 - Mam na imię Roxie, jestem człowiekiem… Jako mała dziewczynka mieszkałam w zamku po ciemnej stronie, ale ciekawość przywiodła mnie tutaj, gdzie odnalazłam tych biednych, porzuconych ludzi i postanowiłam im pomóc.

 - Jak się z nimi dogadałaś?

 - Znają kilka słów w naszym języku. Oczywiście przez tyle lat utworzyli swój własny język, więc z czasem się go nauczyłam.

 - Dlaczego w ogóle chcieli cię słuchać?

 - Pewnie dlatego, że nie groziłam im pod postacią wilka…

 - Pierwsi mnie zaatakowali!

Zbliżyła się do nas i ściszyła głos.

 - Ci ludzie wiele przeżyli. Zostali porzuceni i zostawieni sami sobie, w trudnych do przeżycia warunkach. Wiele pokoleń tu dorastało i umierało. Ci którzy zamieszkują te tereny teraz, nie znają swojej historii, świata po ciemnej stronie i innego życia niż to, które mają tutaj. Chcą tylko przeżyć i udaje im się to dzięki współpracy. Są szczęśliwi, ale też bezbronni. Przekonałam ich, że jestem po ich stronie, że chcę pomóc, ale to normalne, że się boją, gdy ktoś obcy wtargnął do ich domu, dokonał na ich oczach przemiany, której nigdy w życiu nie widzieli i zaczął rzucać nimi o ściany. To spokojni ludzie. Nie tacy jak wy. To ich dom, a wy jesteście tu obcy.

 - Więc rozumiem, że nie jesteśmy tu mile widziani…

 - To zależy tylko od was. Każdy jest w stanie się dostosować, ale to wymaga poświęceń i ciężkiej pracy. – Położyła dłonie na naszych ramionach. – Panno Alice… Panie Matteo… Nie jesteśmy waszymi wrogami, ale pytanie brzmi czy wy jesteście naszymi?

 - Szukamy tylko schronienia – wyjaśniła Alice.

Roxie zrobiła wyraźnie zaciekawioną minę i cofnęła się z zaskoczeniem. Zmarszczyła lekko brwi nad pytającym wzrokiem.

- Dlaczego Najprawdziwsza Wśród Ludzi miałaby potrzebować schronienia? – zapytała w końcu.

Alice zerknęła na mnie, szukając pomocy.

 - Po… Ciemnej stronie… – Dziwnie było nazywać tak dawny dom. – Nie wszystko wygląda tak jak powinno – zacząłem.

 - Zmarł Najprawdziwszy Wśród Wilków – kontynuowała Alice. – Olivia przejęła władzę nad miastem i zaczęła rządzić według własnych zasad. Dzicy zyskali siłę i są gotowi do walki. Wszędzie trwa wojna. Może nie została jeszcze oficjalnie wypowiedziana, ale kiedy się zacznie, obejmie całe Grooveland. Ucierpi królestwo Rady, ale też mieszkańcy lasów, wiosek i obozów za górami, a nawet ludzie, wilki i czarownice poza granicami miasta… Wojna dojdzie wszędzie…

 - Nawet tutaj – dokończyła Roxie.

 - Nikt nie wie o waszym istnieniu, ale nas na pewno zaczną szukać – stwierdziłem, wiedząc, że podałem argument przeciwko samemu sobie, jednak wiedziałem, że z tą kobietą należało być uczciwym. – W końcu dojdą też tutaj.

Roxie spiorunowała mnie wzrokiem, ale nic nie powiedziała. Złączyła palce obu rąk i pochyliła na chwilę głowę, najwyraźniej zastanawiając się nad naszym przybyciem i tym co ono oznaczało, a także nad sytuacją, która panowała po ciemnej stronie. Wiedziałem, że nasza obecność była dla niej problemem i wolałaby się nas pozbyć. Zastanawiałem się tylko czy odważy się to powiedzieć.

 - Szukacie schronienia w naszym domu, wiedząc, że narażacie nas na niebezpieczeństwo – rzekła, dopiero po chwili unosząc głowę. – Czego od nas oczekujecie?

 - Macie prawo czuć się pokrzywdzeni, ale to nie my was tu zostawiliśmy. To miało miejsce kilkaset lat temu!

 - Jednak tamto wydarzenie wpłynęło na nasze dzisiejsze życie.

 - Wiem, ale teraz kiedy o was wiemy, możemy to zmienić – zapewniłem. – Pomóżcie nam, a też na tym skorzystacie. Obiecuję…

- Nawet pan nie zapytał czy chcemy to zmieniać. – Pochyliła się w naszym kierunku, opierając łokcie na kamieniu. – Minęło tyle czasu… Ludzie nauczyli się tu żyć, a wy chcecie wprowadzić ich do całkiem obcego świata, który będą musieli odkryć na nowo. Warunki są tutaj trudne, ale czy tam gdzie trwa wojna, będzie łatwiej?

 - Wojnę można szybko zakończyć – stwierdziłem, trochę już zmęczony tą rozmową. – Widzę, że jest was tutaj dużo. Ci którzy zostali z Olivią, boją się do nas dołączyć, bo nie mamy żadnej przewagi, ale jeśli do nam pomożecie, staniecie się naszą bronią, inni zauważą, że mamy realną szansę na zwycięstwo i przejdą na naszą stronę. Z wami możemy wygrać tą wojnę, Roxie. Potrzebujemy was.

Znów zapanowała cisza, pełna niepewnego wyczekiwania. Jako wilk, słyszałem niczym niezakłócone oddechy, bicia naszych serc, a nawet lekkie, ledwo słyszalne zgrzytanie zębów. Chociaż milczenie trwało kilka sekund, czułem jakby mijały długie minuty, podczas których Roxie podejmowała decyzję, która miała drastycznie wpłynąć na nasz los. Z początku dostrzegłem tylko bandę dzikusów, ale ci ludzie naprawdę nie mieli łatwo. Przetrwali zimno, gorąco, głód, pragnienie, porzucenie, ataki dzikich zwierząt i wiele więcej, a mimo to przeżyli setki lat i utworzyli własną małą społeczność. Te wszystkie trudności uczyniły ich silniejszymi, odporniejszymi, wytrzymalszymi, zaradniejszymi, mądrzejszymi… Wystarczyłoby tylko trochę pracy, by uczynić z nich najpotężniejszą armię w Grooveland. Musieliby się tylko na to zgodzić.

 - Chyba wie pan, że nie mogę o tym zdecydować w ciągu kilku minut? – odezwała się. – Kiedy tu przybyłam, zapewniłam tych ludzi, że im pomogę. Że staną się moją rodziną i będę się o nich troszczyć. Nie znają nic poza tym co mają tutaj, dlatego muszą polegać na mnie. Zaufali mi, a ja bardzo chcę wam pomóc, ale obawiam się, że wymagacie zbyt wiele. Wtargnęliście do naszego domu i zakłócacie nasz spokój…

 - Więc nas po prostu wyrzucicie?! – zawołałem zbulwersowany.

 - W ciągu kilku dni postaram się podjąć jakąś decyzję w waszej sprawie, ale radzę wam, byście przygotowali sobie plan B.

Wstałem. Nigdy nie byłem agresywny, ale nienawidziłem tego uczucia bezradności, kiedy wiedziałem, że mój los zależał od kogoś, komu nie do końca mogłem ufać.

 - Nie wiem jak wygląda wasze życie tutaj, ale to nie będzie tylko nasza walka – rzekłem zbyt ostro. – Zauważyłem już, że nie macie zbyt dużej wiedzy o historii, więc pewnie nie zdajecie sobie sprawy jak ważne jest to o co będziemy walczyć, ale powiem wam, że chodzi o bardzo niebezpieczną przepowiednię, która dotyczy nas wszystkich. Może myślicie, że tutaj gdzie nikt o was nie wie, jesteście bezpieczni, ale to nieprawda, bo przed tym co nadejdzie jeśli nam nie pomożecie, nikt się nie ukryje. Ludzie za granicą nie mają pojęcia o prawdziwym świecie, ale wy żyjecie na terenie Grooveland, co daje wam wybór. Szanuję was i wasz sposób życia, ale wierzę, że są rzeczy o które warto walczyć, nawet jeśli ma to wszystko zmienić lub… Odebrać nam wszystko co mamy… Nie wiem czy naprawdę jesteście takimi tchórzami czy w ogóle nie obchodzi was wasza przyszłość, ale jeśli nie skorzystacie z szansy, którą dostaliście, to będziecie mogli winić tylko siebie, kiedy okaże się, że jest już za późno, by cokolwiek naprawić…

Trochę się uniosłem, ale mimo to, Roxie zachowywała spokój, nadal siedząc w tym samym miejscu i uważnie wsłuchując się w moje słowa, jakby po usłyszeniu ich pierwszy raz, musiała zapamiętać jej już na zawsze. Alice też siedziała tam gdzie wcześniej, ale minę miała tak samo bezradną jak ja. Wiedziałem, że chciała coś zrobić, by przekonać Roxie, ale wcale mi w tym nie pomagała.

 - Panie Matteo, doskonale rozumiem pana frustrację, ale muszę myśleć o wszystkich, którzy tu żyją. Nie mogę z dnia na dzień, wywracać ich życia do góry nogami. Niech pan się uda na kolację, gdzie przebywają pana przyjaciele, a potem odpocznie w jednym z pokoi dawnego zamku i spokojnie poczeka na moją decyzję. Wiem, że się panu spieszy, więc postaram się podjąć ją jak najwcześniej. Gdybym była jeszcze potrzebna, będę tutaj, w lesie.

 - Chyba odpuszczę sobie kolację – mruknąłem przed odejściem.

Nie czekając na Alice, wyszedłem z lasu i udałem się do pokoju, w którym zostawiłem swoje rzeczy. Miałem pewność, że Roxie i jej dzikusy nie byli naszymi wrogami, więc mogliśmy spać spokojnie, nie obawiając się ich ataku. Nadal w pełni im nie ufałem, ale nie sądziłem, by kobieta taka jak Roxie pozwoliła zabić gości we śnie. Może mieszkający tu ludzie byli dzikusami, ale ona stąd nie pochodziła. Miała honor, co od razu było widać.

Wcześniej zastanawiałem się co z dzieciakami, ale wierzyłem, że Roxie mówiła prawdę w sprawie kolacji, a poza tym zostawiłem tam Alice, która na pewno upewniła się czy wszystko było w porządku.

W pokoju rozbolała mnie głowa. Nie było to częste uczucie dla wilka, ale też niezbyt uciążliwe w porównaniu z tym co nieraz musieliśmy znosić. Całe to miasto było dziwne, a ta zapomniana ludzka część miała prawo być jeszcze mniej zrozumiała. Za granicą żyło się inaczej, ale Grooveland było przepełnione magią, a ona zawsze była zdradziecka.

Położyłem się na łóżku i zamknąłem oczy.

Miałem przed sobą ciemność, ale ona nie trwała długo. Najpierw zacząłem słyszeć głosy. „Już niedługo” – mówiły, ale nie tłumaczyły o co im chodziło. Dopiero później zauważyłem, że przede mną stała jakaś postać, ale widziałem tylko jej kontury na tle oślepiającego światła. Zakryłem ręką oczy, a otoczenie zaczęło się ściemniać, aż w końcu dostrzegłem, że to był mój ojciec. Ten sam, który zmarł kilkanaście lat temu.

 - Tata? – zapytałem z niedowierzaniem.

- Już niedługo, synu – przemówił, ale to nie był jego głos.

Kiedy podszedłem bliżej, zauważyłem, że byłem niższy od niego, chociaż mój ojciec nigdy nie był wysoki, a ja już dawno bym go przerósł, gdyby żył. Najpierw spojrzałem na swoje dłonie, a potem na resztę ciała. Znów miałem piętnaście lat.

 - Co się dzieje? – zapytałem.

 - Byłbyś kiedyś dobrym Obrońcą, chłopcze – powiedział ten sam głos, ale teraz stał przede mną Leroy. – Szkoda, że tego nie dożyjesz.

 - O czym ty mówisz? To ty nie żyjesz!

 - Dołącz do mnie – polecił, wyciągając rękę. – Musisz umrzeć.

- Nie! – krzyknąłem, cofając się gwałtownie, ale on znów do mnie doskoczył.

 - Musisz umrzeć! – zawołał obcy głos. – Sam cię zabiję!

 - Nie, to nie jest prawdziwe! Przecież ty nie żyjesz…

Otworzyłem oczy. Znów byłem dorosły i znów byłem w zamku dawnych ludzi, leżąc na łóżku i próbując zasnąć.

Znów opuściłem powieki i znów ukazała mi się podobna wizja. Znów miałem piętnaście lat, ale teraz stał przede mną Nate.

 - Zabiję cię! – zawołał, ale to nie był również jego głos.

 - Ty nie jesteś martwy… – zauważyłem ze zdziwieniem.

Ojciec i Leroy umarli naprawdę i próbowali mnie przekonać bym do nich dołączył, ale nic mi nie było wiadomo o śmierci Nate’a. Nie wiedziałem czy mógłbym zaufać tym dziwnym wizjom.

 - Ty… – Cofnąłem się, gdy zaczął iść w moją stronę. – To ty mi to zrobiłeś…!

Otworzyłem oczy. To nie był sen. Tym razem byłem świadomy, gdzie byłem naprawdę, a Nate był jedynie obrazem w mojej głowie. Miałem zamknięte oczy, ale nie spałem i nie śniłem. Wcześniej nie wiem co to było. Może sen, ale na pewno nie tym razem.

Nie mogłem zamknąć oczu po raz kolejny. Coś się ze mną działo, a te wizje pomogły mi zrozumieć czyja to wina. Czułem wewnątrz siebie jakąś dziwną energię już od jakiegoś czasu. Od momentu, gdy pokłóciłem się z Nate’em. Chłopak był niebezpieczny i te wizje też musiały takie być, więc nie mogłem pozwolić, by się powtórzyły. Nie mogłem zamknąć oczu i nie mogłem spać. Mogłem tylko usiąść na krawędzi łóżka i przeczekać do rana, rozmyślając o wielu różnych sprawach, które utrudniały mi życie.

Postacie

0

Obiecałam w ostatnim rozdziale, że dodam więcej zdjęć postaci i ich opisy. Poniżej znajduje się krótkie pokazanie relacji między nimi, ale kliknij tutaj, by obejrzeć ich zdjęcia. Jestem bardzo ciekawa waszych reakcji. Chętnie się dowiem co myślicie i jakie było wasze wyobrażenie na temat wyglądu postaci. Kto najbardziej zbliżony do waszego wyobrażenia, a kto w ogóle nie podobny? Kto był największym zaskoczeniem? :-D

relacje

85 WILL

0

will

Ostatnio wszystko działo się za szybko. Jeszcze niedawno siedzieliśmy zamknięci w celi, gdzieś w zamku Rady, głodni i zmarznięci. Nie wiedzieliśmy czy kiedykolwiek się stamtąd wydostaniemy i czy wrócimy do domu. O ile można było cokolwiek nazwać domem. Może on istniał, ale nie tak jak go postrzegali inni. Nawet tutaj czekała mnie niepewna przyszłość, chociaż Rada nie wiedziała o naszej kryjówce, a poza tym mieliśmy wystarczająco wielu wojowników, by się bronić. Nie cierpieliśmy też z braku żywności czy wody, których zapasy były regularnie uzupełniane. Mimo to miałem wrażenie, że z każdą sekundą muszę walczyć o życie swoje i brata. Moim domem nie było miejsce. Nawet gdy byłem mały, ciągle podróżowaliśmy. Nigdy nie zostawaliśmy wystarczająco długo, bym mógł się przyzwyczaić i poznać okolicę. Dom był dla mnie tylko słowem, które mogło istnieć wśród Rady czy osób poza granicami miasta. Czasami dotyczyło to nawet dzikich, o których wtedy nie wiedziałem jeszcze zbyt wiele, ale nigdy nie mnie. Nigdy, aż do momentu spotkania z Frankiem. To powinno być przykre wspomnienie dnia, w którym straciłem rodziców, więc zawsze się wstydziłem, że uznałem tamtą chwilę na najlepszą w moim życiu. To wtedy poznałem czym jest prawdziwy dom, odnajdując go nie w miejscu, a w osobie.

Teraz kiedy Franka już nie było, znów czułem przytłaczającą pustkę. Znów byłem sam i znów walczyłem o każdą sekundę. Przyjaciele Franka nigdy nie byli moimi przyjaciółmi. Dobrze mnie traktowali, ale zawsze czułem się wśród nich obco.

Kiedy ktoś zapukał do drzwi, przerwałem smutne rozmyślania i stanąłem wyprostowany. Zastanawiałem się dokąd poszedł Eric, ale to nie mógł być on. Nie zapukałby tak mocno, nawet gdyby w ogóle to zrobił. Najprawdopodobniej wpadłby po prostu do środka i zaczął opowiadać nową historię, która mu się przytrafiła. To dobrze. Śmierć Franka wpłynęła również na niego, ale nie chciałem, by się smucił. Cieszyłbym się, gdyby chociaż jemu udało się zachować dawną energię i radość.

W drzwiach stanęła Rose, która uśmiechała się lekko, ale szybko spoważniała, gdy napotkała mój wzrok. Jeśli chodziło o mnie, nie wyrażałem żadnych emocji. Nie śmiałem się, bo nie miałem z czego. Wciąż pamiętałem o Franku. Nie okazywałem też bólu z powodu straty. Wiedziałem, że lepiej go ukrywać, by inni widzieli mnie silniejszym i bardziej dorosłym.

 - Cześć, młody – powiedziała siadając na krześle.

Nie lubiłem, gdy mnie tak nazywano, ale lubiłem dziewczynę, więc nie zwracałem jej uwagi, tylko stanąłem przy niej, zastanawiając się po co przyszła.

 - Dlaczego przesiadujesz tu całe dnie w samotności? – zapytała.

Wzruszyłem ramionami, nie patrząc na nią. Skoro zabrakło Franka, z kim miałbym siedzieć? Nigdy nie potrzebowałem więcej przyjaciół, bo nikt inny mnie nigdy nie rozumiał. A mój brat… Troszczyłem się o niego, ale różniliśmy się. Nawet gdyby był starszy, pewnie nie znaleźlibyśmy wspólnego języka.

 - Pamiętasz tą dziewczynkę? Lucy? – dopytywała Rose.

Skinąłem głową.

 - Jest tu nowa i nikogo nie zna – kontynuowała. – Na pewno chciałaby znaleźć tu jakiś przyjaciół, ale nie ma wśród nas wielu osób w waszym wieku.

Zrozumiałem o co jej chodziło, ale nie miałem zamiaru jej bliżej poznawać.

 - Możesz ją poznać z Ericiem. Jemu też brakuje towarzyszy zabaw.

Położyła dłoń na moim ramieniu i milczała dopóki na nią nie spojrzałem. Kiedy to wreszcie zrobiłem, uśmiechnęła się przyjaźnie.

 - W Grooveland dzieci dorastają szybciej – stwierdziła. – Wiem, że wolisz towarzystwo starszych od siebie osób, ale myślę, że polubiłbyś Lucy. Ona też wiele przeżyła. Oboje straciliście rodziców, a potem ona straciła babcię, a ty przyjaciela, który był jak dziadek. Oboje mieliście szanse, by się przekonać, że życie nie jest łatwe. To, że ma tylko osiem lat, nic nie znaczy dopóki jej nie poznasz.

 - Nie o to chodzi. Ja… Po prostu wolę przebywać sam. Nie chcę towarzystwa i nie potrzebuję go.

 - Okej. Jak chcesz.

Sądziłem, że kiedy już to ustaliliśmy, wyjdzie z mojego pokoju i znów zostanę sam ze swoimi myślami, ale ona nadal siedziała na krześle i wpatrywała się we mnie. W końcu wyciągnęła kawałek pogniecionej kartki i wręczyła mi go. Obejrzałem to dokładnie. W lewym górnym rogu znajdowało się moje nazwisko, a z boku imiona każdego z przywódców. Nie było tam jednak Franka. On już nie był przywódcą, bo nie żył, a to była kartka przeznaczona do głosowania na nowego szefa dzikich.

- Co to? – zapytałem jakbym nie wiedział, chociaż pytanie powinno brzmieć dlaczego to dostałem.

 - Trzeba wybrać nowego głównego przywódcę.

 - Jestem za młody, by głosować.

Wyciągnąłem kartkę w jej kierunku, by ją oddać, ale ona jej nie przyjęła. Zamiast tego podała mi ołówek, ale zwlekałem z przyjęciem go.

 - Ktoś kto przeżył to co ty, jest dorosły, nawet jeżeli ma tylko dziewięć lat – wyjaśniła.

Wiedziałem, że to nie było prawdziwe, ale i tak sprawiło mi przyjemność. Często nie liczono się z moim zdaniem ze względu na mój wiek, ale ci którzy znali mnie już jakiś czas, coraz częściej zaczynali traktować mnie jak równego sobie.

Chwyciłem ołówek i przyłożyłem go do papieru, ale wtedy dotarło do mnie, że nie wiedziałem co napisać. Miałem do wyboru podane już imiona, ale żadne z nich nie brzmiało „Frank”. Przyciskałem rysik mocno do kartki, prawie robiąc w niej dziurę, ale moja ręka ani drgnęła. Jeszcze raz przerzuciłem wzrok na podane możliwości, uszeregowane w kolejności alfabetycznej. Christian, David, Hannah, Lukas, Mike, Nate. Oderwałem na chwilę ołówek, a później znów go przyłożyłem i w końcu nabazgrałem na środku kartki imię Mike’a. Nie wiedziałem czy to dobry wybór, ale tak naprawdę nie obchodziło mnie kto wygra. Jedyny prawdziwy władca już odszedł. To on to wszystko stworzył i utrzymał, a ktokolwiek przejmie jego rolę i tak będzie musiał ustalać wszystko z resztą dowódców. Tylko Frank mógł działać indywidualnie, a reszta była jego pomocnikami i nikomu to nie przeszkadzało. Teraz będzie inaczej. Byłem tego pewny.

Mike’a i Davida znałem najlepiej spośród dowódców i obaj byli wnukami Franka. David bywał czasem zbyt porywczy, a czasem nawet agresywny, ale jego starszy brat był bardziej opanowany. Mój jeden głos i tak nie miał znaczenia, ale podejrzewałem, że i tak wygra. Walka o władzę toczyła się między braćmi. Może niektórzy zagłosują na Nate’a, będąc poruszeni obecnością wybawcy z przepowiedni, ale jego zadanie było inne. Nie miał rządzić dzikimi tylko zapewnić im to do czego zawsze dążyli. Kiedy nowy dowódca obali Radę, przyjdzie czas na wypełnienie jego roli.

 - Musimy się pospieszyć – rzekła Rose. – Zaraz zaczną liczyć głosy.

Wyszliśmy z pokoju i udaliśmy się do głównego korytarza, w którym zebrali się dzicy, by poznać nowego dowódcę. Rose dołączyła do Adama i Jasona, którzy pilnowali głosów, a ja szybko wbiegłem po schodach i wrzuciłem do szklanej misy swoją kartkę z imieniem Mike’a, a potem stanąłem na samym przodzie zebranego tłumu, gdzie musiałem mocno zadzierać głowę, by dostrzec co działo się na balkonie.

Adam i Jason chwycili misę i odwrócili ją, wysypując wszystkie kartki na stół, a potem cała trójka zabrała się za liczenie głosów. Dowódcy stali z boku, tak że wszyscy zebrani ich widzieli, a oni też mieli dobry widok na cały tłum.

Kartek było tak dużo, że nawet we troje musieli poświęcić trochę czasu na dokładne obliczenia.

Ktoś trącił mnie łokciem. Zerknąłem zaskoczony w bok i dostrzegłem tam tą samą dziewczynę, którą uwolniliśmy w siedzibie Rady. Miała na imię chyba Lucy.

 - Jesteś William – usłyszałem, ale nie wiedziałem czy było to pytanie czy stwierdzenie.

 - Po prostu Will – sprostowałem.

 - Na kogo głosowałeś?

 Rozejrzałem się dookoła, by zyskać trochę czasu. Odpowiadając na to pytanie, wolałbym wiedzieć co ona sądziła o każdym z dowódców.

 - To tajne głosowanie – powiedziałem wreszcie.

 - Chcę tylko wiedzieć czy dokonałam dobrego wyboru.

 - Pozwolili ci głosować? – zdziwiłem się.

 - Tak. Tobie też, więc czy to takie dziwne?

 - Masz osiem lat.

 - Teoretycznie. A ty dziewięć.

 - Nawet nie znasz żadnego z dowódców – dodałem i to sprawiło, że na chwilę przestała mówić.

Milczeliśmy, stojąc obok siebie. Najchętniej odszedłbym gdzieś indziej, ale to byłoby niegrzeczne, a Rose chciała bym był dla niej miły. Kątem oka widziałem, że na mnie spoglądała, ale ja wbiłem wzrok w liczącego głosy Adama, by nie musieć na nią patrzeć czy z nią rozmawiać.

 - Głosowałam na Lukasa – powiedziała cicho, czekając na moją reakcję.

Zerknąłem na nią tylko na chwilę, a potem znów milczeliśmy.

 - Uznałam, że to najlepszy wybór – kontynuowała. – Chcesz wiedzieć dlaczego?

 - Każdy z nich byłby dobrym wyborem. Dlatego każdy jest dowódcą i każdy kandyduje na głównego dowódcę.

 - Nie każdy.

Ostatnie zdanie powiedziała bardzo cicho. Może nie była pewna swoich słów, a może tego czy powinna to mówić. Może wcale nie chciała bym to usłyszał lub by usłyszał to otaczający nasz tłum.

Wiedząc już, że dziewczyna lubi dużo mówić, czekałem na ciąg dalszy, ale tym razem on nie nastąpił. To mógłby być koniec rozmowy, bo Lucy wreszcie zamilkła i uniosła głowę, by spojrzeć ile głosów zostało jeszcze do przeliczenia. Zdawało się, że nie zamierzała kontynuować.

 - Dlaczego nie każdy? – musiałem zapytać.

 - Nate nie jest dobry – rzuciła ostro.

 - Jest nadzieją dla dzikich.

 - Być może, ale nie jest dobrą osobą. W chwili kiedy to sobie uświadomiłam, postanowiłam go zniszczyć.

 - Ale wszyscy dzicy wyczekiwali go przez całe swoje życie! Przepowiednia wreszcie ma szansę się spełnić.

 - Wiem, ale nie jestem dziką i liczy się dla mnie co innego.

Dziewczyna przebywająca w kryjówce dzikich, właśnie publicznie wyznała, że nie nie jest jedną z nas. Chociaż zaczynałem ją trochę podziwiać, wkurzyła mnie tym co mówiła o naszym wybawcy. Dla nas wszystkich był on najważniejszą istotą na świecie, od której zależał nasz los.

Tłum nagle umilkł i dostrzegłem, że Rose, Adam i Jason zbliżyli się do barierki. Dziewczyna stała na środku i uśmiechała się do zebranych.

 - Przeliczyliśmy głosy – powiedział głośno Adam, tak by wszyscy go słyszeli.

 - Frank od zawsze był naszym dowódcą i na pewno będzie nam go brakowało – zaczęła Rose. – Był niezastąpiony, ale pomimo jego braku, musimy sobie jakoś radzić i dlatego wybraliście nowego dowódcę, który postara się rządzić tak dobrze jak robił to Frank. Większością głosów zwyciężył Christian i jest on naszym nowym dowódcą!

Rozległy się oklaski. Najpierw słabe, ale po chwili przyłączyli się ci, którzy potrzebowali chwili, by ta wiadomość do nich dotarła. Od razu spojrzałem na dowódców i natychmiast skierowałem wzrok na Mike’a. Też klaskał, a nawet się uśmiechał. Hannah reagowała tak samo, ale David i Lukas nie wyglądali na zadowolonych. Jeśli chodziło o Nate’a, nie potrafiłem rozpoznać co czuł. Być może udało by mi się, gdybym pozostał tam chwilę dłużej i dokładnie mu się przypatrzyła, ale zauważyłem, że Lucy gdzieś odeszła, więc szybko pomknąłem za nią.

Christian podszedł do barierki, a ja zacząłem przepychać się w stronę dziewczyny.

 - Bardzo dziękuję – zaczął nowy dowódca. – Nie spodziewałem się… – Naprawdę wyglądał na zaskoczonego. – Nie sądziłem, że będziecie chcieli bym to właśnie ja został waszym przywódcą, ale obiecuję, że będę wykonywał swoje obowiązki najlepiej jak to tylko możliwe. Chcę żebyście wiedzieli…

Wbiegłem w boczny korytarz i złapałem wreszcie Lucy.

 - Każdy kto buntuje się przeciwko Radzie jest dzikim! – zawołałem do niej. – Byłaś w celi, kiedy cię uwalnialiśmy. Rada nie wsadza tam przyjaciół.

 - Jeśli pomaganie innym przeżyć jest buntem, to masz rację, że nie służę Radzie, ale nie będę wyznawać kogoś kto zabił moją babcię!

 - To był Nate? – rzekłem nieco łagodniej. Rose wspominała coś o jej babci, ale nie mówiła kto ją zabił. – Nie wiedziałem.

 - Teraz już wiesz. Niektórzy nie biorą mnie na poważnie, gdy widzą ośmioletnią dziewczynkę, ale potrafię sobie radzić i to ja będę tą, która go zabije.

 - Rozumiem co musisz czuć. Też kogoś straciłem i też zamierzam go samodzielnie zabić, gdy tylko się dowiem kto to był. Nigdy mu tego nie daruję, ale musisz zrozumieć, że Nate i tak umrze, ale jeśli stanie się to w nieodpowiedni sposób, to nie skrzywdzisz jego, ale tych wszystkich dzikich, którzy zasłużyli na szczęście. Nie możesz im tego odebrać.

 - Gdybyś naprawdę mnie rozumiał, wiedziałbyś, że zemsta jest ważniejsza. Jeśli ty możesz kogoś zabić to ja też.

 - To co innego – próbowałem tłumaczyć. – Nie daruję zabicia najważniejszej dla mnie osoby, ale ja nie zamierzam zabić jedynej osoby na świecie, która może odmienić świat!

 - Mówisz, że nie wiesz kim on jest. Może to nie jakiś wspaniały wybawca dzikich, ale każdy ma jakieś życie i bliskich. Zabijając kogoś, nigdy nie ranisz tylko tej jednej osoby.

Podszedłem do niej bliżej. Miała rację, ale wybawca z przepowiedni był wyjątkiem. Był pod ochroną.

 - Wiesz… Rób co chcesz. I tak ci się to nie uda. – Odszedłem kilka kroków. – Przez chwilę myślałem, że jesteś w porządku, ale myliłem się. Jednak jesteś dzieckiem, na które wyglądasz i nie potrafisz zrozumieć prawdziwych wartości, więc jeśli chcesz zabić Nate’a to spróbuj, ale ostrzegam cię, że źle na tym wyjdziesz. Jakaś ośmiolatka nie pokona armii dzikich, która będzie go chronić, a Rada… Ona chyba ci nie pomoże.

Szybkim krokiem opuściłem korytarz i postanowiłem znaleźć brata. Przebywałem wśród tak wielu osób, ale tak naprawdę miałem już tylko jego. Nikomu innemu nie mogłem ufać, bo ktoś z tych zaufanych dzikich, zabił mojego przyjaciela, a swojego przywódcę. Ktokolwiek to był, musiałem zrobić wszystko, by go znaleźć i ukarać. Dzicy powinni mi w tym pomóc, ale by zdobyć ich poparcie, będę musiał odszukać silne dowody przeciw mordercy Franka.

Tłum już się rozszedł, a nowi przywódcy z Christianem na czele, opuścili balkon. Wydziałem jeszcze jak odchodzili, a Rose i Jason szli z nimi. Chociaż ta dwójka była zwykłymi dzikimi, to i tak mieli więcej przywilejów i wywierali znaczący wpływ na wybory dokonywane przez dowódców. Nie głosowali przy podejmowaniu ważnych decyzji, ale uczestniczyli w naradach i wyrażali własne zdanie. Dowódcy im na to pozwalali, a innym dzikim to nie przeszkadzało, bo wszyscy dobrze wiedzieli, że byli oni wnukami Franka, którego bardzo szanowali, albo przynajmniej udawali, że tak było.

Podkradłem się do drzwi i popchnąłem je lekko, by móc dostrzec co się działo. Na szczęście nie wywołało to hałasu i nikt nawet nie zwrócił uwagi na szparę, która pojawiła się w drzwiach i która umożliwiała mi podsłuchiwanie. Frank pozwoliłby mi wejść do środka, ale jego już nie było, a ja musiałem wiedzieć wszystko, by udało mi się odnaleźć mordercę.

 - Mieliśmy zapytać dzikich czy wyruszymy za granicę czy pozostaniemy tutaj – zaczął Chris. – Zamiast tego, musieliśmy wybrać nowego przywódcę. Myślę, że w obliczu ostatnich wydarzeń, nie powinniśmy opuszczać kryjówki.

 - Mówiłem to od początku – zauważył Lukas.

 - Wcześniej byliśmy w innej sytuacji – kontynuował Christian. – Opuszczając kryjówkę, narazilibyśmy się na bezpieczeństwo, a mając wśród nas zdrajcę, nie możemy sobie na to pozwolić. Mamy Nate’a i troje Najprawdziwszych. Rytuał odbędzie się gdy tylko nastanie pełnia.

 - Nie powinniście tego przegłosować? – zapytał Jason.

 - Czy ktoś się ze mną nie zgadza? – zapytał Chris, rozglądając się po pokoju.

Nikt nie uniósł ręki, nikt się nie odezwał.

 - Więc ustalone.

 - Będzie potrzebne bardzo dużo magii – wtrąciła się Hannah. – Powinieneś kazać wszystkim czarownicom i czarownikom, by się do mnie zgłosili. Będziemy potrzebować każdego z nich, ale muszą być na to gotowi. Będziemy mieć tylko jedną szansę, by się udało.

 - Wiem. Tak zrobię.

 - Możemy wreszcie się rozejść? – zapytał ostro Lukas. – Chyba, że nasz główny przywódca chce coś jeszcze powiedzieć…

 - Słuchaj, Lukas! – warknął Chris, który przez cały czas trwania narady, musiał znosić krzywe spojrzenia i lekceważące miny Lukasa. – Możesz mnie nie lubić, ale to ja jestem teraz przywódcą, okej?! Nie spodziewałem się tego, ale zostałem wybrany przez dzikich i nie zamierzam ich zawieść! Szanuję cię i każdego z was, ale jak masz z tym jakiś problem to powiedz mi to prosto w twarz. Jesteśmy teraz jedną drużyną i nie zamierzam być twoim wrogiem!

 - Tak, mam z tym problem! – Wstał.- Zostałeś dowódcą przez przypadek! Gdyby nie Hannah, nigdy by cię tu nie było!

 - Też jesteś dowódcą dzięki niej.

 - Ja jestem Najprawdziwszym, ty jesteś… Nikim!

 - Dobra, wystarczy! – przerwała Hannah, stając między nimi. – Gracie w jednej drużynie, więc przestańcie walczyć!

 - On po prostu na to nie zasługuje!

 - A kto twoim zdaniem zasługuje, Luke? Ty? – zapytała czarownica.

Mężczyzna był naprawdę wkurzony. Przeczesał dłonią włosy, a potem zwrócił się do dziewczyny, wskazując na siebie palcem.

 - Jestem Najprawdziwszym! Ty jesteś Najprawdziwszą… Nate jest kluczem do wszystkiego. Bez nas to wszystko nie ma prawa się udać. Dzicy wiedzą kim jesteśmy i oczekują naszej pomocy, ale uważają, że nie powinniśmy rządzić?! Zrozumiałbym, gdyby wybrali któregoś z tych dwóch – wskazał na Mike’a i Davida – bo ich przynajmniej znają i może ufają im bardziej niż nam, ale Christian?! Kim on jest?! Jakiś dzieciak, który pierwszy raz w życiu zobaczył Grooveland na własne oczy i od razu chce nim rządzić!

 - Nie jesteś zły o to, że Chris został głównym przywódcą – zrozumiała Hannah. – Kiedy byłeś alfą, wszyscy cię szanowali i robili co mówiłeś. Boli cię to, że dzicy wolą Christiana zamiast ciebie.

 - Nie pomyślałeś, że gdybyś był trochę milszy, bardziej by cię lubili? – zapytał Christian.

 - Nie potrzebuję, by mnie lubili – warknął. – Chcę wygrać, ale to się nie stanie, gdy ci idioci wybierają na przywódców niczego nieświadome dzieci, zamiast kogoś kto przez całe swoje życie był przywódcą i mógłby ich zaprowadzić do zwycięstwa!

 - Cóż… Widocznie to we mnie dostrzegli lepszego przywódcę, który przynajmniej nie nazywa ich idiotami.

Lukas wbił w niego rozwścieczony wzrok. Stali naprzeciwko siebie, całkowicie ignorując rozdzielającą ich Hannah i milczeli. Nie wyglądało to groźnie, ale Mike domyślił się, że to tylko chwilowy stan, bo wstał nagle i stanął obok czarownicy.

W końcu Lukas rzucił się do przodu, a Christian lekko odskoczył, ale i tak Mike zdążył złapać mężczyznę nim on dopadł do młodego przywódcy. Musiał użyć tak dużej siły, że oczy chłopaka zaświeciły na żółto, dając oznaki przemiany.

Mike przytrzymał mężczyznę przy ścianie, mocno odpychając napastnika.

 - Chyba powinieneś stąd iść, kolego – powiedział, a podczas tego zdania zęby zaczęły mu się zaostrzać i wydłużać.

Ku zaskoczeniu wszystkich, Lukas posłuchał dobrej rady i ruszył w kierunku drzwi, więc odsunąłem się natychmiast i schowałem za ścianą, ale gdy tylko zniknął na schodach, znowu podszedłem do drzwi.

Mike kucał na podłodze, z wilczymi zębami i żółtymi oczami, a w niektórych miejscach pojawiła się sierść. Rose sięgnęła do szafki i wyciągnęła srebrną łyżeczkę, ale zanim zdążyła podać ją bratu, Hannah już chwyciła jego ramię i Mike natychmiast powrócił do normalnej postaci.

 - Co zrobiłaś? – zapytał Mike, wyraźnie zmęczony po powstrzymywaniu przemiany.

 - Dopiero to odkryłam – zapewniła dziewczyna. – Widocznie to miasto wie, że jestem Najprawdziwszą i w jakiś sposób wzmacnia moją magię. Ty… Nie mówiłeś, że masz problemy z kontrolą…

 - To nic takiego – rzekł trochę za ostro, podnosząc się z ziemi. – Zdarza się nawet najlepszym.

Wyszedł, ale i tym razem zdążyłem się ukryć. Krótko po nim wyszli też Hannah, Rose i Christian, a chwilę później również David. Nate i Jason nadal byli w środku i długo nie wychodzili, więc ostrożnie podszedłem bliżej, by sprawdzić co tam się działo.

 - Chcę wiedzieć jaki jest plan – mówił ściszonym, ale zdenerwowanym głosem Jason.

 - To sprawa między mną a Olivią – rzekł spokojnie.

 - Też współpracuję z Olivią, Nate. Nigdy ci nie wybaczę, że zabiłeś mojego dziadka i przyznaję, że chętnie zobaczyłbym jak umierasz, ale nie w tym rytuale. To nie zwróci dziadkowi życia, a ja mam jeszcze rodzeństwo, które muszę odzyskać, ale to się nie stanie, gdy wypełni się przepowiednia. Pełnia już niedługo, a ty nic z tym nie robisz.

Słuchałem dalej, musiałem wiedzieć o co chodziło, ale nie mogłem zlekceważyć tego co usłyszałem. Jason oskarżył Nate’a o zabicie Franka, a on wcale nie zaprzeczył. Był hybrydą, więc to by się nawet zgadzało, ale… Był naszym wybawcą! Nie mógł tego zrobić! On nie mógł być zdrajcą! Każdy, ale nie ten, którego najbardziej potrzebowaliśmy!

 - Wyluzuj – uspokoił go Nate. – Jeśli zaatakujemy dzikich, stracimy też wielu Obrońców, a oni są zbyt cenni, przynajmniej dla Olivii. Chce to zrobić, odnosząc jak najmniej strat, a ten rytuał to idealna okazja. Najpierw muszą umrzeć Najprawdziwsi, a kiedy to się stanie, nie pozwolę się zabić. Teraz to oni chronią wszystkich dzikich, a kiedy ich zabraknie, bez problemu zabijemy każdą czarownicę i czarownika, gdyż wszyscy będą osłabieni po użyczeniu swojej magii do rytuału. Z ludźmi też nie będzie problemu, bo bez obrazy, ale to nie są trudni przeciwnicy.

 - Po zabiciu Najprawdziwszych będzie brakowało już tylko ciebie… Czy to nie jest zbyt ryzykowne?

 - Nie tak łatwo mnie zabić. Umiem o siebie zadbać… A co do tej dziewczyny o którą pytałeś, wiesz, ta Najprawdziwsza…

 - Alexandra – powiedział, prostując się.

 - Tak, ona. Olivia nie zgodziła się na twoją propozycję.

 - Dlaczego?! Skoro zabiliście dziadka, mam prawo umieścić na liście kogoś innego!

  – Olivia też to powiedziała. Do jutra masz mi podać jedno nazwisko, a ja jej przekażę, ale nie może to być żadne z Najprawdziwszych.

 - Alexandra chce stanąć po naszej stronie! Może nam się przydać, ale jeśli nie zapewnię jej ochrony z waszej strony, wyda mnie przed dzikimi.

 - Więc powiedz jej, że jest bezpieczna – zaproponował Nate, wzruszając ramionami. – Niech myśli, że z nami współpracuje, ale kiedy nadejdzie dzień rytuału, zginie jako Najprawdziwsza Wśród Ludzi. Przecież nie musi o niczym wiedzieć.

To chyba nie usatysfakcjonowało Jasona. Podszedł bliżej. Był wściekły, ale nie na tyle głupi, by przeciwstawić się najsilniejszej istocie na świecie.

 - Chcecie bym ją oszukał tak jak wy mnie – powiedział cicho. – Kiedy zaatakujecie dzikich i przestanę wam być potrzebny, też mnie zabijecie pomimo naszej współpracy?

 - Nic nie jest wykluczone. – Nate uśmiechnął się złośliwie.

 - To nie jest zabawne. Wierzyłem w wasz honor, ale kiedy zabiliście dziadka, przestałem wam ufać.

 - Sam przyszedłeś do Olivii, oferując współpracę. Jeśli chcesz się wycofać, zawsze możesz to zrobić. Bardzo chętnie wykończę całą twoją rodzinkę i przyjaciół… Ty będziesz na samym końcu… Na początek może pozbędę się naszego słodkiego Adasia? – Jason zaczął drżeć, ale nie ze strachu. Ze złości. – To silny wilk, dobry wojownik… Nigdy bym go nie posądził o pedalstwo, ale…

 - Przestań! – wrzasnął Jason, nie przejmując się już czy ktoś oprócz Nate’a go usłyszy.

Nate znów się uśmiechnął. Chciał go naprawdę mocno wkurzyć i widział, że mu się to udało. W tej chwili obu ich nienawidziłem, ale Nate przesadził. Jason naprawdę kochał Adama i zrobiłby wszystko, by go chronić, nawet jeśli musiałby się dopuścić zdrady własnej rodziny, zwłaszcza, że ona nigdy nie dawała mu tyle miłości co Adam. Wystarczyło mi kilka dni, by to zauważyć, chociaż sam jeszcze nikogo nie kochałem aż tak bardzo.

 - Nie martw się – powiedział ze śmiechem Nate. – To się nie stanie jeśli będziesz lojalny względem Olivii. Wiem, że lojalność to dla ciebie trudne zadanie, ale Olivia to nie twoja siostrzyczka, która cię przytuli i wszystko wybaczy. Rose byłaby do tego zdolna, ale jeśli zdradzisz Olivię, sprowadzisz na siebie piekło, którego nawet nie potrafisz sobie wyobrazić… Sam tego dopilnuję.

Nate wyminął chłopaka nie czekając na odpowiedź. Widocznie uznał, że rozmowa zakończona i nie było potrzeby przebywać z nim dłużej w jednym pokoju.

Nie czekałem aż Jason wyjdzie. Potrzebowałem spokoju, by wszystko to sobie jakoś poukładać i zrozumieć co tam się właściwie wydarzyło. Pobiegłem więc do pokoju najszybciej jak tylko potrafiłem i rzuciłem się na łóżko, zatrzaskując drzwi.

Wiedziałem, że obaj byli zdrajcami, ale to Nate zabił Franka. Poza tym nie byli przyjaciółmi, więc nadal miałem nadzieję, że Jason nie robił tego z własnej woli, ale po to, by chronić rodzinę i Adama. Nie rozumiałem do końca na czym dokładnie polegała zdrada Jasona. W jaki sposób nam szkodził i dlaczego to robił. I czy żałował? Jakikolwiek był powód, nawet jeśli był do tego wszystkiego zmuszany, to jednak ktoś powinien o tym wiedzieć. Jeśli on był za słaby, by się postawić, musiałem zrobić to za niego, zanim zrobiłby coś naprawdę okropnego, jak to co robił Nate. Powinienem powiedzieć o nich obu chociaż jednemu z dowódców. Mike’owi albo Christianowi… Pomogliby Jasonowi, albo go ukarali, ale Nate… Czy ktokolwiek by mi uwierzył, gdybym powiedział, że nasz największy wybawca był zdrajcą i że to on zabił Franka? Nie miałem żadnych dowodów, a wszyscy w tej kryjówce w niego wierzyli. Wszyscy oprócz mnie, Jasona i…

Lucy od początku wiedziała jaki był naprawdę! Mówiła, że go zabije, bo na to zasłużył, a ja jej to odradzałem. Uznałem ją za głupią i przekonywałem, że nie można zabić kogoś tak ważnego. Powiedziałem nawet, że sam nigdy nie postawiłbym zemsty i chęci pomszczenia kogoś z najbliższych, ponad to co mógł nam zapewnić Nate. Ten w którego wierzyłem, zabił jej babcię i wiedziałem o tym. Powiedziała mi jaki jest, zanim się dowiedziałem, że zabił też Franka.

Wyciągnąłem nóż, który trzymałem pod materacem i usiadłem na brzegu łóżka, dokładnie oglądając ostrze. Nie płakałem od dawna. Kiedy ujrzałem martwe ciało Franka, nie potrafiłem wydusić z siebie ani jednej łzy, ale poczucie bezradności było gorsze niż nawet najgłębszy smutek. Wtedy wciąż miałem w głowie myśl o zemście. Układałem sobie plan i wiedziałem, że kiedyś odnajdę mordercę. Miałem cel, który mi pomagał.

Teraz go odnalazłem. Doskonale wiedziałem kim był i nie mogłem nic mu zrobić. Nate sam powiedział, że nie łatwo go zabić i za każdym razem, gdy spoglądałem na obracany w moich dłoniach nóż, widziałem jego twarz, która tym razem śmiała się ze mnie i robiła tą pewną siebie minę.

Rozumiałem Lucy, ale nawet we dwoje byśmy go nie zabili, a gdybym to komuś powiedział i ktoś by mi nawet uwierzył to i tak Nate był na tyle potężny, by od razu zabić mnie i każdego kto stanie przeciwko niemu. Z drugiej strony, zaciskałem palce, w których spoczywał srebrny nóż i marzyłem o zanurzeniu go w zdradliwym ciele Nate’a. Chciałem ujrzeć go w stanie, w jakim spoczywał Frank.

Drzwi otworzyły się energicznie i do pokoju wszedł Eric. Przypominał małą roześmianą kulkę, ale kiedy jego wzrok zatrzymał się na moim nożu, uśmiech zniknął z jego twarzy.

 - Co robisz? – zapytał piskliwym głosikiem.

Odłożyłem nóż pod materac i wyciągnąłem do niego rękę.

- Chodź tu – powiedziałem.

Niepewnie podszedł do mnie na krótkich nóżkach i wbił we mnie swój dziecinny wzrok. Nie wiedziałem co mu powiedzieć. Nie wiedziałem jak wiele by zrozumiał. Nie wiedziałem jak by zareagował. Był tylko dzieckiem i… Moim bratem, najważniejszą osobą na świecie.

Przytuliłem go mocno, jakbym miał go już nigdy nie zobaczyć, a moje łzy spływały na jego krótkie blond włosy. Byliśmy tacy różni, ale byliśmy razem.

 - Kocham ci, Eric – powiedziałem.

Od razu zacząłem się zastanawiać czy kiedykolwiek mu to powiedziałem. Czy kiedykolwiek dałem mu do zrozumienia jaki był dla mnie ważny?! Przytulał się do mnie kiedy się bał, albo gdy płakał, ale zawsze on do mnie. Nie pamiętałem bym to ja kiedyś do niego podszedł i go przytulił.

 - Zawsze będziesz dla mnie najważniejszy, bracie i zawsze będę o ciebie dbał. Nigdy cię nie zawiodę i nie zrobię nic co mogłoby cię skrzywdzić – wyznałem, ale te słowa jakoś dziwnie brzmiały w moich ustach.

Uniósł głowę, by na mnie spojrzeć. Chociaż na moich policzkach były łzy, to on nadal się uśmiechał, a oczy miał żywe i pełne energii.

 - Przecież wiem! – zawołał radośnie, a potem znów przycisnął się do mnie, przymykając oczy.

Pocałowałem go w czubek głowy, a dłonią pogłaskałem po grubiutkiej rączce.

 - Zawsze będziemy mieć siebie nawzajem – powiedziałem – ale nigdy nie możesz zapomnieć o Franku. On był naszą rodziną i to jemu zawdzięczamy wszystko co mamy. Cokolwiek się wydarzy, zawsze o nim pamiętaj. Nawet gdy będziesz już dorosły, musisz wiedzieć, że był najlepszy.

Bałem się, że kiedyś przestanie to mieć dla niego znaczenie i zapomni o tym tak jak ja zapomniałem o naszych rodzicach. Martwiło mnie, że nie przeżywał śmierci Franka w smutku, a zarazem cieszyło. Wiedziałem, że ja nigdy nie zapomnę i jemu też nie mogłem na to pozwolić.

———————————————————————————————————————————————————–

W najbliższym czasie zamierzam dodać więcej zdjęć, byście lepiej poznali moją wizję bohaterów. Może nawet przedstawię w skrócie ich historie, gdyby ktoś się już pogubił.

84 „M”

1

gt

Tłum był oburzony, już od samego początku, gdy tylko stanąłem przed nim z Alice i próbowaliśmy im coś przekazać. W momencie gdy zabrakło Leroya, Rada przestała istnieć . Teraz były już tylko Olivia i Alice. Dwie niezależne od siebie istoty, które nie były już jednością, nawet gdy działały wspólnie i głosiły te same poglądy. Być może kiedyś Alice miała nad nimi władzę, ale teraz oni wybrali Olivię, a drugą z Najprawdziwszych tolerowali tak długo, dopóki nie próbowała przeciwstawiać się czarownicy.

 - Nie rozumiecie tego? – kontynuowała dziewczyna, z nadzieją, że w końcu ktoś jej wysłucha. – Jestem pewna, że pamiętacie jak kiedyś było. Kiedyś, gdy Leroy jeszcze żył. Kochaliście go… Wiem, że był waszym ulubieńcem. Nie można było go nie lubić, ponieważ zawsze każdego wysłuchał i każdego z was rozumiał. Zawsze próbował wam pomóc. Był… Po prostu dobry i chciał, byście wy też tacy byli. – Kiedy zauważyli, że Alice nie zwracała uwagi na ich buczenia, w końcu zaczynali odchodzić. – Rozejrzyjcie się! Nie jest już tak jak dawniej! Zabijamy za niewielkie przewinienia! To nie jest sprawiedliwe! Jeśli będziemy tak dalej postępować, niedługo nikt już nie pozostanie! To nie jest dobre!

Wśród odchodzącego tłumu, dostrzegłem jedną postać, która zmierzała w przeciwnym kierunku, prosto do nas. Baliśmy się tego, ale wiedzieliśmy, że Olivia w końcu się pojawi. Ci którzy też ją zauważyli, zaczęli wracać. Prawdopodobnie tylko po to, by zobaczyć jak zareaguje.

Trąciłem Alice delikatnie łokciem i ruchem głowy wskazałem na zmierzającą do nas czarownicę. Czułem jej niepokój, ale ukrywała go jak tylko mogła. Stanęła prosto, ze swobodnie opadającymi ramionami i lekko uniesioną głową, a potem czekała na to trudne spotkanie.

 Olivia weszła po trzech małych schodkach i stanęła naprzeciwko Alice. Była od niej wyższa, co sprawiało, że drobna brunetka przed nią, wyglądała teraz jak mała dziewczynka, ale mimo to próbowała wyglądać dorośle i nie okazywać strachu, nawet jeśli go czuła.

 - Co tu się dzieje? – zapytała czarownica ze złośliwym uśmieszkiem. Nie wyglądała na wściekłą, ale za to bardzo pewną siebie.

 - Cóż… Pozbyłaś się naszego przyjaciela z Rady i teraz głosowanie między nami dwiema jest bez sensu, więc postanowiłam zapytać o zdanie tych, którymi rządzimy.

Olivia zerknęła na tłum, który wpatrywał się w nie z zaciekawieniem, ale też strachem.

 - Oni najwyraźniej nie chcą cię słuchać. – Znów rozciągnęła wargi w chytrym uśmiechu.

 - Bo się boją. – Zbliżyła się do czarownicy, by mieć pewność, że nikt tego nie usłyszy. – Zabijałaś na ich oczach niewinne dzieci… Wiedzą co mogłabyś zrobić z nimi i dlatego się boją. Zawsze tak było, ale Leroy ci się sprzeciwiał w takich sytuacjach i ich bronił. Był ich tarczą i dlatego go zabiłaś, prawda?

 - Leroya już nie ma, ale jak widzę chcesz go zastąpić. Jako dobra przyjaciółka, odradzam ci to. Nie jesteś Leroyem i nawet oni wiedzą, że nie będziesz potrafiła ich bronić tak jak on to robił. Jesteś po prostu za słaba, a oni to widzą.

 - To ty jesteś słaba – warknęła Alice. – Zabiłaś Leroya. Może zabijesz też mnie, a potem każdego kto ci stanie na drodze, bo nie potrafisz sobie inaczej poradzić. Możesz udawać przywódcę i rządzić tym miastem przez jakiś czas, ale mieszkańcy w końcu odkryją, że naprawdę jesteś tchórzem, którego wcale nie należy się bać. Do tego czasu bądź sobie tyranem, ale pamiętaj, że twoi poddani nigdy nie będą cię kochać ani szanować. Będą się ciebie bać, a gdy tylko znajdą w sobie odwagę, od razu cię zniszczą.

Nastąpiła chwila ciszy. Dwie Najprawdziwsze stały naprzeciwko siebie i wpatrywały się sobie w oczy. Tłum wstrzymał na chwilę oddech, a cały świat zdawał się zwolnić na kilka sekund.

W końcu Olivia uniosła rękę i otwartą dłonią uderzyła Alice w twarz. Od razu doskoczyłem do dziewczyny i złapałem ją jakby miała się przewrócić, chociaż ona stała twardo na ziemi. Jedynie głowę miała teraz skierowaną w bok, a twarz zakrytą ciemnymi włosami. Olivia miała teraz tą swoją głupią pewną siebie minę, a tłum znów się uaktywnił.

Alice przytrzymała się mnie jedną ręką, a drugą odgarnęła włosy z twarzy. Uderzenie było na tyle mocne, że zostawiło ślad na jej policzku.

 - Dziękuję – powiedziała. – Właśnie potwierdziłaś moje słowa na temat twojej słabości.

Nie czekała na odpowiedź czarownicy. Po prostu pociągnęła mnie za sobą i razem się oddaliliśmy. Chociaż tym razem przegraliśmy, to przez następne kilka minut czuliśmy się zwycięzcami.

Nie wiedzieliśmy co dalej. Mieliśmy nadzieję, że znajdzie się wśród poddanych ktoś kto nas poprze, a zamiast tego, idąc korytarzami, słyszeliśmy zarzuty dotyczące zdrady. Oboje zostaliśmy znienawidzeni przez każdego czarownika, wilka i człowieka. No… Może oprócz jednej osoby.

Nie poszliśmy dzisiaj na obiad, by nie narażać się na wrogość ze strony mieszkańców. Po obiedzie zazwyczaj chodziłem do podziemi, by poćwiczyć trochę w samotności przed treningiem z nowicjuszami. Dziś nie miałem na to ochoty, ale i tak tam poszedłem, w nieco innym celu. Gdyby K chciała pogadać, przyszłaby właśnie tam. Nie szukałaby mnie w moim pokoju czy w jakimkolwiek innym miejscu. Z jakiegoś powodu sala treningowa była najlepszym miejscem na rozmowy dwóch trenerów. Miałem tylko nadzieję, że rzeczywiście się tam pojawi. Potrzebowałem rozmowy z nią, ale nie wiedziałem czy ona chciała tego samego.

Zszedłem na dół, starając się unikać wzroku mieszkańców i nie słuchać ich obelg. Kiedy ujrzałem drzwi prowadzące do sali treningowej, wiedziałem, że tam już będę bezpieczny. Nikt tam nigdy nie chodził od razu po obiedzie. Nowicjusze mieli w tym czasie trochę odpoczynku, a inni trenerzy woleli ćwiczyć na dworze. Wszyscy uważali, że podziemia są zbyt ponure, ale mi to nie przeszkadzało. Przynajmniej miałem okazję pobyć jakiś czas sam ze sobą i pomyśleć o ważnych sprawach, podczas ćwiczeń.

Otworzyłem drzwi i ujrzałem za nimi jedynie ciemność. Sala była duża, a oświetlała ją tylko jedna żarówka, więc na początku nic nie widziałem, nawet pomimo wilczego wzroku, który na terenach Rady i tak nie działał tak dobrze jak powinien. Szedłem głębiej, aż w końcu ujrzałem włączone światło, co dało mi nadzieję, że K gdzieś tutaj jest, chociaż jeszcze jej nie widziałem.

 - K! – zawołałem, ale zaraz przypomniałem sobie jak Alice po raz pierwszy od wielu lat, nazwała mnie moim prawdziwym imieniem. – Kate!

 - M! – usłyszałem. Głos był kobiecy, ale nie należał do Kate.

Odwróciłem się powoli i zanim zdążyłem dostrzec kto za mną stał, zostałem powalony na ziemię przez jakiegoś wilka, który nagle naskoczył na mnie od boku.

Zrzuciłem go z siebie po chwili szarpania się z nim i wstałem na nogi. Zacząłem się cofać, gdy otoczyło mnie stado wilków i dwóch instruktorów, którzy byli czarownikami. Te wilki to pewnie też instruktorzy, chociaż dopóki pozostawali w postaci zwierząt, nie mogłem być tego pewny. Cofając się, szybko natrafiłem na zimną ścianę, która uniemożliwiała mi ucieczkę. Zacząłem szukać sposobu jak się uratować, ale w tej sytuacji chyba nic się nie dało zrobić. Wilki szczerzyły na mnie kły, a czarownicy byli gotowi, by w każdej chwili rzucić zaklęcie. Ośmioro Obrońców przeciwko jednemu… Nie miałem szans, ale jeśli to starcie skończy się dla mnie śmiercią, to przynajmniej muszę dać z siebie wszystko, by doceniono moją wolę walki.

Kiedy pierwszy wilk do mnie doskoczył, próbowałem go odepchnąć, ale gdy były już dwa, poczułem się bezsilny. Nie mogłem nawet przemienić się w wilka, a potem leżałem już bezwładnie na podłodze, nie mogąc się ruszyć. Widziałem przed oczami białe kły i wiedziałem, że jeśli któryś z wilków postanowi mnie ugryźć, to będzie mój koniec. Nie godziłem się ze śmiercią, ale to było bez znaczenia, bo i tak wiedziałem, że ona w końcu nadejdzie. To przecież po to tu przyszli. Nie chcieli mnie tylko nastraszyć czy pokazać kto tu rządził. Od początku chcieli mnie zabić.

Ktoś szarpnął mną mocno w górę. Teraz już tylko dwóch instruktorów było przemienionych w wilki. J, którego zawsze miałem za przyjaciela, przycisnął mnie mocno do ściany.

 - Byłeś Obrońcą, M – powiedział – Przysięgałeś.

 - Przysięgałem służyć Radzie, ale ona już nie istnieje.

Walnął mnie pięścią w nos, z którego natychmiast popłynęła strużka krwi.

 - Teraz Olivia jest Radą – rzucił ktoś z tyłu, nawet nie wiedziałem kto.

 - Nie ma jednoosobowej Rady. Ja służę Alice.

Znów mnie uderzyli, ale tym razem nie bolało aż tak bardzo, chociaż z pewnością będę miał podbite oko, jeśli uda mi się przeżyć.

 - Alice jest zdrajczynią. Tak samo jak ty!

Znów mnie uderzył. Znów pięścią. Znów straciłem na moment kontakt z rzeczywistością.

 - Zostaw go, J – powiedział jeden z młodszych instruktorów, kładąc dłoń na jego ramieniu. To był prawdopodobnie P. Dwudziestoośmioletni czarownik, który chociaż był młody jak na instruktora, to jednak cieszył się takim samym szacunkiem jak J czy jakikolwiek inny ze starszych Obrońców. – Musimy się zastanowić co z nim zrobimy.

 - Najłatwiej go po prostu ugryźć. Jad powinien go szybko wykończyć – zaproponował jakiś wilkołak, ale wiedziałem, że się na to nie zgodzą.

 - Nie chcemy by było łatwo i szybko – rzucił B.

  P podszedł bliżej, mierząc mnie wzrokiem.

 - Myślę, że odpowiednie zaklęcie powinno sobie z tym poradzić… Co o tym myślisz, M? – Zadając ostatnie pytanie, złapał mnie dłonią za ramię, ale natychmiast ją zabrał jakbym parzył.

 - Co jest? – zainteresował się J.

 - Powinniśmy go zostawić – stwierdził P.

 - Co?! Nie! Jak to…! – protestowali pozostali.

P nie wyglądał już tak odważnie jak przed chwilą. Patrzył na mnie jak na jakiegoś ducha, a w oczach miał przerażenie. Nikt oprócz niego nie wiedział o co chodziło. Ja też nie wiedziałem. Wzrok P spotkał się z wzrokiem drugiego z czarowników, a potem wskazał na mnie głową.

Mężczyzna podszedł do mnie i położył dłoń na moim ciele, ale on trzymał ją dłużej niż P. Zamknął oczy i stał tak przez chwilę, a wszyscy przyglądali mu się z zaciekawieniem. W końcu mnie puścił i odwrócił się do reszty instruktorów.

 - Puść go, J. – Obrońca posłusznie wykonał polecenie, a ja zsunąłem się na ziemię. – Ktoś nas wyprzedził.

Widziałem tylko ich nogi jak oddalały się w kierunku drzwi. W końcu światło zgasło i zapanowała całkowita ciemność, a ja usłyszałem tylko głos czarownika:

 - Rzucono potężne zaklęcie. Umrze w męczarniach i to całkiem niedługo.

Wyszli.

Obudziłem się z ściekającą po mojej twarzy wodą. Wciąż czułem ból w miejscach, na które padły uderzenia. Możliwe nawet, że złamałem nos, ale moja wilcza natura szybko to naprawiła. Kiedy rozchyliłem ostrożnie powieki, światło zaczęło drażnić moje oczy. Nie byłem już w sali treningowej. Wszystko tu było w odcieniach czerwieni, co wskazywało na ludzi, a jedyną osobą z ludzi, która mnie jeszcze nie nienawidziła, była Alice, Najprawdziwsza.

 - Pamiętasz co się stało? – zapytała, gdy tylko próbowałem wstać.

Przyciskała mi do czoła lód, ale i tak nie czułem jego zimna.

 - Zaatakowali mnie. Instruktorzy próbowali mnie zabić, ale tego nie zrobili, a potem mnie znalazłaś i tu przyprowadziłaś – powiedziałem.

 - Prawie. Tak naprawdę nie wiedziałam gdzie jesteś i gdzie cię szukać. Martwiłam się o ciebie, a wtedy Kate zapukała do moich drzwi i ułożyła półprzytomnego ciebie w moim pokoju.

- K tu była?! – Jeszcze nie pamiętałem, by nazywać ja prawdziwym imieniem. – Muszę do niej iść!

 - Nie! – zatrzymała mnie. – Miałam ci nie mówić, że to ona cię znalazła. Nie chce z tobą rozmawiać.

 - Rozumiem… – Było mi trochę przykro.

 - Leż i nie ruszaj się. Pójdę po więcej lodu.

Skinąłem głową, ale gdy tylko zniknęła, zsunąłem się z łóżka i pobiegłem do pokoju Kate. Musiałem się z nią zobaczyć. Może nie chciała ze mną rozmawiać, ale skoro to ona mnie znalazła, musiała być w sali treningowej, a przecież wiedziała, że to ja tam byłem zawsze po obiedzie.

Nawet nie zapukałem, zanim wpadłem do jej pokoju. Zazwyczaj to robiłem, ale teraz nie miałem czasu. Musiałem jak najszybciej z nią pogadać.

Siedziała w fotelu i ostrzyła noże. Dla innych mógłby to być niepokojący widok, ale nie dla kogoś kto znał ją od czasu, gdy jeszcze była nowicjuszem. Kiedy wpadłem tak niespodziewanie, nawet nie drgnęła, nie spojrzała na mnie.

 - Cześć – rzekłam niepewnie.

Nie odpowiedziała. Podszedłem bliżej i usiadłem w fotelu obok niej, przyglądając się jej łagodnej twarzy, która dla wielu wydawała się taka niebezpieczna.

 - Powinniśmy pogadać – powiedziałem.

 - Chyba nie mamy o czym.

 - Więc po co przyszłaś na salę treningową? Wiedziałaś, że tam będę, choć pewnie sądziłaś, że w nieco innym stanie.

Odłożyła noże na stolik i wreszcie na mnie spojrzała.

 - Idąc tam, minęłam kilku instruktorów. Zatrzymali mnie, oskarżając o zdradę i grożąc, ale zapewniłam ich, że nie jestem po twojej stronie. Nazwałam cię zdrajcą, bo chociaż to dla mnie trudne, to musiałam przyznać, że naprawdę nim jesteś. Uwierzyli mi, ale kiedy zobaczyłam cię leżącego na ziemi, nie mogłam cię tam zostawić. Wiem, że wybrałeś Alice, więc zaprowadziłam cię do niej, ale nie zostałam z tobą. Nie chcę by coś ci się stało. Chcę żebyś był bezpieczny, ale wystąpienie przeciwko Olivii to szaleństwo i nie mogę cię poprzeć.

  – Więc zgadzasz się, by Olivia stosowała tak drastyczne metody? – Chwyciłem ją za dłonie. – Kate, to co się tu dzieje jest bardziej niebezpieczne niż poparcie Alice.

Widziałem, że zaskoczyło ją użycie prawdziwego imienia. Z początku była tym trochę zmieszana, tak jak ja za pierwszym razem.

 - Nie możesz mnie tak nazywać – powiedziała. – Jestem Obrońcą. Instruktorką. Służę Radzie.

 - Ja też. Starej Radzie. Nie temu co stworzyła Olivia.

Wyrwała dłonie z moich rąk.

 - Przez moment pomyślałam, że mogłabym w to uwierzyć, ale pozbycie się swojej przeszłości, dawnych imion… To nie są zasady Olivii. Wymyśliła to Rada sprzed wieluset lat. Jeśli to im służysz, powinieneś tego przestrzegać.

 - Okej, nie znałem dawnej Rady, ale znałem tą samą co ty. Olivia, Leroy i Alice… Tworzyli Radę we trójkę. Osobno byli niczym. Kogo z nich najbardziej szanowałaś? Nie pytam kto budził największy strach, albo kogo wielbili inni. Kogo TY najbardziej szanowałaś?

 - Leroy zawsze się o nas troszczył – rzekła po chwili zastanowienia.

 - Kiedy go zabrakło, Rada upadła. Każdemu z nas go brakuje, a dla mnie był kimś szczególnym. To dzięki niemu uwierzyłem w siebie, zostałem nowicjuszem, a potem Obrońcą… Tuż przed egzaminami, powiedział mi, że bez względu na to co mówią zasady, zawsze muszę słuchać samego siebie. Ostrzegał, że będą próbowali zniszczyć tego wilka, którym był Matteo i stworzyć bezmózgiego żołnierza, który będzie potrafił tylko wykonywać rozkazy… Nie pozwolił mi takim być. Kazał mi udawać uległość, ale wewnątrz zawsze pamiętać kim jestem.

 - Czyli teraz masz mnie za bezmózgiego żołnierza?! – przerwała mi, ze złością wstając z fotela.

 - Nie o to mi chodziło! – pociągnąłem ją za rękę, bojąc się, że opuści pokój i nie uda nam się dokończyć rozmowy. – Chodzi o to, że skoro nie ma już Rady, sami musimy ocenić co jest słuszne i zapomnieć o tym co wmawiano nam całe życie. Może nie żyję według zasad Rady. Może złamałem większość reguł, ale nadal szanuję Leroya i wiem co on by mi poradził. Mam zasady. Dokładnie te, które wyznaczył mi Leroy, a ponieważ był on członkiem Rady tak samo jak Alice i Olivia, nie zamierzam z nich rezygnować, zwłaszcza teraz, gdy Leroya już nie ma i nie może sam realizować tego co mi przekazał.

 - Nawet jeśli masz rację, to głupie! Gdyby wybuchła wojna między Olivią a Leroyem, wszyscy poszliby za nim, ale za Alice nikt nie pójdzie, bo wszyscy boją się Olivii, a Alice jest tylko człowiekiem, który nie obroni nas przed tak potężną czarownicą!

 - Więc będą zabijać ze strachu! Będą posłusznie wykonywać rozkazy Olivii, aż staną się tacy jak ona!

 - Nie możesz zrozumieć, że my po prostu chcemy przetrwać?! Poparcie Alice daje nam tylko pewną śmierć! Może to jest dobre, może to jest to co powinniśmy zrobić, może właśnie to wskazałby nam Leroy, ale…. My się po prostu boimy… Proszę, odpuść. Przeproś Olivię, przyznaj się do błędu i zapewnij sobie bezpieczne życie.

 Zbliżyłem się do niej jeszcze trochę. Chciałem ją przytulić, ale to chyba nie był odpowiedni moment. Mogłem jedynie chwycić ją za rękę, spojrzeć w oczy i uśmiechnąć się smutno.

 - Wiesz co… – zacząłem łagodnie. – Przepraszam. Chyba… Chyba rzeczywiście się myliłem… – Jej palce zacisnęły się mocno na mojej dłoni, a na twarzy pojawił się radosny uśmiech. Nie chciałem mówić dalej, ale musiałem. – Myliłem się, myśląc, że cię znam. – Wyrwałem swoje dłonie z jej uścisku i ruszyłem do drzwi. – Myślałem, że byliśmy przyjaciółmi. Znałem cię lepiej niż ktokolwiek inny. Zawsze widziałem prawdziwą ciebie, a nie taką jaką chciałaś by cię widziano, ale było coś co widział każdy kto na ciebie patrzył. Czy byłaś prawdziwa czy udawałaś tyrankę… Wszyscy wiedzieli, że K niczego się nie boi. Ja też to wiedziałem, ale w tym właśnie się myliłem. Dałem się oszukać tak samo jak wszyscy… Może to tylko mały szczegół, ale udowodnił mi, że wcale cię nie znam, więc… Jeśli chcesz to zostań tu z Olivią i bandą wystraszonych żołnierzyków. Już mnie to nie obchodzi. Żegnaj, Kate… – Otworzyłem drzwi. – Utrata przyjaciela jest jak nóż wbity w serce, ale uświadomienie sobie, że przyjaciel tak naprawdę nigdy nim nie był, to coś dużo gorszego. – Wyszedłem.

Zastanawiałem się czy Kate wybiegnie za mną, spróbuje mnie zatrzymać i coś tłumaczyć, ale chyba sama nie wiedziałaby co powiedzieć. Byłem pewny, że cokolwiek by się działo, zawsze mogłem na nią liczyć, ale przez ten cały czas oszukiwałem sam siebie. I ona mnie oszukiwała, wielokrotnie nazywając mnie przyjacielem. Nagle zacząłem żałować naszych nocnych rozmów i żartów, gdy byliśmy nowicjuszami, a potem każdej wspólnej misji, nieprzespanych nocy, gdy czekałem na jej bezpieczny powrót, aż wreszcie wspólnie prowadzonych treningów i ćwiczeń po godzinach. Żałowałem każdej wspólnej chwili, każdego miłego słowa i każdego uśmiechu, jakim kiedykolwiek ją obdarowałem.

Gdy wróciłem do pokoju Alice, spodziewałem się, że będzie na mnie zła za ucieczkę do Kate, ale ona patrzyła na mnie wyrozumiale i czekała na wyjaśnienia.

 - Kate nie przejdzie na naszą stronę – powiedziałem, kładąc się z powrotem na łóżku.

Alice nic nie mówiła. Zauważyłem, że na drewnianym stołku leżał już prawie roztopiony lód, a ona trzymała w dłoniach jakąś maść. Wiedziałem, że to substancja wytwarzana przez czarownice, która łagodziła ból i wspomagała zrastanie się kości. Poza Grooveland wilki regenerowały się w ciągu kilku sekund, ale tu trwało to dłużej, przez co wilkołaki często używały tej maści po przemianach, gdy jeszcze ich nie kontrolowały, by ich kości łamiące się w wielu miejscach podczas przemian, odpowiednio się zrastały. Ja nie używałem tej maści już od wielu lat, kiedy jeszcze byłem chłopcem. Wtedy jeszcze się nie przemieniałem, ale nawet przy mniej poważnych ranach, przynosiła ukojenie. Po skończeniu szesnastu lat, nigdy już po nią nie sięgałem.

Alice wycisnęła trochę maści na rękę i zaczęła wcierać mi ją w skórę. Najpierw w ramiona i kark, a potem podwinęła moją koszulkę i zaczęła smarować mi brzuch i klatę.

 - Powinniśmy opuścić zamek – powiedziałem, gdy ból zaczął ustawać.

 - Dokąd mielibyśmy się udać?

 Oparłem się na łokciu, by na nią spojrzeć. Gdy tylko się poruszyłem, natychmiast oderwała rękę od mojego ciała i zamknęła maść.

 - Kiedyś istniały trzy Rady, a każda miała swój własny zamek. Kiedy powstała jedna Rada dla wszystkich trzech gatunków, przeniosła się ona do zamku czarownic, a pozostałe dwa zamknięto i zabroniono tam wstępu.

- Chcesz byśmy tam wrócili?

 - Nie możemy tutaj zostać. Gdzieś musimy iść. Olivia będzie miała ten zamek. Nawet dzicy mają własną siedzibę, więc powinniśmy wybrać jeden z dwóch opuszczonych zamków, odnowić go i stworzyć tam własne królestwo. Ty, ja i każdy kto będzie chciał stanąć po naszej stronie.

 - Chyba pozostaniemy tam sami. Raczej nie ma zbyt wielu kandydatów, by ruszyć z nami.

 - To tylko mieszkańcy zamku. Ci najbardziej podporządkowani Olivii. Możemy szukać pomocy za górami, albo nawet za granicą, poza Grooveland. Musi być ktoś kto nie zgadza się z metodami Olivii tak samo jak my.

 - Są tacy – zauważyła. – Nazywamy ich dzikimi.

Pokręciłem przecząco głową.

 - To co innego. Nie jesteśmy jak oni. Nadal chcemy chronić dobra, a Olivia… Ona i jej wyznawcy zaczęli bardziej przypominać dzikich niż my.

Alice odsunęła się od łóżka i odłożyła maść na stole. Ja również wstałem i poszedłem za nią. Miała pochyloną głowę, jakby nie do końca była przekonana do mojego planu. Stanąłem za nią, bardzo blisko i położyłem jedną dłoń na jej plecach.

 - Co się dzieje? – zapytałem, pochylając się nad jej uchem.

 - Nie wiem czy powinniśmy uciekać – powiedziała. – Może to zostać odebrane jako znak słabości i strachu przed Olivią.

 - Jeśli zostaniemy, ona nas zniszczy. Już uważają nas za zdrajców. Aż dziwne, że jeszcze żyjemy.

Odwróciła się do mnie przodem. Otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale wtedy ktoś zapukał do drzwi.

Podszedłem bliżej i chwyciłem za klamkę. Alice pozostała w tym samym miejscu, w którym przed chwilą staliśmy. Nie wiedziałem kto krył się za drzwiami. Mogli to być Obrońcy, którzy przyszli po nas, by zamknąć nas w celi lub od razu zabić. Mogła to być też Olivia, co wcale nie oznaczałoby nic lepszego niż pierwsza opcja. Mogła to być też Kate, która jednak zmieniła zdanie po naszej rozmowie.

Otworzyłem drzwi i zobaczyłem tam grupę dzieciaków w przedziale od piętnastu do dwudziestu dwóch lat. Wszyscy byli w barwach Obrońców, ale nie byli jeszcze Obrońcami. Byli nowicjuszami, którzy pod czarno-zielonymi bluzami, nosili barwy własnego gatunku. Każdego z nich znałem. Niektórych lepiej, innych gorzej, ale na treningu spotkałem się z każdym z nich.

 - Możemy? – zapytał chudy blondyn.

Otworzyłem szerzej drzwi i wpuściłem ich do środka. Było ich dziewięcioro. Czworo z grupy trzeciej, a wśród nich troje przyjaciół Nate’a: Liam, Simon i Mia, oraz pięcioro z grupy czwartej. Nie byłem głównym instruktorem żadnej z grup, ale to przy tych dwóch najczęściej pomagałem, więc znałem ich najlepiej, a oni mnie.

 - Słyszeliśmy wasze przemówienie – odezwał się jeden z chłopaków, mówiąc częściowo do mnie, częściowo do Alice. – Poparlibyśmy was, gdyby nie pojawiła się Olivia, ale musicie wiedzieć, że się z wami zgadzamy.

 - M, chciałem przyjść do ciebie już wcześniej – powiedział Liam. – W sprawie Nate’a. Nie wiem o co z nim chodzi, ale był moim przyjacielem, a ty zawsze starałeś się mu pomóc, więc pomyślałem, że możesz coś wiedzieć.

 - Obiecuję, że wszystkiego się dowiecie – zapewniłem, nie wiedząc jeszcze czy Alice się na to zgodzi, ale ona nie protestowała.

 - Widziałem jak Nate zabijał jakąś staruszkę i wiem, że to nie był prawdziwy on – kontynuował chłopak. – Zrobił to na polecenie Olivii i dlatego jestem pewien, że to ona zrobiła coś Nate’owi. Nie możemy tu zostać i służyć komuś tak okropnemu. Jesteśmy po waszej stronie.

Inni go poparli. To tylko dziewięcioro dzieciaków, którzy nawet nie byli prawdziwymi Obrońcami, ale i tak wiele dla nas znaczyli. Już nie byliśmy sami, a skoro oni do nas dołączyli to inni też mogą z czasem dołączyć. Poza tym ci nowicjusze mieli potencjał na Obrońców, co oznaczało, że staną się dobrymi żołnierzami i mogą nam się wkrótce bardzo przydać.

 - Nikomu nie mówcie, że przeszliście na naszą stronę – powiedziałem. – Wracajcie do waszych grup i przygotujcie się do treningu, a kiedy z niego wrócicie i wszyscy pójdą na kolację, wy przyjdźcie nad rzekę. Zabierzcie najważniejsze rzeczy, ale uważajcie by nikt się niczego nie domyślił. Wieczorem stąd uciekamy, jasne?

 Wszyscy skinęli głowami. Nawet Alice, chociaż nie ustaliłem z nią dokładnego planu. Cóż… Te dzieciaki stały się naszą nadzieją.

83 JASON

1

jason

Będąc jeszcze częściowo we śnie, słyszałem już poruszenie na korytarzu. Zastanawiało mnie co tam się działo, ale mój zaspany mózg nie miał jeszcze pewności czy to było prawdziwe, czy nadal było snem. Nawet kiedy ktoś otworzył drzwi do mojego pokoju i wszystkie dźwięki stały się wyraźniejsze, nadal nie miałem siły, by się ruszyć i sprawdzić co się działo, do czasu aż ktoś złapał mnie za ramiona i mocno mną potrząsnął.

Uniosłem gwałtownie powieki, nie zwracając uwagi na zbyt jasne światło, które drażniło moje oczy. Nade mną pochylała się Rose z zaczerwienioną twarzą i lśniącymi na jej policzkach łzami.

 - Co się stało? – zapytałem od razu i nie dając jej czasu na wyjaśnienia, zerwałem się z łóżka.

Jeśli moja siostra płakała, musiało stać się coś naprawdę okropnego. Coś co wstrząsnęło nią tak bardzo, że łzy uniemożliwiły jej mówienie i sam musiałem odkryć o co chodziło.

Zostawiłem ją w swoim pokoju i rzuciłem się na pełen dzikich korytarz. Dawno nie widziałem, by w naszej kryjówce panował taki chaos. Wszyscy się przekrzykiwali i w ogóle nie dało się zrozumieć co mówili. Przepychali się z zatroskanymi minami i popychali, by podejść bliżej.

Był środek nocy, ale chyba wszyscy już wyszli ze swoich pokoi. Wśród tego tłumu, bardzo łatwo było rozpoznać wszystkie wilki, ponieważ tylko one wyglądały na wypoczęte i pełne energii, a reszta wyglądała teraz podobnie do mnie: potargane włosy, zmęczone twarze, piżamy, koszule nocne i inne ubrania, w których spali. Wszystkich wyrwano prosto z łóżka i nikt nie miał czasu, by doprowadzić się jakoś do porządku.

Jeśli ktokolwiek mógł mi wyjaśnić co się stało, to tylko któryś z dowódców. Dziwne, że żadnego z nich nie widziałem, że żaden nie zszedł tu, by zapanować nad tym tłumem, ale przecież wiedziałem, gdzie mogłem ich znaleźć.

Nawet na schodach stała duża grupa głównie wilków, które dzięki swojej sile, przepchnęły się do przodu. Chociaż udało mi się minąć ludzi i czarownice, to tutaj natrafiłem na większe problemy. Krzyczeli coś do mnie, oburzeni, że próbowałem dostać się na początek, ale mimo to brnąłem dalej, a raczej próbowałem to robić, bo co chwilę trącano mnie łokciami, deptano mi po palcach, lub spychano w dół, gdy już wreszcie udawało mi się przejść kilka stopni w górę.

 - Ej! – usłyszałem, ale gdy spojrzałem w górę, największe z wilków zasłaniały mi widok. – Przepuśćcie go!

Dopiero kiedy dzicy się rozsunęli, zauważyłem, że na górze stał Christian i wskazywał na mnie palcem. Zrobiono mi wąskie przejście, prosto do niego, a ci którzy właśnie mnie odpychali, nagle zabrali ręce z moich ramion i klatki, jakby bali się, że Chris ich za to skarci.

Teraz kiedy nie byłem już szarpany i tłamszony, wbiegłem po schodach, dopadając do chłopaka, który natychmiast chwycił mnie za ramię i popchnął w głąb krótkiego korytarza. Jego ręka leżała pewnie, a jednocześnie lekko, jakby nie chciał sprawiać mi ciężaru lub jakby bał się, że gdyby przycisnął ją mocniej, mógłbym się rozpaść na drobne kawałki. Właściwie prawie nie czułem jego dłoni.

Gdy tylko weszliśmy w korytarz, zauważyłem, że pod drzwiami do pokoju dziadka zebrali się Hannah, Nate, Tala i Adam. Każde z nich miało smutną minę, a tylko Nate odważył się patrzeć mi w oczy.

 - Przykro mi, Jason – odezwała się cicho Tala, gdy Christian wpychał mnie do sypialni staruszka, ale sam zostawał na zewnątrz.

Pierwsze na co zwróciłem uwagę, kiedy wszedłem do środka, to moja siostra wtulona w pierś Mike’a, która w jakiś sposób znalazła się tutaj przede mną, chociaż chwilę wcześniej zostawiłem ją samą w moim pokoju. Oprócz tej dwójki, byli też David, Will, Eric i…

Dziadek leżał na swoim łóżku, tuż obok zapłakanego Erica, ale wcale się nie ruszał, a kiedy podszedłem bliżej, dostrzegłem kilka szczegółów. Całe ciało miał poparzone, ale i tak dało się dostrzec ugryzienie wilka na jego nadgarstku i rozciętą skórę na czole, która tworzyła jakiś dziwaczny symbol. Ogień, wilczy jad i specjalne zaklęcie… Trzy rzeczy, których nie przeżyje żadna istota. Ktokolwiek to był, nie popełnił żadnego błędu i upewnił się, że dziadek na pewno umrze.

 - Widać, że to sprawka czarownicy i wilka, jeśli nawet nie było z nimi jakiegoś człowieka – rzucił ostro David. – Jeśli czarownica i wilk ze sobą współpracowali, to mamy dowód, że byli to jacyś dzicy. To oznacza, że mamy wśród nas zdrajcę.

Wszyscy myśleli tak jak mój brat. Ugryzienie w połączeniu z takim zaklęciem musiało oznaczać dzikich, bo przecież jedyną inną możliwością było oskarżenie Nate’a, który jako jedyna istota na świecie, posiadał cechy każdego z trzech gatunków, ale przecież nikt nie obwiniałby tak miłego i grzecznego chłopaka, który miał odmienić losy całego świata na lepsze. Byłem pewny, że nawet przez ułamek sekundy nikt o tym nie pomyślał. Nikt oprócz mnie.

Patrzyłem na martwe i zmasakrowane ciało dziadka, ale nie wiedziałem co należało zrobić. Moja siostra płakała rozpaczliwie, a bracia próbowali lepiej ukryć swoje emocje, ale i tak było widać jak bardzo to przeżywali. Obaj byli smutni, chociaż inaczej to okazywali. David miał zmarszczone ze złości brwi i grymas na twarzy. Nawet jego głos był rozzłoszczony, a ja byłem pewny, że gdyby wiedział kto był prawdziwym sprawcą, mógłby natychmiast rozszarpać go na kawałki i wcale by go nie obchodziło, że to tak cenny dla wszystkich Nate, który ze względu na swoją rolę, znajdował się pod ochroną.

Natomiast Mike reagował inaczej. Wzrok miał pusty, wbity gdzieś w przestrzeń. Wydawał się być nieobecny, jakby był w jakimś innym świecie i nie byłem nawet pewny czy zdawał sobie sprawę, że trzyma w ramionach szlochającą siostrę. Tylko ja nie wiedziałem jak się zachować. Nie czułem nic.

Nawet Will i Eric, którzy tak bardzo kochali mojego dziadka, chociaż nie byli prawdziwą rodziną, potrafili bardzo cierpieć. Młodszy z nich, obejmował martwe ciało swoimi krótkimi i grubiutkimi rączkami, a głowę przyciskał do piersi nieboszczyka, mocząc go swoimi łzami. Jeśli chodziło o Willa, jego reakcja była połączeniem Davida i Mike’a. Wzrok miał jak mój najstarszy brat, ale usta zaciskał ze złością, dokładnie tak jak David.

Mógłbym zrobić cokolwiek… Rozpłakać się, wrzeszczeć ze złości lub próbować odrzucać myśl o śmierci dziadka, co i tak wprowadzałoby mnie w coraz głębszy smutek, ale ja nie robiłem nic z tego. Nie chciałem, by dziadek umarł, ale sądziłem, że gdy to się wreszcie stanie, poczuję coś więcej. Jakiś… Żal? Cokolwiek!

Nie mogłem powiedzieć, że byłem całkowicie pozbawiony jakichkolwiek uczuć. Gdyby była możliwość zwrócenia mu życia, zrobiłbym to, ale skoro było to niemożliwe, szybko pogodziłem się z takim losem. Ja… Zawsze próbowałem udawać silnego, ale teraz chciałbym, żeby chociaż jedna łza popłynęła z moich oczu. Musiałem przekonać sam siebie, że ta sytuacja była tragedią, a nie wybawieniem od tyrani mojego dziadka. Chciałem płakać! Chciałem krzyczeć! Chciałem, by to mną jakoś wstrząsnęło, ale fakt, że nic z tego się nie działo, powodował, że czułem coraz większą odrazę do samego siebie.

Musiałem wyjść. Odór gnijącego ciała przyprawiał mnie o mdłości, a widok cierpiącego rodzeństwa i chłopców, sprawiał, że jeszcze bardziej się upewniałem, że tam nie pasowałem.

Opuściwszy pokój, musiałem minąć Nate’a, który był sprawcą tej zbrodni, chociaż nikt w tej kryjówce oprócz nas dwóch tego nie wiedział. Wiedziałem, że gdybym dłużej zatrzymał na nim wzrok, mógłbym stracić nad sobą kontrolę i próbować go zaatakować, co wszyscy wzięliby za oznakę szaleństwa, a sam Nate ani trochę by nie ucierpiał.

Wzrok trzymałem nisko, a głowę miałem lekko przechyloną w stronę schodów, kiedy przechodziłem przez drzwi. Chciałem jak najszybciej dotrzeć do swojego pokoju, ale wtedy ktoś złapał mnie za rękę. Myślałem, a właściwie obawiałem się, że to mógł być Nate.

 - Jason… – powiedział z troską Adam. – W porządku…?

Zatrzymałem się na chwilę, tyłem do nich. Czy gdybym się odwrócił i mocno uściskał Adama, to by mi pomogło? Możliwe, ale stali tam też inni, których nie chciałem oglądać. Nate udający wspaniałego wybawcę i Tala całująca cudzych chłopaków… Wyrwałem rękę z uchwytu Adama i nie mówiąc ani słowa pognałem po schodach w dół. W tą stronę chętniej mnie przepuszczano, więc nie miałem większych problemów z dotarciem do celu.

Adam chciał wiedzieć czy wszystko było w porządku… Nie. Nie, nie było. Jak śmierć dziadka może być w porządku? Jakikolwiek był i cokolwiek mi zrobił, byliśmy rodziną, a ja znalazłem sposób, by mu o tym przypomnieć. To po to była ta cała współpraca z wrogiem, ale zdrada Nate’a oznaczała też zdradę Rady… Myślałem, że byliśmy bezpieczni. Że mojej rodzinie i Adamowi nic się nie stanie, ale najwidoczniej Olivia ustaliła inne zasady, o których mnie nie poinformowała. Jeśli dziadek nie żyje, a Nate chodzi po kryjówce jako jeden z nas, jutro to samo mogło spotkać Adama. Albo Mike’a. Albo moją siostrę. Nawet mnie…

Byłem zły. Wreszcie to czułem, ale złość nie nastąpiła z powodu śmierci dziadka. Wciąż nie potrafiłem żałować tego aż tak bardzo jak powinienem. Byłem zły, bo mnie oszukano. Bo nie mogłem już czuć się bezpieczny. Bo Rada przestała się ze mną liczyć, jeśli w ogóle kiedykolwiek to robiła. Znów byłem nikim. Nie należałem do dzikich, bo ich zdradziłem, chociaż oni jeszcze o tym nie wiedzieli. Nie mógłbym przecież stanąć przed tym całym tłumem i ogłosić, że śmierć ich przywódcy była moją winą. Bo przecież była… To przeze mnie Nate dostał się do naszej kryjówki i przeze mnie miał możliwość zabicia dziadka. Tylko czy ktokolwiek by w to uwierzył? W najlepszym wypadku, uznaliby, że mi odbiło. Nawet Adam by tak stwierdził.

To poruszenie na korytarzach dawało mi tylko jedną przewagę. Skoro wszyscy byli tacy zaciekawieni i wystraszeni tym całym zdarzeniem, nikt nie zwrócił uwagi na jakiegoś ludzkiego chłopaka, któremu udało się wymknąć na zewnątrz siedziby. Oczywiście nie mogłem użyć opuszczanej w dół klatki, ponieważ potrzebowałbym kogoś, kto by mnie opuścił, więc musiałem wybrać dłuższą i trudniejszą drogę, ale miałem czas.

Po chwili byłem już na dworze. Dopiero tam okazało się, że noc była wyjątkowo zimna i wietrzna, a ja wciąż byłem jedynie w spodniach od piżamy i gęste fale zimnego powietrza, odbijały się od mojej nagiej piersi, przenikając przez całe ciało. Musiałem to przetrwać. Wracanie do kryjówki, by ubrać się nieco cieplej, byłoby głupotą, więc musiałem dać sobie radę z tym co miałem. Życie w Grooveland przygotowało mnie na takie trudności. Nieraz znajdowałem się już w gorszych sytuacjach.W kryjówce mieliśmy wszystko czego potrzebowaliśmy, ale poza nią… Głód, chłód, upały, odwodnienie, krew, walki, strach, niepewność, rany… Doświadczyłem już tych wszystkich rzeczy i jeszcze więcej. Nawet tak ciemna i zimna noc, była niczym w porównaniu z moją przeszłością. Wiedziałem, że to tylko chwilowe. Poza kryjówką, nigdy nie miałem pewności czy uda mi się wrócić, ale teraz wiedziałem, że niedługo znów znajdę się we własnym pokoju. Byłem tego pewny. Nie wiedziałem jeszcze czego dowiem się od Rady, ale ona nie widziała we mnie zagrożenia, więc mnie nie zabije, wiedząc że może jeszcze potrzebować mojej pomocy.

Przyglądałem się chwilę ciemnym skałom, które tworzyły naszą kryjówkę od zewnątrz. Przechodząc obok nich, niewielu wiedziałoby co się kryło w środku. Jak wielka społeczność została tam utworzona i jak działała ona przeciwko władzy tego miasta.

Odszedłem kawałek, wychodząc na duże pole, które znajdowało się już za pierwszym zakrętem, za górą i było początkiem drogi, która prowadziła do Rady.

 - Olivia! – krzyknąłem, rozkładając ręce.

Wiedziałem, że ktoś obserwował to pole i donosił Radzie o wszystkim co się tam działo i wiedziałem też, że skały naszej kryjówki są zbyt grube i zbyt dobrze zabezpieczone, by przechodziły przez nie dźwięki mojego głosu. Dzięki temu też nikt nie słyszał co działo się wewnątrz, więc nigdy nie musieliśmy zachowywać idealnej ciszy.

 - Olivia! – powtórzyłem coraz bardziej rozwścieczony. – Musimy pogadać! TERAZ!

Usłyszałem kroki. Gdzieś zza skały wyłonili się nagle dwaj mężczyźni, którzy natychmiast do mnie podbiegli, rozglądając się czy nie ma w pobliżu nikogo innego.

Wiedziałem jak to przebiegało. Nałożyli mi na oczy czarną opaskę i pochodziliśmy chwilę po polu, obracając się tyle razy, że niemożliwym byłoby zapamiętanie w jakim miejscu i naprzeciwko czego się właśnie znajdowaliśmy. To miało mnie zmylić, bym nie odkrył sekretnego przejścia Rady. Podejrzewałem, że początkowo był to jakiś tunel, który niewiele różnił się od otoczenia pola, ale w pewnym momencie dało się zauważyć, że wiatr nie był już tak silny i to pewnie wtedy weszliśmy do tunelu. Szliśmy nim tylko przez chwilę, bo szybko poczułem pod stopami inną powierzchnię i usłyszałem dźwięk uderzającej metalowej kraty, po której najwyraźniej szliśmy. Niektórzy mogliby pomyśleć, że to tutaj zaczynało się przejście i szukać na zewnątrz metalowych elementów, ale ja wiedziałem, że byliśmy w tunelu już wcześniej, a te kraty zaczęły się dopiero po kilkunastu metrach od wejścia.

Dzięki tym tajnym przejściom, już po kilku minutach znów poczułem powiew wiatru na twarzy, a strażnicy zerwali mi z oczu opaskę. Zabierało mnie dwóch Obrońców, ale teraz prowadziło mnie trzech. Jeden z nich przyglądał mi się podejrzliwie, ale mimo to prowadził mnie do pokoju, w którym wiedziałem, że czekała na mnie Olivia.

Siedziała na podwyższeniu, patrząc na mnie z uśmiechem, jakby śmierć mojego dziadka nic dla niej nie znaczyła.

Obrońcy zostawili mnie na środku, tuż przed Najprawdziwszą, a sami stanęli z boku. Niezręcznie mi się przy nich rozmawiało, ale wiedziałem, że nie zostawiliby nas samych. Musiałem zaufać, że wszystko co tu usłyszą, zachowają dla siebie.

 - Co cię do mnie sprowadza o tej godzinie? – zapytała.

Była noc, ale Olivia wcale nie wyglądała na zmęczoną. Domyślałem się, że przyszła tu dopiero, gdy poinformowano ją o mojej wizycie, więc prawdopodobnie wyrwano ją z łóżka, mimo to prezentowała się lepiej niż ja. Wciąż byłem bez koszulki, jedynie w spodniach od piżamy i potarganych włosach.

 - Mój dziadek nie żyje – wycedziłem przez zęby.

 Dopiero teraz zrobiła nieco bardziej zatroskaną minę, jakby było jej przykro, ale nie musiałem jej znać, by widzieć, że to nie było prawdziwe. Mimo to, wyprostowała się na swoim krześle i spojrzała z niepokojem na stojących przy niej Obrońców.

 - Bardzo mi przykro – powiedziała niewyraźnie.

 - Kłamiesz.

 - Jak to się stało? – zapytała, udając, że nie słyszała mojego oskarżenia.

 - Zabiłaś go! – zawołałem wściekły. – Nate go zabił!

Poruszyła się nerwowo. Jeśli Nate zrobił coś tak okropnego, musiał uzgadniać to z Olivią. To jej służył i wiedząc, że dziadek był na mojej liście, nie ośmieliłby się go skrzywdzić bez wyraźnego rozkazu.

 - Sprowadźcie mi tu Conana – zwróciła się do strażników. – Natychmiast!

Dobrze udawała. Była dobrą aktorką. Aż mógłbym uwierzyć, że naprawdę się tym przejęła, a nawet że nie miała z tym nic wspólnego. Mógłbym w to uwierzyć, gdybym nie spędził tylu lat wśród dzikich, którzy na każdym kroku zniechęcali mnie do Rady i odkrywali jej prawdziwe oblicze.

 - Mieliśmy umowę! – poskarżyłem się. – Dziadek był na mojej liście, a teraz nie żyje!

 - Nie miałam z tym nic wspólnego, Jason – tłumaczyła się. Kłamała. – Nie sądzę, by Conan to zrobił. Wiedział kogo należy zachować przy życiu i nie sprzeciwiłby mi się. Widziałeś jak go zabijał?

 - Nie.

 - Przyznał się do tego?

 - Nie.

 - Więc skąd masz pewność, że to on?

 - Wiem to. Ile osób potrafi zostawiać śmiertelne ugryzienia i jednocześnie używać tak silnej magii?!

 - Pomyślałeś, że to mogło być więcej niż jedna osoba?

 - Udajecie, że chcecie jedności, ale prawda jest taka, że wilk i czarownica nie potrafią współpracować.

 - Chyba, że są dzikimi – zauważyła.

 - To nie byli dzicy – stwierdziłem pewnie, bez wahania.

 - Tak trudno uwierzyć, że to ktoś z was?

 - Wy z Rady nie potraficie zrozumieć sposobu myślenia dzikich. – Podszedłem bliżej. Wciąż byłem wściekły, ale starałem się zachować spokój. – Nie potraficie uwierzyć, że oni są uczciwi, że dążą do wspólnego dobra i potrafią współpracować. Przede wszystkim są wierni… Nigdy by nie zdradzili mojego dziadka, który dawał im jedyną nadzieję, by coś zmienić w świecie, który dla wielu z nich od zawsze był wrogiem.

 - Masz o nich bardzo dobre zdanie, ale to chyba nieprawda. Wystarczy spojrzeć na ciebie.

 - Dla mnie dziadek nigdy nie był przywódcą! – Uderzyłem pięścią o stół, który stał gdzieś z boku. – Próbował nim być, ale zawsze traktował mnie inaczej. Kochałem go, ale nie był dla mnie autorytetem, a dla nich tak. Motywował ich, wspierał… Był jak ojciec dla tak wielu obcych osób.

 - Poczekajmy na Conana – zdecydowała. – To na pewno jakieś nieporozumienie.

 - Mój dziadek nie żyje! Nie byli to dzicy, jestem tego pewny!

 - Uspokój się!

 - Mieliśmy umowę!

Dwóch Obrońców wpadło do sali i chwyciło mnie mocno za ramiona. Zawsze byłem silny, ale nie dość, by wyrwać się dwóm strażnikom, którzy prawdopodobnie byli wilkami.

 - Puśćcie mnie! – wołałem bez skutku.

Nie wiedziałem co bym zrobił, gdyby udało mi się im wyrwać. Być może lepiej, że byli ode mnie silniejsi i nie pozwolili mi zrobić nic głupiego. W tym stanie łatwo byłoby popełnić jakiś błąd, którego bym później żałował. Mimo wszystko, lepiej było zachowywać dobre stosunki z każdą stroną konfliktu, również z Radą, zwłaszcza gdy szykowała się wojna. Nie było jeszcze wiadomo kto wygra, a trzymanie się zarówno z przyjacielem jak i wrogiem, dawało mi przewagę i ostatecznie pewne zwycięstwo.

Po kilku minutach drzwi ponownie się otworzyły i wszedł przez nie Nate. On nie dawał się prowadzić przez Obrońców, więc dreptali oni za nim, jakby się go bali, chociaż przy spotkaniu się z groźnym spojrzeniem Olivii, próbowali go chwycić i pchać do przodu, ale chłopak natychmiast zrzucił z ramion ich dłonie.

Szedł w naszym kierunku, aż wreszcie stanął przy mnie, posyłając długie lekceważące spojrzenie.

 - Conanie, czy wiesz o śmierci Franka, głównego dowódcy dzikich? – zapytała Najprawdziwsza.

 - Wiem – przyznał zadowolony z samego siebie. Miałem ochotę go walnąć.

 - Czy to ty dopuściłeś się tej zbrodni?

 - Tak.

Powiedział to tak obojętnie. Życie mojego dziadka nie miało dla niego żadnego znaczenia. W obecności dzikich potrafił udawać dobrego, uczciwego, miłego i delikatnego, ale dopiero tutaj odsłaniał prawdziwą naturę i pokazywał jakim był potworem. Aż dziwne, że to naprawdę on miał być wybawieniem dla tych wszystkich dzikich, z którymi niegdyś działałem. Gdybym nadal to robił, moja przyszłość zależałaby tylko od Nate’a. Pewnego siebie, ale też okrutnego, zarozumiałego i podłego Nate’a, którym był naprawdę.

Zacisnąłem pięści, wbijając w niego złowieszczy wzrok. Kłykcie mi zbielały, a dłonie zaczęły swędzieć w ten dziwny sposób, który zachęcał do zrobienia czegoś, czego chyba nie powinienem. Zacząłem sobie wyobrażać, że byłem wilkiem. Silnym, szybkim i niepokonanym wilkiem, który w ciągu sekundy mógłby przemienić się w bestię i bez większego wysiłku, zaatakować przeciwnika.

Niestety wilk istniał tylko w mojej głowie. W rzeczywistości byłem człowiekiem, który mógł jedynie rzucić się na niego z pięściami, licząc że nie zostanie rozszarpany przez jakiś wybryk natury, którym był Nate. Nie myśląc o konsekwencjach, zdecydowałem się to zrobić, ale jako człowiek okazałem się zbyt wolny i Obrońcy zatrzymali mnie, gdy tylko wykonałem ruch w stronę chłopaka.

Nienawidziłem tej bezradności. Tego, że wszyscy byli ode mnie lepsi, tylko dlatego, że mieli szczęście urodzić się wilkiem czy czarownikiem. Nie musieli wkładać wiele wysiłku, by mnie pokonać, chociaż ja bardzo ciężko ćwiczyłem, by stawać się coraz lepszy i pewnego dnia pokonać może nawet jakiegoś Obrońcę.

 - Jason, uspokój się! – doszedł mnie głos Olivii. – Conan, dlaczego to zrobiłeś?

 - By zapewnić wam przewagę.

 - Dostałeś zadania do wykonania i wyraźny zakaz krzywdzenia pewnych osób.

 - Ten zakaz był głupi! – Ja odważyłem się podejść blisko Najprawdziwszej, ale zatrzymałem się przy podwyższeniu, on natomiast stanął prawie przy samym krześle. – Frank był dowódcą dzikich. Pozbywając się go, wprowadziłem chaos w oddziały wroga. Każda wataha potrzebuje alfy, nawet gdy czarownice tworzą kręgi, potrzebują lidera, który wszystko utrzyma i przejmie odpowiedzialność. Bez przewodnika, owieczki się gubią…

 - To nie było konieczne! – zaprotestowałem. – Teraz Mike albo David przejmą dowodzenie. I co? Ich też zabijesz?!

 - Jeśli to będzie konieczne… – Wyszczerzył zęby w uśmiechu. Znów zacząłem się szarpać, ale Obrońcy nadal mnie trzymali.

 - Conan, przestań! – zażądała Olivia. – Nie powinieneś sam decydować o takich rzeczach. Obiecałam coś Jasonowi, a ty postawiłeś mnie w sytuacji, w której nie mogę spełnić obietnicy. Nie pozwolę ci zabić więcej osób z listy.

 - Spokojnie… – powiedział. – Frank był głównym dowódcą, ale zostawił po sobie zbyt wielu następców. Każdy z nich będzie chciał przejąć władzę przez co zaczną się kłócić, a to wpłynie na całą społeczność dzikich. Ostatecznie oni sami się pokonają, a my odniesiemy zwycięstwo i przejmiemy Najprawdziwszych do rytuału, tym samym niszcząc wrogów.

 - Nieprawda! – zawołałem. – Pozwolą dzikim wybrać następcę dziadka!

 - Tak? I jak myślisz? Kogo wybiorą?

 - Mike’a.

Odpowiedź była oczywista. Hannah, Lukas i Christian byli nowi. Dwoje z nich było Najprawdziwszymi co dawałoby im przewagę, ale dzicy nie będą ich chcieli na głównych przywódców. Będą woleli kogoś sprawdzonego. kogoś takiego jak Mike albo David, a ponieważ Mike jest starszy, wybiorą jego.

 - Też tak obstawiam – kontynuował Nate. – Mike byłby dobrym przywódcą, ale… Co na to David? Albo Lukas? Inni pogodzą się z wyborem Mike’a, ale tym dwóm nie będzie wystarczało bycie jednym z wielu dowódców. Obaj będą chcieli być najważniejsi i rządzić wszystkim. Lukas i twój kochany braciszek bardzo nam pomogą. Nam wszystkim, bo… Przecież jesteś z nami, prawda? A może nadal czujesz się dzikim i to u nas jesteś szpiegiem? Olivia, może powinniśmy rozważyć czy można mu ufać?

 - Olivia, zrobisz z tym coś?! – zawołałem wreszcie. Byłem naprawdę wkurzony.

 - Conan, zabraniam ci podejmować takie decyzje. Na razie daję ci tylko ostrzeżenie, ale…

 - Ale co?! Co mi zrobisz, hm?! Oboje dobrze wiemy, że mnie potrzebujesz i wiemy też, że postąpiłem słusznie! Każda moja decyzja jest dokładnie przemyślana i służy Radzie! Służy tobie, nam wszystkim…! Widocznie tylko ja z nas wszystkich pragnę wygranej!

 - Też tego chcę, Conan, ale bez Jasona nie dostałbyś się do kryjówki dzikich. Nadal byśmy nie wiedzieli gdzie się znajduje… Potrzebujemy też jego, a obiecałam mu ochronę dla jego najbliższych.

 - Już wiemy gdzie jest kryjówka! Nie jest nam do niczego więcej potrzebny! Możemy go po prostu zabić, a potem wykończyć resztę dzikich, łącznie z tą całą jego chorą rodzinką!

 - Nie zrobimy tego! Wrócisz do dzikich jako jeden z nich i będzie dalej obserwował i dostarczał nam informacje. Może potrafisz sam zastąpić dziesiątki Obrońców, ale dzikich jest więcej i nadal nie wiemy jak duże stanowią zagrożenie. Gdy zdecydujemy się ich wykończyć, musimy mieć pewność, że zginą wszyscy, a potem pozbędziemy się Najprawdziwszych. Kiedy się odrodzą, nie będzie już żadnego buntownika, który im pomoże, a Rada znów będzie mogła ich zabić. Wróć więc do dzikich i przestrzegaj moich zasad, jasne?!

 Nate odwrócił się wkurzony i ruszył w kierunku wyjścia.

 - Conan! – zawołała za nim Olivia.

Wyszedł.

 - Obiecuję, że nie skrzywdzi już nikogo więcej z listy.

Nie miała pewności. Może podporządkowała sobie Nate’a, ale teraz straciła już nad nim kontrolę. Chłopak był nieprzewidywalny i robił co chciał.

 - Chyba już za późno na takie obietnice – zauważyłem. – Mój dziadek był na liście, a teraz nie żyje.

 - To się już nie powtórzy.

 - Nie można zwrócić mu życia. Co gdy jutro umrze kolejna osoba? A potem następna? Może w końcu i ja zostanę napadnięty podczas snu i już się więcej nie obudzę?

 - Jeśli zaraz nie opuścisz mojego zamku, możliwe, że nie będziesz musiał długo czekać aż to się stanie. Conan dostał się do kryjówki i ma rację, że na razie nie jesteś nam już potrzebny, ale nie stanowisz też dla nas zagrożenia, więc nadal utrzymuję naszą umowę na wszelki wypadek. Nie muszę tego robić. Łatwiej byłoby cię zabić, to prawda, ale może się jeszcze przydasz, więc bądź wdzięczny za moją litość i wracaj do swoim obowiązków, a ja postaram się zadbać o dotrzymanie warunków umowy.

 - Nie możesz już ich dotrzymać. Dziadek nie żyje, jak mam ci nadal ufać?

 - Nie wiem, ale nie masz wyboru. Albo jesteś z nami i robisz co do ciebie należy, albo jesteś przeciwko nam, a wtedy… Sam wiesz… – Uśmiechnęła się, spoglądając na nóż, który skądś wyjęła i teraz obracała w dłoni. – Odprowadźcie go do domu – zwróciła się do Obrońców.

Podeszli do mnie, by wskazać mi drzwi, ale ja nie reagowałem. Zawiesiłem wzrok na Olivii, chcąc coś zrobić, ale jednocześnie czując frustrującą bezradność wobec niej.

Nie czekali dłużej. Chwycili mnie za ramiona i siłą wypchnęli z sali. Wracaliśmy tą samą drogą i znów próbowałem zapamiętać jak najwięcej szczegółów, ale nie było to łatwe, więc nie uzyskałem więcej informacji niż ostatnim razem.

Kiedy odsłonięto mi oczy i znów ujrzałem znajome tereny w okolicach naszej kryjówki, stał przy mnie już tylko jeden z Obrońców. Pozostali musieli opuścić nas wcześniej.

Natychmiast ruszyłem przed siebie, by znaleźć się w pokoju zanim ktokolwiek zauważyłby moje zniknięcie. Miałem nadzieje, że wewnątrz nadal panował chaos spowodowany śmiercią dziadka, więc moja obecność nie miała dla nikogo znaczenia.

Dostrzegłem, że Obrońca szedł za mną. Zdawało się, że też podążał do kryjówki, w której na pewno nie był mile widziany i chociaż na mnie nikt nie zwróciłby uwagi, to jego na pewno  by zauważyli.

 - Olivia nie będzie zadowolona jeśli ktoś nas razem zobaczy – rzekłem obojętnie, mając nadzieję, że to wystarczy i odejdzie.

 - Nie obchodzi mnie Olivia.

Zatrzymałem się i zmrużyłem oczy, mierząc go wzrokiem. W końcu uśmiechnąłem się złośliwie.

 - Obrońca buntownik? – zapytałem. – To dość niespotykane zjawisko…

Podszedł bliżej. Był ode mnie wyższy, ale nie udało mu się wzbudzić we mnie strachu.

 - Nie jestem Obrońcą – powiedział wysokim zachrypniętym głosem. – I nie jestem buntownikiem.

Patrzyłem na niego, zastanawiając się o co mogło chodzić. To prawda, że nie mógł być Obrońcą. Oni byli zbyt lojalni względem Rady. Nie był też dzikim. Nie wiedziałem kim był, ale nosił charakterystyczny czarno-zielony mundur, w  którym chodzili Obrońcy odpowiedzialni za kontakty z drugą stroną miasta oraz poza nim.

 - Wiem kim jesteś… – rzekłem powoli.

Odpowiedź była tak prosta i oczywista. To musiał być ktoś od nas, ale żaden z dzikich. Ktoś kto bez problemu mógłby się podszyć pod jednego z Obrońców.

Zawsze nosiłem przy sobie nóż. Jako człowiek pośród dwóch silniejszych gatunków, musiałem mieć jakąkolwiek broń. Wystarczyło sięgnąć do kieszeni… Zrobiłem to, ale nie atakowałem od razu. Czułem w dłoni kształt noża, a dwoma palcami zsunąłem z niego osłonę i zacisnąłem dłoń na rękojeści.

W tej chwili postanowił się ujawnić, ale ja już wcale nie byłem zaskoczony, gdy pojawiła się przede mną pewna siebie blondynka.

Szybko wyjąłem nóż i rzuciłem się w kierunku Alexandry. Uciekła. Musiała przewidzieć, że to zrobię, a ja za długo czekałem. Wiedziałem kim jest, ale chciałem to zobaczyć. Upewnić się. Zaatakowałem drugi raz, ale i tym razem nie trafiłem, gdyż dziewczyna zdążyła się odsunąć, a sekundę później zmienić się w małą białą myszkę i uciec gdzieś w krzaki.

Opuściłem bezradnie ręce. Całe życie walczyłem z wilkami i czarownicami, a teraz wreszcie miałem przeciwniczkę, która była człowiekiem, ale to wcale nie okazało się łatwiejsze. Nigdy nie sądziłem, że przyjdzie mi się zmierzyć z najsilniejszym człowiekiem na świecie, ostatnim, który zachował magię. Musiałem jednak coś zrobić, zanim doniosłaby komuś po mojej współpracy z Olivią. Nie mogłem na to pozwolić.

 - Wyjdź stamtąd i walcz! – wykrzyknąłem, nie mając pewności czy biała myszka, która uciekła w krzaki, nadal w nich była. Miała magię, równie dobrze mogła zamienić się w owada i odlecieć do jednego z wielu naszych przywódców. – Łatwo jest uciekać! Tchórze są nic niewarci, wiesz?!

Nagle coś się poruszyło. Zrobiłem krok do tyłu, gdy wielki niedźwiedź skoczył prosto na mnie, ale to mi wcale nie pomogło, bo jego pazury i tak popchnęły mnie mocno, zostawiając na mojej piersi długie zadrapania. Upadłem na ziemię, ulegając sile i ciężarowi zwierzęcia, które tuż przy zderzeniu moich pleców z ziemią, ponownie przyjęło ludzką postać.

 - Uspokój się, idioto… – powiedziała. – Jeszcze nas ktoś usłyszy, a wtedy wszystko się wyda.

 - Nie mam nic do stracenia! – wykrzyknąłem głośno, chcąc zrobić jej na złość.

 Zakryła moje usta dłonią.

 - Zamknij się – rzekła ostro. – Myślisz, że gdybym chciała komuś powiedzieć o twojej zdradzie, to już bym tego nie zrobiła?!

 - Więc czego chcesz?!

 - Pomocy. Pewnej przysługi za milczenie.

 - Nie wiem jak mógłbym ci pomóc…

 - Ja wiem. – Rozejrzała się dookoła. – Ale nie tutaj… Jeśli mamy o tym gadać, wróćmy do kryjówki.

Zeszła ze mnie i podała mi rękę, ale zignorowałem jej próbę pomocy. Sam pozbierałem się z ziemi i ruszyłem przodem, zastanawiając się czego mogła ode mnie chcieć.

Wewnątrz było już spokojniej. Ci którym znudziło się już czekanie, rozeszli się do pokoi, ale niektórzy nadal stali w centrum kryjówki i przekrzykiwali się lub popychali, by podejść bliżej. To i tak nic im nie dawało, bo na szczycie schodów stali Christian, Tala i Hannah, którzy powstrzymywali cały ten tłum i chociaż powiadomili wszystkich o tragedii, to na razie nie chcieli udzielać więcej informacji.

Przeszedłem bokiem, starając się nie zwracać na siebie uwagi, chociaż widziałem, że Chris mnie zauważył. Może się zdziwił, że była ze mną Alexandra, bo przecież się nie znaliśmy i nie czuliśmy potrzeby, by się lepiej poznawać, ale widocznie miał teraz ważniejsze sprawy na głowie.

Zamknąłem drzwi za dziewczyną, kiedy weszła do mojego pokoju i od razu spojrzałem na nią pytająco, by usłyszeć czego ode mnie chciała. Nie miałem czasu, ani ochoty na bawienie się w dobrego gospodarza i proponowanie jej by usiadła lub się rozgościła.

 - Wiesz, że Rada chce zabić Najprawdziwszych… – zaczęła.

 - Nie wiem. Nie obchodzi mnie to.

 - Skoro z nią współpracujesz, musisz znać jej plany.

 - Chcę tylko, by pozbyli się dzikich i ochronili moją rodzinę. Jeśli wy, Najprawdziwsi chcecie zadawać się z dzikimi, to wasza sprawa. Zostaniecie potraktowani jak oni.

 - Z kimś muszę się zadawać. Bycie Najprawdziwszą jest wspaniałe, ale też niebezpieczne. Gdziekolwiek pójdę, każdy chce mnie zabić, gdy tylko dowie się kim jestem. Mają różne powody… Najgorsze, że nawet ci, którzy udają moich przyjaciół, ci którzy powinni nimi być, ci którzy mnie wielbią i mi się kłaniają, tak naprawdę też chcą mojej śmierci.

 - Mówisz o dzikich… – zauważyłem.

 - O dzikich, o Hannah i Lukasie… Tak bardzo chcą zginąć, ale nie pomyśleli, że może ja wcale tego nie chcę.

Wyprostowałem się zaciekawiony. Wiedziałem, że Najprawdziwsi umrą przy próbie wykonania przepowiedni, ale Hannah i Lukas rzeczywiście sami się z tym pogodzili, natomiast nie słyszałem, by Alexandra wyznała, że jest gotowa się poświęcić.

 - Jesteście Najprawdziwszymi… – zacząłem niepewnie. – Czy to nie jest wasze przeznaczenie?

 - Też przez długi czas tak myślałam. – Zaczęła chodzić po pokoju. – Z naszej trójki, tylko ja nie zaznałam szczęścia, więc uznałam, że nie jest ono dla mnie i że odrodziłam się tylko po to, by znów umrzeć. To ja musiałam przekonywać do tego Lukasa i Hannah, ale w końcu zrozumiałam, że to bez sensu. Człowiek nie powinien umierać więcej niż raz. Jeśli się odrodziłam to po to, by wreszcie odnaleźć szczęście, a nie by znów wszystko stracić. Mogę się nie starzeć i nigdy nie umrzeć… Zdajesz sobie sprawę ile osób może coś takiego powiedzieć?!

 - Na pewno Hannah i Lukas…

 - Tylko nasza trójka! Jesteśmy wyjątkowi, a tego co wyjątkowe nie można niszczyć. Trzeba tego strzec jak skarbu. Nie chcę umierać, wiesz? Podoba mi się moje życie, kocham je…

 - Nadal nie wiem jak ci pomóc.

 - Porozmawiaj z Olivią. Mnie od razu uwięzi jeśli spróbuję to zrobić, ale ty możesz…

 - Nie posłucha mnie. Prawie w ogóle się ze mną nie liczy.

 - Ale liczy się z twoją listą – zauważyła i od razu przypomniała mi o dziadku. – Frank nie był jej winą, tylko Nate’a. Zażądaj, by zastąpiono imię twojego dziadka moim. Musi ci jakoś wynagrodzić jego śmierć!

 - Olivia współpracuje ze mną tylko po to, by zyskać Nate’a i Najprawdziwszych. Jesteś jedną z nich, nie będzie cię chronić.

 - Nie potrzebuje mnie! Mogę jej przysiąść, że będę po jej stronie tak jak Nate, a wystarczy, że zabije Hannah i Lukasa. I tak minie wiele lat nim się odrodzą, a kiedy to zrobią, będzie mogła zabić ich ponownie. Pomogę jej to zrobić. Najprawdziwszy potrafi rozpoznać najprawdziwszego szybciej niż Rada… Pomogę jej, tylko… Po prostu z nią porozmawiaj.

 - Mogę to zrobić, ale musisz obiecać, że mnie nie wydasz. Nawet jeśli Olivia się nie zgodzi, nie możesz nikomu powiedzieć o mojej współpracy z nią, okej?

 - Okej, ale pójdę z tobą. Jako Obrońca.

 - Pójdziemy tam jutro. W nocy.

Otworzyłem drzwi i opuściła mój pokój. Jeśli chodziło o Alex, mieliśmy ze sobą wiele wspólnego, co wcale nie było dobre, bo wiedziałem, że moja sprawa się dla niej w ogóle nie liczyła. Chciała tylko uchronić samą siebie.

82 LUKAS

1

luke

Wystarczyło spojrzeć na jej minę, by wiedzieć, że nie przynosiła dobrych wieści. Hannah była bardzo przewidywalna, a najdrobniejsze szczegóły zdradzały charakter jej wypowiedzi. Lekko ściszony głos, jakby bała się, że ktoś podsłuchiwał, drżał jej nawet przy zwykłym słowie „cześć”, kiedy tu wpadła. Jeszcze te nieznacznie uniesione brwi, delikatny uśmiech, jakby miała nadzieję, że on wszystko załagodzi i rozbiegany wzrok.

 - O co chodzi? – zapytałem, chcąc wreszcie usłyszeć tą złą nowinę.

 - Musimy pogadać.

 - Czy nie to właśnie robimy?

 - Luke, muszę ci coś powiedzieć i wiem, że nie będziesz zachwycony, ale to dobra wiadomość.

 - Więc mów.

Jeśli to rzeczywiście będzie dobra wiadomość, to będę zachwycony. Niestety to co dla niej było dobre, dla mnie często bywało złe i przeczuwałem, że w tym właśnie przypadku tak będzie.

Podeszła do mnie powoli, z pochyloną głową. Naprawdę się denerwowała, więc musiało chodzić o coś bardzo ważnego. Nie wiedziałem czy bała się tych informacji, które chciała mi przekazać czy mojej reakcji na nie, ale niezależnie od tego, powinna wreszcie wyznać to z czym do mnie przyszła. Prędzej czy później i tak się dowiem, a każda sekunda odwlekania tego, budziła we mnie coraz większą złość i niepewność.

Chwyciła moje dłonie i spojrzała na mnie wyrozumiałym wzrokiem, robiąc minę jakby już chciała mnie zacząć pocieszać, chociaż nadal nie miałem pojęcia co się stało.

 - Cokolwiek sobie pomyślisz, pamiętaj, że to jest dobre – powiedziała.

 - Oczywiście, że jest! – Te słowa nie należały do mnie, ani nawet do Hannah, a mimo to doskonale znałem ten pewny siebie, zarozumiały głos.

Automatycznie wyprostowałem się na ten drażniący dźwięk. Pod ścianą, przy drzwiach, którymi chwilę wcześniej weszła Hannah, teraz stała inna Najprawdziwsza. Alex. To ta sama dziewczyna, z którą miałem się kiedyś ożenić, ponieważ nasi rodzice podjęli taką decyzję, ta sama z którą dzieliłem swój lęk, gdy dotarł do nas spisek naszych najbliższych, ta sama która ściskała moją dłoń, gdy wiedziałem, że zostało mi kilka sekund życia… Ale niestety pamiętałem też inne chwile, gorsze od każdej z tych wymienionych, w których Alex prezentowała się w zupełnie innym świetle. To też ta sama dziewczyna, która kazała mi wybierać między własnym życiem, a mojej ukochanej, która była dla mnie najważniejsza na świecie. Ta, która zniszczyła moje szczęście, którego i tak musiałem szukać zbyt długo.

 - Nie przywitasz się ze starą znajomą? – zapytała, rozkładając ramiona.

Kiedy zrobiłem krok w jej kierunku, Hannah już wiedziała, że wcale nie chciałem jej uściskać i dlatego próbowała mnie zatrzymać, ale chwyciła mnie zbyt późno i jedno lekkie szarpnięcie wystarczyło, by mnie puściła.

Dopadłem do Alex i mocno chwyciłem ją za gardło, ale ona nie wyglądała na przerażoną, lecz roześmianą.

 - Widzę, że wcale się nie zmieniłeś – rzekła zadowolona z samej siebie.

 Czułem jak swędziły mnie dziąsła, z których w każdej chwili mógłbym wysunąć ostre zęby i zostawić na bladej skórze Alex śmiertelne ugryzienie. Powinienem to zrobić już dawno, ale Hannah stała za mną i bezskutecznie próbowała odciągnąć mnie od dziewczyny.

 - Luke, uspokój się! – wołała. – Lukas, porozmawiajmy! Słyszysz?!

Zacisnąłem palce na jej szyi jeszcze mocniej. Chciałem, by ten głupi uśmieszek zniknął w końcu z jej twarzy, a zastąpił go strach. Tego pierwszego udało mi się dokonać i chociaż długo próbowała ukrywać ból jaki jej zadawałem, teraz wreszcie widziałem jej cierpienie, ale nadal nie było w tym ani trochę obawy, o którą mi chodziło.

 Pochyliłem się nad jej uchem.

 - Jesteś tylko człowiekiem – rzekłem z pogardą. – Małym, słabym, nic nie wartym człowiekiem. Może nawet zachowałaś te swoje resztki magii, ale nawet w naszych czasach, gdy ludzie mieli jeszcze chociaż trochę mocy, i tak byli najsłabszym gatunkiem i dzisiaj nic się nie zmieniło. Pomyśl… – Przejechałem wargami po jej szyi, jakbym chciał ją ugryźć. – Jedno szybkie ugryzienie i po tobie.

 - Jeśli chcesz się zabawić, wystarczy poprosić – powiedziała z uśmiechem, który powrócił już na jej usta. – Nie musisz zgrywać złego chłopca. – Mój uchwyt się poluzował, chociaż wcale tego nie chciałem, a jej twarz zaczęła się zbliżać do mojej. Hannah wciąż stała z tyłu i coś krzyczała. – I bez tego zawsze byłeś moim ulubionym… Hm… Przyjacielem.

Tuż przed zetknięciem się naszych ust, wróciła mi władza w rękach i ponownie chwyciłem ją za gardło, przyciskając mocno do ściany i odpychając od siebie, zanim zdążyłaby cokolwiek zrobić.

 - Dla ciebie to zabawa?! – wrzasnąłem rozwścieczony.

 - Zabij mnie jeśli tego właśnie chcesz – rzekła obojętnie. – Tak długo już czekaliśmy… Możemy poczekać jeszcze kilkadziesiąt lat…

Chciałem to zrobić. Wiedziałem, że mogłem i przyszłoby mi to z niespodziewaną łatwością. Miałem nad nią przewagę i chciałem ją ukarać za to co zrobiła mi i Elizabeth, ale nawet gdybym ją zabił, to by było za mało. Musiałbym znaleźć kogoś kogo Alex kochała, a nie byłem pewien czy to w ogóle możliwe.

 - Lukas, zostaw ją! – nadal wołała Hannah, szarpiąc mnie od tyłu.

 - Dlaczego trzymasz jej stronę?!

 - Nie trzymam jej strony, Luke! – Spojrzałem na nią dzikim wzrokiem. – Nienawidzę jej tak samo jak ty, ale wszyscy jej potrzebujemy! Słuchaj… Wiem, że kochałeś Elizabeth, ale to ci jej nie zwróci, a poza tym mamy do wykonania ważne zadanie.  - Dotknęła mojego ramienia z taką czułością, że aż jej uwierzyłem i niechętnie, ale puściłem wreszcie Alex. – Żyjemy w świecie, który nigdy nie powinien istnieć, ale mamy szansę to naprawić i znów być szczęśliwi, pozwalając innym doświadczyć życia, które my już mieliśmy.

 - Nie potrafię być szczęśliwy bez Elizabeth, Hannah!

 - Tak ci się tylko wydaje. Słuchaj… To zawsze będzie bolało i nigdy o tym nie zapomnisz, ale musisz nauczyć się z tym żyć i dążyć do tego, czemu poświęciłeś większość swojego życia jako Chace.

 - To było łatwiejsze, gdy nie pamiętałem kim jestem.

 - Wiem, Lukas, ale… Ty i Chace to ta sama osoba, a ja znałam was obu i wiem co Chace by ci poradził. Ty też to wiesz, prawda? Nie możesz odzyskać Elizabeth, ale nadal pozostaje wiele ważnych rzeczy, które mogą dać ci szczęście… Elizabeth by tego chciała.

 - Nie wiesz tego. Nie znałaś jej tak jak ja.

 - To prawda, ale rozmawiałam z nią kilka razy i wiem, że cię kochała. Chciałaby abyś osiągnął swój cel.

 - Moim celem jest śmierć. Wypełniając przepowiednię, umrzemy… Gdzie w tym szczęście?!

 - W tym dlaczego to robimy! Nie pamiętasz już?! Bo dla Chace’a to było ważne! On nie myślał o sobie, ale o tym, by pomóc tym wszystkim, którzy nie mieli szansy poznać prawdziwego świata, takiego jakim został stworzony!

 - Może właśnie o to chodziło, że wtedy byłem zbyt samolubny?! Chcieliśmy wszystkich zmusić, by wybrali świat, który my dla nich wybraliśmy, ale wiesz co?! Oni wcale tego nie chcą!

 - Oni się boją, a naszym zadaniem jest zapewnić im bezpieczeństwo, ale możemy to zrobić tylko wypełniając przepowiednię! Nie znają naszego świata, ale gdyby wiedzieli do czego dążymy, sami chcieliby zaryzykować!

 - A czy my chociaż wiemy do czego dążymy?! – Rozłożyłem bezradnie ręce. – Poświęcamy życie, by wypełnić przepowiednię, ale sami nie wiemy co ona oznacza.

Od razu zacząłem żałować, że to powiedziałem. Nigdy nie mięliśmy pewności, a nasze działania opierały się jedynie na wierze i nadziei. Nie mieliśmy nic poza tym, ale to właśnie wiara i nadzieja dawały nam wszystko czego potrzebowaliśmy i dzięki temu mieliśmy siłę, by trwać przy naszych przekonaniach i zawsze iść naprzód, ale teraz zacząłem w to wątpić, niszcząc wszystko o co walczyliśmy.

 - Chace nie musiał wiedzieć. Nie chciał dowodów, by postępować jak należy.

 - Chace’a już nie ma – zauważyłem i miałem całkowitą rację. – Zostałem ci tylko ja, więc albo będziesz musiała to w końcu zaakceptować, albo zniknę tak samo jak Chace. Chcesz tego?

 - Nie. – Zaczęła kręcić głową. – Chcę tylko byście znów byli tą samą osobą.

 - To już chyba niemożliwe. Jeśli możesz, chciałbym żebyś opuściła mój pokój.

 - Jak chcesz.

Chyba była na mnie obrażona, ale spodziewałem się po niej więcej zrozumienia. Cierpiałem z powodu Elizabeth, a myślałem, że Hannah była moją przyjaciółką i będzie mnie wspierać. Zaraz po Elizabeth, to ona była dla mnie najważniejszą osobą, ale dzisiaj się na niej zawiodłem. Jak mogła bronić Alexandry? Dziewczyny, która zniszczyła mi życie i stała się moim wrogiem?!

 - Nie chcę wam psuć zabawy – odezwała się Alex – ale jeśli pozwolicie, ja też już pójdę. Oboje jesteście dla mnie za nudni.

Wstała i wyszła z pokoju. Posłałem jej tylko pełne nienawiści spojrzenie, a potem wbiłem rozwścieczony wzrok w Hannah i ona w końcu też odeszła.

Dopiero kiedy zostałem sam, miałem czas, by wszystko sobie przemyśleć. Do momentu, gdy zobaczyłem Alex, byłem gotowy, by zginąć dla wypełnienia przepowiedni i wiedziałem, że w końcu będziemy musieli się spotkać i zrobić to razem. Wtedy wydawało mi się, że jakoś to zniosę, ale okazało się, że jej widok obudził we mnie te wszystkie uczucia, o których starałem się zapomnieć.

Przed zdradą ze strony naszych rodziców, miałem o Alex lepsze zdanie. Hannah od początku wywarła dobre wrażenie, ale to Alexandrę znałem dłużej i to ona miała zostać moją żoną. Nigdy nie mogłem powiedzieć, bym ją kochał, a właściwie to przez większość czasu się kłóciliśmy lub wymienialiśmy obraźliwe żarty, ale jakoś zaakceptowałem nasz związek i w pewien sposób stała się dla mnie kimś bliskim. Gdy zrozumieliśmy jak okrutnie nas oszukano, byłem w stanie jej wszystko wybaczyć, ale dopiero później zrozumiałem jaka była naprawdę i że przez cały ten czas, gdy wydawało mi się, że ją znałem, tak naprawdę była dla mnie obca.

Zdrada i śmierć połączyła całą naszą trójkę i stworzyła wyjątkową więź. Przepowiednia była powtórzeniem tamtego zdarzenia i chyba bałem się, że znów staniemy się jednością i zostaniemy połączeni, nawet gdy umrzemy, tym razem bez możliwości powrotu. Cokolwiek miałoby się stać, nie potrafiłem wybaczyć Alexandrze.

Nigdy nie lubiłem spać w ciągu dnia, a jako wilk nie potrzebowałem aż tyle snu, ale tym razem musiałem się położyć. Nie po to by odpocząć, ale żeby się uspokoić i to rzeczywiście pomogło.

Nie spałem już, ale nadal leżałem na łóżku w moich codziennych rzeczach. Początkowo nie miałem zamiaru spać, tylko położyć się na chwilę, więc nie zmieniałem ubrań. Dopiero kiedy Rose przyszła, by zawołać mnie na spotkanie z Frankiem, zdałem sobie sprawę jak długo musiałem spać.

Natychmiast zerwałem się na nogi i przyczesałem znajdujące się w nieładzie włosy. Koszulę miałem wygniecioną, więc nie mogłem się w niej pokazać ale na szczęście w szafie znalazłem inną. Chociaż była to kryjówka dzikich, wszystko było dobrze zorganizowane, a oni nie cierpieli z powodu głodu czy biedy.

Spodziewałem się, że gdy przyjdę do Franka, znajdę tam też Christiana i Hannah, ale oprócz nich, Mike’a i Davida, była tam też Alexandra, a po chwili doszedł Nate.

Nadal byłem zły na Hannah, ale było mi też trochę wstyd, że tak ją potraktowałem. Mogła okazać więcej współczucia, ale jednak miała rację co do Alex i przepowiedni. Ja najchętniej od razu zabiłbym Najprawdziwszą, ale wtedy straciłbym wszystko, bo jeśli cokolwiek jeszcze mi zostało po straceniu Elizabeth, to tylko przyjaźń Hannah i ta przepowiednia, która może nie była niczym pewnym, ale była naszą jedyną szansą i musieliśmy spróbować z niej skorzystać.

 - Mamy już najważniejszą część naszego planu – zaczął Frank, wskazując na Nate’a. – Niestety przed nami wciąż dużo pracy. Musimy… Mieć troje Najprawdziwszych, poczekać na odpowiednie warunki i przygotować wszystko czego wymaga przepowiednia.

 - Kiedy chcecie to zrobić? – zapytał Nate.

 - Obawiam się, że nie zdążymy do najbliższej pełni, ale następna powinna być idealna, by wreszcie to wszystko zakończyć.

 - Rada na pewno spróbuje nas powstrzymać – zauważył David, zaciskając dłonie na brzegu ławki.

 - Walczymy z Radą już od dawna, ale jeszcze nigdy nie byliśmy aż tak blisko zwycięstwa. Ze wszystkim innym można sobie jakoś poradzić, ale to Nate jest tu najważniejszy i jego chęć pomocy. Nate… Musisz być gotowy i musisz współpracować.

Stanął naprzeciwko chłopaka, zaglądając mu głęboko w oczy jakby próbował coś z nich wyczytać. Znając tego słabego człowieka co kiedyś, sądziłbym, że od razu odsunie się zmieszany i wbije wzrok w ziemię, ale on stał prosto z dumnie uniesioną głową i patrzył Frankowi w oczy.

 - Wiem. Jestem gotowy – wyznał Nate.

 - Na pewno? Potrzebujemy cię, nie możesz zrezygnować w ostatniej chwili. Wiem, że to duże poświęcenie z twojej strony, ale poświęcisz swoje życie dla wielu…

 - Czekajcie – przerwał Christian. – Jak to poświęcisz życie?

Wszyscy spojrzeli na niego zaskoczeni. Zdawało się, że każdy w tym pokoju wiedział co oznacza wypełnienie przepowiedni oprócz niego. Dla jednych było to jakby odrodzenie, nowe życie, ale dla czwórki z nas oznaczało to śmierć. Mimo to, pogodziliśmy się z nią i byliśmy gotowi się poświęcić, ale Christiana nikt o tym nie uprzedził.

Kiedy Jonatan porwał Nate’a, uznaliśmy, że należy opowiedzieć Christianowi i Tali o przepowiedni i roli jaką odgrywał w niej Nate, ale pominęliśmy jeden szczegół. Gdyby wiedzieli, że chłopak musi zginąć, nie chcieliby z nami współpracować, ale pewnie i tak próbowaliby odbić przyjaciela, a my zyskalibyśmy kolejną grupę wrogów.

 - Nate, ty umrzesz? – dopytywał Christian.

 - Wszystko już ustalone, Chris – wyjaśniła Hannah.

 - Wiedziałaś o tym? – Hannah spuściła głowę. – Wszyscy wiedzieliście? Nate, zgadzasz się na to?

 - Takie jest moje zadanie, Chris. Sam go nie wybrałem, ale i tak zamierzam je wypełnić.

Widziałem jak Christianowi drży szczęka ze złości. Byliśmy bardzo różni, a jednocześnie bardzo podobni, ale zawsze podziwiałem go za jedną rzecz, której mi brakowało, a chciałbym ją posiadać. On umiał słuchać innych i liczyć się z ich zdaniem, nawet jeśli sam się nie zgadzał. Mi też się to czasem zdarzał w mniej istotnych sprawach, ale gdy czegoś bardzo chciałem, nie potrafiłem odpuścić, nawet gdy wszyscy byli przeciwko mnie. Wiedziałem, że Christian będzie jeszcze wiele razy się upewniał czy Nate naprawdę chce to zrobić i przekonywał go, by zmienił zdanie, ale jeśli chłopak nie ulegnie jego wpływom, to Christian w końcu odpuści i pozwoli Nate’owi zdecydować.

 - Skoro i tak musimy czekać do pełni, możemy chociaż opuścić Grooveland i wrócić do domu, prawda?

 - To niebezpieczne – zauważył Mike.

 - Ma rację – poparł go Frank. – Tutaj jesteśmy bezpieczni. Jest nas wystarczająco wielu byśmy mogli się obronić na własnym terenie, którego Rada nie zna, nawet jeśli odkryją położenie naszej kryjówki, ale jeśli się stąd ruszymy, to my będziemy obcy, a Rada z łatwością nas znajdzie i pokona.

 - Nate poświęca własne życie. Zasłużył chociaż na to, by zginąć w Cleverin.

 - Chris, to nie ma znaczenia – wtrącił się Nate. – W Cleverin nic mi już nie zostało. Moja mama nie żyje, dom został zniszczony, a przyjaciele albo nie żyją, albo są ze mną tutaj.

 - Wiem, że nie mówisz tego szczerze. Chcesz się całkowicie poświęcić, ale przecież kochasz Cleverin. Tam są wszystkie twoje wspomnienia. Tam się wszystko zaczęło i wiem, że chcesz, by tam się skończyło, prawda? Wiem, że kochasz tamto miejsce…

 - Kocham – przyznał po chwili zastanowienia, ale wydawał się nie mówić tego szczerze. Powiedział to bez emocji, jakby wiedział, że musi się tak zachować, ale naprawdę tak nie myślał.

 - Słyszeliście? – dopytywał Christian. – Skoro chcecie go zabić, to chociaż pozwólcie mu wybrać miejsce śmierci.

 - To zbyt poważna sprawa, by tak ryzykować – zaprotestowałem.

 - Nate’owi się to należy!

 - To nie ma znaczenia! My nie spełniamy marzeń, tylko robimy to co do nas należy. Wszyscy się poświęcamy, ale żadne z nas nie dostaje ostatniego życzenia!

 - Kim wy w ogóle jesteście, żeby o tym decydować?! – wtrącił się David.

Co do Christiana miał rację. Znalazł się tu przez przypadek, tylko dlatego, że Hannah kiedyś zarządziła, że wszystkie decyzje mają być ustalane też z nim.

 - Jestem Najprawdziwszym! – zawołałem.

Niektórzy już o tym wiedzieli. Na Christianie, Hannah i Alex nie zrobiło to żadnego wrażenia, ale Frank, Mike i David byli zaskoczeni. Od początku poznali Hannah, ale ja wyglądałem inaczej i początkowo nie wiedzieliśmy czy można im ufać, więc trzymaliśmy w tajemnicy kim byłem. Potem nabraliśmy większego zaufania, ale dopiero teraz wyznałem prawdę.

Cała trójka patrzyła na mnie tępo, jakby nie byli pewni czy czasem sobie z nich nie żartowałem.

 - Lukas to Chace, którego znacie, ale w innym ciele – wyjaśniła Hannah. – W swoim prawdziwym ciele.

Po tych słowach Frank uklęknął na jedno kolano, a Mike poszedł za jego przykładem, ale David, który przed chwilą odzywał się do mnie bez jakiegokolwiek szacunku, nadal stał z głupią miną, do momentu, gdy Frank spiorunował go wzrokiem i wtedy wreszcie też uklęknął.

 - Wybacz nam, nie wiedzieliśmy – rzekł Frank.

 - Wypełnimy przepowiednię tutaj – powiedziałem, ignorując ich.

 - Oczywiście, jak tylko chcesz – zgodził się starzec.

Nagle Alex odchrząknęła i to był dla mnie znak, że zaraz zrobi coś przeciwko mnie. Nie widzieliśmy się setki lat, ale to jej musiało zostać.

 - Ja też jestem Najprawdziwszą – zauważyła – i zgadzam się z Christianem.

Mogłem się spodziewać, że zrobi wszystko, by mnie bardziej zdenerwować. Była tym typem dziewczyny, która nigdy nie przepraszała i nie okazywała skruchy, ale brnęła dalej. Najpierw skazała Elizabeth na okrutną śmierć, a teraz próbowała mnie jak najbardziej pogrążyć.

 - Hannah, wygląda na to, że decyzja należy do ciebie – stwierdził Frank.

Czarownica spojrzała na mnie przepraszająco, co dało mi do zrozumienia, że chociaż bardzo chciałaby się ze mną zgodzić ze względu na naszą przyjaźń, to jednak tego nie zrobi.

 - Myślę, że Nate zasłużył, by umrzeć tam gdzie chce, ale zgadzam się, że to bardzo niebezpieczne – powiedziała. – Jeśli chcemy to zrobić, prawie wszyscy dzicy będą musieli wyruszyć z nami, bo tylko wtedy mamy szansę.

 - Zapytajmy ich czy to zrobią… – zaczął Christian.

 - Zrobią – urwał Frank. – Dzicy to najwierniejsi żołnierze, jeśli mają działać na rzecz Najprawdziwszych i przepowiedni.

 - Jednak to powinien być ich świadomy wybór – kontynuował chłopak. – Sami powinni ocenić jak to wpłynie na bezpieczeństwo Nate’a. I Najprawdziwszych też, oczywiście. Zapytajmy ich co o tym sądzą. Każdy z nas – spojrzał na mnie – kto tylko będzie chciał, będzie mógł przekazać im swoją wersję, a oni zadecydują.

 - Zgadzam się – poparła go Alex.

 - Ja też – dodała niepewnie Hannah.

Przegrałem. Po raz kolejny Hannah stanęła po stronie Alex, przeciwko mnie i niestety tym razem musiałem odpuścić, chociaż nadal się z tym nie zgadzałem. Zdawałem sobie jednak sprawę, że jeśli do tego dojdzie, nawet wszyscy dzicy nie poradzą sobie z obroną i cały ciężar spadnie na mnie, Hannah, Alex i Nate’a, bo tylko my byliśmy w stanie wygrać z Radą.

81 TALA

3

Tala, 18 lat

Jason obrzucił mnie oskarżycielskim spojrzeniem, kiedy mijaliśmy się w korytarzu. Nigdy nie chciałam go w żaden sposób zranić, ale zrobiłam to, więc nie mogłam mu się dziwić. Jeśli kiedykolwiek liczyłam na przyjaźń z nim, wiedziałam, że teraz straciłam już jakiekolwiek szanse. Nienawidził mnie, a ja bałam się, że Adam czuł do mnie to samo.

Stojąc przed jego pokojem, zastanawiałam się czy będzie chciał mnie widzieć. Po przybyciu do kryjówki, każdy rozszedł się do swojego pokoju, a od naszego pocałunku, Adam nawet na mnie nie spojrzał, ani się nie odezwał. Przyszłam, by go przeprosić, ale całkiem prawdopodobne wydawało się, by wyrzucił mnie za drzwi.

Weszłam do pokoju. Był otwarty, ale dopiero stojąc w środku, postanowiłam zapukać.

Adam siedział na łóżku z pochyloną głową. Prawdopodobnie to stąd wyszedł niedawno Jason, więc chłopak nadal mógł rozmyślać o rozmowie, którą przed chwilą przeprowadzili. Kiedy spojrzał na mnie, zmarszczył brwi, zmieniając zatroskaną minę na wściekłą. Spodziewałam się tego.

 - Adam, ja…

 - Nie wiem czy chcę tego słuchać – syknął.

Chociaż przez te kilka sekund zaszczycił mnie swoim spojrzeniem, najwyraźniej nie zamierzał tego powtarzać. Unikał mojego wzroku i chyba specjalnie zaczął ścielić łóżko, by nie musiał na mnie patrzeć. Nie kazał mi wyjść, ale chciał tego. Nie musiał nic mówić, sama czułam, że nie byłam tam mile widziana.

 - Przepraszam. – Udawał, że mnie nie słyszał. – Adam, proszę, nie ignoruj mnie.

Mógł chociaż na mnie nakrzyczeć. Byłoby to o wiele lepsze niż jego milczenie, a przynajmniej wyzbyłby się negatywnych emocji.

 - Adam?

Nie wiem czego oczekiwałam. Wiedziałam, że popełniłam błąd, którego nie mogłam naprawić, a on nie miał obowiązku mi wybaczać czy nawet chcieć utrzymywać ze mną jakikolwiek kontakt, po tym co się stało.

Otarłam pojedynczą łzę, która spływała po moim policzku, zanim zdążyłby ją zauważyć i podeszłam bliżej. Widziałam jak nerwowo próbował pościelić łóżko, jednocześnie nie zwracając na mnie uwagi. Chciałam, by znów był moim przyjacielem i tak jakbym to kiedyś zrobiła, chwyciłam go za rękę.

Wyrwał ją natychmiast, ale przynajmniej znów na mnie popatrzył.

 - Adam, proszę…

 - Nie powinnaś tego robić – rzucił ostro.

 - Wiem. – Uznałam, że mówił o pocałunku, a nie o chwyceniu za rękę.

 - Jason i ja…

 - Wiem. – Cieszyło mnie, że wreszcie się odezwał, chociaż miałam świadomość, że to będzie jedna z najtrudniejszych rozmów w moim życiu. – Rozmawiałam z Chrisem. Wiem o wszystkim co tu się działo i przepraszam. Nie chciałam byś miał przeze mnie kłopoty.

 - To nieważne. – Znów zabrał się za ścielenie łóżka, ale przynajmniej mnie nie ignorował tak jak wcześniej. – Jason wszystko zrozumiał. Kocha mnie i wie, że czuję do niego to samo.

 - Możemy usiąść? – zapytałam z wahaniem.

 - Nie sądzę, by to było konieczne. Chyba powinnaś już iść.

 - Proszę…

Udało mu się wreszcie ułożyć kołdrę na łóżku, więc przykryłam je kocem i usiadłam, ciągnąc go za sobą. Nadal unikał mojego wzroku, tym razem wbijając swój w ziemię. Nalegałam na rozmowę, ale nie wiedziałam co mu powiedzieć. Mogłabym go kolejny raz przepraszać, ale zrobiłam to już wystarczająco wiele razy, by mógł mi wybaczyć, gdyby tylko tego chciał.

 - Dlaczego to zrobiłaś? – zapytał wreszcie.

 - Nie wiem. Nie chciałam.

 - Tym jednym pocałunkiem, udało ci się zranić tyle osób… – Kręcił bez zrozumienia głową, a jego ton brzmiał bardzo oskarżycielsko.

 - Nie chciałam byś cierpiał! – Chciałam znów dotknąć jego ręki, ale powstrzymałam się. – Chodziło tylko o Nate’a. Wszyscy go wielbią i widzą w nim bohatera, który odmieni ich losy, a ja byłam kiedyś tak samo głupia jak oni, ale później zobaczyłam jego gorszą stronę i nie potrafię o tym zapomnieć. Wiedziałam jak zadać mu ból. Chciałam, by cierpiał, bo właśnie na to zasłużył, a nie na zgrywanie jakiegoś wybawiciela, którym jest dla tych wszystkich dzikich i… Nawet dla was! On zabijał niewinnych, a ty ryzykowałeś własnym życiem, by go uwolnić!

Zaczęłam mówić głośniej, bardziej emocjonalnie i wymachiwałam przy tym rękami jak jakaś wariatka, dopóki Adam nie chwycił mnie za ramiona i lekko mną potrząsnął.

 - Tala! Tala… Ryzykowałem też dla ciebie… – Spojrzałam na niego tępo. – Dobijało mnie to, że byłaś więźniem naszego wroga i byłaś w niebezpieczeństwie, a ja nie mogłem cię nawet przytulić, spojrzeć ci w oczy czy powiedzieć jaka jesteś dla mnie ważna.

 - Jestem?

 - I zawsze będziesz. – Puścił moje ramiona i odsunął się, jakby nagle sobie przypomniał, że postanowił być dla mnie zimny i ostry, a teraz na chwilę się zapomniał. – Dlatego tak bardzo się wkurzyłem, gdy mnie pocałowałaś i dlatego myślę, że nie powinniśmy się spotykać przez jakiś czas.

Nie spotykać się?! Potrzebowałam go! Byliśmy przyjaciółmi! Byliśmy kimś więcej niż przyjaciółmi… Kochałam go. Nie tak jak Nate’a, ale jednak był dla mnie jedną z najważniejszych osób.

Dopiero teraz sobie uświadomiłam dlaczego tak bardzo chciałam zranić Nate’a. Nie dlatego, że na to zasłużył, ale dlatego, że pomimo tego wszystkiego co zrobił, nadal go kochałam i myślałam, że gdy pocałuję Adama, wtedy mi przejdzie. Nie chciałam kochać kogoś tak okrutnego, kto morduje staruszki i skazuje przyjaciół na śmierć. O wiele łatwiej było kochać grzecznego i miłego Adama, który zawsze o wszystko się troszczył. Myślałam, że zastąpi mi Nate’a i dlatego tak go wykorzystałam. Próbowałam oszukać samą siebie, ale bez skutku i z pewnością źle do tego przystąpiłam.

 - Jestem z Jasonem i kocham go – kontynuował Adam. – Nie chcę, by czuł się… Zagrożony.

 - Powiedziałeś, że zrozumiał…

 - Bo zrozumiał – zapewniał, ale bez przekonania. – Zaufał mi, ale ja sam sobie nie ufam. Po prostu… Nie mogę przebywać blisko ciebie, gdy jestem z Jasonem. Nie chcę cię odtrącać, ale to jest to co należy zrobić. Nie utrudniaj tego, Tala. Proszę.

 Gdyby nie Jason, pewnie inaczej, by to wyglądało, ale niestety spóźniłam się i Adam wybrał jego. I tak będziemy się widywać, ale przymusowo, podczas pracy, a nie będziemy mogli rozmawiać i zachowywać się jak dawniej. Nie zgadzałam się z tym, ale to nie była moja decyzja.

Otworzył przede mną drzwi, chcąc się mnie wreszcie pozbyć. Chciałam go jeszcze przytulić, chociaż ostatni raz, na pożegnanie, ale on cofnął się, kiedy zrobiłam zdecydowany krok ku niemu.

 - Będę tęsknić, Tala – wyszeptał, jakby nie chciał bym to słyszała.

 - Niewystarczająco, by pozwolić mi zostać. – On też nie był zachwycony tą sytuacją. Miał minę zbitego psa i sprawiał wrażenie jakby wewnątrz walczył sam ze sobą, ale znałam go wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że już nie zmieni zdania. – Życzę tobie i Jasonowi byście byli szczęśliwi, ale gdybyś był pewny waszej miłości, nie bałbyś się, że nasza przyjaźń mogłaby ją zniszczyć.

 - Nasza przyjaźń już dawno stała się czymś więcej, Tala. Jestem pewny, że wiesz o czym mówię, a twój pocałunek tylko mnie upewnił, że czas coś z tym zrobić.

 - Przykro mi, że dokonałeś takiego wyboru, Adam. Cokolwiek z nami będzie, zawsze będziesz dla mnie ważny.

Przyglądał mi się z coraz głębszym smutkiem. Każda chwila była coraz trudniejsza dla nas obojga, więc gdyby ta rozmowa trwała dalej, moglibyśmy przestać udawać tak obojętnych na to co się działo i w końcu nie wytrzymać, ale to nie byłoby nic dobrego, bo wraz z pocałunkiem zniknęło coś, czego nie dało się już odzyskać. Po raz pierwszy pomyślałam, że może rzeczywiście to najlepsze możliwe rozwiązanie.

Byłam zbyt roztrzęsiona, by powiedzieć chociaż „żegnaj”. Nie czułam się już dobrze w towarzystwie Adama. Czułam się obco i niebezpiecznie tak jak kiedyś, gdy był wrogiem z obcej watahy, a Chace wysyłał go na przeszpiegi. To niesamowite, że kiedyś prawie mnie zabił, a mimo to zostaliśmy przyjaciółmi i potrafiłam mu zaufać. Cała ta podróż nas do siebie zbliżyła. Kiedy poznałam Adama, był całkowicie oddany Chace’owi i podlegał mu w każdej sprawie. To dlatego był taki niebezpieczny i brutalny, ale kiedy Chace’a nie było obok, widziałam jego delikatną naturę. Gdy Jonatan porwał Nate’a, cała wataha Białego Kła ruszyła go szukać, a Lukas stał się dowódcą większej grupy, więc Adam zyskał trochę niezależności. To właśnie wtedy były najlepsze czasy naszej przyjaźni, a teraz wróciliśmy do punktu wyjścia.

Próbowałam wyglądać pewnie, jakbym pogodziła się z decyzją przyjaciela, ale nogi mi się uginały, a całe ciało drżało. Dopiero kiedy opuściłam pokój i upewniłam się, że Adam zamknął za mną drzwi, wybuchłam rozpaczliwym płaczem, który próbowałam stłumić w dłoniach.

Właśnie straciłam przyjaciela i musiałam się upewnić, że mimo to nie zostałam sama. Kochałam Nate’a, ale nie chciałam tego, więc nie mogłam pobiec do jego pokoju. Z Hannah trochę się zbliżyłyśmy podczas porwania, ale nie byłyśmy przyjaciółkami. Brat… Christian zawsze był dla mnie dobry, chociaż gdy tylko zjawił się przed moją celą, widziałam w nim zmianę. Stał się silniejszy, odważniejszy i doroślejszy. Nie pełnił już jedynie funkcji starszego brata, ale dowódcy, który nie mógł zawieść swoich poddanych. Był kimś ważnym i nie mógł już pozwalać sobie na delikatność z jaką traktował młodszą siostrzyczkę, jednak w tej chwili i tak był najlepszym kandydatem na pocieszyciela.

Ruszyłam biegiem do jego pokoju, zanim ktokolwiek zdążyłby mnie zobaczyć w takim stanie. Wiedziałam, że gdy już będę na miejscu, wszystko wyda się łatwiejsze, a Chris jak zwykle będzie umiał mnie pocieszyć. Chwytając za klamkę, wiedziałam, że zaraz będzie lepiej.

Weszłam do środka, chcąc rzucić się w ramiona brata, ale zastałam tam jedynie Daniela, który aż się wzdrygnął, gdy wpadłam tak bez zapowiedzi. Odruchowo otarłam ręką policzki, chociaż łzy zdążyły już wyschnąć.

 - Cześć – powiedziałam drżącym głosem. – Gdzie jest Chris?

 - Chyba poszedł pogadać z Nate’em – odpowiedział szybko, jakby bał się, że nie będę długo czekać. – Chociaż byli u niego też dzicy, którzy wyruszali z nim do zamku Rady.

 No tak, tutaj każdy kto pełnił jakąś ważną funkcję, był stale zajęty. Będę musiała się przyzwyczaić, że Chris nie będzie już tylko dla mnie. Inni też potrzebowali jego wsparcia, a ja byłam tylko jedną z wielu.

 - Martwiłem się o was wszystkich, ale nawet nie wiesz jak mi ulżyło, gdy dowiedziałem się, że wróciliście cali i zdrowi. I że przyprowadziliście Nate’a – kontynuował chłopak. – Wiesz po… Stracie siostry… Nie wiedziałem co zrobię, jeśli stracę też najlepszego przyjaciela. Powiedzieli, że musi odpocząć i tylko dowódcy mogą z nim rozmawiać, gdy będą mieć jakąś ważną sprawę, ale gdy tylko poczuje się lepiej, chcę do niego pójść. Muszę go zobaczyć na własne oczy, bym mógł się całkowicie uspokoić. A ty? Pewnie rozmawiałaś z nim w drodze powrotnej?

 Do tej pory, udawało mi się utrzymywać sztuczny uśmiech na twarzy i powstrzymywać napływające do oczu łzy, ale gdy tylko miałam się wypowiedzieć na temat Nate’a, od razu przypominało mi się jak bardzo byłam na niego zła i jak zniszczyłam moją przyjaźń z Adamem, a wtedy nie potrafiłam już zapanować nad emocjami.

 - Tala, co się dzieje? – zapytał zaniepokojony Daniel.

Nie potrafiłam mu odpowiedzieć. Jeśli zaczęłabym cokolwiek tłumaczyć, rozpłakałabym się jeszcze bardziej, ale na szczęście on nie wymagał ode mnie wielu wyjaśnień. Widział, że było mi ciężko, więc nie czekał zbyt długo, zanim wreszcie wstał i bez słowa ujął mnie w swoje ramiona, wiedząc, że bardziej potrzebowałam przytulenia niż rozmów.

 - Nie martw się – mówił, ale przynajmniej nie angażował mnie w rozmowę. – Chodziło nam o odzyskanie Nate’a, a teraz kiedy go mamy, możemy wracać do domu i nic już nie będzie nam grozić. Z czasem może nawet zapomnimy o tym całym… Smutku i bólu, o tych których straciliśmy i o przeszkodach jakie musieliśmy pokonać. Najważniejsze, że udało nam się przetrwać, a teraz może być już tylko lepiej.

Miał rację. Najtrudniejsze już za nami i chociaż wiele straciliśmy, a niektóre zdarzenia wywarły nieodwracalny wpływ na naszej psychice, to jednak trzeba się z tym pogodzić i żyć dalej. Ta podróż zmieniła każdego z nas i może już nigdy nie będziemy tacy sami, ale te wszystkie trudności jeszcze bardziej nas do siebie zbliżyły. Chris nadal był moim bratem, Nate’owi może będę umiała kiedyś wybaczyć, Adam być może kiedyś znów mi zaufa, a co ważniejsze, zaufa samemu sobie, a Daniel… Daniel był niczego nieświadomym człowiekiem, ale dał radę. Poradził sobie z niebezpieczeństwem i okazał się dobrym przyjacielem. Dzięki niemu uwierzyłam, że jeśli dostaniemy trochę czasu, to będziemy w stanie naprawić wszystkie zniszczone więzi. Jeśli mamy czego żałować, to tylko tych, którzy odeszli na zawsze, bez możliwości powrotu. Nawet Kai i Jack wybrali własne drogi i wierzyłam, że cokolwiek się z nimi działo, byli szczęśliwi. Oni nie odeszli z tego świata, a jedynie z naszego życia, by rozpocząć nowe przygody. Żal mi Jessici. Umarła zbyt młodo, a jej śmierć najmocniej odczują Daniel, ich mama i Nate. Smutna jest też śmierć wszystkich dzikich, którzy walczyli o Nate’a i stracili przy tym życie, a także tych, którzy dopiero ucierpią, gdy my wrócimy do domu, a oni zostaną, by przyjąć ciosy Rady, która na pewno zaplanuje jakąś zemstę. Dręczyły mnie te myśli, ale tak naprawdę mnie nie dotyczyły. Ja już byłam bezpieczna.

Mój płacz zamienił się w histeryczny śmiech. Sama nie wiedziałam dlaczego zaczęłam się śmiać, bo chociaż Daniel dał mi nadzieję, to jednak wciąż byłam smutna i wiedziałam, że przed nami jeszcze dużo pracy, nim odzyskamy to wszystko co utraciliśmy.

Nadal nie mogłam mówić, a tym razem każde spojrzenie Daniela dostarczało kolejnej dawki śmiechu, ale on zamiast patrzeć na mnie jak na wariatkę, zaczął śmiać się ze mną. O nic nie pytał, po prostu się śmiał, chociaż pewnie też nie wiedział z czego, ale nikogo z nas to nie obchodziło. Być może gdyby ktoś nas teraz zobaczył, wziąłby nas za nienormalnych, ale my się tak nie czuliśmy. Zamiast tego czuliśmy się wolni i co najważniejsze, walczyliśmy z całym światem i wygraliśmy. Byliśmy zwycięzcami.

80 JASON

2

jason

Była już późna noc, kiedy opuściliśmy niewielką chatkę, w której mieszkaliśmy od przybycia na teren siedziby Rady. Dziś był ten dzień, kiedy mieliśmy się znów spotkać i ustalić co dalej. To dziwne, że od wyruszenia z kryjówki, nie gadałem z Olivią. Niby nie działo się jeszcze nic poważnego, ale miałem wrażenie, że powinna wiedzieć o każdym naszym ruchu, by móc odpowiednio reagować, ale wiedziałem też, że gdybym codziennie ją informował, to było by zbyt niebezpieczne. W końcu ktoś by coś zauważył.

Christian zapukał cicho do drewnianych drzwi domu, który wskazano nam wcześniej. Szliśmy dwójkami, by nie zwracać na siebie uwagi mieszkańców i strażników, którzy patrolowali teren, co bardzo utrudniało nam przedostanie się tutaj.

Otworzyła kobieta w czerwonej koszuli nocnej. W ręce trzymała świecę, która stawała się jedynym źródłem światła w ciemnym pomieszczeniu.

 - Wchodźcie… – ponagliła nas, ciągnąc do środka.

Dziadek mówił, że ma dzikich wśród mieszkańców tej części Grooveland, a ona chociaż nosiła obowiązujące tu barwy, była jedną z nas. Wtapianie się w tłum było jej zadaniem, by móc służyć pomocą w takich sytuacjach jak ta.

Nie mówiąc ani słowa, przeszła do drugiego pokoju, więc ruszyliśmy za nią. Kobieta podała mi świecę, a sama odciągnęła dywan z podłogi, odsłaniając sekretne przejście do jakiejś piwnicy. Puściła nas przodem. Christian wszedł pierwszy i jeszcze będąc na górze, słyszałem radosną reakcję mojej siostry, wyobrażając sobie jak rzuca mu się na szyję, tam na dole.

Potem nadeszła moja kolej. Opuściłem się na rękach do wnętrza dziury. Zanim dotknąłem stopami ziemi, poczułem jak wyciągnięte ręce mnie przechwytują i dopiero po chwili stawiają na podłodze.

W środku było kilka świec, ale zanim przyzwyczaiłem wzrok do ciemności, Rose mocno mnie przytuliła. Nie zrobiła tego z takim entuzjazmem jak w przypadku Christiana, ale dobrze, że okazała chociaż takie zainteresowanie. Na więcej liczyłem od Adama, który poklepał mnie po ramieniu, kiedy usiadłem pomiędzy nim, a Aidenem, ale nawet się nie uśmiechnął, nie przytulił mnie, nie pocałował. Jakbym już nie był dla niego taki ważny, chociaż nie widzieliśmy się tylko kilka dni. Zaniepokoiło mnie to.

Przez następne kilkanaście minut czekaliśmy w ciszy. Kobieta, która nas wpuściła, poszła na górę, by wyczekiwać kolejnych dzikich, ale oni i tak się już spóźniali, a my zaczynaliśmy się coraz bardziej niecierpliwić. Nie mogliśmy rozmawiać zbyt głośno, by strażnicy, szczególnie ci, którzy byli wilkami nas nie usłyszeli, ale i tak niektórzy szeptali coś do siebie. Ja tylko oparłem głowę na ramieniu Adama, a on ścisnął mocno moją dłoń. Nie musiał nic mówić, ważne, że nadal był obok mnie.

 - Już nie przyjdą – odezwał się Drew. Ten ogromny o przerażającym wyglądzie z grupy Lukasa.

 - Nie udało im się – zaniepokoiła się Rose, a pojedyncza łza spłynęła po jej policzku. Christian zaczął ją pocieszać, ale niewiele to pomogło, jeśli nie pogorszyło.

 - To tylko jedna grupa – stwierdził Lukas. – Są jeszcze następni.

 - Nie, nikt już nie przyjdzie – protestował Drew. – Udało nam się, bo mieliśmy Rose, Adama i ciebie. Oni mieli Christiana i jakimś cudem on im wystarczył. Pozostałe grupy… Nie mają nikogo.

 - Wszędzie jest po sześć osób. 50% to czarownice. To, że jednym się nie powiodło, nie znaczy, że będzie tak ze wszystkimi.

 - To dokładnie to znaczy! – zdenerwował się olbrzym, rzucając czymś o ścianę. Leciało tak szybko, że nie zauważyłem nawet co to było.

Kilka osób poderwało się, by go uspokoić. Nawet gdyby okazało się, że zostaliśmy sami, należało zachować ciszę, by również nas nie złapano.

 - Nie rozumiecie… – rzekł zrezygnowany Drew. – Wysłano nas do walki, ale my nie umiemy walczyć. – Stanął na środku, przelatując wzrokiem po każdym z nas. – Niektórzy z nas, po raz pierwszy trzymają w rękach broń.

 - Przecież przygotowywano was do wojny z Radą – zauważył Christian.

 - Nie nas. Frank ma wśród dzikich wojowników. Żołnierzy, których szkoli od lat, ale to nie jest żadne z nas. My jesteśmy tylko mięsem armatnim.

 - Frank zdaje sobie sprawę z powagi tej misji. Po co miałby nam dawać tych najgorszych, jeśli musimy zrobić wszystko, by odbić naszych bliskich. Przecież wśród więźniów jest też Will, prawda?

 - Dziadek wiedział, że wielu nie przeżyje – wtrąciła się Rose. – To prawda, że ma wojowników, ale jakby nie rozumiał, że szkoli ich po to, by walczyli. Chce by byli jak najlepsi, ale boi się ich stracić. Wiadomo, że podczas wojny wielu ginie, a on nie chce by byli to ci, którym poświęcił tyle czasu. Boi się podjąć ryzyko, więc wysyła słabszych i tych, których za dobrze nie zna, bo po nich nie będzie takiej straty. Ma nadzieję, że jakoś im się uda, gdy wyśle ich więcej. Nie liczy się dla niego jakość, ale ilość, a moim zdaniem to złe podejście.

 - Oczywiście, że złe – zgodzili się wszyscy. – Jak mamy wygrać?

 - Nie wierzę w to – odezwałem się. – Rose, gdyby tak było, dziadek nie posłałby cię z nami.

 - Długo cię nie było, Jason. Wiele się zmieniło podczas twojej nieobecności, a poza tym… – Złapała dłoń Christiana. – Sama go prosiłam, by mnie wysłał, gdy dowiedziałam się, że Chris też ma ryzykować jako jeden z liderów grupy.

 - To głupie – syknąłem.

 - A gdybyś wiedział, że Adam może już skądś nie wrócić, nie poszedłbyś z nim?! – odkrzyknęła, wyraźnie zdenerwowana moimi słowami.

Zerknąłem na Adama. Kochałem go i tak, miała rację. Chyba bym z nim poszedł, ale gdybym wcześniej wiedział w co się pakujemy, nie pozwoliłbym Rose wyruszyć. Może się trochę oddaliliśmy, ale nadal była moją siostrą i martwiłem się o nią.

 - Nadal nie rozumiem. – Kiwałem przecząco głową. – Wiem jaki jest dziadek, ale Mike? David? Wasz trójka zawsze trzymała się razem.

 - Dziadek każdego potrafi oszukać. Wątpię, by nasi bracia wiedzieli jak niebezpieczną dla na decyzję podjął dziadek.

 - Ale jeśli to wszytko prawda, co zrobimy? – zapytał Christian.

Lukas wstał, zajmując miejsce Drew na środku. To on i Christian byli liderami, więc skoro dziadek nas zawiódł, wszystkie decyzje należały do nich.

 - Będziemy walczyć – powiedział.

 - Jak? Jest nas za mało i większość nie potrafi walczyć – stwierdził Aiden.

Lukas zbliżył się do niego z groźnym wyrazem twarzy. Biedny chłopak, musiał być przerażony, zwłaszcza, że Lukas już wcześniej go nie lubił. W tej sytuacji, mogło stać się tak naprawdę wszystko, gdyby Christian się nie wtrącił.

 - Podstęp, element zaskoczenia… – zaczął Chris. – To nasze jedyne szanse. Nie możemy stanąć twarzą w twarz z Radą i jej „niewolnikami”, więc musimy udawać jednych z nich. Najłatwiej będzie podszyć się pod Obrońców. Będziemy potrzebować ich mundury… Pójdę je ukraść, a każdy kto chce mi w tym pomóc, może ruszyć za mną. Nie zamierzam nikogo zmuszać do narażania życia. Nie jestem jak Frank i szanuję każdego z was.

 - Ja idę z tobą – zgłosił się Adam.

Nie planowałem tam iść. I tak byłem pod ochroną Olivii, ale po co ryzykować czy się przemęczać? Najłatwiej byłoby tu zostać i poczekać aż inni wrócą z mundurami lub zginą, próbując je zdobyć.

 - Ja też – powiedziałem niechętnie.

Dla Adama. To właśnie sytuacja, o której mówiła moja siostra. Nie wiem co mu się stało, że zgłosił się do tak głupiego zadania, ale nie będzie sam. Nie pozwolę mu zginąć dla jakiegoś Christiana, któremu wydawało się, że może mi go tak po prostu odebrać. Będę tam, by go osłaniać i upewnić się, że Adam wróci bezpiecznie.

 - I ja – dodał Aiden.

 - Ja też – zgłosiła się Rose.

 - Nie, Rose – zaprotestował Chris. – Nie powinnaś iść, to niebezpieczne.

 - Wiem, ale chyba nie myślisz, że puszczę cię tam samego.

 - Adam, Jason i Aiden idą ze mną.

 Zmierzyła nas wzrokiem. Każdego po kolei.

 - Im nas więcej, tym większe mamy szanse, prawda? Będziemy mogli pomagać sobie na wzajem.

 - Rose, proszę…

 - Słuchaj, Chris… Jesteś tu liderem, ale wybrał cię mój dziadek, który nas oszukał, więc nie wiem czy twoja pozycja lidera jest nadal aktualna. Powiedziałam, że idę, a ty sam powiedziałem, że nie będziesz nikogo do niczego zmuszał. To moja decyzja, jasne?

Nie był tym zachwycony i ja też nie, ale znałem siostrę na tyle dobrze, by wiedzieć, że tak zdecydowany ton oznaczał, że nie zmieni już zdania. Cokolwiek by jej powiedziano i cokolwiek zrobiono, ona znalazła by sposób, by iść z nami. Christian też to wiedział i musiał ją zabrać, nawet jeśli mu się to nie podobało.

 - Dobra, ale trzymasz się blisko mnie i robisz co mówię.

 - Co do pierwszej części, nie ma problemu. – Uśmiechnęła się. – A co do drugiej to jeszcze zobaczymy.

 - Reszta z was, wyruszy z Lukasem do kryjówki.

 - Czekaj… – odezwał się Lukas. – Myślałem, że to jasne, że idę z wami.

 - Jest nas pięcioro… Damy radę, ale oni cię potrzebują. Trudno było się tu dostać i trudno będzie wrócić. Bez ciebie im się nie uda, a gdy Rada dowie się, że dzicy są po tej stronie gór, oni już dawno powinni być w domu.

 Lukas na pewno wolał trudniejsze zadanie, ale wiedział, że Christian miał rację. Obaj troszczyli się o każde życie, nawet tych dzikich, których nie znali i którzy nie mogli im się do niczego przydać. Bezpieczne odstawienie ich do domu, wydawało się dla nich równie ważne jak odzyskanie więźniów.

 - Okej, mamy dwa wilki, czarownicę, czarownika i człowieka… – stwierdził Christian. – Powinniśmy ruszać od razu, póki wszyscy śpią.

Kilka minut później, wymykaliśmy się z domu, by ruszyć w kierunku zamku. Bezpiecznie przekradliśmy się kilka chatek dalej, ale dopiero, gdy pojawił się przed nami najdłuższy odkryty odcinek, między domkami a zamkiem, pojawiły się problemy. Obrońców było zbyt dużo. Kilku chodziło bardzo blisko nas, inni strzegli wejścia do zamku, a jeszcze dwóch stało naprzeciwko, przed drzwiami prowadzącymi do wnętrza skały. Trudno byłoby wejść przednimi drzwiami.

 - Rose, Aiden, znacie jakieś zaklęcie, które mogłoby nam się teraz przydać? – zapytał z nadzieją Christian.

Wszyscy siedzieliśmy pod niewysokim murkiem przy jednym z większych domków i z ukrycia obserwowaliśmy jak zmieniało się położenie Obrońców. Dostrzegliśmy, że jeden z nich stał w miejscu i prawie się nie ruszał, jakby zaraz miał zasnąć na stojąco. Inny chodził ciągle po tej samej linii. Siedem kroków w lewo, a potem obrót i znów siedem w prawo. Patrzył tylko na czubki swoich butów, zamiast rozglądać się po całym terenie. Przy bramie dwóch trochę młodszych co chwilę się z czegoś śmiało tak, by ten starszy, który ze skupieniem patrolował całą okolicę, tego nie widział. To chyba na tego trzeba było najbardziej uważać. Zdawał się widzieć wszystko.

 - Ostatnio uczyłem się zabaw z pogodą – stwierdził po chwili Aiden. – Może mgła? Albo ulewny deszcz i burza?

 - Dawaj oba – polecił Christian.

 - Rose, pomożesz mi?

Chwycili się za dłonie i oboje przymknęli oczy. Aiden powiedział po cichu jakieś zaklęcie, a po chwili już oboje je powtarzali.

Niebo zaczęło robić się coraz ciemniejsze, a na ziemie upadały już pierwsze krople deszczu. Nie potrzeba było dużo czasu, by pojawiła się mgła i głośne grzmoty.

 - Adam, jak szybko biegasz? – zapytał Christian.

 - Dość szybko.

 - Super. Przemień się w wilka i odciągnij uwagę tylu strażników ilu się da.

 - Robi się.

Adam odsunął się na bok i zaczął zmieniać swoją formę na zwierzęcą. Ciężko przy tym dyszał, ale pogoda zagłuszał te dźwięki. W końcu skulił się w kłębek i powstał jako silny wilk z żółtymi oczami, ostrymi kłami i gęstą sierścią w kolorze jego włosów. Często widywałem przemiany, ale to był pierwszy raz w wykonaniu Adama i musiałem przyznać, że to było niesamowite.

 - Czekaj… – wtrąciłem, zwracając się do Christiana. – Też jesteś wilkiem, dlaczego narażasz akurat jego?

 - Jason, nic mi nie będzie – zapewnił Adam, ale nie chciałem teraz słuchać jego niepewnych słów. Zauważyłem jednak, że by to powiedzieć, ponownie przyjął ludzką postać.

 - Podczas, gdy Adam zajmie Obrońców, ja wprowadzę was do środka. Twój chłopak potem do nas dołączy.

 - Ale…

 - Jason, w porządku. – Adam położył mi na ramieniu swoją silną dłoń.

Chciałem, by rzeczywiście było w porządku, ale nikt nie mógł dać mi takiej gwarancji. Miałem go chronić. Ruszyłem tu, by go osłaniać, ale nie mogłem nic zrobić.

Przytulił mnie mocno, jakby żegnał się ze mną na zawsze, chociaż zapewniał, że jeszcze się zobaczymy. Czułem jego ciepłe dłonie na swoich plecach i głowę spoczywającą tuż obok mojej, ale to nie wystarczało. Jeśli za chwilę miałem go stracić, jakie znaczenie miało to, że teraz byliśmy razem. Przez te kilka sekund i tak czułem się jakby już zniknął.

 - Wrócę – obiecał, całując mnie delikatnie.

 - Nie daj im się złapać.

Kiedy tylko wypuściłem go z objęć, znów stał się zwierzęciem i wybiegł gdzieś za dom, by pojawić się z drugiej strony, tuż przed strażnikami, którzy od razu zwrócili na niego uwagę i ruszyli za nim.

Na straży pozostało tylko dwóch strażników strzegących przejścia do skały i ten najtrudniejszy przy bramie. Mgła mogła nas trochę ukryć, ale Obrońcy nadal mieli niesamowicie wrażliwy wzrok. Musieli być czarownikami lub wilkami, bo to właśnie ich najczęściej wybierano do takich zadań.

 - Ten ogromny to wilk – stwierdził Christian. – Zajmę się nim. Wy weźcie tych dwóch z drugiej strony.

Wybiegł z ukrycia, nie czekając na naszą odpowiedź. Niewyraźnie widziałem jak ogromny wilk rzuca się na strażnika, który jakby automatycznie również zmienił się w wilka. Jeden z tych naszych, rzucił się, by mu pomóc, ale nie widział nas, czających się z boku. Kiedy biegł, Aiden choć nie umiał walczyć, powalił mężczyznę na ziemię, a Rose natychmiast ruszyła mu z pomocą, przebijając strażnika jego własną włócznią. Teraz pozostało już tylko trzech na jednego, choć nasz drugi przeciwnik pozostawał przy drzwiach, których miał zadanie strzec, jakby bał się, że to właśnie o nie nam chodzi i że gdy tylko się odsunie, my wbiegniemy do środka.

 - Jason… – rzekł cicho Aiden.

Spojrzałem w dół na leżącego na ziemi chłopaka. Najpierw dostrzegłem jego zakrwawioną rękę, która traciła kolor pod wpływem deszczu, a dopiero potem zobaczyłem prawdziwą ranę na jego udzie.

Musiał zostać ranny, gdy zaatakował strażnika. Przecież Obrońcy byli dobrze wyszkoleni i to musiało być oczywiste, że nie można tak łatwo się ich pozbyć. Nawet jeśli go zabiliśmy, musiał zadać nam jakieś rany. Trafiło na Aidena.

 - Jason, zanieś go do zamku. Poradzę sobie z tym drugim, ale uważaj na tego ogromnego, z którym walczy Christian – poleciła Rose.

Podniosłem chłopaka. Może byłem zwykłym człowiekiem, ale na szczęście byłem silny, więc nie było mi ciężko, gdy go niosłem. Ten z tyłu, nadal nie podchodził bliżej, więc Rose ruszyła na pomoc Chrisowi, jednocześnie osłaniając mnie i Aidena. Udało nam się przedrzeć do budynku.

Położyłem chłopaka na ziemi i ukucnąłem obok niego.

 - Musisz to wytrzymać – powiedziałem, rozdzierając mocniej jego spodnie, by ujrzeć całą ranę.

 - Dam radę.

Krwi było dużo, ale nie przerażał mnie jej widok. Czarownik powinien być odporniejszy niż człowiek. Może nie aż tak jak wilk, ale poradzi sobie.

 - Powinienem wracać – powiedziałem. – Mogą potrzebować pomocy.

 - Nie! – zawołał, przytrzymując mnie za rękaw, a następnie chwytając moją dłoń. – Zostań ze mną, proszę.

Wahałem się chwilę. Śmierć była dla mnie czymś naturalnym, tak jak cierpienie, ale dla niego najwidoczniej nie. Bał się, że jeśli go zostawię, on umrze i to w samotności. O to chodziło. Nie o śmierć, ale o samotność. Znałem to i wiedząc jakie to straszne, nie mogłem go zostawić.

 - Okej, zostanę – zgodziłem się, siadając bliżej. – Będę obok i nic ci się nie stanie, dobra?

Przytaknął, uśmiechając się przy tym.

Czekaliśmy trzymając się za ręce. Gdyby Rose wróciła cała i zdrowa, mogłaby pomóc Aidenowi. Może miałaby za mało mocy, by go całkowicie uleczyć, ale na pewno byłoby lepiej. Z każdą chwilą, bałem się coraz bardziej. Wiedziałem, że drzwi zaraz się otworzą i ktoś przez nie wejdzie. Miałem nadzieję, że to będą Rose i Christian, ale równie dobrze mogli to być Obrońcy, z którymi walczyli. Wiedziałem, że strażnicy są silni i dobrze wyszkoleni, niewiele wiedziałem natomiast o Christianie, a nawet umiejętności Rose pewnie się zmieniły.

Dźwięki walki w końcu ustały. To był jeden z najbardziej stresujących momentów w moim życiu. Od tego kto wejdzie tymi drzwiami, zależał mój dalszy los. Aiden też się bał. Zaciskał mocno palce na mojej dłoni, wbijając mi paznokcie w rękę, ale wcale mi to nie przeszkadzało. To była drobnostka przy tym, co mogłoby się stać.

Drzwi się otworzyły. Siedziałem na ziemi i najpierw ujrzałem tylko ciężkie buty, a im wyżej przenosiłem wzrok, tym więcej widziałem czarno-zielonego munduru Obrońców. Mój wzrok doszedł już prawie do końca czapki, kiedy dostrzegłem dumną twarz Christiana.

 - To było dziecinnie łatwe – stwierdził. – Jeśli tacy są wszyscy Obrońcy, jak to możliwe, że ten zamek jeszcze stoi?

Za nim weszła Rose i wreszcie Adam. Adam! Udało mu się! Im wszystkim się udało.

 - Co z nim? – zapytała Rose, wskazując na Aidena.

 - Liczyłem, że będziesz w stanie go uleczyć.

 - Tylko trochę – rzekł Christian. – Ta rana nam się przyda.

Zdawało mi się, że tylko ja nie wiedziałem o co chodziło. Rose wyciągnęła rękę nad ranę Aidena i nie dotykając jej, powiedziała coś w obcym języku. Krwi wciąż było za dużo, ale rana się zmniejszyła, a Aiden wyglądał jakby już tak bardzo nie cierpiał.

 - Dobra, weźcie go – polecił Christian.

Rose i Adam w mundurach Obrońców, założyli sobie ręce Aidena na szyję i podnieśli go z ziemi. Ja również wstałem i Christian od razu do mnie dopadł.

 - Mamy tylko trzy mundury. Ty i Aiden musicie udawać więźniów.

Oni odgrywali lepsze role, ale i tak się zgodziłem. Nawet gdybym zaprotestował, pewnie nie byłoby już czasu, by zamieniać się ubraniami.

Na korytarzu głównym, chodziło kilku strażników. Żaden z nich nie zwrócił na nas uwagi, dopóki nie doszliśmy do schodów.

 - Kto to? – Obrońca wskazał na mnie i ciągniętego po podłodze Aidena.

 - Dzicy – odpowiedział pewnie Christian. – Albo jacyś buntownicy. Chyba nie ma dużej różnicy, prawda?

Nie czekając na jego odpowiedź, popchnął mnie dalej, mijając strażnika, ale ten znów go zatrzymał.

 - Czekajcie… Dlaczego ich nie zabiliście? Nie znacie nowych rozkazów Olivii? – zapytał podejrzliwie.

 - Różniły się one od rozkazów Alice – rzekł Adam. Nie miałem pojęcia skąd wiedział co mówić. – Kazała nam odstawić ich do celi, by czekali na osąd.

Obrońca nie wydawał się przekonany.

 - Więc zróbcie co wam kazano, ale Olivia powinna o tym wiedzieć.

 - Już kogoś wysłaliśmy, by jej przekazał.

 - Okej.

Udało się. Przepuścili nas i teraz szliśmy w kierunku celi. Gdy byliśmy już sami, Christian mógł mnie wreszcie puścić, ale Aidena i tak przytrzymywali, bardziej, by mu pomóc, niż by udawał więźnia.

 - Jason! – usłyszałem.

Musiałem się zatrzymać i rozejrzeć dookoła. Nie wiem dlaczego inni tak dziwnie na mnie spojrzeli.

 - Jason, to ja, Olivia.

Stała tuż przede mną, chociaż wcześniej jej nie zauważyłem. Aż dziwne, że pozostali nie zaczęli panikować z powodu jej obecności.

 - Tak naprawdę mnie tu nie ma – wyjaśniła. – To zwykła magia, więc idź dalej tak, by twoi przyjaciele nie zorientowali się, że coś jest nie tak.

Chciałem zwrócić uwagę, że poza Adamem, oni nie są moimi przyjaciółmi, ale skoro inni jej nie widzieli, to nie mogłem nic do niej mówić, bo wzięliby mnie za szaleńca, albo co gorsze odkryli co naprawdę się działo. Mogłem jedynie słuchać co ona do mnie mówiła.

 - Zabiliście kilku moich strażników – rzekła wściekła, ale wcale nie oczekiwała wyjaśnień. – Powinieneś wcześniej mnie uprzedzić o waszych planach.

Powinna wiedzieć, że ten cały plan dopiero powstał. Gdyby dotarło tu więcej grup dzikich, wszystko wyglądałoby inaczej, a dopiero kilka minut temu postanowiliśmy osiągnąć cel w właśnie ten sposób.

 - Pamiętaj o tym na przyszłość, a teraz posłuchaj co macie robić. Chcę byście odnaleźli Conana. Siedzi on w osobnej celi, więc gdy odnajdziecie innych więźniów, naprzeciwko będzie krótki tunel, na którego końcu zamknęłam Conana. Uwolnijcie go i zabierzcie do swojej kryjówki.

Co?! Dlaczego chciała nam oddać Conana?! Jak to by miało pomóc w zniszczeniu dzikich?! To prawda, że nie znałem chłopaka, ale odkąd usłyszałem o nim po raz pierwszy, ciągle mówiono jaki jest dobry i jak wiele ma zrobić dla dzikich, że ma ich uwolnić i przywrócić lepsze życie, a przecież chodziło o to, by zniszczyć dzikich, żeby dziadek wiedział jak to jest stracić wszystko i by wreszcie docenił to co miał. Taki był plan.

Pozwoliłem, by inni mnie wyprzedzili. Może nie powinienem nic mówić, ale w tej sytuacji musiałem, więc udałem się na sam koniec grupy. Adamowi ufałem, bałem się tylko, by Christian nie podsłuchał, ale stwierdziłem, że nawet gdyby chciał użyć wilczego słuchu, to skupiłby go na innych dźwiękach niż na mnie.

 - Nie możesz go oddać – szepnąłem, nie chcąc używać imion, na wypadek gdyby ktoś usłyszał. – On jest waszą przewagą.

 - Co mówiłeś? – zapytał Adam.

 - Nic.

Wyprostowałem się, gdy na mnie spojrzał. Wzrok innych też na mnie spoczął, ale nie dopytywali o nic. Pewnie nikt poza Adamem nic nie słyszał, lub stwierdzili, że im się tylko wydawało.

 - Jason, słuchaj mnie – rzekła Olivia. – Musicie zabrać Conana ze sobą. Chłopak jest po naszej stronie. Będzie udawał jednego z was, ale zapewniam cię, że to będzie zwykła gra z jego strony. Oczywiście poinformowałam go kogo nie może skrzywdzić, więc ty, twoja rodzina i twój przyjaciel będziecie bezpieczni. Po prostu mi zaufaj.

Nie miałem wyboru. Musiałem zaufać. Dopadły mnie pewne wątpliwości czy na pewno dobrze zrobiłem pracując z Olivią i można było powierzyć jej swój los, ale i tak zaszedłem już za daleko, by się cofnąć. Wiedziała o mojej zdradzie i gdyby powiedziała o tym dziadkowi czy mojemu rodzeństwu, to nawet gdyby od razu nie uwierzyli, to przynajmniej mieliby mnie na oku i w końcu i tak wszystko by się wydało.

Szliśmy dalej, aż wreszcie doszliśmy do ciężkich drzwi, naprzeciwko których zauważyłem jakiś tunel. Ruszyłem w jego kierunku.

 - Dokąd idziesz? – zapytała Rose.

 - Powinniśmy sprawdzić czy kogoś tam nie ma.

 - Wracaj tu, Jason! – zawołał Christian. – Nie mamy na to czasu! Zabierajmy ich i wracajmy do kryjówki!

Zanim zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć, oni już otworzyli drzwi i zapalili światło. Christian wszedł pierwszy, a Adam i Rose wnieśli Aidena. Nie było sensu, bym sam szedł do tunelu, więc na razie poszedłem za nimi, ale jeszcze nie odpuściłem tamtej drogi, skoro wiedziałem, że znajdziemy tam Conana, a w jakiś sposób on był planem Olivii.

 - Christian! – usłyszałem radosny dziewczęcy krzyk.

Kiedy wszedłem do środka, zobaczyłem, że to była Tala.

 - Adam? Adam! – zdziwiła się Hannah.

Podszedłem do jednej z celi. Will stał przy kratach z tym swoim jak zawsze mądrym spojrzeniem. Czasami trudno było uwierzyć, że miał tylko dziewięć lat. W tej chwili znów dopadły mnie wątpliwości. Nie chciałem skrzywdzić dzieci. Nie byłem zły, tylko chciałem dostać to, czego tak długo mi odmawiano. Przecież ani Eric, ani Will nie zrobili nic złego, ale to z nimi dziadek miał najlepszą więź, więc nie mogłem ich oszczędzić.

 - Jason – powiedział. Nie było w jego głosie ani radości jak u Tali, ani zaskoczenia jak u Hannah, ale i tak powiedział o w jakiś miły sposób. Musiałem się do niego uśmiechnąć.

 - Zabierzemy was do domu, Will – zapewniłem.

Jakie to było okrutne. Mógłbym powiedzieć, że nie musi się już bać, chociaż znając go to i tak pewnie już się nie bał, albo że wszystko będzie dobrze, ale cokolwiek bym wybrał i tak byłoby to kłamstwem. Niby przyszedłem mu pomóc i zabiorę go do kryjówki, ale potem i tak pozwolę mu zginąć. Umrze przeze mnie, a ja nie próbuję tego powstrzymać, bo tak naprawdę właśnie tego chcę.

 - Nie ma tu Nate’a – zauważył Christian, wskazując na kogoś w czwartej celi. – O Boże, czy to…

 - Jonatan – dokończyła wtulona w niego Tala. – Musimy go zabrać. Wszystko co zrobił, nie było jego winą. Później ci to wyjaśnię.

 - Okej – zgodził się Christian. – Wyciągnij go.

Dziewczyna otworzyła celę mężczyzny i pomogła mu się podnieść. Ja nadal kucałem przy celi Willa, ale sam nie wiedziałem dlaczego jej nie otwierałem. Dopiero Rose pomyślała o tym, by w końcu to zrobić.

 - Hannah… – Christian dopadł do uwolnionej już czarownicy. – Mamy rannego. Rose próbowała go trochę uleczyć, ale ty jesteś Najprawdziwszą, więc może dałabyś radę…

 - Uleczyć go? Spróbuję, ale jestem bardzo słaba. Nie wiem czy się uda.

 - Jest czarownikiem, więc ma też trochę własnej mocy. Powinno być łatwiej, prawda?

Podeszli do Aidena i wystarczyło tylko, by dziewczyna przycisnęła rękę do jego rany, by ona całkowicie zniknęła. Aiden znów był cały i zdrowy.

 - Dziękuję – wydusił, najwyraźniej zafascynowany jej umiejętnościami.

Wyszliśmy na korytarz z czterema uwolnionymi więźniami i wtedy znów pomyślałem o Conanie. Pociągnąłem Christiana za rękaw.

 - Nie ma z nami Nate’a – powiedziałem. – Powinniśmy tam sprawdzić.

 - Chris… – odezwała się słabo Tala. – Jest jeszcze dwóch więźniów, którzy pomogli nam się ukryć, zanim nas złapali. Musimy teraz my im pomóc.

 - Wiesz gdzie są?

Skinęła głową.

 - Dobra, Hannah, Will, Rose i Adam idźcie z Talą. Jonatan, Aiden i Jason ze mną.

Rozdzieliliśmy się. Mężczyzna, którego nazywali Jonatan, był wykończony, więc Christian musiał go podtrzymywać by się nie przewrócił.

 - Więc zostałeś nowym alfą? – zapytał Jonatan. – Nieźle, zawsze wiedziałem, że gdyby mnie zabrakło, idealnie byś się nadawał, by zająć moje miejsce. Jack byłby zbyt agresywny.

Christian wyraźnie go zignorował. Nie znałem tego więźnia, ale wyczuwałem, że Chris był na niego z jakiegoś powodu wściekły i nie miał zamiaru z nim rozmawiać. Dziwne, że w ogóle go uwolnił. Był zbyt dobry i nawet wrogowi by pomógł, natomiast ja zostawiłbym go na pewną śmierć, albo sam bym go jeszcze dobił.

Na końcu tunelu były drzwi, dokładnie tak jak mówiła Olivia. Otworzyłem je bez trudu, ale w środku nie było już kilku cel. To była bardziej taka izolatka.

 - Nate… – Christian oparł Jonatana o ścianę i przytulił Nate’a przyjaźnie. – Wreszcie cię odzyskaliśmy.

Będąc w objęciach Christiana, młody chłopak z brązowymi opadającymi na czoło włosami, na którego niektórzy mówili Conan, chociaż wielu znało go jako Nate’a, posłał mi tajemnicze spojrzenie. Jonatan nie mógł tego widzieć, Aiden też, a Christian tym bardziej, ale ja widziałem i zacząłem się zastanawiać co mogło ono oznaczać. Może miało jakiś związek z tym, że oboje byliśmy zdrajcami. Niby przyjaciółmi dzikich i jednymi z nich, ale naprawdę pracowaliśmy dla Olivii. Chłopak musiał o mnie wiedzieć. Skoro przekazano mu kogo nie wolno skrzywdzić, musiano też wyjaśnić dlaczego i jaka była moja rola w tym wszystkim.

Wróciliśmy do miejsca, gdzie się rozdzieliliśmy. Byliśmy pierwsi, więc czekaliśmy chwilę na resztę. W końcu się zjawili z małą dziewczynką i trochę starszą kobietą. Z jakiegoś powodu nikt nie pytał kim one były. Być może znów wszyscy już to wiedzieli oprócz mnie. Dziś poznałem wiele nowych osób, które oni doskonale znali. O Conanie wiele słyszałem, ale Jonatan i te dwie byli dla mnie nowi.

 - Nate! – zawołała Tala. Nie z radością czy tęsknotą. To brzmiało jakby się go bała co potwierdziły też dwa małe kroczki w tył.

 - Tala… – powiedział chłopak, zbliżając się do niej. – Przepraszam…

 - O co chodzi? – zdziwił się Christian.

Zauważyłem, że mała dziewczynka, która przyszła z Talą nagle się rozpłakała.

 - Może im powiesz co zrobiłeś? – rzekła z odrazą Tala.

 - Nie miałem wyboru. Wszystko co robiłem, miało na celu, by was chronić. Wykonywałem rozkazy Olivii, bo powiedziała, że inaczej cię zabije. Wybaczyłaś Jonatanowi… Dlaczego nie wybaczysz też mi?

 - Jonatan zdradził brata, ale nie zabił! – wykrzyknęła sfrustrowana. – Poza tym zawsze wiedziałam jaki on jest, ale ty byłeś dobry. Nigdy nie zabiłbyś niewinnej istoty, a jednak to zrobiłeś. Nie jesteś już tą samą osobą. Tym Nate’em, w którym się zakochałam!

 - Zakochałaś się we mnie?

 - T… Tak, Nate. – Chyba nie chciała tego powiedzieć, ale zwyczajnie się rozpędziła. – Kochałam cię, ale już koniec. Za późno.

 - Nieprawda. Wciąż jestem tą samą osobą i jeśli rzeczywiście mnie kochałaś, to chociaż teraz jesteś na mnie zła, to nadal mnie kochasz i niedługo ci przejdzie. Może za godzinę, a może za dzień, ale znów mnie pokochasz. – Chwycił jej rękę, ale ją wyrwała.

 - Nieprawda.

 - Tala, przepraszam. Naprawdę żałuję i naprawdę jest mi wstyd wszystkiego co zrobiłem. – Dopiero teraz wydawał się naprawdę skruszony. Aż można by mu uwierzyć. – Kocham cię i spróbuję naprawić to całe zło, którego się dopuściłem, tylko… Proszę, powiedz, że też mnie kochasz.

Ponownie chwycił jej dłoń, ale tym razem jej nie zabrała. Spletli razem swoje palce i stali przed sobą w małej odległości, właściwie oddychali tym samym powietrzem. To mogłaby być naprawdę urocza scena, gdyby nie to otoczenie, ta cała sytuacja, w której się znajdowaliśmy, ucieczka i to, że…

Pocałowała Adama. W jednej chwili patrzyli sobie z Nate’em w oczy, jakby byli zakochani, a zaraz go odepchnęła i pocałowała mojego chłopaka. Nie w policzek, po przyjacielsku, ale w same usta! I to zdecydowanie zbyt długo i zbyt namiętnie!

Zrobiłem krok w ich kierunku, ale kiedy wreszcie się od niego odkleiła, postanowiłem na razie nie reagować. Widziałem, że Adam też był zaskoczony, więc to nie mogła być jego wina, a jeśli chodziło o dziewczynę to policzę się z nią później. Bez świadków. Nikt nie będzie bezkarnie całował mojego chłopaka! Adam mówił mi, że od wyruszenia z Cleverin czy gdzie oni tam mieszkali, bardzo się do siebie zbliżyli, ale od początku zapewniał mnie, że to tylko przyjaźń, a on jest stuprocentowym gejem. Tala została porwana, więc mogła nie być na bieżąco z naszym związkiem, ale chyba czas, by zrozumiała co jest między nią a Adamem i jak bardzo się różni od tego co między mną a Adamem. Ich relacja nigdy nie dorówna naszej.

Nate też nie był zachwycony. Wiedziałem, że pracował dla Olivii, ale teraz trochę się pogubiłem, bo jego mina wskazywała, że był bardziej wstrząśnięty tym pocałunkiem niż ja, a gdyby rzeczywiście kochał Talę tak bardzo jak ja Adama, to nie zdradzałby dzikich. To było dla mnie bardzo nie jasne, bo nie sądziłem, by udawał to uczucie. Nie wiem czy ktokolwiek na świecie potrafiłby aż tak dobrze kłamać, bo ta miłość Nate’a była tak widoczna, że nie mogła być fałszywa.

 - Okej… Może… Spróbujmy wrócić do kryjówki… – zaproponował Christian, przerywając tę głuchą ciszę. On też musiał czuć się niezręcznie w tej sytuacji, tak samo jak wszyscy inni, którzy byli tego świadkami.

Wszyscy się zgodzili. Początkowo był plan, by odczekać jeden dzień i gdy tylko zapadnie następna noc, ruszyć do siedziby dzikich, ale ja dobrze wiedziałem, że to nie miało znaczenia, bo Olivia i tak chciała pozwolić nam uciec. Tu wszystko było częścią planu, chociaż aktualnie martwiłem się już nie tym czy mogłem ufać Olivii, ale czy Olivia mogła ufać Nate’owi. Gdyby nie okazał się jej wierny, mógłby wszystko zniszczyć. Na razie wystarczyło mi, że nie zdradzał innym mojej podwójnej pracy, jednocześnie dla dzikich i dla Rady.

Zaproponowałem, by wrócić jeszcze dzisiaj, twierdząc, że to będzie bezpieczniejsze, ale nie popierając tego żadnymi znaczącymi argumentami. Nie sądziłem, że się zgodzą, ale stwierdzili, że skoro miałem rację z Nate’em i że to dzięki mnie go odnaleźli, to i tym razem pokierują się moim przeczuciem.

79 „M”

1

gt

Pomogłem K wstać, podtrzymując ją, by się nie przewróciła. Chyba nic poważnego jej się nie stało, a jednak nadal trzymałem ją w silnych ramionach, a moja naga klata stykała się z jej ramionami i brzuchem.

- W porządku? – zapytałem z troską.

- Nic mi nie jest.

- Koniec na dzisiaj?

Skinęła głową, oddalając się ode mnie. Musiałem ją puścić. Obserwowałem ją dokładnie, gdy zeszła na bok, by napić się wody i zauważyłem, że wyglądała jakoś inaczej. Bardziej kobieco niż zazwyczaj. Moje oczy widziały ją taką jak kiedyś, gdy byliśmy jeszcze nowicjuszami, choć od tamtego czasu minęło już kilkanaście lat. Zdałem sobie sprawę, że dotąd traktowałem ją jak kumpla, co wśród Obrońców było całkiem normalne. Tu nie było słabej czy silnej płci i wszyscy funkcjonowali na tych samych zasadach, ale teraz poczułem się dziwnie, czując na dłoni pozostałości po uderzeniu K. Po uderzeniu kobiety. Nie należała do tych, które mieliśmy zadanie bronić, tylko do Obrońców. Tych silnych i niezależnych, które miały takie same zadania jak my.

- Dziękuję, że pomogłeś mi to przećwiczyć – powiedziała. – Może wykorzystam to na jutrzejszym treningu.

- Nie ma sprawy, K.

Przestała na chwilę robić to co robiła i stanęła przede mną wyprostowana. Dziwnie mi się przyglądała, ale bycie Obrońcą nauczyło mnie, że nie można w takich sytuacjach odwracać wzroku.

- Jesteś dobrym przyjacielem, M – przyznała.

Kiedy mnie przytuliła, zrozumiałem, że chociaż stała się dla mnie kobietą, to jednocześnie nadal była moim kumplem. To było dziwne… Dlaczego zwróciłem na to uwagę? Byliśmy przyjaciółmi, nic się nie zmieniło. Byłem kiedyś zakochany, więc znałem to uczucie i byłem pewny że nie wystąpiło ono między nami. Była dla mnie ważna, ale to nie była miłość. Sam nie wiedziałem co czułem.

- Będziesz potrzebowała jutro mojej pomocy? – zapytałem.

- Tylko popołudniu. Rano chyba zabiorę ich nad rzekę.

- Okej.

Sięgnęła swoją sportową torbę i zarzuciła ją na ramię.

- Idziesz? – zapytała.

- Zostanę jeszcze chwilę. Nie chcę wypaść z formy.

Uśmiechnęła się. To było niesamowite jak łatwo potrafiła się zmieniać. Wczoraj słyszałem jak jacyś nowicjusze z innej grupy, z przerażeniem opowiadali o instruktorce grupy trzeciej. Mogło chodzić tylko o K. Bali się jej, ale też szanowali. Zyskała ich respekt, chociaż żadne z tych dzieciaków nie wiedziało jaka była naprawdę. Dopiero będąc Obrońcą, można było ją poznać i odkryć jej przyjacielską naturę, którą skrywała pod maską tyrana.

Chwyciłem włócznię i zacząłem wymachiwać nią w powietrzu, wyobrażając sobie stojącego przede mną wroga. Po porażce z Nate’em, musiałem sobie udowodnić, że nadal byłem tak dobry jak kiedyś, a to z chłopakiem było coś nie tak. Musiało być coś nie tak! Dobrze walczył jak na nowicjusza, ale ostateczne zwycięstwo zyskał poprzez zaklęcie. Byłem pewny, że to było zaklęcie! Mogłem być już zmęczony, ale nawet wtedy nie tracę czujności. Nie myliłem się. To było zaklęcie użyte przez wilka.

Wilki posiadają magię. To ona pozwala im się przemieniać oraz nadaje inne wyjątkowe wilcze cechy. Niektóre zaklęcia mogą zadziałać w przypadku tych potężniejszych wilków, ale tylko te najsłabsze, wymagające najmniej energii. Z mocą wilka, nie można rzucić zaklęcia, które pozwoli wygrać walkę. To było niemożliwe, ale chłopak tego dokonał. Coś było z nim nie tak.

- Matteo! – usłyszałem swoje imię. To, którego nie używałem od lat.

Rozejrzałem się dookoła, chcąc wiedzieć kto mnie wołał, ale było za ciemno.

- Matteo!

Nie, to nie byłem ja. Pozbyłem się tego imienia i pozwoliłem by inni o nim zapomnieli. Ale ja… Nie, istnieją rzeczy, o których nigdy się nie zapomina. Nikt, nawet najbardziej oddany z Obrońców, nie był w stanie całkowicie porzucić przeszłości, ale skoro byłem jedyną osobą, dla której liczyła się ta moja, musiało to oznaczać, że ten dźwięk był jedynie w mojej głowie. Widziałem oczyma wyobraźni swojego wyimaginowanego wroga i wiedziałem, że to on krzyczał moje imię. Tak postąpiłby prawdziwy przeciwnik. Wiedziałby, że to mnie rozproszy.

- Matteo!

- Przestań! – zawołałem, rzucając się naprzód z ostrą włócznią w dłoni.

Broń przeniknęła przez niego jak przez ducha, bo przecież tak naprawdę wcale tam nie stał. To moja wyobraźnia go wymyśliła, a oczy robiły ze mnie błazna.

Zniknął. Rozpłynął się w powietrzu, ale i tak odwróciłem się, by go poszukać. Stała za mną jakaś postać, ale to nie mój wyimaginowany wróg. Ten ktoś był prawdziwy.

Opadłem bezsilnie na ziemię, wiedząc jak głupio musiałem przed chwilą wyglądać.

- W porządku? – Potrząsnęła mną za ramiona.

Uniosłem wzrok, by zobaczyć jej twarz, a kiedy dostrzegłem jej łagodną i zatroskaną minę, rozpoznając kim jest, natychmiast uklęknąłem na jednym kolanie i ponownie pochyliłem głowę.

- Najprawdziwsza… – wyszeptałem. – Wybacz mi, pani.

Alice ukucnęła obok mnie.

- Co to było? – zapytała.

- Nie wiem.

Kręciłem głową, sam próbując zrozumieć to, co się przed chwilą wydarzyło. Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzało. To wydawało się takie prawdziwe, takie realne… Jakby naprawdę tam było. Chyba nie oszalałem? To tylko wynik zmęczenia. Za dużo trenowałem. I zbyt ciężko. Może należało pogodzić się z tym, że mój czas świetności minął i pokonał mnie jakiś dzieciak. Powinienem się cieszyć, że to właśnie mi trafił się tak utalentowany nowicjusz, którego będę mógł zaprowadzić do sukcesu tak, jak Leroy niegdyś mnie. To dobrze. Nie powinienem się tym przejmować, to powód do dumy, nie do smutku.

Potrzebowałem jeszcze chwili, by się uspokoić. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę z niezręczności tej sytuacji, w której klęczeliśmy na podłodze, a Alice obejmowała mnie ramieniem. Ona była Najprawdziwszą, a ja jedynie Obrońcą, pracującym dla niej i Olivii.

- Co tu robisz, pani? – zapytałem, odsuwając się od niej.

- Nie mów tak do mnie. To prywatna wizyta. Nie przychodzę tu jako członek Rady, ale jako po prostu Alice, rozumiesz mnie, Matteo?

- W takim razie to nie powinno być źle odebrane, gdy poproszę cię byś nazywała mnie „M”.

- No tak… Jesteś Obrońcą i nie wolno ci używać prawdziwego imienia…

Pod ścianą leżała moja koszulka, którą ściągnąłem z siebie na czas treningu. Alice ją zauważyła i z jakiegoś powodu podniosła ją, a po chwili mi ją oddała, więc włożyłem ją pośpiesznie przez głowę.

- To nie jest czerń Obrońców, prawda? – zapytała łagodnie.

Spojrzałem na nią zaskoczony.

- Nie ma na niej żadnego zielonego elementu, co czyni ją symbolem wilków – kontynuowała. – Gatunku, z którego pochodzisz.

Zazwyczaj nosiłem jakąś bluzę czy kurtkę Obrońców. Wystarczyłby nawet najmniejszy zielony znaczek na czarnej koszulce, by uznano ją za ubiór Obrońcy, ale na tej mojej, rzeczywiście nic nie było. Tylko czerń. Nie sądziłem, że ktoś mógłby zwrócić na to uwagę. Tak łatwo pomylić barwy wilkołaków z naszymi.

- Nie pamiętam kto wprowadził takie zasady. Było to długo przed tym, nim zostałam członkiem Rady, ale… „Nikomu nie można odbierać jego tożsamości. Twoja przeszłość kreuje twoją przyszłość, a zapomnienie o tym, uczyni cię zupełnie kimś innym, a ty jesteś wyjątkowy. Nie powinieneś się zmieniać. Bądź dzielnym wojownikiem, ale w sercu zawsze miej to co uczyniło cię tak wspaniałym”. Pamiętasz?

Oczywiście, że pamiętałem. Leroy nauczył mnie wielu cennych rzeczy, ale nigdy nie zapomnę słów, które powiedział mi tuż przed moim egzaminem na Obrońcę.

- Leroy – powiedziałem cicho. – Skąd wiesz…?

- Wiem wiele rzeczy, Matteo.

- Nazywam się…

- Matteo. „M” to tylko… Ksywka, którą nadano ci byś zapomniał o samym sobie, ale nie zapomniałeś. Leroy nie pozwolił ci zapomnieć, a wiem jak bardzo go szanowałeś.

Miała rację. Nie zapomniałem. Z początku starałem się pamiętać dla Leroya, ale skoro on odszedł, próbowałem o wszystkim zapomnieć. Nawet o nim, chociaż nie było to takie łatwe. Potrzebowałem choćby maleńkich części dawnego życia, ale nie chciałem, by Alice mi o tym przypominała.

- Nie martw się. Nie zamierzam powiedzieć o tym Olivii. Nie spodobałoby jej się to.

- Skoro ty wiesz, ona też może…

- Olivia nie zwraca uwagi na takie rzeczy. Nie bierz tego do siebie, ale dla niej jesteście jedynie sługami, na których nie warto zwracać większej uwagi, ale ja przyglądałam ci się od dłuższego czasu.

- Dlaczego?

- Ze względu na Leroya.

Usiadła na ławce. Zrobiłem to samo.

- Leroy był moim jedynym przyjacielem, ale ja nie zachowałam się jak dobra przyjaciółka.

- O czym mówisz?

- Masz prawo być na mnie zły. – Spojrzała na mnie smutno. – Zawiodłam go. Cokolwiek by się działo, on nadal był członkiem Rady, a ja zgodziłam się z Olivią, by odsunąć go od tego stanowiska. Olivia mówiła, że chce mu pomóc, ale potem mnie do niego nie dopuszczała, co wzbudziło moje podejrzenia. Obawiam się, że śmierć Leroya nie była przypadkowa.

- Dlaczego mi o tym wszystkim mówisz?

- Bo mam nadzieję, że mogę ci ufać. Leroy ci ufał, więc jeśli nadal jesteś tym samym… Nie mam nikogo, a sama sobie nie poradzę.

- Z czym sobie nie poradzisz?

Złapała mnie za rękę, jakbyśmy byli dobrymi przyjaciółmi, a przecież dopiero pierwszy raz rozmawialiśmy w cztery oczy. Wcześniej zwracała się do mnie tylko jako do jednego z obrońców.

- Musisz mi obiecać, że wszystko co ci  powiem, zostanie między nami – odezwała się.

- Cóż… jesteś Najprawdziwszą, a ja służę Radzie.

- A co gdyby członkowie Rady mieli inne zdania?

Zastanowiłem się chwilę. Gdy było troje członków, podejmowano sporne decyzje poprzez głosowanie, ale teraz były tylko dwie Najprawdziwsze. Tylko dlaczego mieszali w to mnie? Tak, Leroy był moim mentorem przez długi czas, ale to nie sprawiało, że Alice mnie znała.

- Nie wiem czy się z tobą zgodzę, ale cokolwiek powiesz, obiecuję że zachowam to dla siebie.

- Chodzi o to, że martwię się o… Właściwie o całą naszą społeczność. Przeprowadzaliśmy egzekucję i jedna z oskarżonych uświadomiła mi bardzo ważną rzecz… Rada nie wygląda już tak jak kiedyś. Ma nowe zasady, inaczej postępuje… Powiedz mi… Nie uważasz, że staliśmy się bardziej… Okrutni?

- Ja…

- Proszę, mów szczerze.

Wstałem i przeszedłem się kilka kroków.

- Czego ode mnie oczekujesz? – Rozłożyłem ręce. – To ty jesteś członkiem Rady. Jeśli ci coś nie pasuje, zmień to.

- Wiem, ale to nie jest takie łatwe. Olivia mi na to nie pozwoli.

- Więc co chcesz zrobić? Nie możesz przecież złamać własnych zasad – zauważyłem.

- Wtedy stałabym się dziką. Dzicy są naszymi wrogami, ale tutaj też czuję się obco.

- Gdzieś musisz się wpasować.

- Nie do dzikich. – Wstała. – Jesteś wilkiem, ale może słyszałeś kiedyś o słynnej wśród czarownic przepowiedni.

- Obiło mi się o uszy.

- Więc pewnie wiesz jaka jest dla nas niebezpieczna, a wielu dzikich próbuje ją wypełnić. Musimy trzymać się razem, by móc się bronić, ale nie zgadzam się ze sposobami Olivii. My nie zabijamy i nie krzywdzimy.

- No wiesz… Olivia może ustalać zasady, ale to mieszkańcy nadają im znaczenia, przestrzegając ich. Mieszkańcy boją się Olivii, ale ciebie uwielbiają. Spróbuj im uświadomić co jest nie tak i może staną po twojej stronie. Chyba warto zaryzykować.

- Może.

Postawiła mnie w trudnej sytuacji. Nasze miasto zawsze dobrze funkcjonowało, Rada dobrze funkcjonowała. Nigdy bym nie pomyślał, że coś mogłoby to zniszczyć, a jednak dowiedziałem się, że nie wszystko wyglądało tak jak powinno.

Uklęknąłem przy niej, biorąc w dłonie jej dłonie.

- Ja już jestem po twojej stronie – powiedziałem. – Masz moje wsparcie. Też uważam, że należy coś zmienić, by bardziej pomagać, a mniej krzywdzić.

- Pomożesz mi przekonać innych?

Skinąłem głową. Na twarzy miałem uśmiech. Byłem Obrońcą i to bardzo dobrym, przez co przeżyłem już kilka ważnych misji, ale dopiero teraz poczułem, że mogłem zrobić coś dobrego, co mogło zmienić wszystko.

-  Chcę jeszcze o coś zapytać – powiedziała. –  Nate?

- Co z nim?

- Jest tajną bronią Olivii.

- Dlaczego?

Wstała, by spojrzeć mi głęboko w oczy. Wyczuwałem powagę tej dziwnej sytuacji.

- To też jest tajemnica, że chłopak jest inny niż ktokolwiek na świecie. Jest hybrydą z przepowiedni.

- Nie znam na pamięć całej przepowiedni. Tylko o niej słyszałem.

- Więc wyobraź sobie połączenie wszystkich trzech gatunków w jednej postaci…

- To niemożliwe – stwierdziłem bez wahania. – Nie da się odziedziczyć więcej niż jednego gatunku.

- A jednak zdarzyło się to w jego przypadku.

Musiałem sobie to wszystko jakoś poukładać w głowie. Niby od zawsze żyłem ze świadomością istnienia magii, a jednak przepowiednia zawsze wydawała mi się bajką, która nie miała prawa się spełnić i nawet mnie nie dotyczyła, ale okazało się, że było inaczej. Może powinienem chcieć dowiedzieć się czegoś więcej na jej temat, uwierzyć w nią nim dostałem dowód jej prawdziwości. Bo miałem dowód. To co powiedziała mi Alice, tłumaczyło, by wszystko, również sposób w jaki zostałem pokonany przez Nate’a. Właśnie tamten moment był dla mnie wystarczającym dowodem.

- Więc chłopak jest też czarownikiem – jęknąłem, próbując sobie przypomnieć zaklęcie, którego użył.

- I człowiekiem, i wilkiem – dodała. – Każdym z nich i to ze zwiększoną mocą.

- Więc będziemy go potrzebować po naszej stronie, jeśli chcemy wygrać z Olivią – stwierdziłem.

Alice zmarszczyła brwi. Wiedziałem już, że coś się działo, a gdy obrzuciła mnie wystraszonym spojrzeniem, ja też zacząłem się martwić.

- Olivia całkowicie go sobie podporządkowała – wyznała.

- Co?! Jak?!

- Chcieliśmy, by służył Radzie, ale Olivia musiała zrobić coś jeszcze. Nate był dobrym chłopakiem, a my chcieliśmy tylko, by wykonywał nasze rozkazy, ale oprócz z tego stał się o wiele gorszy. Zły, okrutny…

- Chyba udało mi się już tego doświadczyć. Rzeczywiście gdy go poznałem, był inny. Trzeba go jakoś przywrócić, tak?

- Obawiam się, że to niemożliwe.

Cudownie! Stworzyły sobie wzorowego Obrońcę, który jednocześnie stał się też psychopatą i to bez możliwości odwrotu. Rada, która miała pomagać światu, zrobiła z niewinnego chłopaka potwora. Czy mogło być jeszcze gorzej?

- Myślę, że wiem co Olivia mogła zrobić. Nie potrzebnie jej zaufałam, że sama wszystko załatwi – zaczęła tłumaczyć. – Widzisz, każde wydarzenie z naszego życia, każda sytuacja w której się znajdziemy, każde słowo, każdy gest, każde spojrzenie… To wszystko określa nasz charakter. Podejrzewam, że Olivia usunęła z umysłu Nate’a każdą dobrą myśl i zastąpiła je obrazami, które to ją przedstawiały w dobrym świetle, by Nate jej ufał i wielbił.

- Więc można tak po prostu usunąć komuś wspomnienia?

Skrzyżowałem ręce na piersi, nie mogąc tego wszystkiego pojąć. Okej, byłem wilkiem, ale znałem wiele czarownic i wiedziałem jakie były ich możliwości w zakresie czarów. To wszystko wydawało mi się zbyt dziwne.

- Nie całkowicie usunąć – sprostowała. – Raczej ukryć je w najgłębszych zakamarkach mózgu. Nate pamięta wydarzenia z przeszłości, ale tam gdzie kryło się coś dobrego, teraz nie potrafi tego dostrzec. Sam nie potrafi zrozumieć dlaczego kiedyś czuł to co czuł, po Olivia ukryła tę część wspomnień.

- Ale jeśli je odkryła, a nie usunęła, na pewno można je jakoś przywrócić.

- Matteo… Znam czarownicę, która pomogła Olivii tego wszystkiego dokonać, ale to jest tak potężna magia, że wątpię, by nawet ona sama mogła odczynić swój urok.

- Więc jaki jest twój plan?

Wiedziałem, że nie miała żadnego planu. Inaczej by do mnie nie przychodziła. Miała nadzieję, że to ja jej powiem co robić, chociaż nie miała pewności czy mogła mi ufać, ale najwyraźniej nic innego jej już nie pozostało. Przyszła mnie prosić o zdradę Rady, choć sama była jej członkiem. Miałem świadomość, że jeśli coś poszłoby nie tak, wydałbym wyrok sam na siebie, decydując się pomóc Alice. Gdybym nie zrobił nic, byłbym bezpieczniejszy, ale byłem Obrońcą, a to nie tylko misje i sława. Chodzi głównie o to, by pomagać i działać dla wspólnego dobra, więc bierna postawa wobec konfliktu, który się tworzył, nie była wskazana.

- Pogadam z K. Ufam jej – powiedziałem zdecydowanie. – Zobaczę czy da się jeszcze kogoś znaleźć. Wśród nowicjuszy też mam kilku kandydatów, którzy mogliby się nadać.

- Okej. Ja spróbuję znaleźć więcej dowodów przeciwko Olivii. Spotkajmy się jutro i ustalimy co udało nam się zrobić w tej sprawie.

- Okej. Więc… Do jutra, Alice.

Położyła dłoń na moim ramieniu, jeszcze zanim wyszła.

- Uważaj na siebie, Matteo – poleciła. – Wiesz, że wiele ryzykujesz i chociaż bardzo bym chciała móc cię zapewnić, że wszystko będzie dobrze, to tak naprawdę tego nie wiem. Jeśli uda ci się kogoś przekonać do naszego zdania, te osoby też powinny wiedzieć jakie to niebezpieczne. Nie mogą narażać się w ciemno.

- Wiem, Alice. Wiem.

Zostawiła mnie samego po środku ogromnej, ciemnej sali. Odprowadzałem ją wzrokiem aż do drzwi, a jej słowa jeszcze długo odbijały mi się w uszach, tak długo, że wreszcie przeszły w ciche szepty, które nie należały już do tej samej dziewczyny. Długo nie potrafiłem rozpoznać co mówiły głosy, gdyż słowa zlewały się ze sobą w jeden długi i niezrozumiały wyraz. Dopiero potem, gdy wsłuchałem się nieco uważniej, doszły mnie dźwięki mojego imienia i wiele innych. „Matteo” – mówiły. „Jestem tutaj” – nawoływały, choć, gdy się rozglądałem, nikogo nie widziałem. „Przyjdę po ciebie”. „Nie uciekniesz przede mną”. „Matteo”. „Matteo”. „Matteooooo!”

Zasłoniłem uszy rękami i wybiegłem z sali. W ciemności było możliwe, by ktoś się tam ukrył, ale tutaj było już jasno, a jednak głosy wciąż podążały za mną. Nie cichły ani na moment.

Złapałem się za głowę i ukucnąłem przy ścianie, próbując się pozbyć tych dokuczliwych dźwięków, aż przypomniałem sobie, że one istniały tylko w mojej głowie. Nie były prawdziwe.

Pomimo okropnych bólów głowy i poczucia, że zaczynałem wariować, udało mi się wreszcie wstać i biegiem trafić do swojego pokoju, by móc się trochę uspokoić.

78 NATE

4

Nate, 16 lat

 Worek uległ mojej sile, ale zaraz znów go uderzyłem i jeszcze raz, i jeszcze. Okładałem go ze wściekłością, jakby był moim najgorszym wrogiem, a nie jedynie martwym przedmiotem, służącym do treningu.

Włosy miałem już posklejane od potu, chociaż wilki się nie pociły, ale w Grooveland wszystko wyglądało inaczej, a życie potrafiło zaskakiwać, łamiąc wszelkie zasady. Przyzwyczaiłem się już, że tutaj wszystko się mogło zdarzyć.

Uderzyłem po raz kolejny, czując jak bieleją mi kłykcie. Byłem silny, ale wciąż za słaby. Siłę dawało mi moje wilkołactwo, ale w Grooveland ono często mnie zdradzało, więc musiałem nauczyć się sobie radzić bez niego.

Kolejne uderzenie, tym razem bardzo mocne. Usłyszałem powolne, ale głośne oklaski, więc zatrzymałem pędzący na mnie worek i spojrzałem w mrok, z którego wyłonił się „M”. To on klaskał. Ściągnąłem z dłoni materiałowe rękawiczki i odgarnąłem mokre włosy.

- Nieźle, Nate – pochwalił mnie. – Szkoda tylko, że mnie nie poinformowałeś, że mamy dziś trening – dodał z wyrzutem.

- Nie będę z tobą trenował więcej niż na treningach nowicjuszy – powiedziałem ostro, sięgając po butelkę z wodą.

Rzuciłem rękawiczki na drewnianą ławkę i upiłem kilka łyków.

- Dodałem do twojego planu obowiązkowe treningi indywidualne, ale nie zjawiłeś się na żadnym z nich. Wiesz, że mógłbym cię wyrzucić?

Chwyciłem ręcznik i zarzuciłem go sobie na ramię, a potem podszedłem do instruktora.

- Więc dlaczego tego nie zrobisz? – wycedziłem przez zęby, pochylając się nad nim.

„M” nie odpowiedział, więc po prostu go minąłem, bez okazania najmniejszego szacunku. I tak musiałbym kończyć trening, nawet gdyby on się nie zjawił, bo zaraz czekała mnie lekcja magii, na którą nie mogłem się spóźnić.

- Naprawdę myślisz, że sam lepiej sobie poradzisz czy po prostu nie chcesz przyznać, że potrzebujesz pomocy? – zawołał, gdy odchodziłem.

Odwróciłem się ze złośliwym uśmieszkiem na twarzy. Szanowałem Radę i tylko ona mogła być dla mnie autorytetem. Olivia uczyła mnie magii, a gdyby Leroy, Najprawdziwszy Wśród Wilków jeszcze żył, zgodziłbym się na treningi z nim, a nawet sam bym o nie błagał, ale „M” nie był dla mnie żadnym wzorem i wystarczyło, że musiałem znosić go jako instruktora, będąc jednym z nowicjuszy.

- Nie potrzebuję twojej pomocy – syknąłem. – Wolę trenować sam.

- Waląc przez cały dzień w worek treningowy? – zapytał, unosząc brwi. – Nie sądzę, by on cię kiedyś zaatakował, ale za to jakaś żywa istota tak. Chcesz być dobry? Walcz ze mną.

Zrzucił z siebie kurtkę Obrońców i położył ją na ławce, odkrywając czarną koszulkę, którą miał pod spodem, ale nie była to wilcza czerń. To był kolor Obrońców, z małym, zielonym znaczkiem na piersi. Tak naprawdę, nie wiedziałem z jakiego był gatunku, bo Obrońcy się tym nie chwalili, nawet gdyby ich o to spytać, ale nie mięli też nakazu ukrywania tego za wszelką cenę. Obrońca nigdy nie powie z jakiego jest gatunku, ale może pokazać to na przykład w walce. Podejmując jego wyzwanie, mogę odkryć kim jest naprawdę, a to mogłoby okazać się bardzo przydatną informacją.

Odłożyłem ręcznik i zmierzwiłem włosy, podchodząc bliżej. Na moją twarz wypełzł prześmiewczy i pewny siebie uśmiech. Kimkolwiek by był, byłem pewny wygranej. Byłem najlepszy z nowicjuszy i bardziej zasługiwałem na tytuł Obrońcy niż „M”, chociaż naprawdę nim nie byłem. Kiedy zdam egzaminy, też wyruszę na misje i osiągnę więcej niż on, udowadniając, że był na niewłaściwym miejscu i posiadał sławę, która mu się nie należała.

Zamachnąłem się, celując prosto w twarz instruktora. Chciałem go zaskoczyć, sądząc, że nie będzie się tego spodziewał, ale on był zawsze czujny, więc natychmiast uchylił się przed atakiem, blokując mój cios. Uderzyłem drugą ręką, ale i tym razem się obronił. Kiedy to on postanowił zaatakować, nachyliłem się pod jego ręką i bokiem przeszedłem za jego plecy, by popchnąć go do przodu i dodatkowo kopnąć w brzuch, kiedy upadał.

- Nieźle – pochwalił, leżąc na ziemi.

Sądziłem, że to właśnie moment, w którym ujawni kim jest, ale on powstał i rąbnął mnie w nos, zdecydowanie zbyt szybko, bym zdążył zareagować. Przez chwilę nie wiedziałem co się dzieje, ale widząc przed sobą jego twarz, postanowiłem zaatakować na ślepo. Przechwycił moją rękę i wykręcił ją boleśnie, przytrzymując dłonią moje ramię i kopiąc mnie kolanem w brzuch.

Był silny, ale za słaby na wilka, chociaż spojrzenie miał równie dzikie jak one. Mógłby być czarownikiem, ale wtedy już dawno użyłby magii. Jeśli jednak byłby zwykłym człowiekiem, nie zaszedłby tak daleko. Ludzie nie są tak dobrzy, by wyruszać na misje. To zadanie dla wilków i ewentualnie czarownic.

Wytarłem dłonią krew, która ściekała mi z nosa i rzuciłem się na przeciwnika. W postaci wilkołaka miałbym większe szanse, ale w starciu z „M” to było zbyt niebezpieczne. Mężczyzna był sprytny i znał się na walce, a wiedza o tym, że byłem wilkiem, sprawiała, że na pewno tylko czekał na moją przemianę, mając dokładnie przemyślany plan. Miałem jednak jedną przewagę. Z początku nie chciałem jej ujawniać, ale dobrze, by „M” zaczął się mnie bać i bardziej szanować, jako kogoś lepszego od siebie, a nie zwykłego dzieciaka, który bawi się w Obrońcę jak reszta nowicjuszy.

Szarpnął mnie mocno, i przygwoździł do ściany, napierając na mnie ciężarem całego ciała.

- Wystarczy ci, czy chcesz bym dalej cię upokarzał? – zapytał instruktor.

Wyszczerzyłem czerwone od krwi zęby, powodując jego niepewność i zakłopotanie, ale także ostrożność, która jednak tym razem mu nie pomogła.

- Vinere hostes – rzekłem oschle, jak jakąś obelgę.

Niewiele jeszcze umiałem z magii. Dopiero niedawno odkryłem, że zawsze byłem kimś więcej niż tylko człowiekiem czy zwykłym wilkiem, ale akurat to zaklęcie zapamiętałem. Uznałem, że może okazać się przydatne i nie myliłem się, bo to ono powaliło teraz „M” na ziemię.

- Uznam to za swoją wygraną – rzekłem ze zwycięską miną.

Widziałem dezorientację „M”, kiedy wychodziłem z sali. Jednak udało mi się go zaskoczyć, a nawet pokonać i być może pokazać, że byłem wart więcej niż sądził. Do tej pory tylko Olivia i Alice wiedziały kim byłem, że nie kwalifikowałem się do żadnego z istniejących gatunków, ale tworzyłem zupełnie nowy, łącząc wszystkie trzy ze wzmocnioną mocą.

Wychodząc na korytarz, nie wiedziałem która godzina, ale pewnie byłem już spóźniony. Musiałem jednak wstąpić do łazienki, by się umyć po treningu, a potem natychmiast ruszyłem na lekcję magii.

Olivii tam nie było. Być może miała już dość czekania. Skierowałem się do sali głównej, mając nadzieję, że tam ją zastanę. Rzeczywiście siedziała w swoim fotelu z Alice obok siebie. Wkroczyłem leniwie do środka, nie zamierzając przepraszać za spóźnienie. To „M” mnie zatrzymał i to była jego wina.

- Nareszcie jesteś! – zawołała Olivia, splatając dłonie.

Nie była na mnie zła, a raczej rozemocjonowana.

- Mamy dobrą wiadomość, Nate! – powiedziała Alice.

Olivia odchrząknęła.

- To znaczy Conan – poprawiła się.

Patrzyłem na nie ze spokojem, wiedząc, że nie musiałem o nic pytać, bo zaraz same wyjaśniły o co chodzi.

- Złapaliśmy uciekinierów.

- To dobrze – stwierdziłem.

- Tak, ale ukrywali się u jednej z rodzin naszego królestwa. To oznacza zdradę.

- Więc co się z nimi stanie? – udawałem zainteresowanie. Naprawdę mnie to nie obchodziło.

- Zawsze sądzimy zdrajców na oczach mieszkańców, by wiedzieli co ich czeka, gdy sprzeciwią się zasadom – wyjaśniła Olivia. – Najlepiej zróbmy to od razu. Przydasz nam się.

Obie członkini Rady podniosły się z foteli i ruszyły do wyjścia, a za nimi ciągnął się rząd Obrońców. Było ich więcej niż zazwyczaj.

Wyszliśmy z zamku i ruszyliśmy w kierunku ogromnej tablicy, na której były wyświetlane zmiany planu dnia. Przy okazji zerknąłem na godzinę, która znajdowała się tylko w tym jednym miejscu. Była tylko chwila po siedemnastej, co oznaczało, że wcale nie mogłem spóźnić się aż tak bardzo na lekcję magii.

Nie zatrzymaliśmy się jednak pod tablicą. Przeszliśmy pod nią i weszliśmy na niewielką scenę, ukrytą między krzakami, która dopiero gdy na nią weszliśmy, stała się widoczna i zajmujący się codziennymi sprawami mieszkańcy, zwrócili na nas swoją uwagę. Olivia i Alice zasiadły na kamiennych stołkach, a mi pozwolono usiąść na trzecim z nich, ale odmówiłem. Wiedziałem dla kogo naprawdę był przeznaczony i dlatego wolałem stać z boku, mieszając się z grupą Obrońców. Nie byłem nawet wilkiem, więc nie dla mnie był stołek Najprawdziwszego Wśród Wilków. Nie byłem Leroyem, a nie wybrano jeszcze jego następcy, którym będzie jakiś stuprocentowy wilk, a nie hybryda trzech gatunków.

Olivia i Alice wymieniły porozumiewawcze spojrzenia, jakby przyjacielskie, chociaż czasami mi się wydawało, że widziałem między nimi rywalizację. Potem czarownica wstała, a mieszkańcy obserwowali każdy jej ruch, wiedząc czego dotyczyło to wydarzenie. Pewnie scena służyła Radzie tylko w tym jednym celu, a była tak bardzo zarośnięta, ponieważ już dawno nie mieli kogo sądzić.

- Są wśród nas zdrajcy! – zawołała.

Wśród zgromadzonego tłumu, rozległy się głosy oburzenia.

- Nie martwcie się, wiemy kim są i wymierzymy im karę, na jaką zasłużyli. Wprowadzić oskarżonych.

Na scenę weszło kilka osób, ale byli to głównie Obrońcy. Było ich tak wielu, że nie było widać ukrytych między nimi oskarżonych, dopóki nie wypchnęli na środek znajomej staruszki, która ledwo utrzymywała równowagę pod wpływem popchnięć ze strony Obrońców, ale chyba o to im właśnie chodziło. Nie liczył się wiek kobiety i jej brak sił czy choroba. Jakiś mężczyzna chwycił ją mocno za ramiona i rzucił na kolana przed Olivią.

- Spójrz na mnie – rozkazała czarownica. Staruszka nie zareagowała. – Spójrz na mnie, starucho!

Uniosła powoli głowę. Stałem w idealnym miejscu, by widzieć jej pomarszczoną lecz spokojną twarz, bez śladu strachu czy skruchy.

- Zdradziłaś nas – rzekła Olivia. – Złamałaś zasady.

Kobieta nie zaprzeczyła. Siedząca dotąd Alice, podeszła do Olivii i spojrzała ze smutkiem i współczuciem, które jej się nie należało na oskarżoną.

- Ukryłaś w swym domu dzikich – odezwała się. – Czy to prawda?

- Tak – przyznała. Nie wyglądała jakby tego żałowała, a raczej jakby była z siebie dumna, co bardzo rozwścieczało Olivię.

- Jesteś jedną z dzikich? – pytała dalej.

- Nie.

- Więc dlaczego to zrobiłaś?

Milczała. Olivia traciła cierpliwość, ale Alice miała jej dużo i nie dawała wyprowadzić się z równowagi.

- Odpowiedz – zażądała.

- Nie jestem dziką, ale nie mogę żyć według waszych zasad, bo wy też nie jesteście tymi, za których się podajecie – powiedziała cicho staruszka. – Rada powinna służyć innym pomocą i bronić swoich wyznawców. Zabijcie nas, ale obiecuję, że po mnie przyjdą następni, bo w którymś miejscu utraciliście swój prawdziwy cel i zamiast nas jednoczyć, wy nas niszczycie. Pomogłam dzikim nie by wam zaszkodzić, ale by uratować ich przed śmiercią, bo to właśnie śmierć nas zgubiła i to od niej się wszystko zaczęło. Nie mogę nazwać się dziką, ale nie jestem też jedną z was, więc może śmierć jest dla mnie jedyną możliwą drogą.

- Nie jesteś dziką – zgodziła się Olivia. – Jesteś kimś gorszym. Dzicy nas zdradzili, ale oni tego nie ukrywają. Wy szkodziłyście nam, udając sojuszników.

- Zadaniem twojego wroga jest cię zniszczyć, ale to śmierć z ręki przyjaciela, zadaje jedyny prawdziwy ból i tylko ona potrafi cię pokonać – wyszeptała Alice. – Dlaczego tak łatwo godzisz się ze swoim losem? Inni krzyczą, wyrywają się, próbują uciec…

- Znam swoją winę – przerwała jej ostro. – Wiem, że zasługuję na taką karę, ale nie żałuję. Wolę zginąć niż zrobić cokolwiek wbrew sobie.

- Zostaniesz zabita, bo dopuściłaś się zdrady. – Zerknęła na Olivię. – Pochowamy twoje ciało z szacunkiem, który ci się nie należy i zaśpiewamy pieśń, która pojawi się na naszych ustach z przymusu, ale pozwolimy ci spocząć w spokoju. Zabić ją!

Obrońca podszedł do staruszki i szarpnął ją za włosy, odsłaniając starą szyję. W dłoni ściskał nóż, który miał zakończyć życie kobiety.

- Czekaj! – powstrzymała go Olivia. – Ktoś inny to zrobi.

Wyciągnęła rękę, a mężczyzna położył na niej ostry nóż, nadal przytrzymując staruszkę w tej samej pozycji. Olivia przejechała palcem po ostrzu, a potem zdałem sobie sprawę, że wyciąga rękę w moją stronę.

- To twoja pierwsza egzekucja – odezwała się czarownica. – Zasłużyłeś na ten zaszczyt, Conan.

Bez zastanowienia chwyciłem broń i zbliżyłem się do kobiety, patrząc na nią ze złością. Doznałem zupełnie innych uczuć niż wtedy, gdy stałem z boku i tylko obserwowałem. Byłem wściekły, że staruszka zdradziła Radę, która tak bardzo troszczyła się o mieszkańców całego miasta. Może kiedyś widziałem ją inaczej i rozumiałem jej postępowanie, ale teraz nie potrafiłem jej darować.

Pochyliłem się nad nią z nożem w dłoni.

- Każdy Obrońca tak kończy, Nate – wyszeptała. – Obiecałeś jej, że z tobą będzie inaczej, ale zawsze jest tak samo. Nie można wam ufać. Banda bezmózgich robotów, które nigdy nie zrozumieją, że Obrońcy są tylko pionkami w grze, w którą pogrywa Rada.

- Nie jestem jeszcze Obrońcą – wycedziłem przez zęby.

W jednej chwili, nóż rozciął jej gardło, z którego zaczęła tryskać krew. Ostrze zmieniło barwę na czerwoną, a na mojej twarzy malowało się poczucie władzy, pana życia i śmierci.

- Ale jestem kimś dużo potężniejszym – dodałem na tyle cicho, by nikt tego nie usłyszał.

- Dobrze, Conan – usłyszałem delikatny głos Alice, która położyła dłoń na moim ramieniu, jakbym był małym i słabym chłopcem, który potrzebował wsparcia.

Zrzuciłem jej rękę, a tuż potem wypchnięto na środek drugą osobę – małą dziewczynkę w wielokolorowym ubraniu. Widząc staruszkę, spodziewałem się i jej, ale mimo to, poczułem się dziwnie, gdy już przede mną stanęła.

- Nate! – zawołała zaskoczona. Widocznie nie widziała mnie wcześniej, zasłonięta przez strażników.

- Lucy – rzuciłem oschle.

- Znasz ją?! – zareagowała Olivia.

Przyglądałem się dziewczynce, przypominając sobie jak spotkałem ją po raz pierwszy przy rzece, kiedy myślała, że byłem Obrońcą. To o niej mówiła staruszka, kiedy wypominała mi jak obiecałem, że się nie zmienię. Widocznie skłamałem, chociaż wtedy starałem się mówić szczerze. Nie wiedziałem jeszcze jak wiele zła wyrządzają Radzie. Potem przez wiele dni przynosiłem im ubrania i jedzenie. Pomagałem zdrajcom. Przyczyniłem się do ich działalności, za którą miały zginąć.

- Znam – przyznałem niechętnie. – Ta mała to nie tylko zdrajczyni, ale też złodziejka, która wykradała jedzenie ze wspólnych posiłków, by chować je w domu i wymykała się po nocach nad rzekę, łamiąc więcej zasad niż tylko te, za które jest tu sądzona. Teraz wygląda niewinnie, ale to z takich wyrastają najgorsi buntownicy, którzy stają się niebezpiecznymi wrogami. Trzeba ją zniszczyć!

- Więc wszyscy zgadzamy się na karę śmierci – stwierdziła Olivia.

- Nawet nie daliśmy jej nic wyjaśnić – zaprotestowała Alice.

- To tylko głupie dziecko, a dzieci i tak nigdy nie mówią prawdy. Jej babcia zrobiła nam przysługę i przyznała się do winy za nie obie. – Olivia odebrała ode mnie nóż.

- No właśnie, to tylko dziecko! Była wychowywana przez zdrajczynię, więc jak miała poznać co jest naprawdę dobre? – Broniła ją Alice. –  Jest jeszcze wystarczająco młoda, by się tego nauczyć. Oddajmy ją jakimś oddanym nam czarownicom na wychowanie.

- Hm… Zazwyczaj głosujemy, gdy się nie zgadzamy – stwierdziła Olivia. – Niestety nie ma z nami Leroya, ale na szczęście mamy Conana. Więc… Conan, co o tym sądzisz?

Wszyscy się we mnie wpatrywali. Nie tylko dwie członkini Rady o odmiennych zdaniach i mała dziewczynka, która kiedyś mi ufała, ale też tłum mieszkańców, który bał się wyrazić swoje zdanie. Mógł jedynie obserwować ze strachem w oczach. Ja jednak nie potrzebowałem ich pomocy. Wiedziałem co należało zrobić i nie wiedziałem jak Alice mogła rozważać jakąkolwiek inną opcję.

- Zabić ją – powiedziałem.

Olivia machnęła nożem i dziewczynka padła martwa, tuż obok swojej nieżywej babci. Wśród tłumu wystąpiły różne reakcje. Niektórzy, głównie czarownice i kilkoro ludzi, wydali cichy okrzyk przerażenia, inni głośno się przekrzykiwali, jakby byli w cyrku czy na jakimś pokazie, a jeszcze inni, odeszli bez słowa.

- Posprzątajcie – zwróciła się Olivia do Obrońców. – Alice, możesz zostać i im pomóc. Obiecałaś jakiś pogrzeb czy coś takiego? Chyba będziesz na nim jedynym gościem.

Uśmiechała się prześmiewczo w kierunku koleżanki, która nie reagowała na zaczepki. Obrońcy natychmiast zajęli się zwłokami, a Olivia zarzuciła mi rękę na szyję, pchając mnie w kierunku zamku.

- My niestety nie możemy zostać – powiedziała. – Mamy zaplanowaną lekcję magii.

Tłum już się rozszedł, więc usłyszała to tylko Alice, która wiedziała kim byłem i kilku Obrońców, którzy milczeli na wszelkie tematy Rady. Bez obaw, można było rozmawiać przy nich o najgorszych sekretach, bo oni nigdy nikomu ich nie powtarzali, jakby byli głusi. Tak przynajmniej słyszałem.

Tym razem Olivia prowadziła mnie jakąś inną drogą. Nie byłem pewny czy dobrze idziemy, aż zdałem sobie sprawę, że nie zmierzamy tam gdzie zawsze.

- Dokąd idziemy? – zapytałem wreszcie, kiedy schodziliśmy schodami, głęboko pod ziemię.

- Na lekcję magii.

- Ale…

- Dziś będzie ona wyglądać nieco inaczej – wyjaśniła. – Już zawsze będą tak wyglądać. Widzisz… Jesteś naprawdę wyjątkowy, więc musisz mieć najlepszych nauczycieli.

- Lepszych niż ty?

- Pochlebiasz mi, Conan, ale zdradzę ci sekret. Mamy w królestwie potężną czarownicę, dużo potężniejszą niż ja i chociaż nie dorównuje ona twojemu potencjałowi, to na pewno nauczy cię więcej niż ja.

- Nie jest przecież jedną z trójki. Hannah nią jest.

- Ty, Hannah, Chace i Alexandra jesteście najpotężniejszymi istotami na świecie i wiele osób myśli, że najstarszymi, ale istnieje ktoś starszy o mocy tak silnej, że pozwoliła jej ona przetrwać do dziś. Nie dorównuje waszej czwórce, ale może okazać się pomocna w twojej nauce.

- Więc chętnie ją poznam.

Kiedy zeszliśmy już na sam dół, było tam całkowicie ciemno, dopóki Olivia nie otworzyła jedynych znajdujących się tam drzwi. Wtedy z wnętrza pomieszczenia, wypadło trochę światła, a przed nami stanęła kobieta o tajemniczym wzroku, która przyglądała mi się z zainteresowaniem, a może i podziwem.

- Conan, to jest Celeste – przedstawiła ją Olivia. – Zostawię was samych. Conan, kiedy skończycie, przyślę po ciebie jednego z Obrońców.

Wszedłem do środka i drzwi zatrzasnęły się za mną. Celeste zapaliła kilka świec, które i tak niewiele bardziej oświetliły pomieszczenie, a potem wróciła do mnie i kazała usiąść na krześle. Pomimo jej lekkiej nadwagi, każdy ruch był pełen gracji, a spojrzenie mrożące krew w żyłach. Była trochę przerażająca, ale mnie się to podobało.

- Cieszę się, że wreszcie cię poznałam, Conan – odezwała się bardzo niskim jak na kobietę głosem. – Jestem pewna, że wkrótce poznamy się lepiej. Liczę na to.

- Czego będziesz mnie uczyć, czego nie mogłaby Olivia? – zapytałem.

- Wielu rzeczy, których nawet nie potrafisz sobie wyobrazić. Zaczniemy od czegoś prostego. – Zastanowiła się chwilę. – Dziś nauczę cię czarować, bez wypowiadania zaklęć.

- Czy to możliwe? – zainteresowałem się. Tym razem byłem naprawdę zaciekawiony.

- Dla takiego jak ty, wszystko jest możliwe, Conan. Wiesz, że jesteś wyjątkowy, ale wydaje mi się, że nadal nie rozumiesz jak bardzo. Olivia uczyła cię podstawowych zaklęć, ale ja sprawię, że nie będziesz ich potrzebował, a to będzie dopiero początek.

Przestałem żałować, że Olivia mnie tu przyprowadziła. Ta kobieta, z każda chwilą podobała mi się coraz bardziej i zyskiwała coraz więcej mojego zaufania i uwagi. Rok temu byłem zwykłym człowiekiem, potem zostałem wilkiem, a dopiero kilka dni temu, dowiedziałem się całej prawdy i bardzo mi się ona spodobała. Już czułem się niepokonany, ale kiedy zakończę naukę z Celeste, będę jeszcze potężniejszy.

——————————————————————————————————————————-

Chcieliście Nate’a – macie Nate’a :-) Mam nadzieję, że wam się podoba, a następny jeszcze nie wiem kiedy, ale mogę zdradzić, że będzie „M”, więc na razie zostajemy po tej stronie gór, a potem zobaczymy ;-)

77 JASON

2

jason

Stukała ołówkiem w stół, powoli obracając go w dłoni. Patrzyła na mnie w głębokim zamyśleniu, jakby nie do końca zrozumiała co miałem na myśli, chociaż chyba nie dało się tego dokładniej wyjaśnić.

Wypuściła w końcu ołówek z ręki i oparła się na krześle.

 - Rozumiem, że chcesz być moim szpiegiem… – rzekła Olivia. Trudno było rozpoznać czy to pytanie czy stwierdzenie.

 - Można to tak nazwać – zgodziłem się.

 - Dobrze… – znów się zamyśliła. – Nadal czegoś nie rozumiem. Skąd mam pewność, że nie jesteś szpiegiem swojego dziadka? Jeśli rzeczywiście zebrał tak wielu dzikich i jest dla nas takim zagrożeniem o jakim mówisz, to dlaczego chcesz ze mną współpracować?

 - Hm… – Tym razem to ja się zamyśliłem, ale tylko na chwilę i nie było to prawdziwe. – To prawda, że zazwyczaj wybieram zwycięską stronę, ale tym razem chodzi mi o inne zwycięstwo. Wiem, że szykuje się wojna, ale to nie ją chcę wygrać.

 - Więc co takiego?

Rozłożyłem się na krześle, chcąc okazać swoją pewność siebie i swobodę z jaką z nią rozmawiałem. Znajdowałem się na jej terytorium, ale to wcale nie oznaczało, że miała przewagę, gdyż za informacje, które mogłem jej przekazać, nie żądałem dużej nagrody, więc musiała się w końcu zgodzić.

 - Pozwól, że odpowiem pytaniem na pytanie… – zacząłem. – Jakie jest najsilniejsze uczucie względem innej istoty?

 - Nienawiść – rzekła bez zastanowienia.

 - Hm… Większość istot odpowiedziałaby, że miłość… – Zmarszczyła brwi, słysząc moje słowa. – Nieważne. Chodzi mi o zemstę, ale nie z nienawiści, a właśnie z miłości.

 - Zemsta z miłości?

 - Tak. Widzisz… Kocham dziadka i wiem, że on mnie w jakiś swój dziwny sposób też, ale nie mogę mu darować, że zniszczył mi życie. Zebrał dzikich, tworząc z nich swoją nową rodzinę, a ja chcę mu przypomnieć, że ma już rodzinę i to o nią powinien zadbać.

 - Jak zabicie go ma ci w tym pomóc?

 - Nie chcę go zabić! – Pochyliłem się do przodu i ściszyłem głos, jakbym bał się, że ktoś podsłuchiwał, chociaż Olivia rzuciła wcześniej specjalne zaklęcie, które to uniemożliwiało.

 - Jak mówiłem… Kocham dziadka. – Wpatrzyłem się w ołówek, który znów zaczął wirować w jej dłoni. – Śmierć to wybawienie, a ja chcę go ukarać. Osiągnę to, poprzez odebranie mu tego, co dla niego najważniejsze, tego co tworzył przez wiele lat, tego w czym pokładał wszystkie nadzieje… Mam nadzieję, że mi w tym pomożesz. Ty, Alice i wasi Obrońcy.

 - Nie mieszajmy w to Alice – poprosiła. – Nie jestem pewna czy zrozumiałaby szansę jaką nam dajesz na wygranie wojny. Lepiej, by zajęła się wewnętrznymi sprawami Królestwa, a ja będę martwić się resztą.

 - Jak chcesz. Mam jednak pewne warunki, a właściwie jeden.

 - Słucham. – Rozłożyła dłonie, dając znak pełnej swobody mojej wypowiedzi.

 - Lista chronionych istot. Będę przekazywał wam wszystkie niezbędne informacje, ale niektórych osób nie będziecie mieli prawa skrzywdzić. Róbcie co chcecie, ale ich będziecie bronić, a jeśli komukolwiek z nich coś się stanie, zerwiemy naszą umowę.

 - Jaki sens będzie miała nasza współpraca, jeśli połowy tych twoich dzikich nie będziemy mogli ruszyć?

 - To tylko kilka osób. Jeśli wybijecie całą resztę społeczności, którą stworzył mój dziadek, te kilka osób i tak nie będzie wam zagrażać. To chyba mała cena za to co możecie ode mnie uzyskać, prawda?

Nie potwierdziła, ale też nie zaprzeczyła, więc uznałem, że się ze mną zgadzała. Naprawdę nie żądałem zbyt wiele poza tym, że pozbędą się większości dzikich, co przyniesie korzyść nie tylko im, ale też mi.

Wyciągnąłem z kieszeni kilka przygotowanych wcześniej zdjęć i ułożyłem je na stole, przed Olivią. Pochyliła się, by dokładniej przyjrzeć się fotografiom, a ja wskazałem palcem na pierwszą z nich.

 - Mój brat: Mike – powiedziałem, a potem zacząłem wskazywać kolejne. – Moja siostra: Rose i mój przyjaciel: Adam.

Nie były to jeszcze wszystkie zdjęcia, które przyniosłem, ale za to wszystkie, które ułożyłem na stole. W ręce trzymałem jeszcze dwie fotografie, które gniotły się pod wpływem moich zaciśniętych na nich palców.

 - Nie ma tu twojego dziadka – zauważyła.

Rzuciłem na stół pozostałe zdjęcia. Nad tymi dwoma, musiałem się dłużej zastanowić. To, że je wyłożyłem, zapewniało ochronę tym dwóm osobom, które na nią nie zasłużyły, ale musiałem pamiętać po co to robiłem. Zemstą nie była śmierć. Chodziło o coś większego, a przyczyną tego wszystkiego była rodzina, do której ci dwaj należeli.

 - Dziadek i mój drugi brat: David – wycedziłem przez zęby, kierując wzrok prosto w oczy czarownicy. Nie chciałem, by moje spojrzenie natrafiło na wizerunek dziadka i brata. Nie miałem ochoty ich oglądać.

 - To już wszyscy? – zapytała, zbierając zdjęcia na jedną cienką kupkę.

 - Tak. Nie obchodzi mnie co się stanie z resztą. Najlepiej wybić wszystkich, ale oni MUSZĄ przeżyć.

 - Masz na to moje słowo. Tak długo, dopóki będziemy współpracować, więc dobrze ci radzę, byś nie próbował zdrady, bo ja jej nie toleruję. A teraz… Usiądź i opowiedz co wiesz.

Dopiero kiedy to powiedziała, zdałem sobie sprawę, że stałem. Nawet nie zauważyłem, w którym momencie zsunąłem się z krzesła i stanąłem przed biurkiem. Pewnie wtedy, gdy wyciągałem fotografie. Cóż… To i tak nie miało znaczenia.

Zająłem swoje miejsce i przysunąłem się bliżej czarownicy, zakładając nogę na nogę.

 - Dziadek szykuje atak. Chce wysłać sześć grup po sześć osób, z których pierwsza grupa wyruszy jutro rano – zacząłem. – Czarownicy mają zapewnić bezpieczne przejście na wasz teren, ale użyją do tego wiele mocy.

 - Będą osłabieni – zrozumiała Olivia. – Będzie bardzo łatwo ich wykończyć.

 - Dlatego cała akcja rozpocznie się dopiero po kilku dniach. Początkowo ukryją się wśród mieszkańców waszego królestwa. Dzicy działali w Grooveland od wielu lat. Niektórzy żyją wśród was i będą gotowi przyjąć do siebie tych, którzy wyruszą na misję.

 - Odnalezienie zdrajców nie będzie dla nas problemem. Wiemy dokładnie kto gdzie mieszka, więc zauważymy, gdy liczba mieszkańców któregoś z domów się zwiększy.

 - Ale musicie uważać – ostrzegłem. – W tych grupach będziemy ja, moja siostra i przyjaciel Adam. Musicie nas chronić tak, by inni niczego się nie domyślali. Cała ta akcja będzie mieć na celu odbicie więźniów, szczególnie Conana Wolfricka.

Parsknęła krótkim śmiechem. Nie do końca wiedziałem co on miał oznaczać, ale domyśliłem się, że dotyczył Conana.

 - To bardzo ważna informacja, Jason. Chyba mam już plan jak zniszczyć tych waszych dzikich.

 - Jaki? – zapytałem zainteresowany.

 - Damy im to czego chcą.

 - Ale…

Spiorunowała mnie wzrokiem, więc stwierdziłem, że chyba lepiej nie kończyć zdania.

 - Przypominam, że twoim zadaniem jest mnie informować, ale ja nie muszę cię wtajemniczać we własne plany. Dzicy są też moimi wrogami, więc możesz być pewny, że wywiążę się ze swojej części umowy i nic więcej nie musisz wiedzieć – powiedziała.

Nie podobało mi się to, ale miała rację. Nie powinno mnie obchodzić jak pozbędzie się dzikich. Ważne, że w ogóle to zrobi. Kiedy zostaniemy już tylko ja, dziadek i moje rodzeństwo, będziemy musieli trzymać się razem. Nie wystarczy już „wspaniała trójka” Mike, David, Rose, ani nawet mój dziadek, który zdawał się zawsze wszystko kontrolować. Będziemy musieli sobie pomagać. Wszyscy. Nie będą mogli wykluczyć mnie po raz kolejny. Oprócz tego, będę miał przy swoim boku Adama, o którego będę mógł się troszczyć, a on to samo będzie robił względem mnie. Dostanę wszystko, czego zawsze chciałem. Miłość i rodzinę. Nic już nie będzie w stanie tego zniszczyć, a ja podążę drogą, którą wybiorą, bo to gdzie będziemy i co będziemy robić, nie będzie miało znaczenia, jeśli będziemy wszyscy razem.

 - Coś jeszcze? – zapytała Olivia.

Przez moje zamyślenie, jej głos brzmiał, jakby dochodził z bardzo daleka, chociaż siedziała po drugiej stronie stołu i obserwowała mnie uważnie. Pokiwałem głową na znak, że nie mam nic więcej do dodania.

 - Wiem, że nie masz komu powiedzieć o naszym spotkaniu i ja też nikomu tego nie zdradzę. Bycie szpiegiem to odpowiedzialne i niebezpieczne zadanie, więc powinniśmy trzymać to w tajemnicy – rzekła.

 - Jak wytłumaczysz, że mamy być chronieni?

 - Nie wytłumaczę. Obrońcy pokoju to wierni słudzy, którzy nie zadają wielu pytań. Wierzą, że wszystko co im rozkażę, jest bardzo ważne i ma sensowne wyjaśnienie, którego nie muszą znać. Nie chcą go znać.

Wstała od stołu, chowając zdjęcia, które jej dałem, a potem podeszła do mnie, więc również podniosłem się z krzesła i razem ruszyliśmy do drzwi.

 - Musisz wrócić do dzikich, zanim nastanie ranek – stwierdziła. – Poproszę jednego z Obrońców, by przy pomocy naszych sekretnych przejść, odstawił się na miejsce, w którym cię złapano, ale będziesz musiał założyć opaskę na oczy. Nikomu nie zdradzamy jak działają nasze tunele i jak je znaleźć.

 - Rozumiem.

 - Gdy dowiesz się czegoś nowego, wystarczy, że pojawisz się na drodze prowadzącej do królestwa, a Obrońcy cię do mnie przyprowadzą. Monitorują tę drogę cały czas, więc nie będziesz musiał długo czekać. Podobnie jak było dzisiaj.

Otworzyła przede mną drzwi i zawołała jednego z Obrońców.

 - I… Jason… – zwróciła się do mnie, zanim mężczyzna w zielono-czarnym stroju zdążył się pojawić. – Cieszę się, że przyszedłeś do mnie ze swoją ofertą. Nie miałam pojęcia o społeczności dzikich, która działa przeciwko nam na tak dużą skalę. Kiedy będzie już po wszystkim, gdy wygramy i zniszczymy dzikich, możesz liczyć na naszą wdzięczność i wszelką pomoc.

Uśmiechnąłem się do niej, bo nie wiedziałem co innego zrobić. Nie liczyłem na ich wdzięczność, ale kiedyś może się przydać. Nawet gdy będę z rodziną, nigdy nie wiadomo kiedy będzie potrzebna pomoc, więc to dobrze, gdy wiele osób ma u mnie dług wdzięczności, bo wtedy zawsze znajdzie się ktoś, kogo będzie można wykorzystać.

Wracając do kryjówki, będąc prowadzonym przez jakiegoś Obrońcę, droga minęła bardzo szybko. Po kilku minutach mężczyzna zerwał mi opaskę z oczu i ujrzałem w oddali siedzibę dzikich. Ostatnie kilka metrów szedłem już sam.

By wejść niezauważonym do środka, musiałem użyć dłuższej drogi, gdyż dyżurujący przy windzie zaczęliby wypytywać gdzie byłem. Nie wolno było opuszczać siedziby bez zgody któregoś z dowódców. I tak pewnie Mike by mi pomógł, ale musiałby się tłumaczyć dlaczego pozwolił mi wyjść, a potem ja musiałbym tłumaczyć jemu gdzie naprawdę byłem, a przecież nie mogłem opowiedzieć mu o wizycie u wroga. Nawet on by tego nie zrozumiał.

W całej kryjówce było bardzo ciemno, a dyżurni mieli jedynie pochodnie, które oświetlały tylko niewielki obszar. Nie mieli ich jednak dowódcy, którzy o tej godzinie powinni już spać, więc nie spodziewałem się, że tuż po wejściu, zaskoczy mnie mój brat.

 - Witaj, braciszku – powiedział David, wychodząc z mroku. – Spacer? O tej godzinie?

Nie odpowiedziałem mu. Ze wszystkich dzikich, to jego i dziadka bałem się najbardziej spotkać.

 - Jesteśmy braćmi. Było mi bardzo przykro, że nie przyszedłeś się przywitać – rzekł, unosząc jedną brew.

 - Przecież już się widzieliśmy – przypomniałem.

 - Tak, ale podobno do Mike’a i Rose poszedłeś od razu po powrocie.

 - Widocznie przywitałem się tylko z tym rodzeństwem, na którym mi zależy – warknąłem, wymijając go obojętnie.

Wolałem pokłócić się o coś mniej istotnego niż moja nocna wędrówka do królestwa Rady. Należało zrobić wszystko, by uniknąć jego kłopotliwych pytań, ale on nie dawał za wygraną. Chwycił mnie za przedramię, zdecydowanie zbyt mocno, ale przez tyle lat, nauczyłem się już kontrolować ból, więc nie sprawiał mi on większych problemów. Prawie go nie czułem.

 - Uważaj, Jason – wymamrotał, marszcząc brwi. – To, że jesteśmy braćmi, nic nie zmienia. Nadal jestem twoim dowódcom i nie będę tolerował takiego zachowania. Lepiej to sobie zapamiętaj – wycedził przez zęby.

 - Skończyłeś? – Wyrwałem rękę z uchwytu.

Miałem szczęście, że nie upierał się, by przytrzymać mnie dłużej. Tylko wyglądał na takiego chudego i słabego, ale naprawdę dysponował dużą siłą, o wiele większą niż ja. Wiedziałem, że udało mi się wyrwać tylko dlatego, że on mi na to pozwolił.

 - Mike nie będzie cię bronił całe życie, Jason. – Rzuciłem mu wściekłe spojrzenie i oddaliłem się, ale on nadal wołał za mną. – Nie było cię z nami, zbyt długo, bracie. Więzy krwi nie są aż tak trwałe jak ci się wydaje i to dotyczy także Mike’a.

W takiej chwili, żałowałem, że położyłem na biurku Olivii i jego zdjęcie. Broniłem kogoś, kto mną gardził, ale ten ktoś mimo wszystko był moim bratem. Teraz myślałem inaczej, ale ogólnie cieszyłem się, że podejmowałem decyzję w spokoju, a nie w napadzie złości. Inaczej mógłbym stracić nie tylko osobę, którą był teraz, ale też tą, którą był w dzieciństwie, gdy wraz z Mike’em i Rose, chronił mnie przed nienawiścią rodziców. Wszyscy troje zbuntowali się, by mi pomóc, ale potem zacząłem odnosić wrażenie, że nie zrobili tego dla mnie, a dla siebie. Zacieśnili więzi między sobą i stworzyli rzadki rodzaj relacji, w której dla mnie zabrakło miejsca, bo byłem inny. Bo byłem człowiekiem. Bo byłem ofiarą, a oni moimi obrońcami. Kochali mnie, ale przestali traktować jak brata, aż wreszcie ulegli rodzicom. Wszyscy. Nawet Mike, który dopiero po ich śmierci, przypomniał sobie, że miał też drugiego brata.

Nie lubiłem się kłócić z żadnym z nich i chociaż to Mike był mi najbliższy, to jednak obelgi Davida najbardziej raniły. Po prostu chciałem wreszcie odzyskać jego akceptację, którą w pewnym stopniu miałem już zapewnioną u Mike’a i Rose. Wiedziałem, że ta dwójka bardziej ceniła Davida, więc dopóki nie zjednam sobie ich wszystkich, nigdy nie zaczną traktować mnie jak jednego z nich, jak brata, którym byłem, a którego oni odrzucili.

Dziadek też się dla mnie liczył, ale najpierw chciałem, by cierpiał i by zrozumiał co dzięki niemu czułem i jak się musiałem męczyć, tracąc wszystko co kochałem i co było dla mnie najważniejsze. Przez niego i przez rodziców, rodzeństwo się ode mnie odwróciło, ale rodzicom nie mogłem już dać nauczki. Śmierć zdążyła ich wybawić od zemsty.

Otwierając drzwi do pokoju, miałem nadzieję, że zastanę tam Adama. Nawet nie myślałem o tym, że jemu też musiałbym wytłumaczyć gdzie byłem. Pewnie i tak zrozumiałby to lepiej niż Mike czy Rose, ale mimo to, bezpieczniej było zachować to tylko między mną a Olivią. W odczuciu dzikich, zdrada była zdradą, bez względu na jakiekolwiek okoliczności łagodzące. Nikogo nie obchodziłyby moje powody, gdyby dowiedzieli się, że skazałem całą naszą społeczność na śmierć, tym samym niszcząc coś, czemu oni wszyscy poświęcili kilka lat życia. Zdawałem sobie sprawę, że to było złe, ale życie nigdy nie uczyło mnie dobra. Zawsze było przeciwko mnie i to pewnie przez to podjąłem tak trudną decyzję o współpracy z wrogiem. Chociaż raz w życiu musiałem pomyśleć o sobie i zrobić coś, by odmienić swój los. Straty jakie poniesiemy, mnie nie obchodziły.

Adama nie było w środku. Szkoda. Odkąd zrozumiałem, że był prawdopodobnie najlepszą rzeczą, jaka spotkała mnie w życiu, chciałem spędzać z nim każdą chwilę, bojąc się, że kiedyś i jego zabraknie. David miał rację na pewno w jednej sprawie. Więzi nie są trwałe, ale nie tylko te rodzinne. Wszystkie. Dziś Adam mówił, że mnie kocha, a jutro może mnie nienawidzić. Podobnie było z moim rodzeństwem, a nawet rodzicami. Oni też mnie kiedyś kochali. Kiedyś.

Zasypiając myślałem o wielu rzeczach, które uniemożliwiały mi zaśnięcie. Leżałem w łóżku i wpatrywałem się w sufit, wyobrażając sobie swoją przyszłość. Widziałem różne scenariusze tego co mnie spotka. W jednym z nich, wydała się moja zdrada i znienawidzono mnie jeszcze bardziej. Nie zabito mnie, ale wygnano, a to było jeszcze gorsze. W innym, to dzicy pokonali Radę, odzyskali Nate’a i wypełnili przepowiednię. Nie odkryto mojej współpracy z wrogiem, ale i tak nie osiągnąłem celu. Wolałem skupić się na tym najszczęśliwszym zakończeniu. Rada pozbyła się wszystkich dzikich, z wyjątkiem tych z mojej listy, a Nate i reszta Najprawdziwszych, przestali zagrażać nam na kilkaset najbliższych lat. Rodzina i Adam nie odkryli, że to wszystko było moją winą, a nawet uznali mnie za bohatera, który dzielnie próbował walczyć o całą naszą społeczność, tym samym czyniąc gatunek ludzki równy wilkom i czarownicom. Dziadek trochę cierpiał z powodu utraty swojej wielkiej i wspaniałej armii, ale szybko zastąpił ją prawdziwą rodziną, która stała się dla niego najważniejsza. Razem wyruszyliśmy poza granice Grooveland, by rozpocząć nowe, szczęśliwe życie, a Adam był ze mną aż do końca naszego długiego życia, czyniąc każdy mój dzień wspaniałym i wartościowym.

Kiedy moje oczy się zamknęły, a myśli zaczęły przekształcać się w sny, to właśnie tą wizję przyszłości miałem w głowie. Zasnąłem z szerokim uśmiechem na ustach, nie martwiąc się nadchodzącą wojną i trudami dnia jutrzejszego, a potem następnego i jeszcze następnego. Czasem by dojść do celu, trzeba pokonać wiele przeszkód, ale wierzyłem, że im więcej będę musiał znieść, tym przyjemniejsza będzie nagroda.

—————————————————————————————————————–

Niestety kolejny wpis dopiero w przyszłym tygodniu :-(

76 CHRISTIAN

2

Christian, 19 lat

Gdy wreszcie znalazłem odpowiednie pomieszczenie, wszyscy już na mnie czekali. Powiedziano mi, że Frank ma do mnie ważną sprawę, ale oprócz nas byli też Lukas, Adam, Jason, Mike, David, Rose i inni, których jeszcze nie znałem.

 - To już chyba wszyscy – stwierdził Frank, kiedy wszedłem do środka.

Wszyscy skierowali wzrok na mnie, więc postanowiłem znaleźć sobie jakieś miejsce z boku, by nie zwracać na siebie uwagi. Najpierw chciałem przysiąść na ziemi przy ścianie, ale dostrzegłem, że Rose się przesunęła, by zrobić mi miejsce na ławce, więc usiadłem tam, a ona uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie, chwytając moją dłoń. To wciąż było dla mnie bardzo dziwne. Znaliśmy się od kilku dni, a jednak już stała się dla mnie bardzo ważna. Dwa dni temu mnie pocałowała i chociaż nie ogłosiliśmy publicznie, że byliśmy parą, to jednak tak to należało traktować.

Chciałem tego, ale Rose była moją pierwszą dziewczyną i nie wiedziałem jak się zachować. Zawsze byłem silny i pewny siebie, ale w tej sytuacji czułem się zupełnie inaczej. Bałem się, że zrobię coś nie tak i zniszczę naszą relację. Jej pewnie było łatwiej. Taka dziewczyna na pewno miała już wielu chłopaków, ale ja nie miałem takich możliwości. Ona była czarownicą, a ja wilkiem. Rodzice zawsze mi powtarzali, że związki międzygatunkowe były niedopuszczalne, ale wśród innych wilków też nie mogłem szukać dziewczyny. Różne stada były do siebie wrogo nastawione, a w mojej watasze, Tala była jedyną dziewczyną. Dopiero zostanie dzikim, dało mi możliwość odnalezienia miłości.

 - Minęło już kilka dni od naszego powrotu – zaczął Frank. – Wiemy dokładnie co robić, ale niebawem nastąpi kolejna pełnia. Jeśli Conan żyje, powinniśmy go jak najszybciej odbić, a wraz z nim naszych przyjaciół. Dziś wyznaczymy grupy, które wyruszą na misję, a już jutro rano wyślemy pierwszą z nich. Nie wszystkim się uda, ale będziemy potrzebować dużo magii, dlatego połowa każdej grupy będzie się składać z czarowników i czarownic.

Frank, który na razie jako jedyny stał, wskazał na Mike’a, Davida, Lukasa i mnie. Wstaliśmy, by do niego podejść.

 - To wasi dowódcy – rzekł Frank. – Mike i David tu zostaną, by kontrolować sytuację z siedziby, a Lukas i Christian zostaną dowódcami grup. Reszta tu zebranych, też wyruszy na misję. Niektórzy również będą dowódcami jednej z grup. Najpierw Lukas. Odczytam imiona jego grupy. Czarownice/czarownicy: Tina. – Ciemnowłosa dziewczyna wstała, by podejść do Lukasa. – Aiden. – On również był młody, choć dorosły. – Rose. – Przydzielono ją do Lukasa. Wolałbym, żeby była ze mną i ona pewnie też by tego chciała. – Z wilków Adam i Ben. Grupa Christiana!

Lukas odsunął się, by zrobić dla mnie miejsce, a jego grupa podążyła za nim. Kiedy Rose mnie mijała, posłała mi utęsknione spojrzenie i dyskretnie dotknęła mojej ręki.

 - Czarownice/czarownicy: Judy. – Z wyglądu trzydziestoletnia kobieta. – Drew. – Kiedy wstał, aż się przestraszyłem. Wysoki i silny mężczyzna z wygoloną głową. Kiedy stanął przy mnie, czułem się jak dziecko, był dwa razy większy ode mnie, a do tego miał wiele blizn i siniaków, również na twarzy. Z tyłu głowy, miał zaszytą ranę, ale nie zaszyto jej zbyt umiejętnie. – Stephen. Z wilków Felix. – Usłyszałem tylko imiona. Wciąż byłem przerażony stojącym obok Drew. – Z ludzi Jason. – O! Jego znałem! Chociaż jeden znajomy.

Mając już pełny skład swojej grupy, wyszliśmy z pomieszczenia, by zwolnić trochę miejsca w środku. Kazano nam zaczekać, aż rozdzielą pozostałych, byśmy później wszyscy poszli się uzbroić i poznać instrukcje działań.

Oprócz nas, na korytarzu nadal czekał Lukas ze swoją grupą. Właśnie podbiegł do niego jeden chłopak, czarownik, chyba Aiden. Dwudziestoparolatek z ciemnymi, niedługimi loczkami i kilkoma piegami, które nadawały mu bardziej dziecinny wygląd, chociaż byłem pewny, że był starszy ode mnie.

 - Tak się cieszę, że wreszcie zrobię coś ważnego dla naszej społeczności! – zawołał entuzjastycznie do Lukasa. – Powinniśmy wymyślić sobie ksywki, by nie odkryto naszych tożsamości. O! Mam jedną dla ciebie! Możesz nazywać się „elegancik”!

 - Nie! – warknął Lukas. – Żadnych ksywek!

 - Dobra… – Uniósł ręce jakby się poddawał. – Może być też „sztywniak”, albo „gburek” – jęknął pod nosem, oddalając się od swojego dowódcy.

Uśmiechnąłem się, oglądając tą sytuację. Odruchowo chciałem podejść od razu do Rose, ale nagle poczułem silną potrzebę rozmowy z Lukasem.

 - Jak twoja grupa? – zapytałem.

Odwrócił się, jakby zaskoczony moim pytaniem.

  – Właśnie się zastanawiałem dlaczego wysyłają dzieciaki na tak ważną misję – rzekł obojętnie.

 - Przecież są nie młodsi ode mnie – zauważyłem.

Zmierzył mnie wzrokiem.

 - O tobie też mówiłem, Chris.

 - Hm… Ty przynajmniej nie masz w grupie mężczyzny, który wygląda jakby umarł już dziesięć razy i wrócił z powrotem.

 - To całkiem możliwe jeśli jest wilkiem.

 - Jest czarownikiem- sprostowałem.

 - Nie sądziłem,że zwracasz uwagę na wygląd.

 - Ale on jest przerażający – wyznałem, ściszając głos jeszcze bardziej. – Jak mam być jego dowódcą, bojąc się jego obecności?

 - Jest aż tak źle? Który to?

Wskazałem mu Drew, a Lukas wbił w niego zamyślony wzrok. Dobrze, że mężczyzna stał tyłem, bo przynajmniej nie widział jak się w niego wpatrywaliśmy.

 - Wezmę go od ciebie – zaproponował.

 - J-jak to? – zdziwiłem się.

 - Dokonamy wymiany. Wezmę ci tego faceta, tylko zabierz mi tego nadpobudliwego dzieciaka.

 - Masz na myśli Aidena?

 - Ty przynajmniej znasz już jego imię.

 - Nie wiem czy możemy…

 - A dlaczego nie? Czarownik za czarownika.

Zamyśliłem się chwilę. Pewnie powinniśmy zapytać Franka o zgodę, ale bałem się, że nie wyrażą zgody, albo że Lukas się rozmyśli. Przecież Aiden wydawał się dużo lepszy od Drew.

 - Okay – zgodziłem się. – A… Może jeszcze oddałbyś mi Rose?

Zerknął na nią przez ramię. Widziała to, ale tylko uśmiechnęła się do mnie, więc odwzajemniłem uśmiech.

 - Nie – powiedział.

 - Dlaczego?! Przecież wiesz, że jest moją…

 - Nie obchodzi mnie kim dla ciebie jest! Chyba nie zdajesz sobie sprawy jak niebezpieczna jest ta misja. Muszę mięć jak najlepszą grupę, a twoja dziewczyna wygląda na silną. Przyda mi się.

 - Ale…

 - Nie oddam jej. Mogę wymienić tylko tego nadpobudliwego za bestię. Tak czy nie?

Zacisnąłem mocno pięści. Zależało mi na zyskaniu Rose. Byłem gotowy oddać za nią każdego, ale Lukas uznał, że jest zbyt cennym żołnierzem. I tylko tym dla niego była. TYLKO żołnierzem.

 - Tak – wycedziłem przez zaciśnięte zęby. Byłem wściekły, ale i tak chciałem się pozbyć Drew.

 - Drew! – zawołał Lukas. Aż dziwne, że zapamiętał jego imię. – Jesteś teraz w mojej grupie.

 Zauważyłem, że Rose się uśmiechała. Pewnie myślała, że negocjowałem wymianę jej, a ja nie chciałem jej rozczarować, ale przecież nie mogłem zmienić decyzji Lukasa.

 - Aiden, jesteś ze mną – powiedziałem, patrząc Rose prosto w oczy. Widziałem jak uśmiech nagle zniknął z jej twarzy.

 - Super! – zawołał chłopak. – Mogę powymyślać ksywki?

 - Jak chcesz – rzekłem obojętnie.

Podszedłem wolno do Rose. Nie wiedziałem czy będzie chciała ze mną rozmawiać, ale musiałem jej wszystko wyjaśnić.

 - Próbowałem – zapewniłem.

 - Wiem.

Zarzuciła mi ręce na szyję i przytuliła się mocno, chociaż uśmiech nie gościł już na naszych twarzach. Czułem zapach jej miękkich włosów i już za nim tęskniłem, chociaż nadal była przy mnie i trzymałem ją w ramionach.

 - To niczego nie zmieni, prawda? – zapytała.

Pokiwałem głową, ale sam nie byłem pewny swojej odpowiedzi.

 - Rozdzielimy się tylko na kilka dni – kontynuowała. – Potem znów będziemy razem.

Patrzyła na mnie swoimi pięknymi dużymi oczami, oczekując jakiegoś potwierdzenia czy zwykłego pocieszenia z mojej strony, ale mi żadne, nawet najprostsze słowa, nie przychodziły teraz do głowy. Skinąłem tylko głową i pocałowałem ją, mając nadzieję, że nie będzie to nasze ostatnie pożegnanie. Przecież nikt nam nie dał gwarancji, że wrócimy żywi.

 Przystanąłem na chwilę przy Lukasie i ścisnąłem go mocno za przedramię tak, by jak najbardziej to odczuł, chociaż zazwyczaj tego nie robiłem.

 - Uważaj na nią – szepnąłem, marszcząc brwi.

 - Zawsze uważam na swoich towarzyszy.

Widziałem już jak troszczył się o Hannah, Adama czy Kaia, ale to było co innego. Oni byli rodziną, jedną watahą, a Rose była dla niego nikim. Podobnie jak ja i reszta tu zgromadzonych.

Frank wyszedł na korytarz z innymi grupami.

 - Będziecie wyruszać w takiej kolejności jak was dobierałem grupami – zarządził. – Lukas pierwszy. Pójdziesz ze mną zaraz do mojego pokoju i wszystko ci wyjaśnię, wieczorem wszystkie wasze grupy stawią się na krótkie szkolenie, a rano przed wyruszeniem na misję, będziecie dostawać broń. Mam nadzieję, że jak najwięcej z was przetrwa. Teraz możecie się rozejść.

Zamiast spędzić z Rose naszą ostatnią noc, ja ruszyłem do swojego pokoju, w którym czekał Daniel.

 - I co? – zapytał zainteresowany, gdy tylko otworzyłem drzwi.

 - Jestem w drugiej grupie. Jutro wyrusza pierwsza. Są w niej Lukas i Adam. – Nie wspomniałem o Rose, bo pewnie i tak nie był nią zainteresowany, skoro dopiero ją poznał i widział ją tylko kilka razy.

 - Nikt z nas nie zostaje oprócz mnie?

 - Zostają. Peter, Vicky, Nicole, Eric…

Pokiwał głową.

- Oni wszyscy są przyjaciółmi Franka, nie naszymi – zauważył.

Usiadłem na swoim łóżku, naprzeciwko niego i oparłem łokcie na kolanach.

 - Ale Lukas i Adam też nie są naszymi przyjaciółmi – stwierdziłem. – Wspólny cel nie jest w stanie pogodzić wrogów, a jedynie na chwilę ukryć ich wzajemną nienawiść. Więc… Dopóki nie odnajdziemy Tali i Nate’a, jesteśmy tylko we dwóch.

 - Masz rację – przyznał. – Jednak wolałbym się jakoś przyczynić do odnalezienia Nate’a.

 - Przyczyniłeś się do tego, wyruszając w tą podróż. Opuściłeś dom i poszedłeś w nieznane, by uratować przyjaciela… To wspaniałe i bohaterskie czyny. Dotarłeś, aż tutaj. Dla człowieka to duże osiągnięcie, więc zasłużyłeś na odpoczynek i trochę spokoju.

 - Nie chcę odpoczynku i spokoju, dopóki nie upewnię się, że Nate’owi nic nie grozi. Dopiero wtedy będę mógł odpuścić.

 - Daniel, zaufaj mi, dobrze? Obiecuję ci, że odnajdę Nate’a i przyprowadzę ci go, a potem wszyscy wrócimy do domu, okay? Na razie musisz tu po prostu zostać. Tutaj będziesz bezpieczny, otoczony istotami, którzy chcą tego samego co ty. Też chcą odnaleźć Nate’a.

Uśmiechnął się, choć wiedziałem, że w to nie wierzył. Przecież nie miałem wpływu na to co się będzie działo z Nate’em zanim go odnajdę. Równie dobrze mógł już nie żyć, co czyniłoby moją obietnicę fałszywą.

75 TALA

2

Tala, 18 lat

Kiedy światło znów rozbłysło, wiedziałam już co to oznaczało. Przychodzili do nas od czasu do czasu, by przynieść każdemu kolejną miskę zupy, a potem znów znikali na wiele godzin, a my spędzaliśmy je w całkowitej ciemności.

Spędziłam w ten sposób już kilka dni wraz z Willem i Jonatanem. Hannah zabrali gdzieś już pierwszego dnia i od tamtego czasu nie wróciła. Na początku bardzo jej wyczekiwałam, ale zrozumiałam, że skoro nie odprowadzili jej z powrotem, to pewnie znaczy, że już nie żyje. Może Will też miał tego świadomość, ale nic nie mówił. Cóż… Miałam wystarczająco dużo czasu, by wysłuchać wymówek Jonatana. Wydawało mi się, że nadal go nienawidziłam, a jednak czasami było mi go żal, współczułam mu i rozumiałam jego postępowanie. Poznałam jego gorszą stronę już dawno temu, ale przecież każdy posiadał też tą lepszą. Nawet on. Czasami aż trudno było uwierzyć, że nadal jest tą samą osobą, ale chociaż pod włosami i coraz dłuższym zarostem, ledwo było widać jego wychudzoną i przemęczoną twarz, to jednak był on.

Kiedy usłyszeliśmy ciężkie otwieranie drzwi, Jonatan posłał mi zdziwione spojrzenie.

 - Za wcześnie – powiedział bezgłośnie.

Był tu dłużej niż ja i Will, więc może przyzwyczaił się już do odwiedzin strażników i wiedział kiedy one następowały, z dokładnością co do sekundy, ale ja jeszcze tego nie potrafiłam, więc nie wydawało mi się, by tym razem było coś inaczej.

Drzwi zatrzasnęły się i wyszła przed nas znajoma postać. Przypatrywałam się jej, jakbym widziała ją pierwszy raz, nie mogąc uwierzyć, że to prawda. Może moje oczy i mój mózg mnie oszukiwały? Może to tylko efekt odwodnienia?

Najpierw dopadła do Willa i w pośpiechu otworzyła jego celę. Chłopiec siedział z głową ukrytą między nogami i nawet nie zwrócił uwagi na dziewczynę, dopóki ona nie dotknęła jego ramienia.

 - Chodź, Will – poleciła, wyciągając do niego rękę.

Podniósł na nią wzrok, a potem wstał i wyszedł z celi, a dziewczyna podeszła do mnie.

  – Hannah, co tu robisz? – zapytałam, chwytając się krat.

 - Nie ma czasu na wyjaśnienia – stwierdziła. – Musimy się stąd wydostać.

Nadal wpatrywałam się w nią z niedowierzaniem, a kiedy mnie wypuściła, musiała prowadzić mnie za rękaw, bym mogła się w ogóle ruszyć. Will lepiej sobie z tym radził. Zachowywał powagę i spokój, posłusznie podążając za Hannah. Nie był wystraszony, ani zagubiony.

 - Tala! – zawołał cicho Jonatan.

Dopiero wtedy sobie o nim przypomniałam. O tym jak go oszukano i jak tu cierpiał, zdecydowanie zbyt długo. My uciekaliśmy, a on musiał z nami. Nieważne co zrobił, nie zasłużył, by tu zostać.

Wyrwałam się Hannah, by pomóc Jonatanowi, co najwyraźniej jej się nie spodobało.

 - Co robisz?! – uniosła głos.

 - Idzie z nami – zażądałam, próbując otworzyć celę, ale to Hannah miała klucze. – To Jonatan.

Podeszła bliżej, uważnie mu się przyglądając. Nie widziała w nim tej osoby co ja. Zmienił się, a ona nie znała go aż tak dobrze.

 - Jeśli to on, powinien gnić w tej celi do końca swojego nędznego życia – rzekła z odrazą.

 - Nie, nie rozumiesz! – zaprotestowałam. – Wypuść go! Nie miał wyboru!

 - Każdy ma wybór! – rzuciła mu wściekłe spojrzenie, którego on nie odwzajemnił.

 - Nie on… Proszę. Zaufaj mi, okay?

Spojrzała na klucze, które trzymała w dłoni, a potem na mnie i jeszcze na Jonatana. W końcu rzuciła mi je niechętnie, a ja natychmiast przystąpiłam do próby otwarcia celi.

 - Jesteś odpowiedzialna za wszystko co on zrobi. – Wskazała na Jonatana.

 - Będę grzeczny – zapewnił, uśmiechając się do mnie.

Na korytarzu było prawie pusto. Przeszedł jakiś mężczyzna w zielonym mundurze, który zaraz zniknął za rogiem, a wtedy mogliśmy bezpiecznie wyjść. Dopiero kiedy przeszliśmy kilka kroków dalej, minęliśmy okno, za którym ujrzeliśmy całkowity mrok. Było już późno, pewnie noc.

 - Szybciej – poganiała nas Hannah.

Po kilku zakrętach, drzwiach i długich korytarzach, którymi musieliśmy przemknąć niezauważeni, dotarliśmy do ostatniej przeszkody. Drzwi, które prowadziły na zewnątrz królestwa, były strzeżone przez pięcioro strażników i z tego co zrozumiałam, magia Willa i Hannah nie mogłaby ich pokonać. Oni przecież też byli czarownikami i wilkami.

 - Jak przejdziemy? – zapytałam.

Wyjrzeliśmy wszyscy zza ściany tak, by strażnicy nas nie zauważyli.

 -Będziemy musieli… – urwała.

 - Co będziemy musieli? – Cisza. – Hannah?

Odwróciłam się do niej, chcąc się dowiedzieć dlaczego nie odpowiadała i okazało się, że stał tam ktoś jeszcze. Mężczyzna w charakterystycznym dla strażników stroju, zasłaniał Hannah usta, a drugą ręką, mocno przyciskał broń do jej szyi.

 - Wiem, że jesteście zbiegami – powiedział mężczyzna, wyciągając nóż w naszym kierunku. – Wystarczy, że krzyknę, a zaraz zjawi się tu kilkunastu Obrońców i znów wrócicie do celi.

 - Więc co cię powstrzymuje? – zapytał Jonatan, a ja bałam się, by go nie zdenerwował.

 - Pomyślałem, że moglibyście mi pomóc. Nie wiem kim jesteście, ale wiem, że Rada się was boi, więc wolę być po waszej stronie – wyjaśnił.

 Jonatan zaśmiał się złośliwie, ale nic nie powiedział, a Obrońca tylko zmierzył go wzrokiem.

 - Co masz do Rady? – zapytałam.

 - Mam dość tych wszystkich zasad i fałszywego szczęścia. Rada zabiła moich rodziców tylko dlatego, że podsłuchała ich rozmowę o nienawiści do czarownic. Żyli z nimi w zgodzie, pomagali im i odnosili się do nich przyjaźnie, a wystarczyło tylko kilka nieodpowiednich słów w prywatnej rozmowie. To nie jest sprawiedliwe, prawda?

 - Chcesz się zemścić?

 - Wiem, że będziecie uciekać. Weźcie mnie ze sobą. Nie będę walczył z Radą. Wiem, że sami sobie poradzicie i zrobicie to lepiej niż ja. Chcę tylko dotrzeć za granicę i ukryć się wśród ludzi, by rozpocząć nowe życie, bez zasad. Proszę, zabierzcie mnie.

 - Dobrze, ale najpierw puść Hannah.

Poluzował uchwyt i schował nóż, a wtedy dziewczyna wróciła do nas, przyglądając się nieufnie Obrońcy.

 - Ruszamy czy… – zaczął mężczyzna, ale srebrne ostrze wbiło się w jego serce i upadł bezwładnie na ziemię.

Sprawcą był inny z Obrońców, który najprawdopodobniej usłyszał o zdradzie swojego kolegi i postanowił się go pozbyć. Teraz to on stał przed nami, a my wpatrywaliśmy się w niego jeszcze bardziej przerażeni niż w chwili, gdy ujrzeliśmy pierwszego strażnika.

Złapał Hannah za ramię i popchnął ją lekko do przodu, choć palce zaciskał na tyle mocno, że Hannah z trudem ukrywała ból, ale mimo to, dzielnie zaciskała zęby i znosiła to. Mężczyzna wyprowadził Hannah na widok innych strażników, a my nie wiedzieliśmy co robić. Gdybyśmy próbowali jej pomóc, nas też by zauważono, ale skoro Obrońca i tak o nas wiedział, pewnie nie pozwoliłby nam uciec.

Odwrócił do nas głowę.

 - Zaufajcie mi – wyszeptał. – Pomogę wam się wydostać.

Nie ufaliśmy mu, a przynajmniej ja nie ufałam. Will dość chętnie ruszył na przód, a zaraz po nim Jonatan, a to ja stałam najdłużej nad martwym ciałem zdrajcy. W końcu musiałam się ruszyć, by nie zostać za daleko w tyle. Wystąpiła nieufnie, ale gdy Obrońcy zaczęli nam się przyglądać, próbowałam wyglądać trochę pewniej.

 - Najprawdziwsza Wśród Czarownic kazała mi wyprowadzić więźniów – powiedział mężczyzna, który pchał przed sobą Hannah.

 - Po co?

 - Nie sądzisz, że Radę nie wypada o to pytać? Wiesz jak zareagowałaby na to Olivia?!

Zmierzyli go wzrokiem, jakby bali się go przepuścić, ale bali się też nie wysłuchać rozkazów Rady. Porozumiewali się między sobą wzrokowo, aż wreszcie jeden z nich otworzył drzwi i wyszliśmy na dwór.

 - Kolejny buntownik przeciwko zasadom Rady? – zapytałam szeptem, zbliżając się do nieznajomego strażnika.

 - Nie jestem Obrońcą – pisnął.

 - Więc kim?

Nie odpowiedział na moje pytanie. Mogłabym zapytać jeszcze raz, ale pewnie nic by to nie dało, a jakbym za bardzo się uniosła, strażnicy nabraliby jeszcze więcej podejrzeń.

Szliśmy ciemnymi ścieżkami, prowadzącymi pomiędzy niewielkimi chatkami, aż wreszcie oddaliliśmy się daleko od królestwa, a potem od domków. Zamiast tego, przysiedliśmy przy spokojnej rzece, a ja, Will i Jonatan mogliśmy się wreszcie napić wody. Czując ten wspaniały smak w ustach, przestaliśmy się już interesować strażnikiem, ale Hannah nie.

 - Kim jesteś? – zapytała dziewczyna.

Strażnik przysiadł obok niej, zaglądając głęboko w oczy.

 - Nie jestem pewien czy chcesz to wiedzieć, Hannah – rzekł smutno.

 - Dlaczego?

 - Nie chcę cię rozczarować.

 - Uratowałeś nas. Wiele ci zawdzięczamy. Proszę, powiedz kim jesteś? Dlaczego mam być rozczarowana? Znam cię?

 - O tak – powiedział. – Bardzo dobrze mnie znasz.

Nachyliłam się, by nabrać w dłonie więcej wody. Jonatan i Will robili to samo.

Usłyszałam westchnięcie Hannah, które trochę brzmiało jak przerażenie.

 - Alexandra – wyszeptała.

Kiedy wstałam i ponownie spojrzałam na Hannah i strażnika, obok dziewczyny nie siedział już mężczyzna, ale kobieta. Hannah zdawała się jej bać, chociaż nie wyglądała groźnie. Być może jej strach wiązał się z jakimiś odległymi wydarzeniami. Znała ją, ale my nie wiedzieliśmy kim była Alexandra.

 - Witaj, Hannah – odezwała się.

Czarownica wstała gwałtownie i odeszła daleko wzdłuż rzeki. Nie ruszyliśmy za nią. Mieszkała tu kiedyś, więc wierzyliśmy, że nic jej nie grozi i poradzi sobie sama.

Podeszłam do blondynki, która jeszcze chwilę temu była mężczyzną.

 - Znacie się… – stwierdziłam, choć mogło to zabrzmieć jak pytanie.

 - Od dawna – rzekła. – Właściwie jestem jej najdawniejszą przyjaciółką.

 - Przyjaciółką? Nie zareagowała zbyt entuzjastycznie na twój widok.

 - Hm… Pewnie zniszczył to pewien mały incydent w naszej znajomości. Chyba próba zabicia wspólnego obiektu westchnień nie służy przyjaźni…

 - Wiem kim jesteś! – olśniło mnie.

 - Tak?

 - Najprawdziwsza Wśród Ludzi!

 - Bingo!

 - Myślałam, że jesteś czarownicą. Nie wiedziałam, że ludzie potrafią zmieniać postać.

 - Czarownice też tego nie potrafią – rzekła, śmiejąc się. – A dzisiejsi ludzie są do niczego. Kiedyś też mieli magię, a ja wciąż ją posiadam. Potrafię się zmienić w cokolwiek. Jako jedyna istota na świecie. To… Wspaniałe!

Uśmiechnęłam się.

 - Pomożesz wypełnić przepowiednię? – zapytałam.

 - Przepowiednię… Wiesz o niej.

 - Wiem.

 - Najpierw musimy przedostać się za góry.

Usiadłam obok Alex. Nikt wcześniej nie wspominał o odnalezieniu jej, a przecież wszyscy wiedzieli, że jako Najprawdziwsza, jest niezbędna do wypełnienia przepowiedni. Było oczywiste, że kiedyś trzeba by ją znaleźć i dlatego tak trudno było mi zrozumieć reakcję Hannah. Powinna być na to gotowa.

 - Tala! – zawołała czarownica z oddali. Przy niej szła mała dziewczynka.

Will stanął obok mnie, a Alex nadal siedziała tam gdzie wcześniej.

 - To jest Lucy – wyjaśniła czarownica, wskazując na dziewczynkę. – Droga za góry jest stale obserwowana przez Obrońców. Powinniśmy wtopić się w tłum, dopóki nie obmyślimy planu co dalej. Spotkałam Lucy nad rzeką. Mieszka z babcią i zaproponowała, żebyśmy u nich zostali. Co wy na to?

Domek dziewczynki nie był duży, ale bez problemu pomieścił nas wszystkich. Zostałam w jednym pokoju z Willem, Jonatanem i Alexandrą, gdyż Hannah odmówiła dzielenia pokoju z dawną znajomą i postanowiła przenieść się do Lucy i jej babci. Kiedy tylko przybyliśmy, Hannah opowiedziała nam wszystkim jak udało jej się wydostać.

Opowiedziała o potężnej czarownicy Celeste, którą Rada trzymała w pomieszczeniu pod ziemią. Podobno postanowili umieścić tam Hannah, by była lepiej strzeżona, ale nie przewidzieli, że Celeste nie będzie współpracować. Ucieczka rzeczywiście była trudna, ale dwie potężne czarownice sobie z tym poradziły, z tym, że Celeste prawdopodobnie będzie miała kłopoty, ale i tak jej nie skrzywdzą. Była im zbyt potrzebna. Zapytałam dlaczego Celeste nie uciekła z nią. Podobno żyje już o wiele za dużo lat, dzięki prawie niemożliwemu zaklęciu, ale niestety magia to nie tylko potęga, ale i niebezpieczeństwo. Podobno, gdyby próbowała uciec, nie przetrwałaby nawet godziny, poza ograniczonym terenem o wystarczającej mocy, by utrzymać ją przy życiu. Z tego powodu, stała się jakby więźniem, a w takiej sytuacji łatwiej było udawać posłuszeństwo względem Rady niż walczyć z nią, w ten sposób narażając się, że wykorzysta ona tą wadę jej długiego życia.

74 „M”

3

gt

Obserwowałem chłopaka już od kilku dni. To K pierwsza zwróciła uwagę na jego niesamowity talent, a ja nie mogłem zaprzeczyć. Dzieciak był dobry. Może nawet lepszy ode mnie, gdy byłem w jego wieku. Może nawet lepszy od K, chociaż tego nie mogłem być pewien. Nawet jeśli tak było, miał coś czego żadne z nas nie miało aż tak dużo i to już nie było dobre. Słyszałem opinie na jego temat, pierwszego dnia, gdy został nowicjuszem. Przedstawiono mi go jako wystraszonego, ale bardzo grzecznego i posłusznego nastolatka zza gór. Cóż… Albo cała ta zabawa w Obrońców go zmieniła, albo ktoś nie dostrzegł tego mroku, który widziałem przy każdym kontakcie z nim.

Zazwyczaj siedział z przyjaciółmi ze swojej grupy, ale nie dziwiłem się, że tym razem go odrzucili. Pochylał się nad talerzem i pochłaniał jedzenie tak szybko, jakby bał się, że ktoś mu je zabierze. Nie wyglądał groźnie, a puste krzesła wokół niego mogły nawet wzbudzać współczucie, ale nie dało się zapomnieć co zrobił na treningu. Jestem pewny, że nawet by się nie przejął, gdyby Liam naprawdę zginął.

Widziałem, że czekało na mnie wolne miejsce wśród Obrońców, a mimo to stałem na środku, pomiędzy stołami i przypatrywałem się chłopakowi. Nie polubiłem go, ale zawsze uwielbiałem zagadki, a on był jedną z nich. Ciekawiło mnie jak z niewinnego nastolatka stał się mordercą własnych przyjaciół… Prawie. Od tego tytułu uratowała go jedynie siatka, która ocaliła też życie Liama.

Odsunąłem energicznie krzesło, szurając nim po ziemi, ale było za głośno, by komukolwiek przeszkodziło to w jedzeniu. No może tylko Nate’owi, ale to było zamierzone, a i tak zwróciłby uwagę na moją osobę, stojącą po drugiej stronie stołu.

Uniósł wzrok znad talerza, pakując kolejną porcję do ust. Obserwował mnie, ale bez strachu czy ciekawości, a jedynie z irytującą obojętnością na twarzy.

 - Pozwolisz, że się dołączę? – zapytałem.

Wzruszył tylko ramionami, więc usiadłem naprzeciwko niego. Pomimo tej głupiej miny, sądziłem że i tak chciał zapytać czego od niego chciałem, ale nie robił tego, nadal udając brak zainteresowania.

 - Nie zapytasz co z twoim przyjacielem? – zacząłem wreszcie.

 - Przyjacielem? – Wzruszył ramionami, smarując bułkę masłem. – Nie wiem o kim mówisz.

 - Liam złamał rękę.

 - Jest wilkiem, nic mu nie będzie. W całym życiu złamał już sobie więcej i to kilka jednocześnie.

 - Właściwie już się z tego wyleczył, ale gdy go zrzuciłeś, nie wiedziałeś, że w dole jest siatka. Mógł nawet umrzeć…

Mówiąc to, miałem nadzieję, że chłopak zaprzeczy. Chciałem, by okazało się, że wiedział o naszych zabezpieczeniach. Nowicjusze nie powinni o tym wiedzieć, ale mógł podsłuchać lub podpytać prawdziwych Obrońców. Wtedy trochę by mi ulżyło, ale nie należało się łudzić. Chłopak po prostu był okrutny.

 - W ogóle cię to nie obchodzi? – dopytywałem.

 - Nie. Wykonywałem tylko twoje polecenia.

 - Moje polecenia się zmieniły. Słyszałeś co mówiłem. Gdybyś mnie posłuchał, wywiązałbyś się nie tylko z obowiązku nowicjusza, ale też z obowiązku dobrego przyjaciela.

 - Nie mam przyjaciół. – Podczas rozmowy cały czas jadł, ale teraz odłożył sztućce i skupił się na mnie. – Chcę tylko służyć Radzie. Chcę być najlepszym Obrońcą, więc nie cofnę się przed niczym.

 - Dlaczego uważasz, że potrzebujesz do tego okrucieństwa? – Oparłem łokcie o stół. – Najlepsi Obrońcy powinni łączyć wszystkie dobre cechy, a emocje, uczucia… One też są dobre.

 - Ja słyszałem, że one są słabością. Ograniczają nas.

 - Nate, nie jesteś taki – stwierdziłem, ryzykując co odpowie, ale on milczał. – Nie znam cię, ale nie możliwe, byś naprawdę był zły.

 - Nie jestem zły – zaprzeczył, kiwając głową.

Przez chwilę wydawało mi się, że do niego dotarłem, ale myliłem się. Do tego chłopaka niewiele docierało, a jego zmarszczone brwi sygnalizowały, że był na mnie wściekły.

 - Może kiedyś byłem inny… – przyznał. – Byłem słaby, ale zmieniłem się na lepsze. Służę Radzie, a moim celem jest ochrona jej i tego królestwa. Olivia powiedziała, że jestem najlepszy, ale muszę dużo trenować. To polecenie Rady i nic innego się dla mnie nie liczy.

Zastanowiłem się chwilę, mocno wbijając stopy w podłogę. Jak miałem kwestionować polecenia Rady? Ona na pewno wie co robi, ale najwidoczniej Nate musiał to źle zrozumieć. Przecież nikt nie może całkowicie poświęcać się służbie, nawet Obrońcy. Rzeczywiście wyrzekliśmy się gatunku i rodziny, a potem złożyliśmy przysięgę, ale nie utraciliśmy samych siebie. Wciąż potrafiliśmy kochać i współczuć. Zawieraliśmy nowe przyjaźnie, w jakiś wspaniały sposób stając się nową rodziną i zawsze mogliśmy na siebie liczyć. Przecież jeden żołnierz nie wygra całej wojny.

 - Chcesz trenować…? Dobra, trenuj!

Spojrzał na mnie krzywo.

 - Wiem co to poświęcenie – rzekłem. – Sam chciałem być najlepszy, za wszelką cenę. Wydawało mi się, że będąc na szczycie, stanę się najważniejszy i niepokonany, ale w porę zrozumiałem, że wcale nie to jest sensem mojego życia. Kocham bycie Obrońcą i chcę służyć Radzie przez resztę życia, ale to tylko część tego co dla mnie ważne. Są też przyjaciele i to oni tak naprawdę się liczą.

Patrzył na mnie jakby nie rozumiał o czym mówiłem. Jakby to wszystko było dla niego obce, a jednocześnie jakby gdzieś wewnątrz siebie widział to samo i próbował się wyrwać na zewnątrz.

 - Od dzisiaj będziesz miał dodatkowe indywidualne treningi. – Wyprostował się zaskoczony. – Na każdym treningu będziesz zostawał godzinę dłużej, a oprócz tego twoja poobiednia przerwa skróci się do pół godziny, byś miał czas na…

 - Nie mogę! – zawołał. – Jak mówiłem… Jestem wybrańcem. Rada zaplanowała mi już czas po obiedzie.

 - Więc zjawisz się wieczorem. Rada rozumie dlaczego będziesz wymykać się po ciszy nocnej, skoro jesteś ich… Wybrańcem. – Ostatnie słowo powiedziałem niechętnie, może trochę prześmiewczo.

Wstał od stołu, zostawiając pusty talerz. Rada jeszcze nie opuściła sali, ale widocznie jego nie obowiązywały żadne zasady.

 - Nie zgadzam się – zdecydował. – Nie potrzebuję twojej pomocy. Jestem lepszy od ciebie.

Minął mnie z aroganckim uśmieszkiem i wtedy już nie wytrzymałem. Co ten dzieciak sobie myślał?!

 - Słuchaj, gówniarzu! – Szarpnąłem go mocno za ramię.

Kiedy się do mnie odwrócił, nadal miał na twarzy ten denerwujący uśmieszek. Zazwyczaj traktowano mnie z szacunkiem, ze względu na moją pozycję, ale on traktował całą tą sytuację jak zabawę. Aż chciało się go walnąć, ale opamiętałem się, widząc te wszystkie niespokojne twarze, zwrócone w naszą stronę. Nawet to szarpnięcie było przesadą, wiedząc jak postrzega się tu takie zachowanie. Poza tym to ja byłem dorosły i nie powinienem dawać się wyprowadzić z równowagi przez jakiegoś dzieciaka.

Wyciągnąłem tylko palec i zbliżyłem się do niego, by jak najmniej gapiów, a szczególnie wszystko słyszących wilków, wiedziało o czym rozmawialiśmy.

 - Zjawisz się na treningu – warknąłem. – I to nie jest prośba ani propozycja, ale rozkaz, który mam prawo ci wydać jako twój instruktor! – Sądziłem, że znów wspomni o Radzie, ale chyba nawet on zrozumiał, że ciągłe zasłanianie się Radą było jedynie tchórzostwem. – Nie obchodzą mnie twoje relacje z Olivią czy Alice, jasne? Są Najprawdziwszymi, ale to my znamy się na walce, więc one nie wtrącają się w nasze sposoby nauczania. Możesz być nie wiem jak silnym, ale dopóki jestem twoim instruktorem, będziesz mnie słuchał!

Oddaliłem się, nie czekając na jego odpowiedź. Tym razem próbowałem go wystraszyć, ale nieświadomie wywołałem o wiele lepszy efekt. Odchodząc, dostrzegłem na jego twarzy respekt, który udało mi się zdobyć. Chociaż byłem Obrońcą, nigdy nie lubiłem przemocy ani agresji, ale na tego chłopaka chyba tylko to mogło zadziałać. Gdyby zasady Rady nie chroniłyby tak bardzo pokoju między mieszkańcami, mógłbym się posunąć znacznie dalej.

Zająłem miejsce na wyczekującym mnie krześle, naprzeciwko K.

 - Myślisz, że go zmusisz? – zapytała od razu.

 - Podsłuchiwałaś! – oskarżyłem ją.

 - Troszeczkę…

Szturchnąłem ją lekko w ramię, ale zrobiłem to po koleżeńsku z uśmiechem na twarzy. Tak łatwo było mi przechodzić między wściekłością, a euforią.

 - Te twoje wilcze zdolności… – westchnąłem.

 - Ciii… – Przyłożyła palec do ust. – Nie zdradzaj mnie przed wszystkimi.

Wyrzekliśmy się gatunków, ale tak naprawdę było to coś, czego w żaden sposób nie dało się pozbyć. Nowicjusze traktowali wszystko jak zabawę, która dopiero od pewnego momentu zaczynała być walką o życie, ale dla nas wszystko było inne. K nosiła barwy Obrońców i nie wykorzystywała wilczych umiejętności na co dzień, ale wciąż były one obecne w jej życiu. Obrońcy nie rozmawiali o gatunkach. Gdybym nie dowiedział się kim jest, dawno temu, gdy jeszcze byliśmy nowicjuszami, jako Obrońca pewnie też bym tego nie odkrył.

 - Ten chłopak jest dziwny – stwierdziłem.

 - Czego od niego chcesz? – zapytała. – Nie możesz mu nakazać przyjaźni, miłości czy empatii. Niektórzy po prostu nie czują takich rzeczy.

 - On się tylko zagubił. Uwierz mi, znam się na tym.

 - Bo ty taki byłeś?

Pokręciłem głową, chociaż powinienem wzruszyć ramionami. Nie potrafiłem tego uzasadnić, ale temat na który próbowała wkroczyć, był dla mnie zbyt trudny i wolałem po prostu o nim zapomnieć. Przecież każdy posiadał jakieś wspomnienia, które najchętniej wyrzuciłby z pamięci.

 - Jesteś ich główną instruktorką, K. Chyba nie powiesz, że nie zauważyłaś u niego żadnej zmiany? – dopytywałem. – Nawet ja to dostrzegłem, chociaż nie spędzam dużo czasu z nowicjuszami.

 - Mówiłam ci już. Na początku wydawał się wystraszony i nieszkodliwy, ale to był jego pierwszy dzień, a wtedy wszyscy są zbyt zdenerwowani, by wyjawić prawdziwe oblicze.

 - Może, ale nigdy nie zmieniają się aż tak – stwierdziłem bezradnie. – Przecież on by zabił jednego z nowicjuszy!

Chwyciła moją dłoń i spojrzała w oczy. Nie było to nic wielkiego, ale poczułem się jakby zabrała ode mnie część problemów i napełniła jakimś dziwacznym szczęściem.

 - Dlaczego tak się tym wszystkim przejmujesz?

Cofnąłem dłoń i rozchyliłem usta, zamierając na chwilę w bezruchu.

 - Większość z nich to jeszcze dzieci, które przechodzą trudny wiek i moim zdaniem nie powinni tak wcześnie decydować się na Obrońców Pokoju. To decyzja, której nie da się cofnąć.

Zaśmiała się cicho, jakby nie rozumiejąc co miałem na myśli.

 - Byłeś jednym z najmłodszych Obrońców – zauważyła. – Chyba nie żałujesz…?

 - Nie! Oczywiście, że nie… Po prostu ja miałem dobrego nauczyciela. Leroy nie był tylko moim instruktorem, ale też przyjacielem, który pomógł mi przejść przez najtrudniejsze chwile. To dzięki niemu zostałem Obrońcą i to jednym z najmłodszych i najlepszych. Dzięki niemu widziałem świat za górami i przez niego zrezygnowałem z misji, by być dla nowicjuszy tym, kim on był dla mnie.

 - Nie możesz być przyjacielem ich wszystkich – stwierdziła. – Jesteś ich instruktorem, a oni muszą wiedzieć, że masz nad nimi władzę. Powinni się ciebie bać, by cię szanowali.

 - Mam trochę inne zdanie. Leroy był dobry dla wszystkich. Pamiętasz tego dzieciaka?

 - Którego? – Napełniła usta sałatką.

 - Kiedy Leroy odszedł z Obrońców, by zostać Najprawdziwszym, do Grooveland przybyła rodzina wilków… Pamiętasz? Był tam chłopiec. Wilk, który przemieniał się jeszcze przed szesnastymi urodzinami. To było niesamowite…Tylko jak on miał na imię?

 - Chace?

 - Właśnie! – zawołałem, przypominając sobie to imię. Nagle jego dziecięca twarz pojawiła mi się przed oczami wyobraźni. – Będąc Obrońcą, Leroy uczynił nim i mnie, a kiedy został Najprawdziwszym, chciał by młody Chace zajął kiedyś jego miejsce.

 - Właściwie co się stało z tym chłopcem?

 - Nie pamiętam…

Cóż, z pewnością jednak nie został Najprawdziwszym, bo inaczej byłby tu teraz i wszyscy byśmy go znali. Wiedziałem, że Leroy widział w chłopcu potencjał na członka Rady, ale kiedy już odmienił moje życie, pogrążyłem się w służbę Królestwu i skupiłem się na misjach za górami, zapominając przez to o starym przyjacielu. Nigdy nie interesowałem się młodym Chace’em. Wiedziałem tylko, że był wyjątkowy, a Leroy potrafił to dostrzec i docenić.

 - Brakuje mi Leroya – stwierdziłem, gmerając w talerzu pełnym ziemniaków. – Powinienem prosić Radę o zgodę na odwiedzenie go, kiedy leżał umierający.

Poczułem dłoń dziewczyny na swoim ramieniu.

 - Pewnie i tak by cię nie wpuścili. Dobrze wiesz, że go izolowali w ostatnich tygodniach życia.

To głupie. Byłem dorosłym mężczyzną i do tego Obrońcą, a na myśl o tym, że Leroy nie żył, łzy zbierały mi się w oczach. Miałem wyrzuty sumienia, że poświęcił mi tak wiele czasu i uczynił moje życie wartościowym, a ja tak go zaniedbywałem, kiedy mnie potrzebował. Był idealnym przyjacielem, ale ja nie potrafiłem tego odwzajemnić.

Chciałem, by wiedział jaki był dla mnie ważny i jak wiele mu zawdzięczałem. Po wyrzeczeniu się rodziny, to on stał się moim drugim ojcem, starszym bratem i przyjacielem. Być może traktowałem teraz tak samo Nate’a. Może chciałem w ten sposób wynagrodzić wszystko Leroyowi, postępując jak on.

Hm… To by oznaczało, że traktowałem Nate’a jak jedną z misji, a przecież Leroy na pewno by mnie upomniał, bym spojrzał na niego jak na żywą istotę. Był jednak pewien problem. Jako żywa istota powinien mieć jakieś uczucia, a poza nienawiścią nie okazywał  ich zbyt wielu.

 - Przyjdziesz dziś na popołudniowy trening? – zapytała K, wyrywając mnie z zamyślenia.

 - Obiecałem, że pomogę dziś grupie drugiej. C i O szykują dla nowicjuszy jakąś grę w terenie i będą potrzebować pomocy.

 - Grę? – zdziwiła się K. – Nie uważasz, że to mało efektywny sposób nauczania?

 - To zależy od zasad tej gry – stwierdziłem po chwili zastanowienia. – Poznam je dopiero po południu.

 - No nie wiem… Ja mimo wszystko nie jestem do tego przekonana. W końcu to od nas najwięcej nowicjuszy zostaje Obrońcami.

 - Cóż… Mamy powód do dumy. – Uśmiechnąłem się. – Każdy ma własne metody, ale inni instruktorzy znają się na tym co robią, więc nie oceniajmy ich metod. Może po prostu mamy szczęście, że to akurat nam trafiają się ci najzdolniejsi.

 - Nie wierzę w szczęście.

 - Właściwie ja też nie. No ale obiecałem, a obrońcy muszą być uczciwi, honorowi i prawdomówni. Chyba poradzisz sobie sama, co?

 - Tak, dziś chyba zostaniemy w sali treningowej. Wydaje mi się, że będzie wolna. Na wszelki wypadek pójdę ją zarezerwować.

Wstała od stołu i ruszyła do wyjścia. Odruchowo spojrzałem w kierunku Rady, ale jej stół był już pusty i posprzątany. Nawet nie zauważyłem kiedy wyszli, ale to oznaczało, że my też mogliśmy już iść.

Wziąłem do ręki najbardziej zielone jabłko jakie znalazłem i rzuciłem okiem na pozostałych w sali Obrońców. Nie miałem wielu bliskich przyjaciół, ale za to mnóstwo znajomych. Nie znalazłem nikogo z kim miałbym ochotę pogadać, a kiedy zauważyłem, że młodszy brat Paula, który dołączył do Obrońców w zeszłym roku, zmierza w moim kierunku, natychmiast ruszyłem do wyjścia, udając, że go nie zauważyłem.

 - Matteo! – zawołał jakiś czarownik z drugiego końca sali.

Odwróciłem się odruchowo, zdając sobie sprawę, że to nie mnie wołano. Minęło już tyle lat, a ja wciąż reagowałem w ten sam sposób. K przyszło to dużo łatwiej, ale moje imię zawsze mi przypominało kim kiedyś byłem, a wcale nie tak łatwo zapomnieć o przeszłości. Wyrzekamy się wielu rzeczy. Imienia pozbyłem się w dniu, w którym wyruszyłem na pierwszą misję, tak jak moi znajomi i przyjaciele, a przecież każdy instruktor był na minimum jednej misji, więc często mylnie się uważa, że to instruktorzy nie posiadają imion i zastanawiają się jaki to ma sens, ale gdyby wszyscy wiedzieli z jakimi przygodami wiązała się utrata imienia, zrozumieliby dlaczego musimy wyzbyć się nawet tak mało istotnych szczegółów.

73 JASON

3

jason

Wszedł do mojego pokoju bez pukania, jakby wchodził do siebie. Nie miało znaczenia to, że właśnie się przebierałem, a przecież mogłem robić jeszcze bardziej prywatne rzeczy.

Wciągnąłem koszulkę i spojrzałem na niego pewny siebie. Darzyłem go wielkim szacunkiem i chciałem, by tak samo traktował mnie, ale czasami trudno było zasłużyć na jego uznanie. Kiedyś chciałem być taki jak on i tylko jego zdanie się dla mnie liczyło. Teraz wyglądało to trochę inaczej, ale nadal chciałem, by widział we mnie kogoś silnego i wartościowego.

 - Mike – powiedziałem cicho.

Trochę się zmienił od naszego ostatniego spotkania. Włosy mu urosły i pojawił się delikatny zarost, ale to nadal on. Ten sam potężny wilkołak, na którego zawsze mogłem liczyć. Spojrzenie wciąż miał takie samo, bardzo charakterystyczne i jakby przenikające wnętrze każdej istoty. Gdyby naprawdę tak było, ciekawe co by zobaczył w moim wnętrzu, które tak bardzo różniło się od opakowania.

 - Witaj bracie – rzekł prawie bezgłośnie. Brakowało mi go. Chyba najbardziej z rodziny.

 - Co tu robisz?

 - Nie widziałem cię wczoraj na kolacji – stwierdził, marszcząc brwi i podchodząc bliżej. – Chciałem tylko wiedzieć jak minęła wasza podróż.

 - Dlaczego nie zapytasz o to dziadka?

Zaśmiał się jakbym opowiedział jakiś dowcip, ale ja nie rozumiałem jego reakcji.

 - Nie chodzi mi o całą podróż – wyjaśnił. – Pytam o twoje wrażenia. Jak to zniosłeś?

 - Mówisz jakby cię to choć trochę obchodziło…

 - Obchodzi, Jason. Jesteś moim bratem, tak?

Usiadłem na łóżku, nie patrząc na Mike’a, chociaż on nadal mi się przyglądał. Sprawiał wrażenie jakby naprawdę mu zależało, ale wiedziałem, że to tylko złudzenia. Miał choć trochę przyzwoitości, by udawać dla własnego brata, ale ja nie potrzebowałem kłamstw.

 - Większość dzikich nazywasz braćmi.

 - Wiesz, że jestem wilkołakiem – zauważył. – Zamiast prawdziwej watahy, mam społeczeństwo, które stworzył nasz dziadek, ale oni są braćmi krwi, a ty jesteś prawdziwym członkiem rodziny.

 - Wiem – przyznałem. – Przepraszam.

Usiadł na łóżku obok mnie, a kiedy na niego spojrzałem, chciałem, by mnie przytulił. Czasami to robił, gdy byliśmy młodsi, ale teraz oboje byliśmy dorośli, a do tego za bardzo się od siebie oddaliliśmy. Tak daleko jak nie powinni oddalać się bracia.

 - Chyba jako jedyny z rodziny wciąż traktujesz mnie jak jej członka – stwierdziłem z wdzięcznością.

 - Rose też za tobą tęskniła.

 - A David?

 Znałem odpowiedź, ale potrzebowałem potwierdzenia. Mike tylko spuścił wzrok, wbijając go w ziemię w poszukiwaniu wymówki, która by mnie usatysfakcjonowała, ale nawet on nie potrafił wymyślić nic wiarygodnego.

 - Tak myślałem…

 - Jason! – Złapał mnie za ramię. – David może tego nie okazywać, ale wie, że jesteś jego bratem i kocha cię.

 - Yhm… Kochałby bardziej, gdybym nie był człowiekiem.

 - Przecież to nie twoja wina, a tym, że David uważa się za lepszego od wszystkich, nie powinieneś się przejmować. Jest czarownikiem, a im wszystko przychodzi zbyt łatwo. Ty musiałeś ciężko pracować, by stać się tak niesamowitym, a on dostał to za darmo. Jak myślisz? Kto w tej sytuacji jest większym bohaterem?

 - Zdaniem dziadka David.

 - A moim ty.

Miło z jego strony, że próbował mnie pocieszać, ale kilka dobrych chwil nie przekreśli lat odrzucenia. Zdarzały się chwile, gdy nawet on i Rose mnie dyskryminowali. Miałem wrażenie, że w rozmowach ze mną byli przyjaciółmi i wspaniałym rodzeństwem, ale w trudnych sytuacjach mnie wykluczali, a oni działali tylko we troje. Mike, David i Rose.

 - Powinieneś zobaczyć się z Rose. Chodźmy – zaproponował.

Pociągnął mnie do drzwi. Nie za mocno, ale ja się nie sprzeciwiałem, więc już po chwili szliśmy skalnym korytarzem. W naszej siedzibie mieszkało tyle istot, że chociaż mieliśmy dużo powierzchni, i tak wszędzie panował hałas, a ja czułem się tu obco. Zawsze wolałem wędrówki, gdzie mogłem czuć się wolny od ograniczeń rodziny, nawet gdy wędrowałem z jej członkami. Tam otaczała mnie natura, a ja należałem do niej. Nie do dziadka, Mike’a czy rodziców, którzy już nie żyli. Należałem do samego siebie, bo natura była częścią mnie.

Cieszyłem się na myśl o spotkaniu z Rose. Chciałem ją jak najszybciej zobaczyć, odkąd tylko wróciliśmy do siedziby, ale wydawało mi się, że nie byłem na to jeszcze gotowy. A może bałem się, że nie będzie chciała mnie widzieć. Moi rodzice nie żyli już od dawna, ale i tak zdążyli wystarczająco namieszać w głowach mojego rodzeństwa. Mike’owi udało się przed tym obronić, ale Davidowi nie. I tak najbardziej martwiłem się o siostrę. Była tylko rok starsza ode mnie, więc to ona była moją najczęstszą towarzyszką zabaw, ale teraz wyrosła na wojowniczkę i wszystko wyglądało inaczej.

Rzadko bywałem w siedzibie, ale o ile nie pozamieniano pokoi, dobrze wiedziałem w którym mieszka Rose. Byliśmy już prawie na miejscu, kiedy od tyłu zaskoczył nas Adam.

 - Jason! – zawołał. – Szukałem cię.

 - Widocznie nie chciałem być znaleziony – mruknąłem, ale on tego nie usłyszał lub zignorował.

 - Nie gadaliśmy od… – zerknął podejrzanie na Mike’a – tamtego zdarzenia. Unikasz mnie?

 - Po prostu potrzebuję spokoju.

 - Zostawisz nas na chwilę? – zwrócił się do mojego brata.

Mike popatrzył na mnie pytająco, a kiedy skinąłem głową, poinformował, że zaczeka pod drzwiami Rose i oddalił się.

Adam zrobił krok naprzód, prawdopodobnie chcąc mnie chwycić za rękę, ale odsunąłem się zanim to zrobił i odwróciłem tyłem, wbijając wzrok w skały przed sobą.

 - O co chodzi? – zapytał z niepokojem.

Wzruszyłem ramionami.

 - Dlaczego udajesz, że nic się nie stało, Jason? Pocałowałeś mnie, a teraz zachowujesz się jakbyśmy się nie znali. Chodzi o twojego dziadka?

 Nie potrafiłem odpowiedzieć. Stałem tyłem, z pochyloną głową i czułem jak łzy zbierały mi się w oczach. Całe życie próbowałem udawać silnego, ale jeśli istniał ktokolwiek, przy kim nie musiałbym kłamać, to był to Adam. Nie obchodziło go, że byłem człowiekiem.

 - Jason…

Położył dłoń na moich plecach, ale zamiast mnie to uspokoić, tylko mnie to rozwścieczyło. Zawsze byłem inny. Trudno było ukryć swój gatunek, ale przynajmniej mogłem się wyprzeć swojej orientacji. Ten pocałunek był błędem i każdy kontakt fizyczny z Adamem mi o tym przypominał.

 - Zostaw mnie! – warknąłem. – Dość tych rozczarowań! Nie mogę dłużej ranić mojej rodziny! Chcę tylko, by wreszcie byli ze mnie dumni, więc odejdź ode mnie, bo wcale mi w tym nie pomagasz!

 - Przecież to nie twoja wina… Masz prawo być kim chcesz, a oni powinni to zaakceptować.

 Uświadomiłem sobie, że miałem ochotę go popchnąć. Nie zrobił nic złego, ale wydawało mi się jakbym mógł w ten sposób odepchnąć od siebie całe to bycie gejem. On stał się dla mnie symbolem tego, chociaż wcale nie chciałem go nienawidzić. Był przyjacielem, a obecna sytuacja była tylko i wyłącznie moją winą.

 - Nie zrozumiesz tego, Adam. Nie znasz mojej rodziny i nie wiesz jak to boli. – Łza spłynęła po moim policzku. – Tyle lat upokorzeń i przekonywania się o swojej bezwartościowości… Też myślałem, że to oni są niesprawiedliwi, ale myliłem się. To ja wciąż podejmuję złe decyzje i rujnuję sam siebie. Nie mogę być gejem, rozumiesz? Nie mogę!

 - W byciu gejem nie ma nic złego – stwierdził. – Oni nie muszą tego rozumieć, ale ja to wiem i … Kocham cię.

Spojrzałem na niego zaskoczony. Jeszcze chwilę temu byłem na niego wściekły za to, że mnie dotknął, a jednak te dwa słowa obudziły we mnie inne uczucia. Nie pamiętałem kiedy ostatni raz słyszałem, by ktoś wypowiedział je tak szczerze, a już na pewno nie do mnie.

  – Jason, kocham cię – powtórzył.

Czekał na moją reakcję, aż wreszcie odważył się znów podejść i oprzeć dłonie na moich ramionach. Tym razem go nie odepchnąłem.

 - Kiedy mnie pocałowałeś, zrozumiałem, że jesteś kimś, na kogo czekałem całe życie – wyjaśnił. – To dzięki tobie pokochałem to kim jestem i już mnie nie obchodzi co inni o tym myślą. – Chwycił mnie za dłonie. – Pragnę tylko ciebie i to takiego jakim jesteś. Nic bym w tobie nie zmienił. Kocham cię i chcę byś ty też siebie pokochał. Żebyś zrozumiał jaki jesteś wyjątkowy.

Może nie potrzebowałem rodziny. Może on był tym jedynym, którego potrzebowałem. To na jego akceptacji i miłości mi teraz zależało. Powinienem odpowiedzieć, że też go kocham, ale nie potrafiłem z siebie wydusić żadnego słowa. Po raz pierwszy czułem, że komuś na mnie zależy i byłem mu za to wdzięczny.

Patrzył na mnie z miłością i trzymał moje dłonie w swoich, ale wyrwałem je delikatnie, by móc go objąć. W jego ramionach czułem się bezpiecznie, jakby cały pozostały świat w ogóle nie istniał, jakbyśmy byli tylko my dwaj.

 - Chciałbym porozmawiać z siostrą – powiedziałem cicho.

Uśmiechnął się przyjaźnie i nachylił nad moim uchem.

 - Pójdę do twojego pokoju – szepnął. – Będę na ciebie czekał. Pospiesz się…

Patrzyłem za nim kiedy odchodził, do czasu aż zdałem sobie sprawę, że gapię się na niego z otwartymi ustami i rozmarzonym wzrokiem. Od razu wróciłem do rzeczywistości, rozglądając się dookoła, by upewnić się, że nikt nie widział mojej głupiej miny, ani nie podsłuchał rozmowy, ale Mike odszedł, a nikogo innego tam nie było.

Ruszyłem pod drzwi do pokoju Rose, gdzie czekał na mnie starszy brat. Zapukał delikatnie i wszedł do środka.

 - Ktoś cię przyszedł odwiedzić – powiedział.

Jej wzrok od razu powędrował za Mike’a i spotkał się z moim, co wywołało uśmiech na naszych twarzach.

 - Jason! – zawołała, rzucając mi się na szyję.

Przed chwilą szukałem bezpieczeństwa w ramionach Adama, ale teraz pełniłem inną rolę. Rose nie wiedziała o moim chłopaku. I Mike też nie. W ogóle nie wiedzieli kim byłem, a ja bardzo chciałem im to powiedzieć. Marzyłem, że gdy poznają Adama i zrozumieją jaki jest dla mnie ważny, będą się cieszyć razem ze mną. Gdybym był tego pewny, nie bał bym się aż tak bardzo, ale oboje byli innymi osobami i obawiałem się ich reakcji. Lepiej by usłyszeli to ode mnie niż od dziadka czy jeszcze kogoś innego, ale wyznanie prawdy okazało się zbyt trudne.

 - Tęskniłam za tobą – usłyszałem głos siostry.

 - Ja za tobą też – odpowiedziałem automatycznie, nawet nie skupiając się na własnych słowach.

 - Dlaczego nie przyszedłeś wcześniej?

 - Byłem zmęczony podróżą.

 - Było bardzo trudno?

Wzruszyłem ramionami. Tak, wędrówka była trudna, ale wolałem być tam niż siedzieć ten cały czas w siedzibie. Tam miałem dziadka, tutaj miałbym Davida. Podobna sytuacja, ale w podróży czułem się bardziej użyteczny. Wyruszyliśmy w poszukiwaniu Najprawdziwszych, którzy mieli odmienić losy każdej żywej istoty. Zasmucał mnie jedynie fakt, że dziadek nie zabrał mnie ze względu na moje umiejętności. Mike by się do tego nie przyznał, ale podsłuchałem jak prosił dziadka, by pozwolił mi wyruszyć. Wiedział, że dobrze mi to zrobi, a dziadek zgodził się pewnie tylko dlatego, że gdyby coś mi się stało podczas podróży, nie byłbym dla niego dużą stratą.

 - Co się działo podczas naszej nieobecności? – zapytałem obojętnie.

 - Właściwie nic.

 - Czekaliśmy na wasz powrót, wierząc, że przyprowadzicie Najprawdziwszych – stwierdził Mike, wzruszając ramionami. – Poza tym robiliśmy to co zawsze. Rozbudowywaliśmy siedzibę, robiliśmy zapasy pożywienia, szukaliśmy innych dzikich…

 - Kto rządził?

Wiedziałem, że Mike nie chciał odpowiadać na to pytanie, ale skoro je zadałem, nie okłamałby mnie. Chciałem tylko wiedzieć czy Rose też dopuścili do władzy.

 - Jestem jednym z wielu dowódców. Tak samo jak David. A Rose trochę nam pomagała, gdy zabrakło dziadka – wyjaśnił.

 - Tylko dawałam dzikim nadzieję, pilnowałam, by trwali przy tym co wierzą i… Prowadziłam rejestr wszystkich dzikich – dodała Rose.

 - Ile ich jest? – zwróciłem się do siostry, próbując wyglądać na zainteresowanego.

 - 49 wilków, 44 czarownice i 58 ludzi… Łącznie 151 istot w siedzibie i 3 pięcioosobowe grupy, które poszukują dzikich. Dwie wyruszyły trzy dni temu, a jednej nie ma już tydzień. W każdej chwili może wrócić.

 - A… Jaki dziadek ma teraz plan? – zapytałem. – Trzeba odbić Hannah, Conana i resztę.

Rose spojrzała na Mike’a. To on był dowódcą i z naszej trójki, tylko on mógł cokolwiek wiedzieć.

 - Jeszcze dokładnie nie wiemy – wyjaśnił. – Dziadek ma plan, ale nie jest on jeszcze dopracowany. W ciągu kilku dni mamy się wszystkiego dowiedzieć.

Patrzył w ziemię kiedy to mówił. Nie przekazał nam żadnych konkretnych informacji, a na pewno wiedział więcej, ale rozumiałem, że nie mógł powiedzieć. Narady dowódców były tajne i nie powinienem nawet o nie pytać, a Mike nie powinien niczego wyjaśniać.

 - Widziałeś się już z Davidem? – zapytała Rose, zmieniając temat.

 - Nie. Wątpię, by chciał mnie widzieć.

 - Jason, David jest twoim bratem.

 - Też mu to mówiłem – powiedział Mike.

 - Nie zapominaj o rodzinie, Jason. – Rose chwyciła mnie za rękę. – Rodzice nie żyją, więc mamy tylko siebie. – Drugą ręką chwyciła Mike’a. – Kochamy dziadka, ale to nasza czwórka jest najważniejsza… Ty, Mike, David i ja. Cokolwiek będzie się działo, będziemy trzymać się razem. Zawsze.

Chciałbym w to wierzyć. Oczy Rose wydawały się mówić prawdę, ale istniały rzeczy, na które żadne z nas nie miało wpływu.

 - Kocham was – powiedziałem, próbując te słowa.

Oboje popatrzyli na mnie jakbym powiedział coś dziwnego, ale mimo to, odpowiedzieli to samo. Uśmiechnąłem się z ulgą. Dopiero kiedy Adam mi to powiedział, zrozumiałem potęgę tych dwóch prostych wyrazów i chciałem zobaczyć czy zadziała też w tym przypadku. Skoro inni mi tego nie mówili, powinienem ja to robić, by zmusić innych do takiego wyznania.

Kiedy wychodziłem z pokoju siostry, znów mnie przytuliła i pocałowała w policzek, a Mike poklepał mnie bratersko po plecach. Tak bardzo bałem się tego spotkania, ale na szczęście nie czułem się rozczarowany. Wyglądało ono zadowalająco.

Gdy tylko znalazłem się na korytarzu, przestałem już myśleć o rodzeństwie. Teraz byłem mniej zdenerwowany niż przed rozmową z nimi, a w mojej głowie tliła się tylko jedna myśl. O tym, że Adam czekał na mnie w pokoju.

Początkowo szedłem spokojnie, ale stopniowo zwiększałem tępo, a coraz intensywniej myśląc o Adamie, w końcu zacząłem biec. Bałem się, że zaraz ktoś wyskoczy tuż przede mnie i znów będę musiał się zatrzymać, ale minął mnie jedynie jakiś chłopak, którego nie znałem i pewnie on też nie wiedział kim byłem. Gdyby zorientował się, że byłem wnukiem Franka, pewnie nie patrzyłby na mnie z takim politowaniem, kiedy jak szalony przemierzałem korytarz. Gdybym był którymś z moich braci, albo Rose, od razu by mnie poznał, ale w tym przypadku wykluczenie z ich szczęśliwej rodzinki mi się przydało.

Wpadłem do własnego pokoju, w którym Adam siedział spokojnie na moim łóżku. Otworzyłem drzwi tak energicznie, że aż podskoczył, a potem zerwał się na nogi, by stanąć przede mną wyprostowany.

Był taki przystojny i był moim chłopakiem. Miałem go całego dla siebie. Nie uznawałem swojego życia jako szczęśliwe, ale na jego widok, cały smutek nagle znikał. Teraz miałem siłę już tylko na jedno.

Nie mówiąc ani słowa, dopadłem do Adama, oplatając dłońmi jego twarz. Robiłem wszystko bardzo chaotycznie, a on zdawał się nie wiedzieć co się działo, ale wiedziałem, że chciał tego samego.

Przycisnąłem mocno wargi do jego warg. Moje ręce powędrowały w dół, by zedrzeć z niego koszulkę, a kiedy to zrobiłem i zbliżyłem się do niego maksymalnie, czułem ciepło jego ciała i świeży zapach olejków, dodawanych tu do kąpieli. Pod moim naciskiem, Adam zaczął się cofać, aż wreszcie obaj upadliśmy na miękkie łóżko. Tym razem to jego dłonie znalazły się pod moim ubraniem i chwilę później ja również pozbyłem się koszulki.

 - Kocham cię – wyszeptał. – Koch…

Moje pocałunki nie pozwalały mu nic więcej powiedzieć.

Nie byłem już sam. Ja i Adam byliśmy jednością, a to wspaniałe uczucie trwało jeszcze przez wiele minut. Dzieliliśmy naszą radość, której już tak dawno nie czułem. Była mi obca, ale dziś ją poznałem. Adam dawał mi szczęście, którego nikt inny nigdy nie potrafił mi dać. Był nagrodą, która wynagradzała mi ponad dziewiętnaście lat smutków. Należał do mnie, a ja należałem do niego. To było… Niesamowite i fascynujące. Jeśli życie było cokolwiek warte, to właśnie dzięki takim chwilą jak ta, które chciałoby się, aby nigdy nie miały końca.

Miałem w życiu wiele lęków, ale dopiero teraz zdałem sobie sprawę jakie były one nieistotne. Każdy potrzebował odrobiny miłości, a największym zagrożeniem było utracenie jej. Tego się bałem. Zyskałem szczęście, ale martwiłem się, że ono w końcu się skończy. Nigdy wcześniej nie byłem w żadnym związku i nie wiem co bym zrobił, gdyby nagle zabrakło w moim życiu Adama. To on był sensem mojego życia.

——————————————————————————————————————————–

No to mamy kolejny rozdział. Bardzo proszę o komentarze jak wam się podoba i odpowiedzi na pytanie zadane niżej. To dotyczące waszych ulubionych imion, które chcielibyście, aby pojawiły się w następnych rozdziałach. :-)

Dziękuję i pozdrawiam, wilk :-)

Nowe postacie, nowe imiona ;)

2

Witajcie,

Myślę, że dziś wieczorem pojawi się nowy rozdział, ale teraz mam dla was zadanie. Piszcie w komentarzach swoje ulubione zagraniczne imiona. Może być ich kilka, damskie i męskie. Prawdopodobnie pojawią się one w najbliższych rozdziałach :) Dziękuję i pozdrawiam :)

Wilk :)

72 NATE

1

Nate, 16 lat

Zdążyłem na czas, ale buty miałem jeszcze rozwiązane, a kurtkę krzywo zapiętą. Dziś grupa druga spotykała się na polu, a my zbieraliśmy się przy bramie głównej. K tam nie było, więc to M zaprowadził nas na trening, a przy nim mogłem ze spokojem poprawić strój, nie bojąc się, że będzie z tego afera.

Wyprowadził nas dzisiaj daleko od zamku, ale wcale nie za niego, w stronę rzeki. Tym razem wyruszyliśmy w drugim kierunku, idąc wzdłuż ciągnących się gór, aż wreszcie zaczęliśmy wchodzić coraz wyżej w górę. Liam szedł po lewej stronie M, razem ze swoimi przyjaciółmi, ale widziałem jak ciągle na mnie zerkał. Powiedziałem mu niedawno, że ma mi dać trochę przestrzeni i że nie chcę go widywać częściej niż to konieczne, ale najwyraźniej nie wyjaśniłem tego wystarczająco dobrze. Groźba pewnie lepiej by poskutkowała.

Odczekałem, aż oderwie ode mnie wzrok na dłuższą chwilę, a kiedy to zrobił, cofnąłem się trochę i przeszedłem bardziej na lewo, przyciskając się do skał. Stracił mnie z pola widzenia. Kiedy znów chciał na mnie zerknąć, dostrzegł tylko pustkę co sprawiło, że zaraz zaczął się nerwowo rozglądać, śmiesznie kiwając przy tym głową. Z jakiegoś powodu wolał mnie mieć w zasięgu wzroku, ale dla mnie nie było to komfortowe.

Pozwoliłem mu się jednak odnaleźć. Joseph i Simon prowadzili właśnie jakąś emocjonującą dyskusję, a Mia stała z boku, próbując zrozumieć o czym oni mówią. Cat w ogóle nie widziałem, a ta trójka nie zwracała na mnie uwagi. Liam szedł przy nich, będąc częścią tej grupki, ale nie słuchał ich rozmowy. Ani trochę się na niej nie skupiał, a jedynie potakiwał lub uśmiechał się, gdy Simon trącał go w ramię.

To był dobry moment. Znajdowałem się za nim, a chwilę później wyskoczyłem do przodu, popychając go od strony pleców. Zgiął się do przodu, a zaraz potem mocno odchylił, by utrzymać równowagę. Gdyby nie Joseph i Simon, pewnie by się przewrócił, ale oni go przytrzymali.

 - O co ci chodzi?! – zawołałem wściekły.

Inni z naszej grupy nam się przyglądali. Według nich, Liam był moim przyjacielem, a sądząc po ich reakcji, myśleli że tak się tylko przepychaliśmy dla zabawy. M też obrzucił nas groźnym spojrzeniem, ale nie interweniował. Jego mina wskazywała, że wie że to nie zabawa, ale nie przejął się tym.

 - Nie rozumiem… – rzekł Liam, jąkając się.

 - Nie gap się na mnie! – warknąłem. – Prosiłem byś dał mi spokój, teraz tego żądam, ale następnym razem nie będę taki miły.

Odwróciłem się od niego, próbując ukryć na twarzy uśmiech satysfakcji. Z jakiegoś powodu sprzeczka z Liamem poprawiła mi humor, zwłaszcza gdy zobaczyłem pełne lęku twarze. Dla mnie to było już wszystko i chciałem odejść.

 - Czekaj! – zawołał, a jego rozkazujący ton mi się nie spodobał.

Odwróciłem się, by na niego spojrzeć i wysłuchać co ma do powiedzenia.

 - Nie chcę dać ci spokoju – powiedział stanowczo. – Przecież jesteśmy przyjaciółmi i nawet jeśli ty o tym zapomniałeś, to ja pamiętam i chcę ci pomóc. Nie wiem co ci się stało, ale zdążyłem cię poznać i wiem, że to nie jesteś ty.

 - Wcale mnie nie znasz – warknąłem. – Sam siebie nie znam i chociaż przyzwyczaiłem się, że wiele osób wokół mnie wie o mnie więcej niż ja sam, to jestem pewny, że ty do tych osób nie należysz.

  – Słuchaj… Rozumiem, że pewnie masz poważny problem i reagujesz tak, bo nie potrafisz sobie z nim poradzić, ale odcinać się od przyjaciół to najgorsze co możesz zrobić. – Nie, nie miałem żadnego problemu. No może oprócz tego, że ten gejowaty blondasek zaczynał mnie coraz bardziej wkurzać. – Cokolwiek się dzieje, nie musisz sam przez to przechodzić. Pozwól sobie pomóc.

 - Nie potrzebuję pomocy! – Popchnąłem go do tyłu. Lekko. – Nie znasz mnie. – Znów popchnięcie. – Ale sprawię, że poznasz i nie sądzę byś mnie polubił. – Popchnąłem go następny raz.

Za trzecim razem wpadł na M. To był wypadek, po prostu go nie zauważyłem, ale mało mnie to obchodziło. To on stał mi na drodze, zamiast ruszać z grupą dalej w górę. Nie zamierzałem przepraszać ani jego, ani Liama.

 - Dość – powiedział z podejrzanym spokojem M. – Chcecie się bić? Bardzo dobrze, bo to część naszego dzisiejszego treningu. Skoro tak się do tego rwiecie, będziecie pierwszą parą.

Chwycił mnie mocno za ramię i szarpnął do przodu, ale wyrwałem się agresywnie, na co spiorunował mnie wzrokiem, ale nie pociągnął z powrotem. Natomiast Liam dał mu się prowadzić jak potulny baranek czy jakiś przedszkolak. Mając takiego przeciwnika byłem pewny, że wygram.

Ruszyłem za M i Liamem, aż wreszcie się zatrzymaliśmy. Byliśmy na samej górze, więc słońce oświetlało całą powierzchnię. Z jednej strony rozciągał się widok na zamek, który z tej perspektywy wydawał się jeszcze większy, ale z drugiej zasłaniały nam skały, które pięły się wysoko w górę. Ciekawe czy kiedyś będziemy się po nich wspinać. Nie widziałem w pobliżu żadnych zabezpieczeń, ale przynajmniej byłby jakiś dreszczyk emocji, a to zawsze oznaczało dobrą zabawę.

Gdzieniegdzie piasek i skały porastały zielone kępki trawy, ale mimo tego i grzejącego słońca, było to raczej ponure miejsce, o małej powierzchni. Być może to przez skalną półkę, która nadawała grozy temu obszarowi. Wystawała ona tuż nad przepaścią, w której wyłaniały się skalne kolce i śladowe ilości wody. Pewnie nie była ona głęboka. Sama półka była podłużna i ostro zakończona, niczym deska na statku, z której zrzucano piratów do morza.

Liam stał pewnie, a wiatr rozwiewał jego blond włosy. Musiał tu już wcześniej być, znał to miejsce. W końcu był nowicjuszem już jakiś czas. M wyciągnął zza jakiegoś kamienia dwie włócznie i wyciągnął je w naszym kierunku.

 - To wasza broń – poinformował. – Żadnej magii. Walka kończy się, gdy któryś się podda lub spadnie.

 - Obrońcy nigdy się nie poddają – zawołał Tobias, jeden z silniejszych chłopaków, a inni go poparli.

 - Nie rozumiem… – pisnął piętnastolatek, który też był nowy. – Nie da się przeżyć takiego upadku. Chcecie poświęcić jednego z nowicjuszy?

 - Kto powiedział, że jednego? – M obnażył w uśmiechu białe zęby. – Każdy z was stoczy dziś walkę na tej górze.

 - Chcecie nas zabić?!

 - Czyżbyś się bał?

M zbliżył się do chłopaka na odległość kilku centymetrów. Myślałem, że to K była postrachem nowicjuszy, ale M wydawał się teraz być równie szalony jak ona. Piętnastolatek zaczął się nerwowo rozglądać, bojąc się napotkać wzrok instruktora, ale ten nie ustępował.

 - Nie – pisnął cichutko.

 - To dobrze. – Poklepał go po ramieniu i uśmiechnął się jak do dobrego przyjaciela. Często robił tą minę, ale zazwyczaj w momentach, gdy innych dopadał strach, a on jako jedyny się cieszył. Tak jak mówiłem: szaleniec. – Obrońcy to sami najlepsi. Jeśli się boisz to znaczy, że sam nie wierzysz w swoją wygraną, a do tego przeraża cię śmierć, a wierz mi, że mogą cię spotkać dużo gorsze rzeczy. W porównaniu z nimi, śmierć wydaje się być całkiem przyjemną ucieczką. No… Z tym, że Obrońcy nie uciekają, prawda?

Natychmiast skinął głową, może nie do końca się z tym zgadzając.

Wzrok całej grupy znów wrócił do nas. Liam ściągnął kurtkę i rzucił ją na ziemię, pod nogi kolegów i koleżanek. Zrobiłem to samo. Obaj mieliśmy pod spodem wygodne koszulki w kolorze głębokiej czerni wilkołaków.

Chłopak chwycił pewniej włócznię i zrobił mały kroczek w moją stronę. Też ją uniosłem i cofnąłem się, co go trochę zaskoczyło. Każdy inny odskoczyłby na bok, trzymając się z daleka od przepaści, ale skoro tego się wszyscy spodziewali, to musiałem zrobić inaczej. Element zaskoczenia to duża przewaga. Przez niego zbliżałem się coraz bardziej do krawędzi. To ja stałem tyłem do pustej przestrzeni, nie mając już się dokąd cofać, a on twardo dzierżył broń, by mnie zepchnąć, ale to ja wygrywałem. On może wyglądał teraz jak zwycięzca, ale jego serce biło szybko, a wewnątrz krył się strach, którego ja już dawno się pozbyłem.

Przyłożył koniec włóczni do mojej piersi i poprawił uchwyt. Uniosłem ręce do góry, jakbym się poddawał, ale nie zrobiłem tego. Nadal czułem swoją przewagę, po prostu jeszcze nie zacząłem walczyć.

 - Poddaj się – rzekł drżącym głosem. – Jesteśmy przyjaciółmi.

 - Widzisz… W tym tkwi twój problem. Nie rozróżniasz przyjaciół od wrogów.

 - Nie chcę cię zabić.

 - Wiem. – Uśmiechnąłem się prześmiewczo, ale wróciłem do normalnej miny, gdy zrozumiałem, że wyglądałem równie szaleńczo jak M.

Wyrzuciłem z rąk własną włócznię, by chwycić za koniec jego i jednym zręcznym ruchem odepchnąć go daleko od siebie. Nie przewrócił się na ziemię, więc musiałem sam go powalić, a potem zaciągnąłem na krawędź przepaści i usiadłem na nim okrakiem tak, że głowa zwisała mu w dół.

 - Nie zabijesz mnie, bo jesteś tchórzem – powiedziałem. – Ja nie mam takiego problemu.

Moje dłonie coraz bardziej zaciskały się na jego szyi. Ciekawe jak długo wilkołak wytrzyma bez powietrza, ale nie miałem okazji tego sprawdzić.

 - Okay, Nate wygrał – stwierdził M. – Możesz przestać.

Puściłem jego szyję, ale wciąż pochylałem się nad nim z wściekłym spojrzeniem. Nie dusiłem go, ale walka się jeszcze nie zakończyła. M powiedział, że zakończy się, gdy któryś się podda lub spadnie. Należało zrzucić go w dół, prosto na skalne kolce.

Podniosłem się z kolan, podnosząc też Liama. Trzymałem go mocno za koszulkę, ale i tak był mocno przechylony do tyłu. Wystarczyło go tylko puścić i nie miałby szans, by się obronić w jakikolwiek sposób.

 - Nate, koniec! – zawołał trochę groźniej nasz instruktor. – Wygrałeś. Puść go.

 - Nie poddał się! – warknąłem.

 - To bez znaczenia. To ja przerywam walkę.

  – Musi się poddać albo spaść – poparł mnie Tobias, krzyżując ręce na piersi.

M tego nie skomentował, ale po minie zorientowałem się, że nie może zaprzeczyć. Pamiętał swoje słowa i najprawdopodobniej ich żałował.

 - Liam, poddaj się- rzekł spokojnie.

 - Nie! – zawołał chłopak.

 - Liam, to jest rozkaz! Masz się poddać, albo wylecisz z nowicjuszy!

Tobias już otworzył usta, by z nim dyskutować. Przy K by się nie odważył, ale M nie był aż tak straszny, nawet gdy bardzo się wkurzył. Na pewno zaczęli by się sprzeczać, ale Liam był szybszy.

 - Obrońcy nigdy się nie poddają – szepnął blondyn, uśmiechając się smutno do grupy, a potem zwrócił się do mnie. – No dalej… Zabij jedynego prawdziwego przyjaciela, którego masz w siedzibie, ale potem nikt ci nie pozostanie. Nigdy nie wrócisz do przyjaciół zza granicy, a kiedy wreszcie to zrozumiesz, będziesz żałował jak mnie potraktowałeś. Śmierć… Nie boję się jej. Wolę ją niż się poddać. Chociaż nazwałeś mnie tchórzem, nie jestem nim.

Wysłuchałem co miał do powiedzenia, a kiedy skończył, walnąłem go pięścią w nos. Strużka krwi pojawiła się na jego twarzy, ale on tylko uśmiechnął się smutno.

 - Mam nadzieję, że powód dla którego to robisz, jest warty zabicia przyjaciela – powiedział, rozkładając szeroko ręce i odchylając głowę.

Będąc tak bardzo odchylonym, wydawał się dużo cięższy, a ja zamiast go puścić, nadal ściskałem w ręce czarny materiał, który go trzymał. Jeszcze chwilę temu byłem pewny co zrobię. Nie miałem najmniejszych wątpliwości, że postępuję jak prawdziwy Obrońca, ale z jego strony spodziewałem się walki lub błagania o życie. Nie wykluczałem nawet, że mógłby się poddać i zakończyć to wszystko, ale jego słowa i mina mówiły, że tego nie zrobi, a ja nie mogłem okazać słabości. Podda się lub spadnie… To były jedyne możliwe rozwiązania, ale na jedno z nich nie miałem wpływu.

 - Nie jesteś przyjacielem – warknąłem przez zaciśnięte zęby, a potem poluźniłem uchwyt, dodatkowo go popychając i oddaliłem się od przepaści.

Wszyscy nowicjusze natychmiast ruszyli do krawędzi, a niektórzy krzyknęli wraz z puszczeniem Liama. Tylko M reagował inaczej. Zacisnął mocno oczy i zrobił wściekłą minę, ale stał spokojnie w miejscu.

 - Zadowolony? – zapytał cicho.

 - Tak – rzekłem usatysfakcjonowany.

Nawet jeśli w ostatnich sekundach przed podjęciem decyzji, pojawiły się u mnie jakieś wątpliwości, teraz wszystkie zniknęły.

 - Widzę go! – zawołał jakiś chłopak.

 - Żyje! – usłyszałem głos Tobiasa.

Jak to żyje?! Musiałem to sprawdzić. Ruszyłem z powrotem na skalną półkę, a członkowie grupy rozstąpili się przede mną. Obudziłem w nich strach i bardzo dobrze. Potrzebowałem tego, by zdobyć ich szacunek i pokazać kto jest najlepszy.

Zerknąłem w dół. Kolce przebijały się przez mgłę, ale po dokładniejszym przyjrzeniu się z pozoru pustej przestrzeni, dostrzegłem niewyraźną postać, a zaraz potem ukazała się mocna siatka wokół niego. Chłopak przeżył, bezpiecznie w nią wpadając.

Przeniosłem wzrok na M, który nadal stał w tym samym miejscu. Był wyjątkowo cichy, ale wiedział, że przeżyje. Ta siatka była tam specjalnie z tego powodu i chociaż M przekonywał Liama, by się poddał, wcale nie chodziło mu o ratowanie życia nowicjusza. Nie było takiej potrzeby. Po prostu nie chciał, by dowiedziano się o siatce, bo wtedy walka nad przepaścią przestałaby budzić taki strach wśród nowicjuszy. Nawet gdy przerywał walkę przed upadkiem, wciąż towarzyszył ten niepokój, że przerwie ją za późno lub pozwoli na upadek, gdy uzna, że ktoś się nie nadaje na Obrońcę.

Twardym krokiem podszedłem do M.

 - Siatka?!

 - Właśnie na takie wypadki, gdy znajdzie się głupiec, który nie słucha poleceń – wyjaśnił. – Przecież nie zabijemy połowy swoich nowicjuszy, ale muszą być gotowi na ewentualną śmierć. To jeden z ważniejszych treningów. Powinienem cię wyrzucić!

 - Za okazanie odwagi? Za dobrą walkę? Za pokazanie jak zachowuje się prawdziwy Obrońca?

 - Istnieje bardzo cienka linia między odwagą a szaleństwem. Poza tym żaden Obrońca nie powinien być okrutny. Mimo to, nie wyrzucę ani ciebie, ani Liama, chociaż oboje nie wykonaliście polecenia, ale mieliście rację, że wykonywaliście wcześniejsze zadania. Tym razem tylko ostrzeżenie, ale uważajcie. Nie toleruję nieposłuszeństwa.

 Kiedy skończył mówić, nie czekał na moją odpowiedź, tylko od razu się oddalił, podchodząc do grupy. Wszedł między nich, kładąc jedną rękę na ramieniu Simona, a drugą na ramieniu Tobiasa.

 - Musimy go ściągnąć – powiedział.

Miałem dość. Przyszliśmy tu walczyć, a ja już wygrałem, więc mój trening był zakończony. Gdybym postanowił odejść z zajęć K, natychmiast by zaprotestowała i doszłoby do kolejnej sprzeczki, ale M tylko obrzucił mnie wściekłym spojrzeniem i natychmiast zaczął rozmawiać z poruszonymi tym wydarzeniem członkami grupy.

Nie przejmując się nimi, ruszyłem w dół góry. Miałem świadomość tego jak musieli mnie znienawidzić, ale może dzięki temu wszyscy dadzą mi spokój i pozwolą się skupić na zadaniach od Rady. Miałem ostatnio długą rozmowę z Olivią i Alice na temat moich umiejętności, co dało mi pewność, że M i K nie wyrzucą mnie z nowicjuszy. Podlegali Radzie, a ona im na to nie pozwoli. Doceniła mnie i potrzebowała, chociaż nie byłem jeszcze Obrońcą.

Szedłem w zamyśleniu, a kiedy znalazłem się na dole tak, że miałem bramę w zasięgu wzroku, aż się zdziwiłem, że tak szybko zszedłem. Droga w górę była zdecydowanie dłuższa, a przynajmniej tak się wydawało.

Coś pociągnęło mnie za rękaw. Nie coś. Ktoś. Jakaś staruszka, ale wyjątkowo silna jak na swój wiek, który oceniłem po krępej budowie ciała i wielu zmarszczkach. Nie miałem tu takich znajomych, a jednak wydawało się w niej coś znajomego.

 - Nate, tak się cieszę, że cię widzę! – zawołała, rzucając mi się na szyję.

 - Kim jesteś? – warknąłem, rozplatając jej ramiona i odsuwając od siebie.

Puściła mnie, a na jej twarz wypełzł promienny uśmiech, a staruszka zaczęła się zmieniać. Siwe włosy zmieniły kolor na blond, zmarszczki się wygładziły, twarz odmłodziła i zaraz stała przede mną znajoma kobieta. Alexandra Carter.

 - Poznajesz?

 - Myślałem, że nie żyjesz – skłamałem, udając zaskoczenie.

Wiedziałem o próbie jej zabicia, ale powiedziano mi, że uciekła, przez co stała się jednym z moich zadań. Radzie bardzo zależało na jej śmierci, a ja byłem ich najbardziej zaufanym poddanym i nie mogłem ich zawieść.

 - Uciekłam, ale oni mi nie darują – wyjaśniła. – Pragną mojej śmierci z jakiś swoich chorych powodów, ale ty też nie jesteś bezpieczny. Powinniśmy razem uciec.

 - Dokąd chcesz uciekać?

 - Jak najdalej. Najpierw za góry, a potem za granicę. Musimy odciąć się od Rady i znaleźć innych takich jak my.

 - Jak chcesz to zrobić?

 - Te drzwi do wnętrza góry, których strzegą Obrońcy… Nie wiem jak, ale wiem, że można się przez nie szybko przedostać za góry. Tam będzie się łatwiej ukryć, a kiedy dotrzemy do granicy i odnajdziemy dzikich, nic nam już nie będzie groziło. Proszę… Musimy to zrobić razem.

 - Wiem, masz rację. Jeśli zauważą moją nieobecność, wyślą za nami jeszcze większy pościg niż za tobą, więc trzeba to dobrze rozegrać. - Udałem chwilę zamyślenia. – Przyjdź dziś o północy nad rzekę.

 - Okay, co potem?

 Chwyciłem ją za dłonie, patrząc głęboko w jej oczy, chcą w ten sposób zyskać więcej zaufania.

 - Mam plan. Zaufaj mi.

Przyglądała mi się podejrzliwie. Nie była zbyt ufną kobietą, ale nie mogłem wyjaśnić jej swojego planu, bo nie był on dla niej pozytywny. Właściwie, skazywał ją na śmierć.

 - Musisz mi powiedzieć – zażądała. – Powinnam wiedzieć czego się spodziewać.

 - O północy przy rzece. Wyciągnę nas stąd. Obiecuję.

Nadal patrzyła niepewnie, więc zbliżyłem się, by ją przytulić. Pewnie tak bym właśnie postąpił w tej sytuacji, gdybym nie planował jej zabić, więc stwierdziłem, że to dobry pomysł, ale ona cofnęła się, jakby się mnie bała.

 - O północy przy rzece – powtórzyła po mnie.

 - Wydostaniemy się – zapewniłem, a potem odszedłem.

Na twarzy miałem szeroki uśmiech, ale ona go nie widziała, bo byłem tyłem. Najpierw wygrałem z Liamem, a teraz i z nią miałem odnieść zwycięstwo. Mogłem być z siebie dumny. Rada dobrze wiedziała kto był najlepszy i dokonała dobrego wyboru. Dziś Alex myślała, że jestem po jej stronie, ale jutro zniknie z tego świata.

WAŻNA INFORMACJA!

3

Jako, że najbliższe dwa i pół miesiąca będą bardzo ciężkie, niestety nie będę mogła siedzieć całymi dniami nad nowymi rozdziałami. :-( Oczywiście będę je wstawiać, ale już nie tak często. Możecie spodziewać się 1-2 tygodniowo. Przepraszam i proszę o wyrozumiałość :-) Mam nadzieję, że pomimo takiej zmiany, nie opuścicie mojego bloga i dalej będziecie śledzić losy bohaterów. :-)

71 CHRISTIAN

0

Christian, 19 lat

 - To tutaj – oznajmił Frank. – Jesteśmy na miejscu.

Rozglądałem się dookoła, ale widziałem jedynie puste pole, liczne skały i las gdzieś w oddali. Kryjówka Franka miała być ogromna i bezpieczna, ale jej tu nie było, chociaż on twierdził inaczej.

Inni też się rozglądali. Wszyscy oprócz Franka i jego przyjaciół. Teren na którym byliśmy, nie był charakterystyczny dla żadnego z gatunków. Lasy wilków były daleko, a obozu ani wioski też to nie przypominało. Po prostu puste pole i góry, ale za górami miała kryć się siedziba Rady.Ciekawe jak blisko już byliśmy.

 - Jeśli pójdziecie w tamtą stronę – Frank wskazał za siebie – dotrzecie do siedziby. Są dwie drogi, by tam dojść. Jednej nie znamy, a druga prowadzi dookoła gór i to właśnie ta. Nie ma tam lasów, obozów ani wiosek. Tereny należą do Rady, a nie konkretnego gatunku, ale przez to trudniej jest się tam ukryć. Na pustym polu nie ma gdzie się schować.

 - Jak długo trzeba tamtędy iść? – zapytał Adam.

 - Kilka godzin – rzekł Frank.

 - Wilkom wystarczy kilka minut – sprostował Lukas.

Frank zmierzył Lukasa wzrokiem. Wciąż nie wiedział, że mężczyzna był Najprawdziwszym, ale Lukas często dawał mu powody, by mógł tak podejrzewać.

 - A gdzie ta wasza kryjówka? – zapytałem.

 - Chodźcie… – Machnął na nas ręką, a jego przyjaciele od razu podeszli za nim do skał. Tylko Jason został z tyłu, zamykając naszą grupę.

Dopiero kiedy podeszliśmy bliżej, zobaczyliśmy ciemną szczelinę między skałami. Była wąska, ale żadne z nas nie miało problemu, by się przez nią przecisnąć. W ten sposób znaleźliśmy się w korytarzu, rozjaśnionym zawieszonymi co kilka metrów pochodniami. Musieliśmy iść pojedynczo, bo korytarz nie był szeroki, za to bardzo długi i z licznymi zakrętami, więc nie znając jeszcze tego miejsca, przemieszczaliśmy się dość wolno, aż wreszcie dotarliśmy do drewnianych schodów. Nie były one zbyt solidne, ale chyba były jedyną drogą na górę. Trzeszczały pod naszymi stopami i ruszały się, jakby miały zaraz się rozlecieć. Niektórych stopni w ogóle nie było.

Na szczęście nie musieliśmy iść wysoko. Na górze był kolejny korytarz, w którym musieliśmy iść na czworakach, ale on nagle się skończył i jedyna droga prowadziła w górę. Ci przede mną podskakiwali, by chwycić się brzegu i podciągnąć w górę, więc zrobiłem to samo, chociaż o mało nie spadłem. Skoro ja byłem wilkiem, a było to dla mnie trudne, martwiłem się o innych, ale ci bardziej wyćwiczeni od Franka sobie poradzili, a Danielowi pomogliśmy podsadzając go od dołu i wciągając od góry.

Znaleźliśmy się w niewielkiej grocie z kolejną szczeliną, która zaprowadziła nas do ogromnego pomieszczenia, pełnego ludzi, wilków i czarownic. Niektórzy nam się przyglądali, ale większość była czymś zajęta i nawet nas nie zauważyła.

 - Ciężko tu do was dojść – szepnąłem do Petera, który szedł przede mną.

 - To było nasze pierwotne wejście. Frank zawsze wprowadza nim nowych, ale teraz mamy wygodniejsze wejścia – powiedział.

 - Tak, mieszkające tu istoty wciąż tworzą coś nowego – wtrąciła Vicky, podsłuchując naszą rozmowę. – Zrobili coś w rodzaju klatki, którą opuszcza się na linie i wciąga z powrotem. Ciągle siedzą przy nich jakieś wilki, które je spuszczają i wciągają, które zmieniają się co trzy godziny. Na dole są zakamuflowane w skale drzwi, które prowadzą na zewnątrz.

Z tego co zrozumiałem, to coś w rodzaju windy, ale najwyraźniej nie znano tu takiego określenia. Chyba wielu rzeczy jeszcze nie znali, a niektóre mogłyby się im bardzo przydać.

Wnętrze tego pomieszczenia było ciemne, pomimo pochodni, ale dało się cokolwiek zobaczyć. Sala była pełna, lecz na górze znajdował się pusty balkon, do którego prowadziły nieco solidniejsze schody, znajdujące się z dwóch różnych stron. Frank prowadził nas nimi na górę.

Oparł się o barierkę i spojrzał z uśmiechem w dół.

 - To moja własna armia – szepnął do nas z zadowoleniem.

Coraz więcej osób zaczęło unosić głowy i odwracać się do nas, a rozmowy i panujący tu szum, zaczął się stopniowo wyciszać. Czułem na sobie setki oczu, które spoglądały na nas z zainteresowaniem i podziwem, chociaż nas nie znały.

 - Witajcie z powrotem! – zawołał Frank, a jego powitanie wywołało burzę oklasków. – Wróciliśmy do was z niebezpiecznej misji, ale nie wszystko poszło jak trzeba! – Reagowali na każde jego słowo. Raz smutkiem, raz radością. Wszyscy słuchali bardzo uważnie, jakby to Bóg do nich przemawiał. – Udało nam się odnaleźć Najprawdziwszą, ale Rada ją przejęła! Przyprowadziliśmy kilkoro nowych członków naszej wielkiej rodziny, którzy znają Najprawdziwszą i mają dokładnie taki sam cel jak my! Chciałbym wam ich przedstawić! – Stanął pomiędzy mną, a Lukasem. – To Christian i Lukas, których Najprawdziwsza wskazała jako waszych nowych przywódców! Obaj są wilkami! Od dziś macie ich słuchać i traktować z równym szacunkiem jak resztę władców! – Zaczął wskazywać innych. – To Adam, który jest wilkiem i Daniel! Człowiek! Ta czwórka dołączyła do naszej społeczności, sprzeciwiającej się Radzie, ale w siedzibie wroga znajdują się nasze najważniejsze cele! Hannah i Conan Wolfrick, znany również jako Nathaniel Watson! Pojmali również Williama… – ostatnie zdanie powiedział ciszej, a potem odsunął się od barierki.

Wszystkie istoty na dole zaczęły klaskać, a potem natychmiast rozmawiać między sobą o zaistniałej sytuacji. Chociaż przestawali już zwracać na nas uwagę, wiedziałem, że wszyscy przeżywali utratę Willa, jakby był ich prawdziwą rodziną, chociaż mi nigdy nie wydawał się zbyt kontaktowy, a także martwili się obecnością Hannah i Nate’a w Radzie. Przeczuwałem, że nie tylko ze względu na to, że byli głównymi częściami tego, do czego te wszystkie istoty dążyły. Chodziło o coś więcej. Mogli nie znać ani Nate’a, ani Hannah, ale i tak traktowali ich jak przyjaciół, podobnie jak nas. Spędziłem tu tylko kilka minut, ale odnosiłem wrażenie jakbym od zawsze tu należał.

 - Jesteśmy w domu – oznajmił Frank. – Wykąpcie się i przebierzcie, a potem przygotują kolację i ustalimy co dalej.

 - Może najpierw to ustalmy? – zaproponowałem.

 - Chris. – Zacisnął dłoń na moim ramieniu i spojrzał w oczy tak, jak kiedyś robił to mój ojciec. – To nasze społeczeństwo, nasza rodzina i nasz dom. Rada nie ma tu dostępu, a my nie musimy się nią martwić. Tutaj jesteśmy bezpieczni, chłopcze i możemy w spokoju planować, nie musimy się spieszyć. Mamy za sobą długą drogę i będziemy efektywniej pracować, gdy dobrze wypoczniemy. Zaufaj mi.

 - Okay – zgodziłem się.

Zabrał rękę, ale szybko zastąpiła ją delikatna kobieca dłoń, która popchnęła mnie lekko do przodu.

 - Nasza siedziba jest bardzo duża, ale niestety niewystarczająca dla tak wielu istot – powiedział Frank. – Musicie mieć pokoje we dwóch. Podczas wędrówki obserwowałem wasze relacje i myślę, że Daniel będzie ci odpowiadał jako współlokator.

Zerknąłem na chłopaka, który przyglądał mi się smutno. Był tu zagubiony, ale czuł się bezpiecznie. Zauważyłem też, że oprócz nas dwóch i Franka, zniknęli inni towarzysze wędrówki. Stały przy nas kobiety o przyjaznym wyglądzie, a Lukas i Adam znikali właśnie za skałami, które tworzyły ścianę, z dwoma innymi kobietami. Przyjaciele staruszka jakby rozpłynęli się w powietrzu, najprawdopodobniej tuż po przemowie Franka.

Kiedy prowadzono nas przez korytarz, podziwiałem wnętrze tej niesamowitej kryjówki. Hm… Siedziba wewnątrz góry… Wyglądało to trochę jak wnętrze jakiejś ogromnej jaskini, ale musiałaby ona być naprawdę wielka, a poza tym widziałem tu zbyt wiele ingerencji magii i trzech różnych istot.

Wprowadzono nas do niewielkiego pokoju z dwoma starymi, ale za to bardzo wygodnymi w porównaniu do ziemi, na której przyszło nam ostatnio sypiać, łóżkami. Oprócz nich i małej komódki przy krzywej skalistej ścianie, nie było tu nic więcej.

 - Pójdę przygotować kąpiel i czyste ubrania – rzekła dziewczyna. – Dziś jeszcze jesteście naszymi gośćmi, ale od jutra będziemy już rodziną.

Dopiero kiedy ruszyła do wyjścia, dokładniej jej się przyjrzałem. Wcześniej, na balkonie wydawała mi się starsza, ale teraz wyglądała na ładną dwudziestolatkę z gęstymi blond włosami. Nie była wysoka, ale jej błękitne oczy ciągle się do mnie śmiały, a usta obnażały białe zęby. Była… Piękna, choć wydawała się niedostępna.

Nawet gdy już wyszła, nie mogłem się otrząsnąć. Zerknąłem na Daniela, onieśmielony urodą dziewczyny, ale on chyba nie podzielał mojego zdania, a przynajmniej nie okazywał tego. W ogóle nie zwracał na nią większej uwagi, ale może to przez to, że był zbyt zmęczony.

Po chwili wróciła, by zaprowadzić nas do łazienki, a potem zostawić nas samych. Wepchnęła nam w ręce ubrania, a wewnątrz czekała kąpiel, ale wyglądała inaczej niż mógłbym się spodziewać. Łazienka była grotą, po środku której znajdowały się trzy duże kwadratowe wanny, pełne czystej wody i piany. No tak, nie mieli tu zwykłych pryszniców. Pewnie nawet nie wiedzieli co to jest, ale i tak miło było wreszcie wykąpać się w czymś innym niż rzeka pośrodku lasu.

 - Chris? – Dziewczyna wpadła do pokoju, kiedy byłem już po kąpieli.

Właśnie stałem przy łóżku, zapinając ostatnie guziki błękitnej koszuli. Podeszła do mnie z szerokim uśmiechem i poprawiła mi kołnierzyk z niezwykłą dbałością.

 - Przystojniak z ciebie – szepnęła.

Roześmiałem się. Wcześniej nie okazywała mną zainteresowania, a przecież wcale tak bardzo się nie zmieniłem. Czułem się świeżo i wreszcie mogłem umyć włosy, które znów stały się lśniące i puszyste, ale może to efekt tej koszuli.

 - Chodź ze mną. Frank cię wzywa – powiedziała.

 - Mam ci tak po prostu zaufać? – Była już przy wyjściu, ale odwróciła się zaskoczona moimi słowami. – Nawet nie znam twojego imienia.

 - Rose.

Wyciągnęła rękę w moim kierunku. Nie mogłem powstrzymać uśmiechu, a wtedy już musiałem ją chwycić i razem opuściliśmy pokój z zdziwionym naszym zachowaniem Danielem. Sam byłem zszokowany.

Rose zaprowadziła mnie do jednego ze skalnych pomieszczeń, ale nie weszła tam ze mną. W środku czekali Frank, Lukas i jakiś dwóch mężczyzn.

 - To są Mike i David – przedstawił mi Frank.

Mike był wyraźnie starszy, albo tak mi się tylko wydawało przez jego delikatny zarost. Chociaż on miał ciemne włosy i wydawał się silniejszy, od chudego blond Davida, i tak wydawali się bardzo podobni. Niewykluczone, że byli braćmi, albo chociaż kuzynami.

 - Podczas mojej nieobecności, to oni przejmują władzę – wyjaśnił.

Ciekawe… Byli młodzi, a zwłaszcza David. Nie powiedziałbym, że staruszek pozwalał rządzić takim dzieciakom, chociaż byli starsi ode mnie, ale sobie też bym nie powierzył takiej odpowiedzialności.

 - Zwołałem wszystkich przywódców, by ustalić pewne sprawy – kontynuował Frank. – Zaraz zejdziemy na kolację, ale nie chciałbym omawiać niektórych rzeczy przy wszystkich.

Staruszek podszedł do jednej z szaf i wyciągnął z niej kilka pożółkłych kartek. Kiedy położył je na ogromnym stole, dostrzegłem, że to były ręcznie rysowane, z niezwykłą dokładnością mapy. Najbardziej na prawo znajdowała się siedziba Rady, a w niewielkiej w porównaniu do całej mapy odległości, siedziba dzikich, czyli tu gdzie właśnie byliśmy. Reszta kartki została zapełniona lasami, obozami i wioskami.

 - Wiele osób pracowało nad stworzeniem mapy – poinformował Frank. – Dokładnie wiemy, gdzie znajdują się wioski i obozy, a w niektórych z nich mamy własne chatki, ale najważniejsze jest to. – Wskazał siedzibę Rady.

 - Jak ich odbijemy? – zapytałem.

 - Znamy tylko tą drogę, ale jest ona niebezpieczna, więc podzielimy się na grupy. Część dowódców zostanie tutaj, pilnując kryjówki, a część zostanie liderami grup. Wybierzemy też kilku zaufanych członków, którzy zostaną liderami. Grupy będą mieszane. Wilki, czarownice i ludzie w każdej. Będą wyruszać co godzinę, a te którym uda się dotrzeć, ukryją się wśród mieszkańców. Kiedy dotrze ich wystarczająco dużo, dokonamy ataku, którego głównym celem będzie odbicie więźniów i odnalezienie ostatniej istoty potrzebnej do rytuału.

 - Najprawdziwszej Wśród Ludzi – wtrącił Lukas, ale powiedział to ze złością.

 - Właśnie – zgodził się Frank. – Bez niej nie spełnimy przepowiedni. Kiedy będziemy mieć Conana Wolfricka i troje Najprawdziwszych, odprawimy rytuał tutaj, w naszej kryjówce, gdzie Rada nie będzie mogła nam przeszkodzić. Mamy armię, broń i element zaskoczenia. Rada nie spodziewa się naszego ataku, a przynajmniej nie na taką skalę. Nie wiedzą jak wielu dzikich udało nam się zgromadzić. To nie może się nie udać.

 - Już czuję smak wygranej – powiedział David.

 - To tylko ogólny plan – rzekł Frank. – Jeszcze wiele może się zmienić, a poza tym wiele będzie trzeba obgadać.

 - Kiedy zaczynamy misję? – zapytałem niecierpliwie.

 - Kiedy będziemy w najlepszej formie.

 - Nie możemy sobie pozwolić na pomyłki, prawda? – upewnił się Mike, jakby ktoś mu cisnął te słowa na usta. Ktoś, znaczy Frank. – Wszystko musi być dokładnie dopracowane.

 - Masz rację. Dlatego jesteś jednym z przywódców. – Frank poklepał go po ramieniu. – Porozmawiamy jutro. Chodźmy na kolację.

Frank zaczął zwijać mapy, a Mike i David ruszyli do wyjścia, z poważnymi minami. Lukas stał przy stole i przyglądał się mapom, jakby wcale nie zamierzał jeszcze opuszczać pomieszczenia, ale tylko czekał aż wszyscy wyjdą.

 - Witaj, siostrzyczko. – Usłyszałem głos Davida. – Nie masz co czekać. Spotkanie tylko dla tych, którzy choć trochę się liczą.

 - Spadaj, David. – To była Rose. Rozpoznałem ją. – Czekam na Chrisa.

Natychmiast rzuciłem się do wyjścia, a ona już tam stała. Patrzyła chwilę ze złością, gdy David odchodził, ale gdy tylko mnie ujrzała, uśmiechnęła się.

 - David jest twoim bratem? – zapytałem zaskoczony.

 - Tak. I Mike też. – Chwyciła mnie za rękę, więc ścisnąłem ją mocno. – Chodźmy na kolację. Usiądziesz obok mnie.

 - Okay.

Pociągnęła mnie skalistymi korytarzami. W ciemnej ogromnej sali, zebrali się chyba wszyscy dzicy. Były ich setki.

Rose chwyciła mnie za rękaw koszuli i wślizgnęliśmy się na dwa wolne miejsca między jej bratem Mikem, a jakąś dziewczyną.

70 WILL

1

will

Obserwowałem jak Olivia powoli nabiła na widelec kawałek mięsa i włożyła go do ust. Alice też właśnie coś żuła, ale większą uwagę zwracałem na czarownicę, gdyż wydawała się groźniejsza i wolałem nie spuszczać z niej oka.

 - Jedzcie – odezwała się. – Przecież was nie otrujemy.

 - Tego nie możemy być pewni – rzekła cicho Hannah. – Czego od nas chcecie?

 - Od nich – wskazała widelcem mnie i Talę – niczego. Dobrze wiesz, że chodzi nam o ciebie.

 - Wiemy kim jesteś – dodała Alice.

 - I? Skoro macie Nate’a, chyba nie jestem wam potrzebna?

 Olivia odłożyła sztućce i wytarła usta białą serwetką, zwracając na dziewczynę swoje duże błękitne oczy. Ja i Tala jej nie obchodziliśmy, a zwłaszcza ja, bo przecież byłem dla niej tylko dzieckiem.

Czarownica zerknęła na chwilę w kierunku Alice, jakby prosząc ją o wsparcie. Nie wiedziałem dlaczego sama nie mogła udzielić odpowiedzi, ale to chyba nie miało znaczenia. Przyjaciółka szybko ją poparła.

 - Hannah… Pamiętam cię z czasów, gdy byłaś po naszej stronie – zaczęła ostrożnie, dopiero po chwili na nią spoglądając. – Twoja rodzina była jednym z najpotężniejszych kręgów czarownic, ale odchodząc, osłabiłaś go. Nawet nie wiesz co czuliśmy… I co czuła twoja matka… Gdy rano okazało się, że uciekłaś z wilkiem, buntując się przeciwko nam. Po tym, twoja rodzina już nigdy nie była tak silna.

 - Odłączyłam się już wcześniej – zauważyła Hannah. – Czarownice rzadko tworzą kręgi, ale ja byłam w nim od zawsze. W końcu zdobyłam odwagę, by odejść i nie dać się dłużej kontrolować.

 - Muszę zadać ci jedno pytanie i oczekuję szczerej odpowiedzi. Co zadecydowało o twoim odłączeniu się? Co tak bardzo chciałaś ukryć przed rodziną?

 Już otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale zamknęła je z wahaniem. Widziałem jak zaciskała pod stołem pięści, przebijając paznokciami skórę dłoni, aż do krwi. Nie patrzyła na nikogo z nas.

 - Nie wiesz jak to jest… – pisnęła. – Członkowie kręgu wiedzą o tobie wszystko. Widzą twoje myśli, lęki i pragnienia… Czują twoje emocje, dzielą wspomnienia… Nie masz żadnej prywatności. Kto chciałby tak żyć?

 - Pewnie niewiele osób… – stwierdziła Olivia, wymieniając z Alice spojrzenia. – Ale nie wierzę w takie tłumaczenie. Wytrwałaś tak kilkanaście lat. Coś musiało cię skłonić do tego, by przerwać to akurat w takim momencie. O CO CHODZIŁO, HANNAH? Mów!

 - Poznałam Chace’a! – rzekła, wyraźnie zdenerwowana. – Od początku miał jakieś podejrzenia i przekonał mnie do swoich racji!

 - Kłamiesz! Mów prawdę, albo same ją z ciebie wyciągniemy! – wrzeszczała Olivia, energicznie wstając. Ręce miała oparte o stół, a ciało pochylone w stronę Hannah. – Wiesz, że znamy skuteczne sposoby, przed którymi nawet Najprawdziwsza nie jest w stanie się obronić! Jestem pewna, że nie chcesz byśmy je zastosowały…

Teraz i Hannah zerwała się z krzesła, stając twarzą w twarz z Olivią. Tala przyglądała się temu z takim samym lękiem jak ja.

 - Zaprowadziłaś nas do Celeste! – wrzasnęła wściekła Hannah. – Kazałaś nam włączyć ją do kręgu!

Olivia uśmiechnęła się, wreszcie zadowolona z jej odpowiedzi, chociaż Hannah była tym jeszcze bardziej wstrząśnięta niż przedtem. Najpierw członkini Rady opadła z powrotem na krzesło, a po kilku sekundach głuchej ciszy, przepełnionej satysfakcją Olivii, Hannah również zajęła swoje miejsce. Może nie do końca wiedziałem co właśnie się wydarzyło, ale łza na policzku Hannah i zwycięski uśmiech Olivii mówiły mi, że nasza czarownica przegrała, a my razem z nią.

 - Jesteśmy na dobrej drodze – stwierdziła Olivia. – Rzeczywiście był pewien incydent z Celeste… Dobrze, kontynuuj.

Hannah zerknęła na nią ze złością, ale wiedziała, że nie mogła się sprzeciwić. Czymkolwiek Olivia jej wtedy groziła, ona to znała i bała się tego. Najgorsza prawda, musiała być od tego lepsza.

 - Jako Najprawdziwsza, zawsze byłam najsilniejsza w kręgu. Potrafiłam bronić się przed jego mocą i ukazywać tylko to co chciałam, w ten sposób chroniąc własne tajemnice. Kiedy połączyliśmy się z Celeste, nie potrafiłam ich utrzymać. Czułam jak coraz więcej z nich, przepływa przez członków kręgu, więc zerwałam połączenie i odeszłam, zanim odkryliby prawdę.

 - Jaką prawdę?

 - Że byłam Najprawdziwszą i od początku planowałam wystąpić przeciwko wam.

Olivia i Alice wymieniły ze sobą zdziwione spojrzenia.

 - Wiedziałaś kim byłaś? – zapytała ta, która była człowiekiem.

Dziwne, mi wydawało się to oczywiste. Przecież Hannah musiała o wszystkim wiedzieć od samego początku, bo niby jak miałaby się sama tego dowiedzieć.

 - Od zawsze – wyjaśniła cicho. – Kiedy umarłam, minęły wieki zanim się odrodziłam, ale stało się to i teraz żyję tu od setek lat, próbując wszystko naprawić.

 - Przecież znałam cię, gdy byłaś małą dziewczynką… – zauważyła Olivia. – Mieszkałam dwa domy od ciebie, gdy jeszcze nie byłam członkiem Rady.

 - Najprawdziwsza potrafi więcej niż zwykłe czarownice. Wcześniej żyłam raz za granicą, raz jedynie za górami, ale podejrzewałam kim jest Chace, gdy usłyszałam o wilku, który przeżył ugryzienie innego wilka. Nie byłam wcale taką małą dziewczynką. Miałam pięć lat, kiedy pojawiłam się po tej stronie gór. Jako Najprawdziwsza, potrafię kontrolować swój wiek. Mogę mieć pięć lat, a za chwilę siedemdziesiąt i znowu pięć. Chociaż byłam już dorosła, musiałam ukryć się wśród zwykłych czarownic, więc zostałam pięciolatką i znalazłam rodzinę, która zaopiekowała się biednym, porzuconym dzieckiem i traktowała je jak swoje. Byłam kilka lat młodsza od Chace’a, ale na początku tylko go obserwowałam. Kiedy postanowiłam go poznać, powiedziałam, że jestem starsza niż byłam wtedy według innych znajomych i rodziny. Gdy byłam pewna, że odnalazłam jednego z Najprawdziwszych, przekonałam go do buntu i ucieczki za granicę. Nie powiedziałam mu kim jest, ale wspomniałam trochę o naszej misji, a on mi uwierzył. Potrzebował jedynie przyjaźni, a ja mu ją dałam…

 - Czekaj… Co znaczy, że nie powiedziałaś mu kim jest? On nie wiedział?

 - Nie. Kiedy odrodził się pierwszym razem, pamiętał wszystko, tak jak ja, ale znów zmarł, a po kolejnych wiekach, niczego nie pamiętał. Nawet ja nie wiem dlaczego.

 - Nie sądziłaś, że rodzina może ci pomóc, w twoim planie? – zapytała Alice.

 - Nie, gdyby dowiedzieli się, że wykorzystałam ich, by zwrócić się przeciwko panującym wtedy zasadom. Kochali mnie, ale byli bardzo oddani panującej wtedy Radzie, a potem wam. Nie przekonałabym ich, jacy naprawdę byliście źli!

 - To nie my jesteśmy źli – stwierdziła Alice. – To przed wami musimy chronić miasto i jego mieszkańców. Jesteście zagrożeniem dla wszystkich gatunków.

 - Chcemy im tylko pomóc!

 - Może chcecie, ale nie możecie tego zrobić – zauważyła Alice. – Może macie dobre intencje, ale jesteście zbyt naiwni. Może nie jesteście tymi złymi, ale my też nie, a mimo to, nasze zdania bardzo się różnią. Jeśli się nie wycofacie, będziemy zmuszeni was zniszczyć.

 - Cóż… – Hannah spojrzała na Talę, a potem na mnie. Wbiłem w nią milczący wzrok. – Nie wycofamy się.

 - A co jeśli wasza teoria okaże się fałszywa? – dopytywała Alice. – Sami nie wiecie do czego dążycie i jakie to może mieć skutki. Nie chodzi tylko o was, ale o cały świat…

 Rada miała rację, ale wszyscy wiedzieliśmy, że w przepowiedni była mowa o naprawie. Jak naprawa mogłaby być czymś złym? Cokolwiek nas czeka, to coś dobrego, a one chcą nam tylko namieszać w głowach.

 - Nazywacie siebie Najprawdziwszymi, ale nimi nie jesteście. – Widziałem jak Hannah drżały ręce, gdy to mówiła. – Nie wiecie jak powinien wyglądać świat, bo nigdy nie żyliście w jego prawdziwej wersji. Ja tam byłam. Widziałam prawdę, którą muszę przywrócić i cokolwiek się stanie, warto ryzykować dla tego co było.

 - Dlaczego?

 - Gdybym… – Zamyśliła się na chwilę, jakby patrzyła na coś, czego żadne z nas nie widziało. – Gdybym była zwykłą czarownicą, pewnie potrafiłabym to zaakceptować. Pomyślałabym, że chociaż świat jest podły, znalazł sposób, by jakoś funkcjonować, ale wiem, że to wszystko jest kłamstwem. Świat nie jest okrutny. Nie powinien taki być… Tutaj jest tak samo źle jak za górami i za granicami miasta. To ja przekonałam Chace’a do swojej misji, ale on pokazał mi co naprawdę robi Rada. Wy wcale nie pomagacie społeczeństwu. Może tak to wygląda, ale osiągnęliście to wszystko poprzez okrucieństwo i niewolnictwo. Pozwalacie myśleć, że jesteście wybawcami, ale tylko ranicie innych i sprawiacie, by zapomnieli.  Ja wiem co się dzieje za zamkniętymi drzwiami. Wiem jak to wygląda od wewnątrz, bo Najprawdziwsi tak łatwo nie zapominają. Z nas nie da się zrobić robotów tak, jak zrobiliście to z innymi.

 - Jeszcze zobaczymy – wtrąciła cicho Olivia. Byłem pewien, że Hannah to usłyszała, chociaż postanowiła zignorować.

 - Żyłam w świecie, w którym nie istniało zło. Nikt ze sobą nie walczył, a każdy kolejny dzień był wielkim świętem. Wszyscy byli szczęśliwi. Czasem wydaje mi się to obce. Odległe, jakby było tylko niewyraźnym, zapisanym zbyt głęboko w pamięci snem, ale otwieram oczy i uświadamiam sobie, że to prawdziwe życie. Kiedy raz ujrzysz coś wspaniałego, nie zadowolisz się już przeciętnością. Mam w głowie wspomnienia, które dla wielu mogą być tylko marzeniami, a ja chcę te marzenia spełnić. Po prostu… Nie potrafię patrzeć na cierpienie i wojny… Kiedyś było inaczej i nawet nie zdawałam sobie sprawy, że tak łatwo to zniszczyć. Nie wiem dlaczego potrafimy coś docenić dopiero gdy to stracimy, ale wiem, że zrobię wszystko, by to odzyskać. Rozumiem, że się boicie. Też się boję, ale chyba nie może być już gorzej. Nikt nie zasłużył, by żyć w takim piekle jak to. Wszyscy powinni poznać prawdziwy świat takim, jaki był przed wstąpieniem zła.

Do tej pory, wszyscy uważnie słuchaliśmy jej słów. Ja nie doświadczyłem tego co ona i chyba nie potrafiłbym sobie wyobrazić tego o czym mówiła, ale jeśli było możliwe bym kiedyś sam to przeżył, to musiałem pomóc. Jej wizja świata wydawała się piękna, a tutaj nigdy nie miałem łatwo.

 - Hannah, gdyby to co mówisz mogło się spełnić, stanęłybyśmy po twojej stronie, ale ryzyko jest zbyt duże – stwierdziła Alice ze smutkiem.

 - Dokładnie – poparła ją Olivia. – Jakiekolwiek zmiany są zbędne. Kierujesz się swoją przeszłością, ale inni nie znają twojego świata, a ten w którym żyją, zawsze był ich jedyną rzeczywistością. Nie będą tęsknić za czymś, czego nie poznali, ale jeśli twoja wielka misja wniesie coś gorszego niż jest, to wiesz kogo będą o to obwiniać?

 - Nie wniesie nic gorszego!

 - Tego nie wiesz! Gdyby twój plan wypalił, byłabyś martwa, a społeczeństwo oskarżyłoby nas!

 - Więc co? Tak po prostu zabijecie Nate’a i odbierzecie światu szansę na szczęście?!

Olivia uśmiechnęła się złośliwie, a Alice siedziała obok z pochyloną ze smutku głową.

 - Kto mówił o zabijaniu Nate’a? – zdziwiła się Olivia. – Chłopak nie jest niczemu winny…

 - Jakby was to obchodziło… Poznaliśmy wasze zamiary jeszcze przed ucieczką.

 - Cóż… Wiele się zmieniło od tamtego czasu. Przede wszystkim doszłyśmy do wniosku, że chłopak może nam się przydać. Nie jest tak buntowniczy jak ty i twój przyjaciel-wilkołak, więc łatwo go przeciągnąć na swoją stronę. Przecież jest niezwykle silny nawet jak na wilka, ma serce czyste jak człowiek i po kilku lekcjach magii, z pewnością zostanie potężnym czarownikiem… Trzy gatunki w jednym i to jeszcze ze wzmocnioną magią… Nate jest idealnym materiałem na Obrońcę Pokoju. Niestety jest także główną częścią przepowiedni, ale kiedy wyjmiesz jeden klocek, cała wieża się zawali, prawda? Wystarczy, że pozbędziemy się Najprawdziwszych i tak się dobrze składa, że mam właśnie jedną z nich przed sobą. – Klasnęła w dłonie. – Hura! Chłopak nie umrze! Czy to nie wspaniałe? – zapytała sarkastycznie.

Miałem ochotę krzyczeć. Może nawet bym to zrobił, ale to by tylko udowodniło moją dziecinność, a ja pomimo swoich dziewięciu lat, próbowałem zachowywać się dorośle.

Hannah i Olivia wpatrywały się sobie prosto w oczy, ale żadna z nich się nie odzywała. Trwało to tak długo, aż jeden z Obrońców nie otworzył drzwi, w których stanął…

 - Nate! – zawołała uradowana Tala.

Uśmiechnąłem się na jego widok, chociaż wcale go nie znałem. Widziałem go pierwszy raz, ale słyszałem o nim tak wiele, że wydawało się jakbym znał go całe życie.

Trochę inaczej go sobie wyobrażałem. Słyszałem, że był tylko nastolatkiem, ale mówiono o nim z ogromnym szacunkiem i zachwytem, co wytworzyło w mojej wyobraźni obraz wysokiego i groźnego mężczyzny z krótko obciętymi włosami i wielkimi mięśniami. Ten chłopak wyglądał zupełnie inaczej. Był niewiele wyższy od Hannah i Tali, prawie ich wzrostu. Ciemne włosy opadały mu na czoło, a oczy kryły w sobie jakiś mrok, ale nie wydawały się niebezpieczne. Poza tym był chudy, a jego siłę poczułem dopiero, gdy chwycił mnie od tyłu i jedną ręką, przerzucił sobie przez ramię. Nienawidziłem tej pozycji, czując się głęboko upokorzony, więc zacząłem się szarpać, kopiąc go przy tym i waląc pięściami w plecy, ale on jakby zupełnie nie czuł bólu.

Drugą ręką chwycił Talę i przyciągnął ją mocno do siebie tak, by nie mogła się ruszyć.

 - Zabierz ich z powrotem do celi, Conan – poleciła Olivia.

Wiedziałem, że prawdziwe imię pierwszej i jedynej hybrydy brzmiało Conan, ale mimo to, zabrzmiało ono jakoś dziwnie.

 - Czarownicę też? – zapytał zachrypniętym głosem.

 - Nie. Celeste prosiła o możliwość rozmowy z nią, także dołączy do więźniów trochę później. Zajmij się tą dwójką.

 - Dobrze.

Wiedząc, że się nie uwolnię, nie próbowałem już walczyć. Zawsze lubiłem obserwować innych i dowiadywać się przez to rzeczy, których sami by nie powiedzieli, a teraz musiałem przyjrzeć się Hannah i Tali, by wiedzieć jak się zachować. Mówiły, że Nate będzie po naszej stronie, więc wystarczy go tylko odnaleźć, a pomoże nam się wydostać, ale ten chłopak chociaż nie wyglądał groźnie, wydawał się być dla nas dużym zagrożeniem.

 - Co oni ci zrobili? – zapytała z płaczem Tala, ale Nate był głuchy na jej głos. Słuchał jedynie Rady.

Przeniosłem wzrok na Hannah, która patrzyła na Olivię z nienawiścią. Pewnie też bym to robił na jej miejscu, chociaż pewnie i tak byłem w podobnej sytuacji. Zabiją ją, a co z nami? Byliśmy im zbędni, ale wątpiłem, by nas tak po prostu wypuścili, zwłaszcza że znaliśmy prawdę o przeszłości świata i moglibyśmy przekazać ją mieszkańcom, a wtedy nawet bez możliwości odzyskania tego co było, pewnie wybuchłby bunt i doszłoby do jeszcze większych walk. Najłatwiej byłoby się pozbyć też nas i każdego kto kiedykolwiek współpracował z Najprawdziwszymi, a więc także Franka i mojego brata.

Mnie mogli zabić jeśli tak bardzo tego pragnęli, ale nie Erica. Ja byłem gotowy na śmierć, odkąd tylko straciłem rodziców. Poznałem co to strach, cierpienie i bezradność, tym samym podejmując trudne wyzwanie, z którego nie można by wyjść cało. To nie mogłoby się inaczej zakończyć, ale czasami śmierć bywa ratunkiem. Po prostu znikasz i żyjesz już tylko w sercach swoich bliskich, ale z czasem i oni o tobie zapominają, a ty całkowicie przestajesz istnieć. Nie ma cię. Każda historia jest podobna. Zaczyna się i kończy tak samo. Pewnego razu przyszło na świat małe niewinne dzieciątko, ale ten mały chłopiec lub ta mała dziewczynka nigdy nie usłyszy: „I żyli długo i szczęśliwie”. Życie nie jest bajką i zawsze kończy się śmiercią. Najważniejsze są wstęp i zakończenie, ale tylko to co wypełnia puste kartki pomiędzy nimi, odróżnia nas od siebie. To tam kryją się wszystkie wzloty i upadki, a to kto ma ich więcej, a kto mniej, zależy tylko od pisarza, którym jest los. No cóż… Dla mnie los nigdy nie był łaskawy, a moja książka pewnie nie będzie zbyt obszerna, ale to Eric najbardziej się dla mnie liczył. Jego historia jest krótsza od mojej, ale ma szansę ją przegonić i chociaż na końcu i tak usłyszy to samo co każdy, to środek może zostać wypełniony szczęściem. Na razie nie było go zbyt wiele, ale dopiero kilka kartek zostało zapisanych, a Rada nie ma prawa wprowadzać końca zbyt wcześnie.

——————————————————————————————————————————

Pracowałam nad tym wieczorami podczas wyjazdu, chociaż nie miałam internetu, ale OpenOffice okazał się pomocny. Myślałam, że może zdążę jeszcze w sobotę, ale jednak wróciłam zbyt późno, także tak jak obiecałam – nowy wpis w niedzielę. Mam nadzieję, że wam się podoba :)

Krótka Przerwa

2

:-( Chciałam was poinformować, że wyjeżdżam i pewnie nie będę miała czasu, by coś pisać, więc zarządzam krótką przerwę na moim blogu.  :-( Myślę, że nowego wpisu będziecie mogli się spodziewać w niedzielę. Mam nadzieję, że mi wybaczycie i wytrzymacie te kilka dni.  ;-) Pozdrawiam i korzystając z okazji dziękuję za wszystkie dotychczasowe komentarze, które są dla mnie bardzo ważne i bardzo mnie motywują do dalszego pisania. :-)

69 JASON

1

jason

Na pierwszy rzut oka, tutaj było inaczej. Trawa była bardziej zielona, a niebo bardziej błękitne, ale to wciąż było Grooveland, a w nim nic nie było wiecznie spokojne. To nas tylko oszukiwało, dawało złudną nadzieję, której niektórzy ulegli. Zatrzymaliśmy się tu tylko na chwilę, ale nie wolno było zapominać w jakiej byliśmy sytuacji. Prowadziliśmy wojnę, o której wróg do końca nie wiedział. Miło było zatrzymać się na chwilę, wyciągnąć zapasy, odpocząć i wykąpać się, ale to tylko chwilowe i nieprawdziwe. Moje życie zawsze było trudne, a takie momenty jak ten rzadkie i ulotne.

Straciliśmy czworo towarzyszy. Najpierw zmarła Jessica, a teraz porwano Hannah, Talę i Willa, ale oni zdawali się o tym nie pamiętać. Tylko Lukas siedział smutny na brzegu rzeki i moczył w niej nogi, ale on miał jeszcze inne zmartwienia. Wczoraj opuścił nas Kai. Nie znałem go za dobrze, ale potrafił walczyć i był w watasze Lukasa. Z tego co wiedziałem, stado było dla wilków świętością, a mimo to, on wybrał ludzi. Nie byłem przy ich rozmowie na ten temat, ale kiedy ruszyliśmy dalej, a Chris zapytał o Kaia, Lukas powiedział tylko, że Biały Kieł nigdy nie był prawdziwą watahą, a chłopak znalazł lepszą rodzinę i lepszy dom. Dokonał wyboru i nikt nie mógłby go przekonać do zmiany decyzji, więc Lukas nie naciskał. Twierdził, że miał przed sobą misję, która w tej chwili była jego priorytetem i nie mógł zajmować się nieistotnymi sprawami, które by go rozpraszały. Nie sądziłem tylko, że Kai, który tak długo był jego bratem krwi, stał się nagle nieistotną sprawą i chyba rzeczywiście nie było to prawdą, bo od tamtego czasu, Lukas chodził raz smutny, raz wkurzony, ale ani razu nie wspomniał już o Kaiu, jakby nigdy nie istniał.

  – Jason? – Adam podszedł do mnie od tyłu.

Siedziałem na trawie, daleko od rzeki tak, bym miał widok na każdego z towarzyszy. Jedynie Adam mnie zaskoczył, zachodząc od tyłu. Nie miał na sobie koszulki, odsłaniając umięśnione ciało, ale on był wilkiem, nie czuł zimna, chociaż dzisiejszy dzień i tak był wyjątkowo ciepły. To nie było jedyną dziwną rzeczą w Grooveland, ale dość ciekawą. Zdarzało się, że latem padał śnieg, a zimą świeciło palące słońce. To chyba nie było normalne, ale już przywykłem. Przecież spędziłem tu całe swoje dotychczasowe życie.

  – O czym tak myślisz? – zapytał chłopak.

  – O tym co nas czeka – rzekłem smutno. – Nie będzie łatwo.

Ukucnął przy mnie z szerokim uśmiechem na twarzy. Rzadko się uśmiechał, a szkoda, bo wyglądał wtedy o wiele lepiej.

  – Ej, to nie ma znaczenia – powiedział. – Życie zawsze było trudne, ale możemy pokonać wszystkie przeciwności.

 Zarzucił mi rękę na szyję i spojrzał w przestrzeń, choć szybko zorientowałem się na co tak naprawdę patrzył. Na Erica wtulonego w Franka, na Petera i Vicky obściskujących się w wodzie, na Nicole śmiejącą się nie wiadomo z czego, na Chrisa i Daniela, przepychających się jak dzieci. Na naszych przyjaciół, którzy potrafili być szczęśliwi i cieszyć się chwilą.

  – Spójrz na nich – polecił. – Wszyscy jesteśmy inni. Trzy różne grupy przyjaciół, trzy różne gatunki… Ale łączy nas wspólny cel. Wszyscy jesteśmy dzikimi i chodzi nam o to samo, więc właśnie dlatego poradzimy sobie z Radą. Jesteśmy w tym razem, rozumiesz?

  – Adam?

  – Hm?

  – Dzięki.

  – Ej, to ich zasługa. – Wskazał na resztę towarzyszy.

  – Nie, chodzi mi o to… Zachowujesz się jak prawdziwy przyjaciel.

  – Jesteśmy przyjaciółmi, tak?

  – Tak.

Adam był moim przyjacielem. Najlepszym i jedynym. Nicole, Vicky i Peter byli w porządku, ale nie byli prawdziwymi przyjaciółmi, a jedynie współpracownikami. Zawsze czułem się jakby dziadek był szefem, który wszystkim rządzi i gdyby kazał im mnie lubić, to tak by było, a gdyby kazał im mnie zranić, zrobiliby to bez wahania. Z Adamem było inaczej. Już od jakiegoś czasu widziałem jak starał się być po mojej stronie. Pocieszał mnie i pomagał, a przynajmniej starał się to robić.

 - Chodź! – zawołał, podając mi rękę.

Chwyciłem ją, by podnieść się z ziemi, a potem Adam zaczął mnie lekko pchać w stronę rzeki.

 - Dziś nie musimy się niczym martwić. Wykąpiemy się i trochę odświeżymy, a rano znów staniemy się dzikimi, ukrywającymi się przed Radą. Skaczesz?

 - Chyba nie mam na to ochoty – powiedziałem.

Nie dałem już mu się prowadzić, a kiedy poczuł, że stawiam opór, nie pchał mnie na siłę, ale jego dłoń nadal spoczywała na moim ramieniu.

 - No chodź, będzie fajnie.

 - Wolę nie.

 - Jak chcesz – stwierdził.

Zdjął spodnie i wziął lekki rozbieg. Biegł bardzo szybko, wybijając się, gdy teren zaczął schodzić w dół do rzeki. Tak, wilki potrafiły skakać wysoko i daleko.

Usłyszałem plusk. Zanurzył się w rzece, a Nicole nagle odskoczyła, by jej nie ochlapał, ale chyba i tak to zrobił. Zbliżyłem się do krawędzi, by na niego spojrzeć. Miał przerażoną minę, czegoś się bał.

 - Jason, za głęboko! – Zawołał. – Pomóż mi!

Topił się, a ja stałem nad nim. Zerknąłem na innych, ale odeszli zbyt daleko, by usłyszeć co się działo.

Dłużej się nie zastanawiając, zdjąłem koszulkę i zsunąłem spodnie, a potem wskoczyłem do rzeki, by go uratować. Wreszcie zdobyłem prawdziwego przyjaciela i nie mogłem go tak łatwo stracić. Będąc w wodzie, złapałem go pod ręce i przycisnąłem mocno do siebie, usiłując wyciągnąć go na powierzchnię. Łapał ciężko powietrze.

 - Jason? – jęknął. – Mam nadzieję, że się nie wkurzysz, ale tylko żartowałem.

Zaczął się śmiać. Dopiero kiedy to powiedział, zorientowałem się, że gdy się wyprostowałem, dotykałem dna. Adam był ode mnie trochę niższy, ale z pewnością wystarczyło, by stanął na palcach.

Puściłem go natychmiast, a wtedy zaczął się jeszcze bardziej śmiać. Ruszyłem w kierunku brzegu, chcąc wyjść z tej zimnej wody.

 - Jason, nie bądź zły – wołał radośnie. – Chciałem tylko żebyś wiedział co tracisz!

On nadal miał to za żart, ale kiedy widział, że wcale nie reaguję tak jakby się tego spodziewał, nabrał poważniejszego tonu.

 - Ej, Jason! Przepraszam, to było…

Złapał mnie za ramię i wtedy wykorzystałem sytuację, by robiąc gwałtowny obrót, ochlapać go wodą. Cofnął się do tyłu i zakrył rękami, początkowo nie wiedząc co się dzieje. Ochlapałem go jeszcze raz. Śmiałem się. On też się śmiał.

Zamachnąłem się, by jeszcze raz go ochlapać, ale tym razem on był pierwszy i krople wody wpadły mi do oczu. Chlapaliśmy się chwilę, aż wreszcie skoczył na mnie, chwytając mocno za ramiona i wciskając pod wodę.

Kiedy wreszcie się uspokoiliśmy i wypłynęliśmy na powierzchnię, nadal trzymał dłonie na moich ramionach, a moje ręce błądziły gdzieś w odmętach rzeki. Liczne kropelki wody lśniły na jego twarzy, a włosy chociaż krótkie, opadały delikatnie na jego czoło. Znajdując się w niezręcznej sytuacji, tak blisko niego, nie wiedziałem co robić. Z jakiegoś powodu wyciągnąłem rękę i odgarnąłem mu mokry kosmyk, a potem… Pocałowałem go.

Sam nie wiedziałem dlaczego to zrobiłem. Byłem zaskoczony równie mocno jak on, ale chyba naprawdę tego chciałem, a on wcale nie protestował. Przypatrywał mi się chwilę, jakby powoli do niego docierało co właśnie zrobiłem, a potem jego dłonie powędrowały w górę, po mojej szyi, a ja objąłem go w pasie i przyciągnąłem mocno do siebie. Tym razem to on przycisnął wargi do moich i nie cofał ich przez kilka sekund, a potem jeszcze raz na mnie spojrzał i znów złożył długi pocałunek na moich ustach.

 - Adam, jesteś pewny? – zapytałem, odsuwając go od siebie, chociaż wcale nie chciałem tego robić.

Poczułem jak stawia opór. Ujął moje dłonie w swoje, nie pozwalając się odepchnąć.

 - Całkowicie – powiedział.

Ktoś zaczął klaskać. Kiedy spojrzałem w górę, stali tam Vicky i obejmujący ją od tyłu Peter, który wychylał się do nas z szerokim uśmiechem. Nie wiedziałem, że tam byli, ani nie miałem pojęcia jak długo, ale cieszyłem się z ich reakcji. Nawet nie myślałem o tym, jak inni przyjmą moją relację z Adamem, ale to chyba dobry sposób.

Nagle obok nich pojawili się inni, będąc ciekawi co się dzieje. Adam nazywał ich naszymi przyjaciółmi, ale teraz było ich za dużo, przez co czułem się jak zwierzę w zoo.

Mój dziadek też tam był, choć tym razem bez Erica. Chłopca nie widziałem w pobliżu, ale staruszek patrzył na mnie z większą złością niż kiedykolwiek. Wiele znosiłem z jego strony, ale tym razem chyba przegiąłem. Inni się śmiali, ale nie złośliwie. Przyjaźnie. Wszyscy oprócz niego, który odszedł stamtąd chyba obrażony. Natychmiast odepchnąłem Adama, który tym razem nie stawiał oporu i wyskoczyłem na brzeg, wkładając spodnie na mokre ciało i mijając wszystkich nad nami, a biegnąc za dziadkiem. Dogoniłem go kilka kroków dalej, kiedy udało mi się go zatrzymać pod drzewem.

 - Dziadku, zaczekaj! – poprosiłem.

 - Nie nazywaj mnie tak, Jason! – warknął. – Nie po tym co zobaczyłem!

 - Pozwolisz mi chociaż wyjaśnić?!

 - Tu nie ma czego wyjaśniać! – Wyciągnął palec przed siebie, jakby chciał mi grozić. – Mój wnuk jest pedałem!

 - Nie nazywaj mnie tak!

 - Więc się tak nie zachowuj! Ja tylko nazywam rzeczy po imieniu!

Czasem miałem wrażenie, że robił to celowo, tylko dlatego, że czerpał z tego przyjemność. Jakby upokarzanie mnie, było jego hobby. Cokolwiek robiłem i jakąkolwiek drogę wybierałem, on zawsze miał się do czego doczepić. Wiecznie mnie ranił. Starałem się być silny i nigdy nie okazywałem przy nim słabości, udając, że się tym wszystkim nie przejmowałem, ale to że nie płakałem, nie oznaczało że było mi wszystko jedno. Zawsze chciałem by był dla mnie takim dziadkiem jak inni. Chciałem by od czasu do czasu pokazywał, że nie kochał i że był ze mnie dumny. Chyba każdy czasem tego potrzebował.

 - Przepraszam – szepnąłem, kiedy już chciał odejść.

 - Jedno słowo nie zmaże lat rozczarowań.

 - Wiem, ale i tak przepraszam – powiedziałem łagodnie. – Przepraszam za wszystko. Za… Za to, że przyszedłem na ten świat. Przepraszam, że nie odziedziczyłem genów wilka ani czarownika, jako jedyny z rodziny stając się człowiekiem. Przepraszam, że rodzice mnie porzucili i to ty musiałeś się ze mną męczyć. Przepraszam, że próbowałem być szczęśliwy. Przepraszam, że zakochałem się w Adamie. Przepraszam, że…

 - Dość! – zawołał.

W oczach miał dzikość, podobną do wilka, którym nie był. Przez moment nawet myślałem, że mnie uderzy. Nie był dobrym dziadkiem, ale mimo to nigdy jeszcze tego nie zrobił, lecz byłem gotowy, że ten dzień kiedyś nadejdzie, a teraz prawie pewny, że dostanę w twarz. Przygotowałem się na to, ale on tylko uniósł ponownie palec i rozdziawił usta jakby zamierzał wygłosić jakąś długą i pouczającą przemowę, ale ostatecznie odwrócił się ode mnie i odszedł, zanim zdążyło do czegoś dojść. Może to dobrze, ale i tak zdążył już pokazać co o mnie myślał.

Opuściłem bezradnie głowę, bojąc się wrócić do towarzyszy, niby „przyjaciół”. Znów miałem to głupie uczucie, jakbym chciał się rozpłakać lub zapaść w sen i nigdy się nie obudzić, ale oba te rozwiązania były w równym stopniu niemożliwe.

Jako chłopiec byłem kochany. Gdy miałem kilka lat, nikt jeszcze nie widział kim naprawdę byłem. Próbowano uczyć mnie kilku zaklęć, ale szybko odkryto, że nie odziedziczyłem genów matki, która była czarownicą. Sądzono, że będę potężnym wilkiem po ojcu, ale jeszcze zanim skończyłem szesnaście lat, stwierdzono, że byłem za słaby, by ten gen mógł się u mnie ujawnić. Od tamtego czasu, rodzice się ode mnie oddalili, a ja codziennie obserwowałem jak uczyli moich braci zaklęć i jak szykowali ich do życia wilków. Widziałem u nich dumę, ale nigdy ze mnie. Kiedy bracia kończyli treningi i wszyscy udawali się na kolację, ja trenowałem, by być jak oni, ale nigdy nie mogłem im dorównać. Wtedy zrozumiałem, że człowiek nigdy nie będzie tak silny jak wilk, ani nie posiądzie takiej mocy jak czarownik, ale mimo to nie zaprzestałem ćwiczeń. Przestałem robić to dla rodziców i sam zacząłem czerpać z tego przyjemność, widząc jak moje mięśnie rosły i jak stawałem się coraz lepszy. Jeden z moich starszych braci, nakrył mnie kiedyś na treningu i obiecał nikomu o tym nie mówić. Czasem wyciągał mnie z łóżka w nocy i pomagał mi z ćwiczeniami. Czasem nawet walczyliśmy, ale on dawał mi wygrywać, bym się nie załamywał. Kiedy oddano mnie pod opiekę dziadkowi, miałem dziewięć lat. Byłem w wieku Willa, ale nie miałem jego magii. Chociaż rodzice stracili już we mnie wiarę, dziadek długo uważał, że nie można skreślać moich szans w tak młodym wieku, chociaż niektórzy już po urodzeniu potrafili określić gatunek dziecka. Moi rodzice do nich nie należeli, ale kilka lat im wystarczyło. Dziadek wierzył we mnie przez jakiś rok. Potem mu przeszło i od tamtego czasu było coraz gorzej. Pozwalał mi trenować, mówiąc, że i tak mogę być dobry, ale nigdy mi nie powiedział, że wreszcie taki byłem. Nie chwalił mnie. Nigdy. On przynajmniej mnie nie porzucił jak rodzice, ale i tak źle mnie traktował. Kiedy zmarła moja matka, zachowywał się jakby to było moją winą, a potem został dzikim, choć nadal liczyły się dla niego tylko dwa z trzech gatunków. Stworzył sobie nową lepszą rodzinę, którą miał zawsze na swoje rozkazy, a mnie odsunął na bok. Tak było aż do teraz.

 - Jason, w porządku? – zapytał Adam.

Odwróciłem się do niego z grymasem na twarzy. Nie był sam. Wraz z nim zjawili się inni. Vicky i Nicole obeszły mnie z obu stron, pewnie próbując mnie pocieszyć, ale nie chciałem, by mnie dotykały i prawiły fałszywe komplementy, by podnieść moją pewność siebie. Dziadek już wystarczająco ją zniszczył, a Vicky i Nicole należały do niego. Dziadek był szefem. Kontrolował wszystko. Podporządkował sobie je dwie, Petera, wszystkich czekających w siedzibie dzikich, oczekujących na Hannah, a teraz próbował to samo zrobić z nowymi ofiarami. Lukasem, Chrisem, Danielem, Talą i Hannah. Nawet z Adamem, który łatwo mu się nie dawał, ale to tylko na razie. On z kolei był podporządkowany Lukasowi, więc wystarczyło, by dziadek zdobył alfę, a będzie miał całe stado.

 - Nie – powiedziałem, wbijając wzrok w chłopaka. – Nie, Adam, nie jest w porządku.

Zrzuciłem dłonie dziewczyn z ramion i wróciłem na brzeg rzeki po swoje rzeczy. Wziąłem koszulkę i buty w ręce, ale nie wkładałem ich, gdyż woda wciąż ściekała po moim ciele.

Chciałem znaleźć spokojne miejsce, w którym nikt mnie nie znajdzie. Gdybym już takie odkrył, mógłbym nigdy z niego nie wychodzić, aż wreszcie bym tam umarł, z dala od dziadka i tak zwanych „przyjaciół”. Po prostu… Miałem tego wszystkiego dość. Wiele znosiłem, ale wreszcie zaczęło mnie to przerastać, a kiedy już upadłem, nie miałem siły, ani motywacji, by powstać. Dusiłem uczucia w sobie, nie chcąc, by wypłynęły na zewnątrz, a teraz one wszystkie wybuchły, choć nadal nie potrafiły się wydostać.

68 TALA

1

Tala, 18 lat

Moje umiejętności wróciły, więc dlaczego mrok wciąż wydawał się tak głęboki? Dlaczego dokuczała mi ciemność, z którą nie radził sobie mój wzrok? Dlaczego?!

 - Tala? To ty? – usłyszałam przyjazny głos Hannah.

Musiała mnie usłyszeć, gdy podnosiłam się z ziemi, a potem zaczęłam po omacku szukać czegoś wokół siebie. Sama nie wiedziałam czego. Dziewczyna chociaż nie była wilkiem, jak na czarownicę miała bardzo dobry słuch.

 - Hannah? Gdzie jesteśmy?

Zadałam to głupie pytanie tylko po to, by się upewnić. Pamiętałam mężczyzn w czarno-zielonych strojach, charakterystycznych dla Obrońców Pokoju. Słyszałam o nich trochę już na początku wędrówki, kiedy Lukas i Hannah nas przed nimi ostrzegali. Mówili, żeby z nimi nie walczyć jeśli nie będziemy mieć dużej przewagi liczebnej. Najlepsze co mogliśmy robić to uciekać, ale tym razem nie było czasu na ucieczkę. Pojawili się znikąd i chociaż powstrzymali goniącego nas wilkołaka, potem strzelili do nas czymś dziwnym, co spowodowało utratę świadomości. Jeszcze teraz czułam w tym miejscu piekące uczucie.

 - Hannah?

 - Myślę, że jesteśmy w siedzibie Rady, ale w tej części królestwa nigdy nie byłam. To jakieś cele…

Wyciągając ręce przed siebie i zatapiając je w całkowitej ciemności, postąpiłam kilka kroków w stronę dochodzącego głosu. Nie widziałam czarownicy, więc musiałam jej chociaż dotknąć, by uwierzyć, że nic jej nie jest.

Moje dłonie natrafiły na wilgotne kraty, po której spływały krople wody. Rzeczywiście to jakieś więzienie, ale przydałaby się chociaż odrobina światła, by zobaczyć coś więcej. Może Hannah mogłaby coś z tym zrobić…

 - Możesz czarować? – zapytałam poruszona.

Wydawało mi się jakby pokiwała głową, ale nie mogłam tego widzieć, więc może tylko to sobie wymyśliłam.

 - Nie – powiedziała. – Wstrzyknęli nam serum, które hamuje wszystkie nasze moce.

 - Znowu?! Jestem wilkiem, nie mogę znów być jak człowiek!

 - To tylko tymczasowe – zapewniła. – Kiedy ostatnio tu byłam, mieli takie działające godzinę lub dwie godziny, ale niewykluczone, że opracowali nową wersję, która trzyma dłużej. Nawet nie wiem ile tu jesteśmy… Zamknęli nas tu, gdy byłyśmy nieprzytomne.

 Odsunęłam się od krat, skoro jedynie moczyły mi dłonie, ale nie odchodziłam gdzieś dalej, nie wiedząc czy pod nogami nie mam jakiś przeszkód.

 - A Will? – zawołałam nagle.

Dopiero teraz sobie przypomniałam, że chłopiec był z nami. Sama niosłam go na rękach, a jeden z Obrońców Pokoju, przewiesił go sobie przez ramię jak jakąś lalkę.

 - Jest w celi obok mnie. Wyczułam go przez kraty, ale jest jeszcze nieprzytomny. Dzieci gorzej reagują na te wszystkie usypiacze Rady, ale… Nic mu nie będzie.

 - Dobrze…

Nagle usłyszałam skrzypienie drzwi, a na górze rozbłysło jasne światło. Teraz widziałam dokładniej. Cele miały wielkość około czterech metrów kwadratowych, a oddzielone były grubymi kratami, od góry wychodzącymi z ciemnego kamienia, z którego spływała woda, jakbyśmy byli w jaskini. W kącie stało zardzewiałe wiadro i nic poza tym. Hannah znajdowała się w celi naprzeciwko mnie i dlatego nie mogłam jej dotknąć. Dzielił nas korytarz o szerokości półtora metra, a kraty były rozstawione zbyt gęsto, by przecisnąć przez nie całą rękę aż do ramienia. Obok niej zamknięto Willa, która tak jak mówiła Hannah, leżał nieprzytomny przy kratach po jej stronie. Obok mnie natomiast… Ktoś tam był. Siedział w kącie i wpatrywał się w ziemię, nie zwracając uwagi ani na mnie, ani na Hannah, ani nawet na małego Willa. Trzymał coś w dłoniach, opierając to o swoje kolana, ale nie widziałam co. Właściwie to wyglądał jak martwy, ale przy świetle widziałam jak powoli poruszał ustami, jakby chciał coś powiedzieć, ale robił to bezdźwięcznie.

Drzwi ponownie zaskrzypiały, tym razem się zamykając, a przed nimi stali Obrońca z trochę śmiesznymi blond loczkami i jakaś młoda dziewczyna, nie starsza ode mnie w czerwonych rurkach i koszulce tego samego koloru. Nie wyglądała groźnie. Oczy miała spuszczone jakby się czegoś wstydziła, a w trzęsących się rękach, trzymała tacę.

Obrońca zrobił kilka kroków naprzód. Nie spieszył się. Obrzucił wzrokiem mężczyznę po mojej lewej i Willa po drugiej stronie korytarza, ale zatrzymał się dopiero przy mnie i Hannah. Najpierw odwrócił się w moją stronę i trzymając dłonie na pasku, spojrzał na mnie mrużąc oczy.

Cofnęłam się w najdalszy kąt celi, ale on nadal patrzył tak samo, jakby chciał mnie jakoś skrzywdzić. Poczułam ulgę, kiedy wreszcie bez słowa skierował się do Hannah, ale też strach, kiedy wyciągnął klucz, by otworzyć jej celę. Dziewczyna patrzyła na niego tak samo groźnym wzrokiem jak on. Stała na środku ze spuszczonymi rękami i zaciskała mocno pięści. Oblizała dolną wargę, uniosła wyżej głowę i czekała co się wydarzy. Nie bała się tego, ale odważnie wyczekiwała swojego losu.

Obrońca wyciągnął nóż, zanim wkroczył do celi. Sądząc po minie Hannah i jej napiętych mięśniach, wiedziałam, że będzie walczyć, chociaż nie miała broni, ale ona pozwoliła, by mężczyzna chwycił ją za ramiona i pochylając ją lekko do przodu, wyprowadził na korytarz.

 - Hannah! – zawołałam, ale ona tylko rzuciła mi krótkie spojrzenie z delikatnym uśmieszkiem.

Sama mówiła, że aby wygrać z Obrońcą, trzeba mieć przewagę liczebną i naprawdę się tego trzymała. Podziwiałam jej odwagę. Była niesamowita, ale serce waliło mi jak szalone, kiedy wyszli za drzwi. Światło jednak nie zgasło, a dziewczyna wciąż była w środku. Podeszła do Willa i otworzyła małą kwadratową bramkę na dole celi, przez którą wsunęła mu coś do środka. Chłopiec i tak się nie poruszył, nadal leżał w tej samej pozycji. Potem podeszła do mnie i ściągnęła coś z tacy, wsuwając to przez niewielki otwór. To była miska zupy.

 - Dziękuję – powiedziałam.

Podniosła na mnie wzrok, jakby zaskoczona, że w ogóle się odezwałam.

 - Proszę – rzekła cicho i niewinnie. Nie była zła. Nie ona.

Na tacy została jej jeszcze jedna miska, prawdopodobnie przeznaczona dla więźnia po mojej lewej. Kiedy zbliżyła się do niego, byłam tego pewna. Uklęknęła na ziemi, a jej ręce zaczęły jeszcze bardziej drżeć. Otworzyła bramkę i sięgnęła po zupę.

W jednej chwili, siedzący pod ścianą mężczyzna, znalazł się tuż przy dziewczynie, ściskając ją mocno za nadgarstek. Zupa wypadła jej z rąk i rozlała się na ziemi, a na jej policzkach pojawiły się słone łzy, które łykała wraz z dławiącym ją szlochem.

Teraz widziałam mężczyznę trochę dokładniej. Miał wściekłe wilcze oczy. To były złe oczy, przepełnione żółtym blaskiem. Najbardziej zwracały na siebie uwagę, ale charakteryzowały go też kruczoczarne włosy, wystające spod kaptura jego bluzy, niedbały zarost, zmarszczone brwi i czoło, a także wychudzona twarz.

Dopadłam do krat oddzielających moją celę od jego i chciałam zacząć krzyczeć, ale nie wiedziałam co. Dziewczyna była przerażona, ale pracowała dla tych, którzy nas tu więzili, nie była jednak temu bezpośrednio winna. Poza tym, nawet nie znałam mężczyzny i nie wiedziałam za co go tu zamknięto. Może na to zasłużył, a może był jednym z dzikich, tak jak my. Może siedział tu już bardzo długo i wiedział, że dziewczyna nie jest taka niewinna jak mi się wydawało. Może robili mu tu straszne rzeczy i przez to wyglądał teraz jak szaleniec, jak zwierzę. Może go skrzywdzili. Może…

Zauważyłam jak coś błysnęło w ręce dziewczyny. Kiedy wbiła igłę strzykawki w dłoń mężczyzny, ten puścił jej nadgarstek i opadł do tyłu, jakby poparzony. Zamknęła natychmiast bramkę i biegiem opuściła korytarz, znikając za drzwiami. Światło znowu zgasło.

Usiadłam pod ścianą i podwinęłam nogi, przyciskając je mocno do siebie. Nie miałam teraz najmniejszej ochoty na zupę, poza tym nie wyglądała ona dobrze. Co mnie tu czekało? Miałam tylko nadzieję, że Obrońcy Pokoju nie odkryli, że w wiosce było więcej dzikich. Wtedy wszyscy moi przyjaciele znaleźliby się w niebezpieczeństwie.

 - Frank? – usłyszałam spokojny głos.

 - Will! – zawołałam, przyciskając się do krat, jakbym chciała przez nie przeniknąć.

 - Tala? Co się dzieje? – Nie widziałam jego twarzy, ale głos nie wskazywał na to by się bał.

 - Rada nas złapała. To oni nas uwięzili.

 - Gdzie jest reszta? – zapytał. – Pamiętam jak pomagałem Hannah zniszczyć zaklęcie…

 - Później ci wszystko wyjaśnię. Teraz musimy się stąd wydostać.

 - Ha! Powodzenia… – usłyszałam. Znałam ten głos, chociaż był słaby i przemęczony.

Coś uderzyło w ścianę i nagle światło znów się zapaliło. To była łyżka, którą musiał rzucić więzień obok mnie.

 - Tak lepiej – stwierdził.

Odsunęłam się od krat przy których stałam i podeszłam do tych między mną a mężczyzną. Przyglądałam mu się uważnie, chcąc rozszyfrować kim on jest.

 - Znam cię – rzekłam niepewnie.

 - Znasz – zgodził się, jakbym potrzebowała jego potwierdzenia. – Niegdyś przystojny, silny, pewny siebie… – wymieniał, powoli wypowiadając każde słowo. – Spójrz tylko co ze mną zrobili, Tala. Spójrz!

Rozłożył ręce, chcąc się zaprezentować. Znał moje imię, a ja jego nie, chociaż wydawał się tak bardzo znajomy. Skierował na mnie swoje ciemne oczy i wtedy je rozpoznałam. Kiedyś groźne i pełne arogancji, a teraz spokojne i wyrozumiałe. Musiałam je tylko zobaczyć w normalnych okolicznościach, a nie kiedy był zły na dziewczynę od zupy.

Chyba zrozumiał, że go rozpoznałam, bo uśmiechnął się złośliwie. Dokładnie tak jak kiedyś to robił.

 - Jak myślisz? – zapytał, udając zamyślenie. – Jaki byłby ze mnie teraz alfa?

 - Ivailo – powiedziałam.

 - Znany również jako Jonatan – dodał. – Ale to nie jest odpowiedź na moje pytanie. Więc?

 - Dokładnie taki sam jak kiedyś – odpowiedziałam. – Najgorszy z możliwych, który nie dba o nikogo innego oprócz siebie.

 - Oh… – Zrobił smutną minę, ale była ona udawana. – Nie musisz być taka ostra. Nadal jesteśmy rodziną.

 - Nigdy nią nie byliśmy.

 - Nie? – uśmiechnął się złośliwie. Znowu. – Ja zawsze traktowałem cię jak siostrę.

 - Tak, to całkiem prawdopodobne – przyznałam. – Zwłaszcza, że sądząc po tym co zrobiłeś prawdziwemu bratu, wnioskuję że nienawidzisz rodziny. Cóż… U mnie wygląda to inaczej.

Widziałam, że z jakiegoś powodu go to zabolało. Kiedy spojrzał na mnie spode łba, oczy znów miał jak dawniej. Złe. Bardzo się zmienił. Był chudy, szczególnie na twarzy, dawno się nie golił, a włosy ukrył pod kapturem, ale oczy go zdradzały.

Dopadł do krat. Ledwo zdążyłam się cofnąć, by uniknąć jego gniewu, a Will aż westchnął ze strachu, ale Ivailo szybko się opanował. Może pobyt tutaj dobrze mu zrobił. Osunął się na ziemię i oparł ramię o kraty, głowę zwracając w moją stronę.

 - Wiem co o mnie myślisz – powiedział, oglądając uważnie swoje palce u rąk, jakby były jakimś dziełem sztuki. – Boję się nawet pomyśleć co w tej sytuacji czują Christian i Jack. Z nas wszystkich, to ty zawsze byłaś tą najbardziej wyrozumiałą. Wyrzekałaś się swojego człowieczeństwa, ale miałaś go najwięcej z nas, a ja nie umiałem tego docenić. Byłaś cenną częścią naszego stada. Wszędzie potrafiłaś dostrzec dobro, nawet gdzie my widzieliśmy tylko mrok.

 - Do czego zmierzasz?

Wstał, patrząc na mnie błagalnie.

 - Nigdy nie sądziłem, że to powiem, a już na pewno nie tobie, ale… Tala, potrzebuję cię. Proszę, spróbuj znaleźć dobro i we mnie, choć na nie nie zasługuję.

 - Przykro mi… Nie mogę odnaleźć czegoś co nie istnieje.

 - Więc chociaż mnie wysłuchaj. Chyba i tak nie masz w tej chwili nic lepszego do roboty, gdyż ucieczka stąd jest niemożliwa.

Cofnął się pod ścianę i ponownie ujął w dłonie coś co wcześniej trzymał na kolanach. Dopiero teraz miałam więcej czasu, by się temu przyjrzeć i wyraźnie widziałam, że to był szkielet. Ludzki szkielet.

Próbowałam ukryć swoje zszokowanie, ale nie było to łatwe. Ivailo zbyt długo był moim alfą i zbyt dobrze mnie znał. Zerknęłam na Willa. Przyglądał się nam bez słowa. On zdecydowanie lepiej umiał udawać, bo nie wierzyłam by to co zobaczył, nie zrobiło na nim żadnego wrażenia.

 - Widzisz… – zaczął. – Szybko odkryłaś, że Nate tak naprawdę nie jest prawdziwym członkiem naszego stada. Tak… Biały Kieł posiada znamię w zbyt widocznym miejscu.

 - Od początku planowałeś oddać go Radzie.

  – Tak. To od początku był ich pomysł. Wiedzieli, że Nate był moim zaginionym bratem, więc sądzili, że dam radę go przekonać, ale sprawy potoczyły się zbyt szybko i w końcu musiałem go tu ściągnąć siłą.

 - Zasady były ważniejsze niż rodzina – wyszeptałam, wystarczająco głośno, by usłyszał.

 - Nigdy – warknął. – Zasady były dla mnie niczym, jeśli mnie ograniczały. Rodzina. Zawsze. Była. Najważniejsza. – Wydusił, kładąc mocny nacisk na każde słowo.

 - I dlatego wydałeś brata na śmierć.

 - Nate’a właściwie nie znałem! Nie był moim bratem! Nie widziałem problemu, by poświęcić go dla prawdziwej rodziny!

 - O czym ty mówisz…?

 - Wszyscy myślą, że zabiłem rodziców, by zostać alfą, a ja przez długi czas nie wyprowadzałem nikogo z błędu, ale to zawsze było kłamstwem. Tak, zabiłem ojca, ale nie mógłbym zrobić tego matce. Jedynej kobiecie, która naprawdę mnie kochała. Zawsze odpychałem od siebie innych, ale ona mi wszystko wybaczała, cokolwiek bym zrobił i zawsze była przy mnie.

 - Co się z nią stało?

 - Darowałem jej życie i odszedłem, wierząc, że beze mnie będzie jej lepiej. Kochała mnie, a ja potrafiłem ją jedynie ranić. Chciałem jej wynagrodzić te wszystkie lata. Długo wierzyłem, że odnalazła gdzieś szczęście, aż nie dowiedziałem się od Rady co naprawdę się stało. Kiedy narodził się Nate, Rada zażądała od mojej matki, by oddała im dziecko, ale ona wiedziała, że był wyjątkowy, a nie ufała Radzie. Wywiozła go za granicę i podrzuciła ludziom, by go chronić. Potem sama odłączyła siebie i swoje stado od wpływów Rady, ale kiedy zabiłem ojca i ją zostawiłem, nie wiedziała co robić. Wróciła do Grooveland, a tu szybko ją rozpoznano i  uwięziono. Obiecali, że gdy przywiozę im Nate’a, oni darują mojej matce i znów będziemy razem…

 - Nie dotrzymali obietnicy… – stwierdziłam, zaczynając mu trochę współczuć.

 - Cóż… – Dotknął ostrożnie szkieletu, a na jego policzku błysnęła łza. Prawdziwa łza! nigdy wcześniej nie widziałam, by Ivailo płakał z jakiegokolwiek powodu. – Jesteśmy razem… Tylko, że ona nie żyje i była martwa już długo przed obietnicą Rady.

 - Skąd wiesz, że to ona?

Popatrzył mi w oczy.

 - Po co mieliby kłamać? – zapytał. – Poza tym, spędziłem tu trochę czasu z tym szkieletem. Te same kości policzkowe… Wszędzie ślady po łamanych się w czasie przemiany kościach…

Zbliżyłam się do niego, przeciskając rękę przez kraty, by dotknąć jego ramienia. Naprawdę cierpiał. Nawet on nie potrafiłby tak dobrze udawać. Chwycił moją dłoń i mocno zacisnął na niej palce.

 - Przepraszam – wyszeptał przez łzy. – Przepraszam…

 - Nie mnie powinieneś przepraszać. Czy Nate nadal żyje?

 - Nie wiem.

 - Po co miałeś go przyprowadzić, jaki mieli plan?

 - Nie wiem.

 - Ivailo, musisz się skupić!

 - Nic mi nie powiedzieli. Pytałem, ale nie chcieli dzielić się swoimi zamiarami. Moim zadaniem było tylko dostarczenie Nate’a.

 - Okay – powiedziałam bezsilnie. – Musimy się stąd wydostać.

 - Nie, to niemożliwe.

Drzwi ponownie się otworzyły, a ja miałam nadzieję znów zobaczyć Hannah. Gdziekolwiek była, chciałam, by już przyprowadzili ją z powrotem i by pomogła nam obmyślać plan ucieczki. Niestety to nie ona weszła do środka, ale znów Obrońcy. Tym razem było ich dwóch i wyglądali na silniejszych niż śmieszny blondyn w loczkach.

Jeden otworzył celę Willa, a drugi moją. Ivailo wciąż pozostawał w zamknięciu. Kiedy Obrońca mnie dotknął, miałam ochotę go kopnąć, ugryźć i uciec z tego więzienia, ale przypomniałam sobie jak zabierali Hannah. Ona zabraniała z nimi walczyć, dopóki nie znajdziemy się w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia. Cóż… Chyba nie chcieli mnie jeszcze zabić, a przynajmniej nie tutaj, więc musiałam pozwolić im się wyprowadzić.

 - Co chcecie z nami zrobić? – zapytałam, nie spodziewając się, że mi odpowiedzą.

 - Dostaliśmy rozkaz od Najprawdziwszej – chyba nie mówił o Hannah – by was przyprowadzić. Wasza głupia przyjaciółeczka odmówiła jakichkolwiek wyjaśnień bez waszej obecności.

Hm… Spodziewałam się czegoś gorszego, ale to nadal nie mogło być bezpieczne. Przecież byliśmy w siedzibie Rady!

Kiedy nas prowadzono, mieliśmy na oczach opaski, chociaż i tak pokonaliśmy tyle zakrętów, że dawno byśmy się pogubili. Will milczał przez całą drogę, a ja pragnęłam usłyszeć jego głos, by upewnić się, że nadal jest w pobliżu. Dziewięcioletni chłopiec nie powinien mieć tak okrutnych przygód.

Brutalnie wepchnięto nas do sali i odsłonięto oczy. Tuż przed nami, znajdował się szeroki stół, zapełniony najróżniejszymi przysmakami. W porównaniu z cuchnącą zupą, którą dostaliśmy, to była prawdziwa uczta, ale Rada nie przekupi nas jedzeniem. Za stołem siedziały dwie kobiety. Jedna w żółtych szatach, a druga w czerwonych, chociaż ta pierwsza wydawała się ważniejsza. Po drugiej stronie, tyłem do nas, siedziała Hannah. Kiedy weszliśmy, odwróciła się do nas, posyłając nam długie spojrzenie, jakby chciała nam dodać odwagi i zapewnić, że nie ma się czym martwić, choć było.

 - Widzisz? – zapytała kobieta w żółtym. – Nic im nie jest.

 - Tala, tak masz na imię? – zapytała ta druga, wskazując miejsce obok Hannah. – Proszę, usiądź z nami. Chłopiec pewnie będzie się nudził. Harry, proszę, pokaż mu pokój rozrywek.

Will zmarszczył brwi i nie przesuwając się ani o milimetr, spojrzał na Obrońcę, który wyciągnął rękę do jego ramienia.

 - Nigdzie nie idę – warknął Will z powagą dorosłego. – Jeśli znów mnie dotkniesz, odgryzę ci rękę, chociaż nie jestem wilkiem!

Kobiety spojrzały na niego zaskoczone, a on wpatrywał się w nie ze złością.

 - Cóż za… Uroczy chłopiec – powiedziała jedna z nich. – W takim razie, może jednak zostaniesz na uczcie.

Wskazała mu krzesło po drugiej stronie Hannah, a potem Obrońca popchnął mnie lekko w stronę stołu. Will szedł sam, nikt nie odważył się go dotknąć.

67 CHRISTIAN

3

Christian, 19 lat

Adam położył obok mnie stos bandaży i odwrócił się bez słowa.

 - Ej… – zawołałem. Zatrzymał się, ale nie patrzył prosto na mnie, jakby bał się mojego wzroku. – Ktoś od nas ucierpiał?

 - Jason jest mocno ranny, ale przeżyje. Eric jest wystraszony, ale ktoś od Franka ciągle przy nim siedzi, a Daniel chyba złamał rękę.

 - To wszystko?

Zbliżył się trochę bardziej, a jego mina nie wskazywała na nic dobrego, podobnie jak jego oczy, gdy wreszcie postanowił na mnie spojrzeć.

 - Twoja siostra…

 - Co z nią? – zainteresowałem się.

Nie widziałem jej od momentu, gdy wilki przedarły się przez bramę, ale ani przez chwilę nie pomyślałem, że mogło jej się coś stać.

 - Tala, Hannah i Will zniknęli. Lukas i Kai poszli ich szukać, ale długo nie wracają.

 - Okay.

 - Okay?

 - Powiedziałeś, że zniknęli, a nie że nie żyją. To dobra wiadomość.

 - A jeśli ich nie znajdziemy? Albo znajdziemy martwych?

Spuściłem wzrok i chwyciłem jeden z bandaży, by zawinąć go na ręce obcej kobiety, która leżała nieprzytomna obok mnie. Nie mogłem odpowiedzieć na pytanie Adama, bo nie znałem odpowiedzi. Musieliśmy odnaleźć moją siostrę. Musieliśmy odnaleźć ją żywą.

 - Przyniesiesz więcej wody? – poprosiłem.

Miałem jeszcze pełną butelkę, ale chciałem się go stąd pozbyć. Na szczęście odszedł bez dalszych pytań, a ja zająłem się rannymi. Dopiero kiedy wyszedł, opuściłem bezsilnie ręce i odsunąłem się od kobiety.

 - Cholera!

Ze złością rzuciłem bandażem o ścianę, a potem ukryłem twarz w dłoniach.

 - Którego z nich tak żałujesz? – usłyszałem kobiecy głos.

Blondynka w średnim wieku, siedziała po drugiej stronie pokoju w zakrwawionym ubraniu. Całą twarz miała we krwi, pocie i błocie, więc z początku nie rozpoznałem, że to Juliet. Dopiero, gdy dokładniej się jej przyjrzałem, zorientowałem się kim jest. Nie wiedziałem, że jest przytomna. Wyglądała na słabą, więc potoczyłem jej po ziemi butelkę z wodą.

 - Tala to moja siostra – wyjaśniłem. Była dla mnie nikim i może nie powinienem jej wszystkiego opowiadać, ale chyba tego potrzebowałem. – O innych też się martwię. Hannah to wyjątkowa dziewczyna, która może uratować mojego przyjaciela, a Will to niewinny chłopiec, który w tym wieku powinien bawić się bezpiecznie w domu, a nie walczyć z wilkami czy… Z wami.

 - Możesz zrobić dla mnie jedną rzecz? – zapytała.

Spojrzałem na nią zdziwiony. Mówiła wyjątkowo cicho i łagodnie. Byłem ciekawy czego mogła ode mnie chcieć.

 - Co się stało z moimi dziećmi? Co z Holly i Seanem? – zapytała, a z jej oczu popłynęły łzy, mieszając się z krwią, potem i błotem.

 - Sean został ranny, ale leży w którymś domu z tymi, którzy wyzdrowieją. Przeżyje.

 - A Holly?

Holly nie żyła. Sam przeniosłem ją do domu z martwymi ludźmi. Na jej ręce dostrzegłem ugryzienie wilka, które ją zabiło, ale nie mogłem być pewny, że zrobili to ci pod wpływem pełni. Nie widziałem jej podczas walki, nie obserwowałem jej śmierci. Widziałem tylko martwe ciało i równie dobrze, to ktoś od nas mógł ją ugryźć.

 - Wilki pod wpływem ją pogryzły – powiedziałem cicho, nie patrząc jej w oczy, by nie dostrzegła, że coś ukrywałem.

Wybuchła histerycznym płaczem. Współczułem jej, że straciła córkę, więc musiałem podejść, by ją jakoś pocieszyć, ale kiedy znalazłem się wystarczająco blisko, nie wiedziałem co powiedzieć. Mogłem zrobić tylko to, co zawsze robiłem w przypadku mojej siostry. Usiadłem obok i objąłem ją ramieniem.

Z początku wtuliła się w moją brudną koszulkę i głośno płakała, ale zaraz się odsunęła, jakby nagle przypomniała sobie, że jestem jej wrogiem.

 - Dlaczego nas nie zabijecie? – zapytała poważnie.

 - Dlaczego mielibyśmy to robić? – odpowiedziałem pytaniem.

 - Jesteście dzikimi. Buntownikami.

 - To chyba argument za tym, by wam pomóc. Chcemy jedności między gatunkami, a nie wytępienia wszystkich.

Jeszcze bardziej się odsunęła, jakby dopiero teraz zaczęła się mnie bać, chociaż jeszcze chwilę temu, płakała mi w rękaw. Sprawiała wrażenie jakbym właśnie obalił jakąś powszechnie znaną teorię i być może właśnie tak było.

 - Całe życie nas uczono, że jesteście źli. Mówili, że nie potraficie dostosować się do zasad, bo chcecie wszystkim zaszkodzić i przez to jesteście największym zagrożeniem dla istot każdego gatunku. Mówili, że jesteście szaleni i nie szanujecie nikogo kto podporządkowuje się zasadom, które mają wprowadzać pokój. Mówili, że zabijacie własne rodziny i przyjaciół. W Grooveland straszy się wami dzieci! Ale… To nieprawda?

 Przeniosłem na nią swój zraniony wzrok. Nie musiała mi tego wszystkiego mówić. Jeszcze niedawno sam wierzyłem w te bajki, będąc całkowicie oddany Radzie i jej zasadom, a teraz stałem się dzikim. Tym, którego bałem się całe życie. Tym, którego nienawidziłem, choć go nie znałem. W tym mieście byłem po raz pierwszy, ale za granicą sprawa wyglądała bardzo podobnie. Tak naprawdę, Rada docierała wszędzie i wszystkich wprowadzała w błąd. Dlatego zostaliśmy tak bardzo znienawidzeni.

 - Nie zabiliście nas – mówiła dalej. – Od początku mówiliście prawdę? Na prawdę chcieliście tylko schronienia?

Skinąłem głową, a ona dotknęła dłońmi policzków i zaczęła z niedowierzaniem kręcić głową.

 - Gdybyśmy wiedzieli, wielu z nas zachowałoby życie… Pomoglibyście nam podczas pełni… To wszystko moja wina. – Znów zaczęła płakać. – Powinnam była was wysłuchać.

 - Przecież nie mogłaś tego wiedzieć – pocieszałem ją. – Rozumiem cię. Kiedyś byłem jak ty i pewnie gdybym znalazł się w takich samych okolicznościach, postąpiłbym podobnie.

Adam wszedł do domu z zapasami wody. Natychmiast odsunąłem się od kobiety i wziąłem od niego butelki. Był tak samo smutny jak wtedy i nadal na mnie nie patrzył. Hannah od dawna była jego przyjaciółką, więc miałem nadzieję, że to tym się martwił, a nie że coś przede mną ukrywał.

 - Pomożesz mi ich leczyć? – zapytałem.

 - Dobrze.

Wziął jedną butelkę wody, kilka chusteczek i plastrów, a następnie podszedł do jednego z poszkodowanych. Nie mieliśmy tu wszystkich potrzebnych rzeczy, więc musieliśmy bawić się w szpital tylko tym co znaleźliśmy w wiosce. Zmarło tylko kilkoro ludzi, ale było tu brudno, a my nie mieliśmy warunków. Na pewno w wiele ran wda się zakażenie i będziemy mieć więcej zgonów. Niestety.

 - Chris… – zaczął nieśmiało Adam. – Lukas i Kai wrócili z poszukiwań.

Bandaż wypadł mi z dłoni, a ja cofnąłem się o krok, nie mogąc utrzymać równowagi. Oczekiwałem na pozytywne wieści, ale bałem się, że takie nie będą. Gdyby ich znaleźli, chłopak wykrzykiwałby o tym już od drzwi, a jednak zwlekał z tą informacją, co oznaczało, że mógł się bać mojej reakcji, a jeśli tak było, to miał złe wieści.

 - Nie znaleźli ich. – Przynajmniej nie powiedział, że byli martwi. – Ale chyba wiedzą gdzie mogą być. Są pewni na jakieś dziewięćdziesiąt procent.

 - To dobrze! Chodźmy po nich! Nie mogą być daleko.

 - Chris, prawdopodobnie zostali złapani przez Obrońców Pokoju i jeśli jeszcze żyją, przebywają w siedzibie Rady. Lukas już tu był, wie jak rozpoznać obecność tych przeklętych sług. Mówi, że to musieli być oni.

Zamarłem na chwilę. Cały czas zmierzaliśmy do siedziby Rady, ale teraz gdy usłyszałem, że tam są, to wcale nie była dobra wiadomość.

Wybiegłem natychmiast z domku, pozostawiając tam Adama, Juliet, wszystkich rannych ludzi i pracę, którą miałem tam wykonywać. Nie tylko ja jeden tak zareagowałem, bo wokół Lukasa i Kaia stali też inni. Frank przyszedł wykłócać się o Willa, a Daniel prawdopodobnie o Hannah, choć może mogłem liczyć, że w jakimś małym stopniu też o Talę.

 - Co z moją siostrą?! – zapytałem już z daleka, jak najszybciej do nich podbiegając.

 - Słuchajcie… – zaczął Kai. Lukas stał obok jakby go nic nie obchodziło, ale wiedziałem, że on też się martwił. Hannah była jego przyjaciółką. – Porwali dziewczyny i Willa, ale jedyne co możemy teraz zrobić, to uważać, by nam nie przytrafiło się to samo. Nie wiemy skąd Rada o nas wiedziała. Może to był tylko przypadek, ale powinniśmy być bardziej ostrożni. Jeśli… Jeśli zabili Nate’a, dzicy, czyli my powinni przestać ich obchodzić, ale jeśli nadal jest przy życiu, Hannah nie powinno nic grozić.

 - A Tala? – zapytałem.

 - Will? – dodał Frank.

 - Will to dziewięcioletni chłopiec! – zawołał Kai, ale wszyscy wiedzieliśmy, że to niczego nie zmienia. – A Tala…

 - Dosyć – przerwał Lukas, zanim Kai zdążył dokończyć. – Realizujemy nasz plan tak samo jak przedtem. Po prostu teraz mamy do odbicia czworo, a nie tylko Nate’a, ale to nic nie zmienia.

 To bardzo wiele zmienia – chciałem powiedzieć, ale powstrzymałem się. Rzeczywiście nie mogliśmy pomóc im inaczej niż Nate’owi i chyba to mnie najbardziej dobijało.

 - Christian? Frank? – usłyszałem słaby głos za sobą.

Juliet szła w naszą stronę, a Kai krążył obok niej, jakby próbował ją powstrzymać, ale kobieta się nim nie przejmowała. Szła, ledwo trzymając się na nogach, jedną ręką uciskając krwawiącą, nie do końca jeszcze opatrzoną ranę.

 - Przepraszam – powiedziała. – Kiedy nas zaatakowaliście, zdążyłam poinformować Radę o dzikich w naszej wiosce. To… Pewnie moja wina…

Przez moment wszyscy się w nią wpatrywaliśmy, jakby zdradziła nam największą tajemnicę świata. Właściwie od razu mogliśmy się tego domyślić. Nie znaliśmy sposobów komunikowania się z Radą, a jeszcze wczorajszej nocy, mieli nas za najgorszych wrogów.

Frank miał niewyraźną minę, a w jednej chwili napiął wszystkie mięśnie i rzucił się w stronę kobiety, która odskoczyła na bok, krzywiąc się z bólu. Bez zastanowienia chwyciłem mężczyznę, by go odciągnąć, ale byłem sam. Nikt inny nie ruszył z pomocą, ale przynajmniej nikt inny nie rzucił się też do ataku. Daniel pewnie się bał, ale Lukas też musiał być wściekły, a mimo to stał z rękami w kieszeniach i uważnie przyglądał się kobiecie.

 - Może ktoś mi pomoże?! – zawołałem wściekły.

Też miałem żal do Juliet, że to zrobiła, ale już z nią o tym rozmawiałem. Pokazałem jej, że nie jesteśmy źli, a ona żałowała swojego zachowania. Może nawet nie odstąpi od zasad Rady, ale przynajmniej nie widziała w nas już wrogów, a to oznaczało, że jej potrzebowaliśmy. Przecież nigdy nie wiadomo w jakiej znajdziemy się sytuacji i kto będzie mógł nam pomóc, a Juliet będzie nam teraz wisiała przysługę. Nie warto się na niej mścić.

W końcu Kai jako jedyny ruszył z pomocą. Złapał Franka z drugiej strony i razem udało nam się go utrzymać z dala od kobiety.

 - Zostaw ją! – zawołałem.

 - To ja tu rządzę, dzieciaku! – wrzasnął Frank.

 - Ale to Hannah jest Najprawdziwszą i rządzicie razem – wtrącił Lukas z wyjątkowym spokojem, a ja od razu zrozumiałem co miał na myśli.

 - Hannah uczyniła mnie i Lukasa równych tobie. Kiedy jej nie ma, rządzimy we troje – dokończyłem. – Żądam, byś zostawił ją w spokoju.

Frank popatrzył na mnie z tępą miną, a potem oboje spojrzeliśmy na Lukasa. Od niego zależał los Juliet, ale on jakoś nie zdradzał swoich zamiarów. Nie był najlepszym przykładem okazywania emocji.

 - Hannah kazałaby ją zostawić – mruknął obojętnie.

Frank był wyraźnie wściekły, ale nie mógł nic zrobić w tej sytuacji. Kiedy go powstrzymywaliśmy, upadł na podłogę, więc teraz wyciągnąłem rękę, by pomóc mu wstać, ale on spiorunował mnie wzrokiem i sam podniósł się z ziemi, nie korzystając z mojej pomocy.

 - Wyleczcie ilu się da – warknął. – Za godzinę ruszamy dalej.

Wszyscy wróciliśmy do pracy, chcąc ocalić jak najwięcej ludzi, zanim będziemy musieli ich opuścić. Rannych wciąż było zbyt wielu, ale nie mogliśmy tu dłużej zostać. Teraz jeszcze bardziej chcieliśmy dotrzeć do siedziby i uratować przyjaciół.

Po około godzinie ci w najpoważniejszym stanie, byli już opatrzeni, a my zaczęliśmy powoli zbierać swoje rzeczy. Kiedy przyszedłem na miejsce zbiórki, przyjaciele Franka siedzieli na ławce i czekali na nas, a sam staruszek tłumaczył coś Ericowi. Daniel stał z boku, nie zwracając na siebie większej uwagi, a Kai rozmawiał z kilkoma ludzkimi dziewczynami. Brakowało tylko Lukasa.

Zjawił się po kilku minutach. Spóźniony, ale nie przejmował się tym. Rzucił swój plecak pod ławkę i nie spiesząc się nigdzie, zapiął guziki zakrwawionej i podziurawionej koszuli, pod samą szyję. Brakowało mu tylko krawata, który zdążył zgubić na początku wędrówki. Sam nie wiedziałem dlaczego, ale ten widok przypomniał mi Dereka. Nie był on podobny do Lukasa, ani nie nosił takich ciuchów jak on, ale i tak od razu pomyślałem o starszym bracie, który pozostał w Cleverin, daleko za granicą. Chciałbym wrócić do domu cały i zdrowy. Chciałbym razem z Talą przekroczyć granicę, wrócić do rodzinnego miasteczka, zapukać do drzwi brata, by powiedzieć mu, że już po wszystkim. Chciałbym go jeszcze zobaczyć i by Tala też miała jeszcze tą szansę.

 - Ej, czekajcie! – zawołała Juliet, chociaż my nadal staliśmy w miejscu, przyglądając się podejrzanemu spokojowi Lukasa.

Dopadła do nas zdyszana i rzuciła nam pod nogi wielki worek jedzenia, wody, bandaży i leków, które wysypały się od upadku.

 - Weźcie tyle, ile zmieścicie – powiedziała.

Nadal każdy z nas miał po jednym plecaku, ale były one prawie puste. Teraz dostaliśmy szansę, by je napełnić, ale trzeba było odpowiednio przewidzieć, co będzie nam najbardziej potrzebne. Bandaże i leki przydadzą się ludziom i czarownicom. Przynajmniej dopóki Nicole i Frank nie odzyskają pełnej energii, by znów bezpiecznie czarować. Jedzenie mogliśmy zebrać w lesie lub upolować, ale wody zawsze było mało. Napełnialiśmy butelki przy strumieniach, ale występowały one tak rzadko, że zapasy szybko się kończyły.

Zaczęliśmy  napełniać plecaki, a Juliet nadal nam się przyglądała, chociaż ja zerkałem na nią tylko kątem oka.

 - Nie musicie odchodzić – rzekła. – Po tym wszystkim co się stało, zdecydowaliśmy neutralnie podejść do sprawy dzikich. Nie chcemy być ani po waszej stronie, ani po stronie Rady, ale będziemy inaczej teraz patrzeć na pozostałe gatunki, jednocześnie nadal przestrzegając zasad. Jeśli Radzie zależy na pokoju, to nie powinno im to przeszkadzać, o ile nie będziemy się buntować.

 - Nie możemy zostać – powiedziałem.

 - Ale wy możecie dołączyć do nas – zaproponował Peter.

 - Tak, opuście wioskę i wyruszcie z nami do naszej siedziby – poparła go Vicky. – Tam jest nas więcej, będziecie bezpieczni.

 - Nie jesteśmy i nie będziemy dzikimi – przypomniała Juliet. – Nadal przestrzegamy zasad, chociaż teraz inaczej na nie patrzymy. Jeśli ktokolwiek z was postanowi zostać, będziemy naprawdę szczęśliwi, ale nie będziemy was zmuszać. – Przeleciał wzrokiem po każdym z nas, a potem zmieniła temat. – Potrzebujecie broni? Chodźcie za mną.

Kilka osób ruszyło za kobietą, ale niektórzy zostali, by pilnować rzeczy. Ja byłem w tej pierwszej grupie, ale gdy tylko skręciliśmy za róg, ktoś za mną, pociągnął mnie mocno za rękaw.

 - Christian, możemy pogadać? – zapytał Kai.

Zdziwiła mnie jego prośba. Lubiłem Kaia, ale do tej pory, prawie nie rozmawialiśmy. Chłopak miał dobre kontakty z moją siostrą, która ostatnio często rozmawiała z Adamem, który był jego przyjacielem, ale z całej watahy Białego Kła, z nim gadałem najrzadziej. Nawet Lukas wydawał mi się nieco bliższy.

 - Jasne – zgodziłem się, lekko oszołomiony.

 - Co gdyby jeden z nas naprawdę chciał tu zostać?

 - Wtedy… – zastanowiłem się chwilę, patrząc na niego podejrzliwie. – Czekaj… Chcesz zostać?!

 - Ciii… – uciszył mnie, rozglądając się na boki. – Tak tylko pytam. Chodzi o to, że… Poznałem tu kilku ludzi i są naprawdę w porządku, ale tak naprawdę żadna wioska w Grooveland nie jest bezpieczna. Gdybym został, mógłbym ich bronić. Poza tym, pomógłbym jeszcze z rannymi. Oczywiście nigdy bym o was nie zapomniał i gdybyście mnie potrzebowali, zawsze byłbym gotowy pomóc, ale myślę, że jest was wystarczająco wielu, by pokonać Radę. Nie będę dla was dużą stratą, a tym ludziom naprawdę mogę się przydać…

 - Okay, ale dlaczego przychodzisz z tym do mnie? – próbowałem to jakoś zrozumieć.

 - Jesteś teraz tak jakby dowódcą – zauważył.

 - Tak samo jak Frank i Lukas.

 - Widzisz… Frankowi nie potrafię tak zaufać jak wy, a Lukas… On nie jest tak wyrozumiały jak ty.

 - Jak ja? – zdziwiłem się.

 - Chace był moim alfą. Lukas jest inny, ale gdzieś wewnątrz to nadal ten sam przyjaciel, którym był w poprzednim ciele. Wiem jak zależy mu na naszej watasze. Chciał żeby pomimo jej nielegalnego charakteru, była idealna. Wiem jak ceni wierność, a ja naprawdę nie chcę go zawieść, ale czuję, że tutaj jest moje miejsce.

Zmarszczyłem brwi i chwyciłem palcami za brodę, próbując znaleźć dla niego jakieś rozwiązanie.

 - Nie znam Lukasa tak dobrze jak ty.

 - Ja też go nie znam, ale znałem Chace’a.

 - Rozumiem.

 - Naprawdę? – W jego oczach dostrzegłem iskrę nadziei.

 - Moim zdaniem powinieneś iść z tym do Lukasa. Powiedz mu to samo co mnie, może zrozumie. Myślę, że on tylko udaje takiego spokojnego i bezwzględnego, ale sam już wielokrotnie widziałem jak przejawiał odrobinę dobroci i zrozumienia. Nie lubi tego okazywać, ale też posiada uczucia. LUDZKIE uczucia.

 Położyłem dłoń na jego ramieniu, jakby był moim dobrym przyjacielem, chcąc udzielić mu trochę wsparcia i dodać odwagi. Napotkałem jego zagubiony wzrok i zwątpiłem czy był w stanie to zrobić. Może Chace był jego przyjacielem, ale myślę, że nawet wtedy się go odrobinę bał. Teraz jako Lukas, sprawiał wrażenie jeszcze groźniejszego i niepoznanego przez nikogo poza Hannah.

Zacisnął mocno wargi, pozostawiając jedynie wąski pasek czerwieni.

 - Dzięki – powiedział cicho i odszedł w drugą stronę niż ja, tam gdzie czekał Lukas.

Obejrzałem się na niego zanim skręciłem do domu i zobaczyłem jedynie silnego chłopaka, który teraz wydawał się jakiś mały i zagubiony. Czekała go trudna rozmowa z przyjacielem i władcą, a Lukasa tak naprawdę nikt nie potrafił przewidzieć.

66 TALA

1

Tala, 18 lat

Nie widziałam gdzie go zabrali. Jeszcze chwilę temu miałam go przed sobą tak, że gdy się wychyliłam, mogłam go dostrzec, ale teraz… Ludzie zaczęli podchodzić do niego coraz bliżej, trzymając w rękach włócznie, aż w końcu zniknął w tym tłumie. Kiedy się rozeszli, jego już tam nie było. Zabrali go nie wiadomo gdzie, a w miejscu, w którym upadł, pozostała zwykła pustka.

 - Wszyscy jesteście wilkami? – zapytała Juliet, przykładając nóż do gardła Franka.

 - Tak, wszyscy – skłamał.

Wiedziałam dlaczego to powiedział. Wśród nas były nie tylko wilki, ale też czarownice i ludzie. Gdyby wyznał prawdę, zdradziłby, że jesteśmy dzikimi, a to zostałoby jeszcze gorzej przyjęte. Lepiej by uznano nas wszystkich za wilki, niż za buntowników. Zwykłymi wilkami, Rada nie będzie zawracać sobie głowy, ale gdyby doniesiono, że w jednej z wiosek wykryto dzikich, zjawiliby się tu w ciągu chwili.

 - Puśćcie nas – zażądał staruszek. – Nie jesteśmy dla was zagrożeniem. Potrafimy się kontrolować.

 Kobieta zabrała nóż z jego gardła i stanęła przy Jasonie, teraz to jemu przeciągając ostrzem po policzku. Nawet nie pisnął, kiedy krew zaczęła spływać po jego twarzy, a Juliet nadal trzymała nóż przy ranie. To był jednak problem. Jason nie był wilkiem, nie regenerował się tak szybko jak one. Kobieta przyglądała mu się chwilę, pewnie czekała aż rozcięcie zniknie, pozostawiając po sobie jedynie mały strumyczek krwi.

 - Zamknijcie ich gdzieś – rozkazała. – Rada powinna o tym wiedzieć.

Kilkoro ludzi podeszło bliżej, a jakiś mężczyzna chwycił mnie mocno za ramiona i popchnął brutalnie przed siebie. Z innymi postąpiono tak samo. Przede mną ujrzałam Lukasa, skrępowanego przez dwóch mężczyzn i jakąś kobietę. Szarpnęłam się mocno, by do niego dopaść, a ludzie za mną, na szczęście nie zdążyli zareagować i dopiero po chwili, zaczęli mnie od niego odciągać.

Oparłam policzek o jego ramię, jakbym potrzebowała pomocy, by iść dalej, ale cel był inny. Głowę miałam pochyloną, a włosy zasłaniały moją twarz z obu stron.

 - Co teraz? – zapytałam tak cicho, że tylko wilk mógłby to usłyszeć.

Wiedziałam, że nie możemy pozwolić się uwięzić, kiedy dowiedzieli się kim byliśmy. Jeśli zdążą zawiadomić Radę, będzie po nas.

 - Walczymy! – zawołał i w tej samej chwili, rąbnął chłopaka po swojej prawej, łokciem w nos.

Natychmiast się odwróciłam i kopnęłam dwóch mężczyzn za sobą. Inni też zaczęli się szarpać i walczyć. Niedaleko dojrzałam kobietę z włócznią, więc natychmiast się na nią rzuciłam. Była zaskoczona, nie potrafiła nawet odpowiednio użyć broni, by mnie powstrzymać, więc bez problemu powaliłam ją na ziemię. Nie chciałam zrobić jej krzywdy, chciałam zdobyć przewagę. Pochyliłam się nad nią, jedną ręką przytrzymując włócznię, a drugą ściskając ją za ramię.

 - Proszę, zostaw mnie – błagała.

Poczułam na dłoni coś lepkiego, więc uniosłam ją w górę. Krew. Krew tej kobiety. Sączyła się powoli z jej ramienia, z rany, którą zrobiłam jej swoimi pazurami. Wilczymi pazurami. Wilczymi! Nie mogłam w to uwierzyć, odzyskałam magię! Nadal siedziałam na kobiecie, ale nie zwracałam już uwagi na jej płacz i błagania, tylko na własną przemianę.

Nagle coś nade mną gwałtownie się poruszyło, rzucając ogromny cień. Natychmiast pochyliłam głowę, ale zaraz znów było jak przedtem. Odwróciłam się za siebie i zobaczyłam tam Adama, który przyciskał do ziemi jakiegoś mężczyznę z nożem. Mężczyznę, który próbował mnie zaatakować. Chłopak mnie uratował, a teraz uśmiechał się do mnie w tak uroczy sposób.

 - Znaleźliśmy twojego brata – powiedział łagodnie. – Dołączył do walki.

To wspaniała wiadomość! Miałam nadzieję, że nic mu nie jest.

 - Adam? – zawołałam z uśmiechem, chcąc by zwrócił na mnie większą uwagę.

Zamknęłam oczy, a gdy je otworzyłam, błyszczały na żółto. Rozciągnęłam usta w uśmiechu, tym samym ukazując ostre wilcze kły. Wtedy uśmiechnął się jeszcze szerzej, tym samym mrużąc oczy. Miał bardzo chłopięcą urodę, chociaż był silny jak dorosły mężczyzna. Jednak jego uśmiechy były najlepsze, zakochałam się w jego minach.

Puściłam kobietę, wiedząc, że nie jest zdolna do walki. Była zbyt przerażona. Zabrałam jednak włócznię, by pozbawić ją broni i odskoczyłam kilka metrów dalej, rozglądając się po wiosce. Ktoś skoczył na mnie od tyłu, ale zasłoniłam się włócznią. Uderzył jeszcze raz, a ja uciekłam w bok, wbijając włócznię w jego plecy, tak że przebiłam płuco. Zabiłam go.

Nie chciałam krzywdzić tych ludzi, ale nie było czasu na opłakiwanie strat. Wyrwałam włócznię z martwego ciała i pobiegłam dalej. Przy jednym z drewnianych domów, Jason walczył z grupą ludzi. Sam był jednym z nich, ale pomimo nierównych szans, nieźle sobie radził. Ciekawe tylko jak długo wytrzyma? Ludzie się męczą, a jego za bardzo obciążali.

 - Jason! – zawołałam.

Spojrzał na mnie, odpychając kolejnego napastnika. Zaciskał mocno zęby, przy każdym użyciu siły, a jego mięśnie mocno się napinały. Było nas zdecydowanie mniej niż mieszkańców wioski. Rzuciłam mu włócznię, nie wiedząc czy da radę ją złapać, ale widziałam jak bardzo jej potrzebował. Nie miał umiejętności wilków, ani czarów czarownic. Złapał ją końcówkami palców i przyciągnął bliżej, poprawiając chwyt.

 - Uważaj! – krzyknął, a ja odruchowo zrobiłam unik w lewo i grzmotnęłam wroga w brzuch.

Zaczął się podnosić, ale nie czekałam, aż to zrobi. Uderzyłam go pięścią w twarz, a potem kopnęłam z całej siły i odbiegłam. Musiałam znaleźć Franka, Lukasa lub Hannah. Kogoś kto będzie wiedział co robić. Nie mogliśmy przecież wykończyć całej wioski, ale ludzie nie zrezygnują, będą nas stale atakować, aż wybiją nas wszystkich lub sami zginą.

Znalazłam! Lukas i Hannah walczyli przy ławce, stojąc do siebie plecami, otoczeni przez dużą grupę ludzi. Naprawdę trudno byłoby ich nie zauważyć. Hm… Musiałam jakoś się do nich dostać, ale oddałam włócznię Jasonowi.

Odzyskałam wilcze umiejętności. W jakiś sposób, ponownie się uaktywniły i mogłam je wykorzystać. Pochyliłam głowę, zaczęłam dyszeć i zmieniać kształt. Już po chwili stałam tam jako wilk i wbiegłam między rozwścieczonych ludzi z bronią, rozpychając ich na obie strony i gryząc wyciągane w moim kierunku włócznie czy dłonie. Nie chciałam spowodować śmiertelnych ugryzień, więc jedynie chwytałam ich między zęby, rozsuwając na boki, by przedrzeć się to przyjaciół, albo przynajmniej tych, którzy aktualnie bardziej ich przypominali niż ludzie z wioski.

Lukas wyglądał na zaskoczonego, gdy wyłoniłam się pod postacią wilka, ale szybko przybrałam formę człowieka i stanęłam za Lukasem a Hannah, opierając się o jego ramię. Noga mnie strasznie piekła i ciężko było mi ustać.

 - Jesteś ranna? – zapytał, nie przerywając walki.

 - Zaraz się zagoi – wyjaśniłam. – Odzyskałam swoją magię.

Lukas i Hannah spojrzeli na mnie zaskoczeni, a ja dziwnie się się poczułam między nimi.

 - Jaki masz plan? – zapytałam mężczyznę. – Nie możemy wszystkich zabić.

 - Musimy ich inaczej powstrzymać. Może ich gdzieś uwięzić, ale jak? Jest nas za mało.

 - Mam pomysł – wtrąciła Hannah. Kopnęła jakąś kobietę, która przewróciła się na innego mężczyznę, a potem szepnęła coś pod nosem i kilkoro ludzi z przodu, upadło na ziemię. – Mogę zaczarować któryś z domów, by ludzie nie mogli z niego wyjść.

 - Czy to bezpieczne? Masz wystarczająco magii?

 - Sama nie – powiedziała i użyła zaklęcia, by rozsunąć kilkoro ludzi. Przeszła między nimi, opuszczając mnie i Lukasa.

 - Idź z nią – polecił mężczyzna.

 - Poradzisz sobie?

 - Nie mam wyboru. Idź.

Ruszyłam za dziewczyną i akurat kiedy wydostałam się z tłumu, powaleni przez czarownicę ludzie, zaczęli powstawać, nacierając jeszcze mocniej na Lukasa. Ja dopadłam do Hannah, chcąc dowiedzieć się jaki ma plan, a ona wskazała mi najbliższy murowany dom.

 - Zrobimy z niego więzienie – zdecydowała. – Przyprowadź mi Franka, Nicole i Willa, będę potrzebować ich mocy. I poinformuj wszystkich, by przyprowadzali tam ludzi.

 - Okay.

Odbiegłam od niej, pokonując po drodze napastników. Nie byli oni mocnymi przeciwnikami, ale było ich dużo i w tym mieli przewagę. Gdy mijałam kogoś od nas, krzyczałam z daleka, by przyprowadzali ludzi, ale najbardziej szukałam czarowników. To oni byli najbardziej potrzebni.

 - Frank! Nicole! – zawołałam, gdy tylko ich zobaczyłam. Wskazałam murowany dom. – Hannah tam na was czeka, ma plan. Gdzie jest Will?

 - Nie wiem – rzekła Nicole.

Zostawiłam ich, wierząc, że posłuchają mnie i pójdą do Hannah, chociaż w przypadku Franka, nie miałam takiej pewności.

 - Will! – wołałam, nie mając pojęcia gdzie on może być. – Will!

Nie dostrzegłam jego, ale zobaczyłam małego Erica, który kulił się na brzegu ławki, płacząc rozpaczliwie. Dopiero po chwili zobaczyłam, że obok na ławce stoi Will, wymachując kijem przed twarzami ludzi. Mały próbował bronić siebie i brata, a ludzi wcale nie interesowało, że jest tylko dzieckiem. Był jednym z dzikich, więc zabiliby go z zimną krwią.

Podbiegłam do nich, chwytając pierwszego z brzegu człowieka. To był wyjątkowo silny mężczyzna, który bronił się zaciekle, nawet gdy przycisnęłam go mocno do ściany domu. Z bliska widziałam jego zmarszczone czoło, zmarszczki przy oczach i słyszałam jego ciężkie dyszenie. Był pełen siły i determinacji, a strach poczuł dopiero, gdy ukazałam ostre zęby. Przykładając je do szyi mężczyzny, byłam gotowa go ugryźć, co spowodowałoby śmierć w ciągu kilku sekund, ale kiedy ujrzałam łzy na jego twarzy, przypomniałam sobie, że Hannah może to inaczej rozwiązać. Wystarczająco wielu ludzi już zginęło, a my nie potrzebowaliśmy więcej ofiar.

Uderzyłam nim o ścianę dwa razy, by opadł wreszcie z sił, a potem rzuciłam go półprzytomnego na ziemię i ruszyłam w kierunku chłopców.

Will zamachnął się na mnie kijem, gdy wyciągnęłam ręce po Erica, ale kiedy zorientował się, że to ja, jego wargi lekko drgnęły, jakby chciał się uśmiechnąć, ale tego nie zrobił. Wbił we mnie te swoje hipnotyzujące brązowe oczy.

 - Chodź za mną, Will – zawołałam, odpychając przeciwników.

Wzięłam skulonego Erica na ręce i przedarłam się przez ludzi, pilnując, by dziewięciolatek ruszył za mną. Bez większych problemów dotarliśmy do domu i wpadliśmy do środka. Frank i Nicole już tam byli, siedząc na podłodze i trzymając się z Hannah za ręce.

 - Will, chodź tu – polecił Frank.

Chłopiec natychmiast do nich podszedł i usiadł w kręgu między staruszkiem a Nicole. Wszyscy mieli zamknięte oczy, ale tylko Hannah szeptała jakieś zaklęcie. Najwyraźniej działało, bo kiedy zaczęto sprowadzać ludzi, nie mogli oni wyjść z wnętrza domu, jakby znajdowała się tam jakaś niewidzialna bariera.

 - To już chyba wszyscy – powiedział Jason, wprowadzając do środka jakiegoś mężczyznę.

Rzucał się i szarpał, ale chłopak wepchnął go do domu, sam nawet nie wchodząc. Jason był człowiekiem, gdyby dostał się do środka, też by nie wyszedł. Niektórzy ludzie przestali walczyć, wiedząc, że nie uda im się wyjść. W końcu kobieta wstała z ziemi i spokojnie podeszła do drzwi, przy których staliśmy, z drugiej, nie objętej zaklęciem strony. To była Juliet, cała we krwi i ziemi.

 - Wygraliście – powiedziała słabo, opierając się o ścianę, by się nie przewrócić. – Co teraz?

 - Nie chcemy wojny – zapewnił Frank.

 - Chyba właśnie ją rozpoczęliście.

 - Chcemy tylko schronienia podczas pełni, potem opuścimy waszą wioskę. Gdybyście od razu nam pomogli, nie musielibyśmy walczyć i wielu z was by przeżyło.

 - Nie jesteśmy zdrajcami, nie pomagamy dzikim! – wykrzyknęła, plując Frankowi w twarz.

 - Cholera! – wrzasnął, wycierając ślinę ręką.

Przeszedł gdzieś do tyłu, a my rozsunęliśmy się, by go przepuścić. Wszyscy oprócz Lukasa, który minął go i podszedł do drzwi.

 - Wielu z was jest rannych – zauważył. – Spróbujemy im pomóc. Będziemy wypuszczać po dwie osoby. Sami wybierzcie kolejność.

 - To bez sensu. Kiedy nadejdzie pełnia, i tak zginiemy.

 - Naprawdę nie widzicie, że możemy wam pomóc?! – zdenerwowała się Hannah.

 - Nie chcemy pomocy dzikich! Wolimy umrzeć. Stanie się  to już niedługo. Nawet nie ukończyliśmy zabezpieczeń.

Lukas spojrzał na nas, szukając w głowie jakiegoś rozwiązania. Być może zabezpieczenia nie były najlepsze na świecie, ale mogły pomóc choć trochę. Warto byłoby je dokończyć, ale nie wiedzieliśmy jak.

 - Okay. Jest nas czternaścioro – mówił do nas, nie do Juliet, jakby oczekiwał naszej zgody. – Wypuścimy dwadzieścia osiem osób, które dokończą zabezpieczenia. My też pomożemy. Ale… – znów zwrócił się do kobiety, nie słysząc protestów z naszej strony. – Jeśli ktokolwiek z was nas zdradzi i spróbuje walczyć, trafi tu z powrotem, bez możliwości ponownego wyjścia. Nie wypuścimy też nikogo innego na zmianę, jasne?

Juliet nic nie odpowiedziała, ale popatrzyła na niego spode łba.

 - Hannah i Nicole będą leczyć ludzi – stwierdził Lukas.

 - Will i Eric pójdą z nimi – dodał Frank.

 - Jason i Daniel też – powiedziałam, a staruszek spiorunował mnie wzrokiem, gdy wspomniałam o jego wnuku.

 - Nie, chcę pomóc przy zabezpieczeniach i podczas ataku – sprzeciwił się Jason.

 - Jesteś ranny – rzekł Lukas, jakby nikt inny tego nie zauważył. – Pójdziesz z Hannah i Nicole dobrowolnie, albo sam cię do tego zmuszę.

Jason spojrzał na niego oskarżycielsko, ale nie kłócił się z nim. Widocznie zdanie Lukasa cenił bardziej niż moje, albo wiedział, że z nim lepiej nie zadzierać.

Nadeszła wreszcie pełnia, a zabezpieczenia zostały ukończone. Ludzie nadal byli uwięzieni, ale było ich tak dużo, że niektórzy zostali przeniesieni jeszcze do dwóch innych domów, na które także rzucono zaklęcie. Hannah i Nicole kończyły już leczyć ostatnich rannych. Dwóm osobom nie udało się pomóc i zmarły, ale pozostali czuli się lepiej. Nie mogły używać do tego magii, bo zaklęcie, które rzuciły na domy, zabrało im zbyt wiele energii, by mogły użyć więcej mocy, a musiały trochę odpocząć przed atakiem wilków. Znalazły jednak w wiosce jakieś plastry i bandaże oraz inne przydatne rzeczy. Jednym z pacjentów został Jason, który uważał, że nic mu nie jest, ale jego rozległa rana nie wyglądała dobrze i Nicole w końcu go zmusiła, by dał sobie pomóc.

Nadal zapłakany Eric, został w jednym z domów razem z Danielem, uzbrojonym w kuszę i włócznię. Will miał początkowo zostać z nimi, ale uparł się, by walczyć, a Frank się na to zgodził. Uważał, że chłopiec jest zdolny i poradzi sobie w walce, ale i tak kazał każdemu z nas na niego uważać. My dostaliśmy broń, którą znaleźliśmy wśród ludzi oraz niewielki asortyment tego, co sami przynieśliśmy. Kiedy nastąpiła pełnia, my wilki, byliśmy bardziej pobudzeni, ale czuliśmy też większą siłę niż zazwyczaj. Tak bardzo się cieszyłam, że moja moc wróciła. Brakowało mi jej.

Stanęliśmy przy bramie i czekaliśmy. To miała być długa noc.

Minęło kilka godzin, zanim pierwsze wilki zaczęły walić w bramę i płot. Zacisnęliśmy dłonie na broni i stanęliśmy gotowi do kolejnej walki, tym razem trudniejszej. Teraz przeciwników miało być mniej, ale nie byli oni tak słabi jak ludzie. Pod wpływem pełni, byli dużo silniejsi niż my, nawet inne wilki, które broniły się przed pełnią i utratą kontroli, przez co pełnia nie dawała im pełnej mocy.

Brama została zniszczona, wilki przedarły się do wioski. Stałam pomiędzy Hannah, która strzelała do nich z łuku, a Lukasem, który w jednej ręce ściskał maczetę, a w drugiej liczył tylko na wilcze pazury. Przeciwnicy rzucili się na tych najbliżej bramy. Musiałam wybrać albo włócznię, albo wilka. Zdecydowałam się na to drugie, więc gdy pobiegłam innym z pomocą, miałam postać zwierzęcia.

Wrogów było więcej niż się spodziewaliśmy. Niektórzy minęli nas i pobiegli do domu pełnego bezradnych ludzi.

 - Hannah! – zawołałam do dziewczyny.

Natychmiast spojrzała na murowany dom za sobą. Oddała swój łuk Jasonowi, który wcześniej miał przy sobie włócznię i nóż, a potem pobiegła w kierunku bezradnych ludzi.

Wiedziałam, że jeśli ich wypuści, wilki pod wpływem pełni będą dla nich większym zagrożeniem niż my, więc będą potrzebować broni, by się przed nimi bronić. Czasem trzeba było zaufać wrogowi, by pokonać jeszcze większego wroga. Rzuciłam się do domu, w którym zostawiliśmy broń i nabrałam jej tyle, ile tylko mogłam unieść.

Gdy wybiegłam na zewnątrz, wilki były już w domu-więzieniu, a Hannah stała na zewnątrz, próbując rzucić urok, ale krew wypływała z jej nosa, ona ledwo trzymała się na nogach, a ludzie wewnątrz ginęli. Musiałam jej jakoś pomóc, ale nie byłam czarownicą. ja nie, ale Will był. Chłopiec wyłonił się nagle nie wiadomo skąd i pociągnął dziewczynę za ramię. Ona odwróciła się gwałtownie i z wdzięcznością złapała go za ręce. Teraz oboje szeptali zaklęcie, aż wreszcie ludzie zaczęli wybiegać z domu, a Will osunął się nieprzytomny na ziemię.

Podbiegłam do drzwi, wyciągając do przerażonych ludzi broń, którą chwytali w biegu. Wszyscy walczyli, ale krew i tak lała się litrami, a niektórzy umierali od ugryzień, choć minęło dopiero kilka minut tej przerażającej nocy.

Dopadłam do Willa. Oddychał, ale zaklęcie go osłabiło. Był dziewięcioletnim chłopcem i przed szesnastymi urodzinami, jego magia była jeszcze bardzo słaba. Hannah chwyciła go za ramię i spojrzała mi w oczy.

 - Zabierzmy go do Erica i Daniela. Rzuciłam tam zaklęcie maskujące, tam będzie bezpieczny – powiedziała.

Uniosłam chłopca i pobiegłam z nim w wyznaczonym kierunku, podczas gdy Hannah broniła nas przed atakiem wilków. Nagle coś mnie mocno uderzyło i upadłam na ziemię, starając się osłonić nieprzytomnego Willa, by nic mu się nie stało. Jakiś wilk stanął nam na drodze, więc musieliśmy zmienić kierunek. Gonił nas, a my nie mieliśmy dokąd uciekać. W końcu wybiegliśmy z wioski, nie mając innej drogi ucieczki. Biegliśmy przed siebie, a ja dostrzegałam jak Hannah powoli zwalniała. Męczyła się, nie mogła już dużej biec.

I wtedy wielki wilk upadł na ziemię. Patrzyliśmy na niego nie wiedząc co się dzieje, aż poczułam ukłucie na plecach. Odwróciłam się dokładnie w tym momencie, kiedy chłopak w czarno-zielonym stroju, strzelił do Hannah. Obraz mi się rozmazał i poczułam jak energia ze mnie ucieka.

 - To chyba te dzikie – powiedział chłopak, a jego głos wydawał mi się jakiś niewyraźny.

 - Zabieramy je – odpowiedział ktoś inny.

Złapali mnie za ramiona i zaczęli ciągnąć po ziemi. Jeden z nich przerzucił sobie Willa przez ramię, a potem dopadł do Hannah. To musieli być Obrońcy Pokoju, o których mówił Frank, a jeśli nas złapali, oznaczało, że chcą nas zabrać do siedziby Rady. Warto byłoby zapamiętać drogę, ale czułam, że zaraz zemdleję. To musiała być wina tego czegoś czym do mnie strzelili.

65 NATE

1

Nate, 16 lat

 - Wstawaj! – zawołała. – Jeszcze raz.

Podniosłem się ciężko i ponownie przybrałem pozę, której nauczyłem się na początku treningu. Nie wiedziałem ile to już trwało. Nie miałem tak dobrego poczucia czasu jak wszyscy inni dookoła mnie.

Zrobiłem krok w prawo i przez kilka sekund krążyliśmy z Tobiasem wokół pola walki, zanim wreszcie postanowił uderzyć. Uchyliłem się przed ciosem, ale będąc zbyt zadowolonym z siebie, przestałem zwracać uwagę na rękę chłopaka, która już czekała, by uderzyć mnie w brzuch.

Cofnąłem się gwałtownie do tyłu, starając się zachować równowagę, ale cios był zbyt mocny. Zachwiałem się na nogach i wreszcie upadłem do tyłu, zwijając się z bólu. Czułem go. Czułem ból, zmęczenie i to jak włosy kleiły mi się od potu. Czułem wszystko tak jak człowiek.

 - Wstawaj! Jeszcze raz.

Słyszałem to już dzisiaj tyle razy… Walczyłem już z Tylerem, a teraz z Tobiasem, ale z żadnym z nich, walka nie była równa. Obaj byli wyżsi ode mnie i dużo silniejsi, a poza tym, byli nowicjuszami już jakiś czas i przetrwali wiele ciężkich treningów. Dla mnie był to pierwszy raz. Miałem wrażenie, że K specjalnie dobierała mi takich przeciwników. Inni byli lepiej dopasowani, a mi przydzieliła tych najtrudniejszych, chociaż sam widziałem w grupie wielu łatwiejszych, bardziej pasujących do mnie przeciwników. Może bym nie wygrał, ale przynajmniej miałbym większe szanse. Jak miałem się czegokolwiek nauczyć, stale obrywając?

 - Wstawaj! Jeszcze raz – powtórzyła.

 - Nie mogę – wycharczałem, plując krwią. – Nie mam już siły.

 - Myślałam, że chcesz zostać Obrońcą.

 - Chcę! Ale… To mój pierwszy trening.

 - Więc uważasz, że masz tu jakieś ulgi z tego powodu? Może niech inni powalczą, a tobie zaparzę kawę i przyniosę ciastka?

 - Chcę tylko powiedzieć… – Otarłem krew z twarzy i stanąłem na drżących nogach. – Zabrałaś mi całą magię, jak mam walczyć z kimś kto jest ode mnie dwa razy większy, nawet nie mając broni ani magii?

 - Dobrze… Chyba masz rację – zgodziła się, co wydało mi się bardzo podejrzane. – Broń, magia… Co tylko chcesz.

Podeszła do starego pudła, stojącego w rogu, wyciągnęła z niego szarą walizkę i zaczęła czegoś szukać. Nie widziałem czego, bo było za ciemno. Pomieszczenie, w którym odbywał się dzisiejszy trening było duże. Bardzo duże, ogromnie, ale znajdowała się tu tylko jedna blado świecąca żarówka, wystająca pośrodku sufitu, która była tu jedynym źródłem światła. Nawet ciemne ściany nadawały chłodnego charakteru i sprawiały przytłaczające wrażenie.

Kiedy do mnie podeszła, ściskała w ręce strzykawkę z jakimś białym płynem. Stanęła na palcach, odchylając moją głowę w bok, ale ja nie dałem tego zrobić tak łatwo.

 - Co tym razem? – zapytałem podejrzliwie.

 - Serum, które redukuje działanie wszystkich wcześniejszych. Odzyskasz magię.

Okay. Pozwoliłem jej wstrzyknąć sobie płyn, jeśli dzięki temu znów miałem się poczuć jak prawdziwy wilk. Na początku treningu, wszystkim nam coś wstrzyknięto, ale wtedy nie protestowałem, bo zrobiono to każdemu, poza tym mi akurat wstrzykiwał to M, a on był znacznie milszy niż K. Szkoda, że tak szybko sobie poszedł. Niestety od tamtego czasu byliśmy jak ludzie. Wyjaśnili, że to działa tylko dwie godziny, więc najwyraźniej tyle jeszcze nie minęło, chociaż czułem się jakbym walczył tu bez przerwy przez cały dzień.

 Poczułem ukłucie na szyi i lekkie mrowienie, które szybko przeniosło się na całe ciało, ale po chwili minęło, a ja znów czułem się silny i potężny. K wskazała mi ścianę w kącie, na której były pozawieszane włócznie, kusze i inne bronie. Nawet miecze, choć jeszcze nie widziałem, by ktokolwiek ich tu używał.

 - Wybierz broń – poleciła.

 - Wystarczy mi wilcze umiejętności – powiedziałem.

Wraz z odzyskaniem magii, minęło zmęczenie, a ból się zmniejszył, jednak pot nadal znajdował się na moim ciele, a włosy kleiły mi się do czoła. Zmierzwiłem je dłonią i wyprostowałem się pewny siebie, zaciskając pięści. Stanąłem naprzeciw Tobiasa, gotowy do walki, ale K kazała mu się odsunąć.

 - Walczysz ze mną – rzekła ostro.

 - Ale… Jak to?

Zbliżyła się do mnie, unosząc głowę, by na mnie spojrzeć. Była ode mnie niższa i chudsza, ale nie była nowicjuszką. Była instruktorką, Obrońcą Pokoju i postrachem nowicjuszy.

 - Sam powiedziałeś, że Tobias jest od ciebie dwa razy większy. – Cofnęła się do tyłu i przybrała odpowiednią do walki pozycję. – Ja nie jestem.

Rozejrzałem się nerwowo po minach innych członków grupy. Wiedziałem, że nikt nie chciałby być na moim miejscu, ale sam się o to prosiłem. Przynajmniej miałem magię, ale nie mogłem zrezygnować. Musiałem walczyć i przegrać.

K uśmiechnęła się zwycięsko, chociaż jeszcze nie wygrała. Miałem jednak wrażenie, że nie chodzi o wygraną w walce, ale o coś zupełnie innego.

Wilcze pazury zastąpiły moje ludzkie, a zęby się wyostrzyły i wybiły mi się kły. Mógłbym ją ugryźć i byłoby po sprawie, ale zabicie instruktorki, chyba nie zostałoby dobrze przyjęte przez Radę. Pochyliłem głowę, oczy rozbłysły mi na żółto, a kości zaczęły się łamać, przybierając nową formę. Wilkołaczą formę. Przemiana bolała za każdym razem, ale już nie rzucałem się na ziemię, wrzeszcząc z bólu. Teraz potrafiłem to wytrzymać, a czasem wydawało się to nawet przyjemne, gdyż wiązało się z jeszcze większą siłą.

Wtedy na mnie naskoczyła. Nie zdążyłem się jeszcze do końca zmienić, ale przynajmniej udało mi się ją odepchnąć. Nie przewróciła się, stanęła stabilnie, kilka metrów dalej, w całkowitym mroku, któremu nie podołał nawet mój wyjątkowy wzrok. Musiałem być bardzo ostrożny i szybko reagować, ale ona już była przy mnie i właśnie kopnęła mnie w brzuch. Naprawdę nie sądziłem, że w tak małym ciałku, może być aż tyle siły. To nie bolało aż tak bardzo, ale trochę mnie rozkojarzyło, co K natychmiast wykorzystała, by znaleźć się za moimi plecami. Poczułem na szyi twarde drewno. To był jakiś kij. K bez problemu mogła sięgnąć po jakąś broń, nawet po srebro, ale ona wybrała drewniany kij, który trzymany przez nią za oba końce, ściskał mocno moją szyję. Wyrywałem się, ale to nic nie dawało. Jako wilkołak, byłem dużo większy niż w rzeczywistości, więc wiedziałem co należało zrobić, ale pewnie tego właśnie chciała. Kij zaciskał się coraz bardziej. Nie mogła mnie zabić, ale jeszcze chwila, a pewnie bym zemdlał.

Upadłem na ziemię w ludzkiej postaci, a K tuż za mną. Zanim zdążyłem się zorientować, siedziała już na mnie okrakiem i sięgała do buta, z którego zaraz wyciągnęła nóż i przyłożyła mi go do szyi. Kosmyk włosów wysunął się z gumki i falą opadał jej na oczy, ale ona go nie odgarniała.

 - Nie mogę cię zabić, ale będzie bolało… – ostrzegła.

 - Poddaję się – wycharczałem. Nie miałem wyboru.

Uśmiechnęła się jeszcze raz, znów w ten sam władczy sposób i zeszła ze mnie, chowając nóż z powrotem do buta. Pewnie miała więcej takich skrytek na broń, ale nie chciała od razu wszystkich zdradzać.

Kilka osób od razu do mnie podbiegło, by pomóc mi wstać. Wśród nich rozpoznałem Liama i Simona. K się tym nie przejmowała. Oparła się o ścianę z założonymi rękami i zmrużyła oczy.

 - Zapamiętaj z tej walki dwie rzeczy – powiedziała szorstko. – Po pierwsze, wielkość nie jest ważna, tylko umiejętności. Po drugie, nie licz tylko na to kim jesteś. Nie wiem jak to wyglądało tam skąd pochodzisz, ale w Grooveland mamy kilka sposobów, by pozbawić wilki czy czarownice magii na jakiś czas.

 - Zapamiętam – przyznałem. To ważna informacja.

 - Dobrze – rzekła oschle, a potem spojrzała na resztę grupy. – Która to Alexandra Carter?

Dziewczyna wyszła przed szereg, a wszyscy popatrzyli na nią z zainteresowaniem.

 - Wy dwoje – wskazała na nią i na mnie – macie się zgłosić do Rady. Kazali mi was wcześniej zwolnić. Podobno to jakaś ważna sprawa, ale nie martwcie się… Odrobimy wszystko na następnym treningu.

Popatrzyliśmy na siebie z Alex. Myślałem, że może ona wiedziała o co mogło chodzić, ale jej mina temu zaprzeczała.

 - Na co czekacie?!  - zdenerwowała się K. – Spadać mi stąd.

Alex ruszyła w kierunku drzwi, a ja jak najszybciej do niej dołączyłem, wymieniając się po drodze spojrzeniami z Liamem. Nie zwracałem uwagi jak tu przyszliśmy. Zebraliśmy się na placu, wstrzyknięto nam serum, a potem M nas tutaj przyprowadził. Kiedy teraz wyszliśmy, byliśmy w jasnym korytarzu, ale Alex wiedziała jak dojść do korytarza głównego, więc szedłem cały czas za nią.

 - O co może chodzić? – zapytałem, nie licząc, że może wiedzieć.

 - Pełnia.

 - I co z tego? Pełnia dotyczy wilków, a ja przecież nie jestem jedynym wilkiem, a ty w ogóle nim nie jesteś.

 Popatrzyła na mnie zdezorientowana. Coś musiało ją zdziwić lub zaintrygować.

 - Nate, dzisiaj pełnia – powtórzyła, ale ja nadal patrzyłem bez zrozumienia. – Chyba nie chcesz powiedzieć, że nie wiesz kim jesteś?

 - Jak to kim jestem?

 - Nie wierzę… – Wyglądała na zaskoczoną. – Nie powiedzieli ci?!

 - Kto mi nie powiedział? Czego?

 - Twój brat.

 - Mój brat? Jonatan? Znasz go?

 - Nie, nie znam. Słyszałam, że to on cię tu przyprowadził. Po co niby miałby cię przyprowadzać do Rady?! Musiał wiedzieć! Nie powiedział ci!

 - Więc ty mi powiedz – zasugerowałem, ale ona tylko spiorunowała mnie wzrokiem.

 - Nie.

 - Dlaczego?

 - To nie moja sprawa. Nie wiem dlaczego Rada mnie wzywa. Nie wiem czego ode mnie chcą, ale nie można spodziewać się niczego dobrego.

 - Może to ma jakiś związek z tym co ci ostatnio robili? – Spojrzała na mnie pytająco. – No wiesz… Kiedy wsadzili mnie i Liama do izolatki, a tobie jakieś czarownice robiły coś w takim białym pokoju.

 - Nie wiem o czym mówisz – powiedziała z wahaniem. Nie sądziłem, by kłamała. W tej sprawie, wydawała się mówić prawdę, ale to nie oznaczało nic dobrego. – Siedziałam wtedy w izolatce przez dwadzieścia cztery godziny. Tak jak wy.

Przyglądałem jej się chwilę, nic nie rozumiejąc. Wiem co widziałem. Byłem pewien, że robili jej coś okropnego, ale ona była tak samo pewna, że siedziała w izolatce. Coś tu nie pasowało, ale nie było czasu, bo staliśmy już przed drzwiami, które natychmiast się przed nami otworzyły i weszliśmy do środka.

 - Nareszcie jesteście – odezwała się Olivia, siedząc na czymś co przypominało tron. – Niech wszyscy nas zostawią.

Po chwili, w sali zostałem tylko z Alex, Olivią i Alice. Wszyscy strażnicy z Obrońców i służący opuścili to pomieszczenie, ale pewnie stali przy drzwiach z drugiej strony, by nadal pilnować bezpieczeństwa Rady.

 - Dziś będzie wyjątkowa noc – rzekła Olivia z wyjątkowym entuzjazmem. – Czekaliśmy na to tyle lat.

 - Co się dziś stanie? – zapytałem, lekko drżącym głosem.

 - Dzięki tobie, pozbędziemy się największego niebezpieczeństwa, które od lat zagraża wszystkim istotom nie tylko w Grooveland, ale i za jego granicami.

 - Jak?

 - Przez twoją ofiarę.

 - O-ofiarę? Czy to znaczy…?

 - Nate – odezwała się Alice, znacznie milszym tonem. – Chodzi o dobro każdej istoty, która żyje lub będzie żyć na tym świecie.

 Ręce zaczęły mi się trząść, ogarnął mnie strach, który ostatnio rzadko odczuwałem aż tak silnie. Alice zawsze była dla mnie dobra i pewnie mógłbym jej zaufać, ale byli też inni. Leroy, którego trzymali w ukryciu i Chace, którzy kazali mi się strzec Rady. Alice była jej częścią, ale komu bardziej ufałem? Gdyby to dotyczyło Christiana czy Tali, nie miałbym problemu z wyborem, ale Chace był nieprzewidywalny i nie wiedziałem czy mogłem mu wierzyć. Leroya i Alice właściwie nie znałem.

 - Jak jeden nastolatek może tego dokonać? – zapytałem, prawie przez łzy.

 - Nie będziesz jeden – rzekła Olivia.

 - Człowiek, wilk i czarownica oprócz ciebie. Razem zapewnicie nam bezpieczeństwo – dodała Alice.

 - Nie! Nie możecie tego zrobić! – zawołała nagle Alex i wtedy do mnie dotarło, że to ją chcą poświęcić. – Zabijecie nas, ale to znów się powtórzy! To nie jest bezpieczeństwo na wieczność! To w ogóle nie jest bezpieczeństwo!

 - Cicho! – zdenerwowała się Olivia.

 - Dlaczego wcześniej nie zdradziliście swoich planów? – zapytałem zdruzgotany. – Znalazłem przyjaciół, zostałem nowicjuszem…

Nagle Alice poruszyła się niespokojnie na swoim miejscu, a kiedy na nią spojrzałem, wpatrywała się we mnie ze smutną miną. Nie odzywała się, ale w jej oczach widziałem jak tworzy jakiś plan. Być może plan, który mi jakoś pomoże.

 - Olivio? – zapytała cicho. – Możemy porozmawiać?

Kobieta spojrzała na nią obojętnie, ale Alice nalegała, więc w końcu się zgodziła i odeszły na chwilę na bok.

 - Stwórz barierę, by nie słyszał – rzekła dziewczyna, zerkając na mnie.

Olivia wymruczała pod nosem jakieś zaklęcie, ale ja nadal wszystko słyszałem. Pewnie nie powinienem, ale słyszałem.

 - Chce zostać Obrońcą – stwierdziła Alice, jakby właśnie rozwiązała jakąś zagadkę.

 - Tak i co z tego? Nie jesteśmy Świętym Mikołajem, nie spełniamy życzeń, tylko ratujemy miasto, które tak długo tworzyliśmy wraz z naszymi przodkami.

 - Tak, ale odbycie tego rytuału jest jedynie zabezpieczeniem przed niebezpieczeństwem, a przecież potrafimy się sami bronić.

 - Lepiej nie ryzykować – stwierdziła Olivia.

 - Hm… W takich przypadkach, powinniśmy chyba głosować, ale nie zrobimy tego. Dlaczego? Bo postanowiłaś, że lepiej będzie odsunąć Leroya od jego obowiązków.

 - Leroy się zagubił. Nie możemy mieć buntownika w Radzie.

 - A może właśnie on miał rację?

 - Chcesz do niego dołączyć?! – zdenerwowała się.

 - Nie! Po prostu myślę, że lepiej byłoby mieć Nate’a po swojej stronie niż go zabijać.

 - Chłopak ma na imię Conan i jest dla nas zagrożeniem.

 - Nie on bezpośrednio. Pozbądźmy się tylko Alexandry, lepiej poświęcić jedno niż dwoje, a to też może nam pomóc.

 - To zapewni nam bezpieczeństwo na kilkanaście, może kilkadziesiąt lat, a śmierć Conana, na kilka wieków.

 - Tak, ale gdy zostanie Obrońcą, w pełni podporządkowanym nam, pozbędziemy się wszystkich innych problemów. Niewielu wie kim jest Conan Wolfrick, a nawet gdyby ktoś się dowiedział, nie będzie wiedział jak odprawić rytuał. Poza tym będzie do tego potrzebował konkretnych przedstawicieli gatunku, nie przypadkowych jak w naszym przypadku, a trudno będzie ich znaleźć, zwłaszcza, gdy zabijemy Alexandrę.

 - Może… Może masz rację – przyznała.

 - Wiem, że mam. Chłopak jeszcze nam się przyda.

Olivia już nic więcej nie powiedziała, ale spojrzała na mnie z niepokojem, a wtedy ja odwróciłem wzrok. Przyglądałem się Alex. Ona nie słyszała o czym rozmawiały i jak planowały jej śmierć. Postanowiły jednak mnie oszczędzić, więc powinienem być szczęśliwy, ale jakoś wcale nie byłem. Alexandra i tak zginie.

Alice i Olivia ponownie zasiadły na swoich tronach.

 - Straż!- zawołała czarownica.

Ciężkie drzwi się otworzyły i do sali weszło kilkunastu Obrońców. Teraz było ich więcej, niż wtedy wychodziło.

 - Zabierzcie Conana do podziemia, niech Celeste przygotuje go do zabiegu – poleciła Olivia. – Zjawimy się tam z Alice, gdy tylko załatwimy sprawę z Alexandrą.

Obrońcy o nic nie pytali. Nigdy tego nie robili. Po prostu posłusznie wykonywali rozkazy, a ja miałem się niedługo stać taki jak oni. Złapali mnie za ramiona i wyprowadzili z sali. Z początku trochę się opierałem, chcąc zostać z Alex i jakoś jej pomóc, ale kiedy uśmiechnęła się do mnie smutno, zrozumiałem, że nie mogłem nic zrobić.

Szliśmy wiele stopni w dół, a ja nawet nie wiedziałem, że zamek sięga jeszcze tak daleko pod ziemię. Jeśli cokolwiek tam było, nie mogło być to nic dobrego. W takich skrytych pomieszczeniach zawsze działy się najgorsze rzeczy.

Wreszcie doszliśmy na miejsce, do ciężkich drzwi, jedynych w tym krótkim korytarzu. Tak, to z pewnością było coś złego. Jakiś Obrońca otworzył je i wepchnął mnie do środka tak, że prawie wpadłbym na kobietę przed sobą. Czarownicę w żółtej szacie.

 - Conan Wolfrick – powiedziała od razu.

 - Znasz mnie? – zdziwiłem się, nigdy jej nie widziałem.

 - Znałam cię zanim jeszcze się narodziłeś, znałam twoją prawdziwą historię, której ty nie pamiętasz.

Ta kobieta wydawała mi się jakaś dziwna. Oczy rozlatywały jej się na różne strony, ale zaraz znów wyglądały normalnie i patrzyły prosto na mnie. Skórę miała mocno opaloną, a włosy czarne i poplątane. Pewnie miała lekką nadwagę, ale zdawała się tym nie przejmować.

 - Kim jesteś? – zapytałem.

 - Nazywam się Celeste. Kiedyś byłam Najprawdziwszą Wśród Czarownic, ale tylko z nazwy. Mówi się tak o członkach Rady, ale naprawdę istnieje tylko jeden Najprawdziwszy z każdego gatunku. Twoja koleżanka, Alexandra Carter jest jedną z nich. Ostatni człowiek na ziemi, który posiada cząstkę magii.

 - Ją też znasz?

 - Przybyła do królestwa niedawno, ale od razu ją rozpoznałam. Wiem bardzo wiele, Conan. Od lat siedzę tu pod ziemią i pomagam Radzie, gdy jestem potrzebna, ale widzę co się dzieje nade mną. Moja magia jest potężna… Jak myślisz ile mam lat?

Zmierzyłem kobietę wzrokiem. Wyglądała na jakieś trzydzieści, ale bałem się pomylić, gdyby okazało się, że mniej.

 - Nie wiem – udzieliłem bezpiecznej odpowiedzi.

 - Pewnie nie uwierzyłbyś, że mam już kilka tysięcy lat?

Nie wiedziałem jak zareagować. To mnie trochę zaskoczyło, ale wkroczyłem w świat magii dopiero rok temu i nie znałem się nawet na wilkach, a co dopiero na czarownicach. Nie wiedziałem jak długo one żyją.

 - To więcej nawet niż wilki. Czarownice żyją niewiele więcej niż ludzie, więc skąd u mnie tyle lat? Otóż odkryłam sposób, by na stałe przenieść się w inne ciało. Tak naprawdę to nie my się starzejemy i umieramy, ale nasze ciało, więc należy je od czasu do czasu wymienić. Wiesz ilu czarownicom się to udało?

Pokiwałem przecząco głową.

  – Tylko mnie. Zamienić się z kimś na kilka minut to nic trudnego, ale na stałe? To prawie nie możliwe, więc chyba rozumiesz jaka muszę być potężna?

- Co się ze mną stanie? – zapytałem, zmieniając temat na taki, o którym i tak myślałem przez cały czas odkąd tu wszedłem.

 - Z tego co słyszałam, Rada chce cię po swojej stronie, ale nikt nie jest w stanie całkowicie się czemuś poświęcić, a tego właśnie od ciebie oczekują, więc potrzebują magii. Bardzo potężnej magii. Potrzebują mnie.

Przełknąłem ślinę, która zaczęła zbierać mi się w ustach. Coraz mniej zaczynałem lubić magię, chociaż już od dawna miałem świadomość, że jest ona niebezpieczna. Nie chciałem, by ją na mnie stosowano, ale to i tak lepsze niż śmierć, którą zaserwowali Alexandrze.

 - Skoro tak dużo wiesz, pewnie potrafisz mi powiedzieć kim jestem i dlaczego rozważali zabicie mnie? – zapytałem niepewnie.

 - Nie powinnam ci zbyt wiele mówić, ale kiedy stąd wyjdziesz i tak nie będziesz nic pamiętał, więc… Jesteś najsilniejszą i najpotężniejszą istotą na świecie.

 - Mówiono, że Najprawdziwszy Wśród Wilków jest najpotężniejszym wilkiem.

 - Wśród wilków – powtórzyła po mnie. – Ty nie jesteś wilkiem. Jesteś osobnym gatunkiem, który jest potężniejszy od każdego. Jesteś hybrydą i nic nie jest w stanie cię pokonać.

 - Ale… Rada chciała  mnie zabić…

 - Bo się boją! To samo zrobiono tysiące lat temu i teraz o mały włos, by się powtórzyło. Byłeś zagadką dla każdego, więc się ciebie bano. Zabito cię, ale obiecałeś im że wrócisz.

 - Spalono mnie… Widziałem to kiedyś w snach. Teraz nic mi się nie śni, ale kiedyś codziennie to przeżywałem. Nie sądziłem, że to naprawdę się wydarzyło.

 - To były tylko przebłyski z poprzedniego życia. Teraz wróciłeś i ci którzy wiedzą znów się boją. Istnieje przepowiednia, która mówi, że można naprawić wszystko co zostało kiedyś zniszczone, gdy cię zabito. Potrzebny jest tylko odpowiedni rytuał.

 - To właśnie chciała zrobić Rada?

 - Nie. – Spojrzała mi głęboko w oczy, z poważną miną. – Oni chcieli temu zapobiec.

Podeszła do półki na końcu pokoju i wyciągnęła jakąś starą książkę, którą położyła na małym stoliczku przy ogromnym krześle, takim na którym kiedyś widziałem Alex w białym pomieszczeniu.

 - Czy to…? – zapytałem, zanim zorientowałem się, że może nie powinienem się odzywać.

 - Jedna z trzech najważniejszych ksiąg? Ta, która zawiera wszystko? – Uśmiechnęła się do mnie. – Tak, widzę, że wiesz co to takiego. Potrzebuję zaklęcia z Księgi, by móc pomóc Radzie.

Zaczęła kartkować Księgę, aż wreszcie zatrzymała się na którejś ze stron. Przeczytała po cichu kawałek, upewniając się, że to właściwe zaklęcie, a potem zaczęła zapalać świeczki, chociaż i tak było ich tyle, że w pomieszczeniu było jasno.

 - Dlaczego Rada chciała zapobiec naprawie wszystkiego? – zapytałem nieśmiało, ale musiałem znać całą prawdę.

 - Ich zdaniem nie trzeba niczego naprawiać. Przodkowie chcieli jedynie pozbyć się problemu w postaci nowej istoty, ale nie wiedzieli jakie to przyniesie konsekwencje. Dziś chodzi o coś zupełnie innego. Przepowiednia mówi, że wszystko zostanie naprawione, a nie że stanie się takie jak było kiedyś. Nikt nie wie skąd przepowiednia wzięła się w Księdze i co tak naprawdę oznacza, więc jest tylko kolejną rzeczą,której wszyscy się boją. Wszyscy znaczy ci, którzy o niej wiedzą, głównie ważniejsze czarownice. Radzie udało się stworzyć to miasto i zapewnić tu dobre warunki mieszkańcom. Jest naprawdę dobrze. Po co ryzykować, by cokolwiek zmienić?

 - Dla pokoju?

 - Mamy pokój. Trzy gatunki żyją obok siebie. Nie muszą się kochać, ważne że się nie zabijają.

 - Tylko tutaj. Za granicą jest inaczej. Ludzie są niczego nieświadomi, czarownice i wilki zabijają się nawzajem, a nawet wewnątrz własnego gatunku. Walczą o terytorium,o jedzenie, o władzę. Tak nie powinno być – zaprotestowałem.

 Celeste uśmiechnęła się do mnie, mrużąc oczy.

 - Wątpię byś sam tego wszystkiego doświadczył… – powiedziała.

 - Trochę widziałem, trochę słyszałem. Wiem jak tam jest i to nie jest w porządku.

 - W Grooveland jest miejsce dla każdego. Nie trzeba się zabijać, można przyjechać tutaj.

 - I stać się więźniem? Może tutaj się nie zabijają, ale nadal się nienawidzą. Są po prostu zastraszeni lub pozbawieni samodzielnego myślenia. Gatunki powinny się chociaż tolerować. Tutaj może tak to na początku wygląda, ale  kiedy tu trochę pomieszkać, widać że wszystko jest jedną wielką ściemą.

 - Z Radą źle i bez niej też źle. Czego oczekujesz?

Zastanowiłem się chwilę. Zerknąłem na leżącą obok niej Księgę.

 - Rozwiązania. Może właśnie przepowiednia jest jedynym słusznym rozwiązaniem. Mówi o naprawie, więc to nie może być nic złego.

 - Przepowiednia to niepewność. Jej wiarygodność opiera się tylko na wierze, a Rada nie ma jej zbyt wiele, podobnie jak większość mieszkańców. Poza tym, nawet gdyby ją wypełnić, i tak zginiesz.

Ucichłem na kilka sekund. Cokolwiek postanowiłaby Rada, zawsze źle na tym wyjdę. Istniały tylko dwie opcje i żadna z nich nie była dobra. Umrę lub stanę się niewolnikiem. Właśnie wypełniała się druga z nich, a ja odbyłem rozmowę, prosząc o wyrok sam na siebie.

- Gdyby Rada zabiła cię wcześniej, uniemożliwiłaby wykonanie rytuału, ale do niego potrzebna jest też Alexandra Carter, więc wystarczy, że tylko jej się pozbędą. Wtedy już nikt, żaden buntownik nie zaszkodzi temu miastu. Niestety wy chyba za bardzo kochacie to swoje nędzne życie, bo nigdy nie chcecie zginąć raz na zawsze. Ile razy by się was pozbywać, wy zawsze się odrodzicie. Przynajmniej nie będziecie wtedy pamięta